Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wskazał palcem czworogranny dom o starożytnym wyglądzie z mniejszą i nowszego pochodzenia przybudówką od strony lądu, przyczepioną do samego węgła nadwerężonej i prawie opustoszałej grobli, i rzekł, że to właśnie jest świątynia Róży Alchemicznej, przywidziało mi się, że morze, które bez przerwy obrzucało ją bryzgami białej piany, rości sobie do niej prawo, jako do cząstki jakiegoś nieokreślonego i namiętnego życia, które powstało do walki z niezakłóconym i wygodnym biegiem naszych dni i zamierza pogrążyć świat w nocy tak ciemnej jak ta, która nastąpiła po upadku świata starożytnego. Pewien odłam mojego umysłu drwił sobie z tego urojonego strachu, lecz druga część, która już nawpół nurzała się w przywidzeniach, wsłuchiwała się w szczęk oręża nieznanych zastępów i drżała przed niepojętym fanatyzmem, który tętnił w tych szarych, piętrzących się dunugach.
Przeszliśmy zaledwie kilka kroków obok mola, gdy natknęliśmy się na człowieka, który wyglądał na strażnika, gdyż siedział na przewróconej beczce, koło miejsca, gdzie niedawno mularze pracowali nad wyłomem w grobli, przed sobą miał fajerkę, taką jak to można widzieć przywieszoną pod wózkiem szlifierza lub łatacza garnków. Zauważyłem też, że był nabożnisiem, jak to nazy-

204