Pusta ulica/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Pusta ulica
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wydania 1931
Druk Polska Drukarnia w Białymstoku. Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI


Nadrealizm. Papieros, źdźbło słomy, za które chwytasz, kiedy zatracasz resztkę realności, kiedy toniesz w chaosie.

Przypatrz się zegarmistrzowi, zegarmistrzowi z przeciwka: już czyha nań obłąkanie!

Trzeba przeczekać noc, aby przesiać słowa przez sito snu i pamięci; ale rankiem można się nie zbudzić.

Ptaka serce strwożone: a jeśli umrze tej nocy, umrze w ciemności?

Żołnierze gwałcący nimfy ociekają od wód w świetle błyskawic.

Pół-sen. Ciemny blednący pokój: westchnienie widma.

Kronika wypadków. Mechanik lokomotywy pada trupem, ledwo stąpnąwszy na ziemię.

Poemat. Usiłowałem mówić po francusku; nie mogłem: przyplątały się sny.

Barok: płaszcz z ramion lecący, jak obłok, — znieruchomiały w pół-drogi.

Spokój: cóż za obłoczne słowo!

Cóż za dziwnie wygięte słowo: krzak!

Wieczór z kopersztychu. Trwoga półotwartej szuflady: tam Kamil w przedostatniej chwili zanurzył dłoń.

Zakochany: uśmiecha się, usypiając.

Noc na wsi. Okno nagle gasnące czarno: powieka przestrzeni.

Drzwi, jako motyw poetycki: to, co nas odgradza od świata, co nam przywraca przyrodzoną samotność.

Rok 1848. Ach, te czasy, liryczne czasy, kiedy okrzyk: „Niech żyje Hugo!“ był jeszcze rewolucyjny.

Groza. Wielka, ruda, płaska tarcza: słońce apokalipsy.

Anioł: zaśniony hermafrodyta, zniesienie płci, czystość wyuzdana i wabiąca.

Płacz. Zawodzący azjaci o twarzach żałosnych małp.

Groteska. Czarny cień człowieka ze strzelby mierzącego w księżyc.

Poemat. W ostatniej sekundzie z pod auta ulatują gołębie.

Jest jakaś wielka wzniosłość w słowach: spławna rzeka.

W samym dźwięku „Wilno“ jest piękno płaczliwe elegji.

Słowo „odjazd“ jest jak błysk stali.

Poemat. Znaleziono cię ze sztyletem w piersi, o zdradzony kochanku...; a jednak na wargach znieruchomiałych drobny uśmiech triumfu!

Elegja. Ach, nawet fotografjami można przywrócić się do życia — można je sobie udowodnić.

W wielkich obcych miastach istnieją te tylko uliczki, do których się przez lata pisuje.

Elektryczność. Na balu urzędników państwowych, w sali, sinej od elektryczności, wędrowni mandoliniści pocieszają się byle czem.

Pieszczotami, które wymawia, mężczyzna pragnie udowodnić sobie, dowieść miłość; jakgdyby dowieść można czegokolwiek słowami; jakgdyby dowieść można miłość.

Ach, jak dobrze na wsi — niema się nad kim litować!

Pomyśleć o ludziach, którzy gdzieś kiedyś drukowali jakiś wierszyk. Może, pożółkły, przechowują teraz w szufladzie, do której zaglądają jeszcze niekiedy. „I cóżże się stało z ich życiem“, co z nimi samymi, czyż ten skrawek papieru pomaga im znosić przez lat tyle pustkę, małość i wyczekiwanie śmierci?

Głęboka poetyczność oświetlonego wnętrza: na rogu ciemnej uliczki, w wietrzny wieczór, kiedy, rzucając wielkie cienie, migać poczyna wczesne światło.

Poranek. W jasno-przejrzysty, aż oślepiający od błękitu, poranek przy kierownicy ciężarowego auta ruchami niezdecydowanemi, jak u dziecka, przeciera sobie oczy od snu i blasku chłopiec o miękkiej twarzy szczenięcia.

Maj rozgwieżdżony. Trwoga śmierci — o najpiękniejszym wieczorze.

Czarna aleja: na ławkach siedzą cienie drzew.

Żyje się w pustym pokoju, najeżonym przedmiotami; śmierć: drzwi mechaniczne gwałtownie wyrzucające nazewnątrz.

Finlandja. Drzewa, wyciętej z czarnej laki, na łunie z blachy karminowej, — lodowate, oddalone, groźne.

Widok pogański. Jak skóra bronzowy, stary chłop, obok pługa, w rozwaloną bruzdę gleby oddaje dymiący mocz.

Portret. Rajmund: z fajką w zębach, która ma oszukać samotność.

Rezultat. Siwy ksiądz w steranem palcie, w czarnych okularach, drepce po wyboistym bruku, podpierając się z trudem laską o srebrnej gałce.

Babie lato. Chłopiec w kaszkiecie, u ucha włosek pajęczyny, miotany przez letni zapóźniony wiatr.

Wiek szczęśliwy. Chłopiec w pstrej dżokiejce nie bierze do ust papierosa: zajada cukierki.

Małe uniwersyteckie miasto jest przychylne szczęściu: skłania do prostoty; tutaj, nawet pod słotnem niebem, usypia nas wśród wieżyc i dzwonów łagodna atmosfera Quatrocenta.

Św. Michał; wspaniały lancknecht o brutalnej twarzy archanioła.

Pocztówka z Italji. Zdziwiony kot pod palmami różowemi patrzy oczami.

Monte-Carlo: ten amfiteatr obłąkańców.

Nadrealizm. Myśl we śnie: drzewo — dramat fizjologji.

Grajkowie o bardzo czarnych czuprynach, zarośniętych brwiach, olśniewających zębach, o niskiem czole, w butach powykręcanych, — liryczni i brudni grajkowie!

Wieczór budzi kochanków.

Prostota. Na peryferjach miasta ulice o nazwach surowych pocieszają nas prostotą.

Westchnienie naiwne. Ach, być prostym człowiekiem, iść przez zwyczajne ulice, a nie przez halucynacje.

Czas zmaterjalizowany. Drzwi wpół-otwarte: powiew równomiernie przewraca kartki ściennego kalendarza.

Piękno psychopatji. Przyjaciel-poeta, chory półbóg, który miewał wizje, pełne przestrachu i zachwycenia, nocą, w fioletowem świetle rtęciowej lampki, w pustym wagonie.

Śmierć, godna antyku, w wieku XX. Młodzieniec obraca się za piękną dziewczyną, — nadjeżdża pociąg o ćwierć sekundy za wcześnie.

Poemat. Na ścieżkach wyżwirowanych o szarym brzasku z westchnieniem przechadzają się widma.

Sen, głęboki sen: każde przebudzenie ma coś z trudu zmartwychwstania.

Wszelka podróż: czyli miłość, miłość niemożliwa.

Podróż: uzdrowienie zachwytem.

Naiwne gesty ludzi przebudzonych ze snu: powracają z dzieciństwa.

Nadrealizm: prawdziwe są tylko te czyny, które lunatyk spełnia we śnie.

Wypoczynek. Spracowane dłonie ludzi prostych łagodnie spoczywają na genitaljach.

Młodzi mężczyźni pracują. O rzeźkim poranku w kamieniołomie dzwonią rytmicznie; jeden z ramionami szczupłemi, jak u chłopca, a ten w zawoju torreadora: wzdęte wargi, czarna piękna twarz, — i oczy zamyślone pusto; bronzowi, pochyleni, podciągają niebieskie spodnie, całym ciężarem rąk dźwigają się ku ciosom kilofów; zakasane rękawy koszuli klaskają na piersi wraz z wiatrem; a kiedy z czół chropawą dłonią ścierają pot, jest południe.

W straszliwem rojowisku wielkich miast trudniejsza jest dzisiaj dobroć i bardziej niemożliwa; o, jakżeż łatwo zwycięża tu Djabeł!

Zabójstwo. To straszne i niepojęte, że zabija zabijając człowieka — zabijając na jawie — zabija się jego sny.

Elegja. Młodo-umarli nie starzeją się wraz z nami, pozostają wiecznie młodzi; przez to coraz nam dalsi, coraz mniej zrozumiali, coraz bardziej zatarci. Śmierć użyczyła im młodości nieśmiertelnej: nie potrzeba im już naszej niemożliwej miłości; kiedy my stajemy się coraz inni, oni jakby zapominają o nas chętnie; okradziono nas, stało się to niepojęte: przetrwali poza nami.

Kamilu, zamknij oczy: posłyszysz w głowie daleki szum wierszy!

Młodość i wczesny jej liryzm: muzyka oddalonych szmerów miejskich.

Twarz optymistycznego przyjaciela: roztapiający się zwolna księżyc wesoło-obojętny.

Usta są wiecznie młode: usta, gdy całują.

Pożytek przedmiotów. Ach, lasko, sąsiedzie u boku przechodnia: dzielisz z nim ciężar świata!

Neo-romantyzm. W jasno-oświetlonym pokoju dźwięki dzwonów krakowskich.

W żółtem oświetleniu burzy pierścień nieba: serca jedwabne, zioła szalone.

Mózg i płeć: wylęgarnia aniołów, zakład położniczy nadprzyrodzoności.

Godzina duchów. Radio zmącone: szczekanie upiorów.

Dom warjatów. Czaszka namydlona do golenia, jak wielka głowa cukru.

W dedykacjach utworów — gdy się je czyta, dawno przebrzmiałe, po dziesiątkach lat — jest niewiędnący blask życia; rozkładasz ręce, by uchwycić to światło, przesiane przez smugi czasu.

Dławiący zbutwiały zapach czytelń: jakgdyby rozkładały się same litery.

Rękawice gumowe, odłupane doniczki, gipsowy Dante, wypełzłe włosy peruk, dandys z okiem, jak okno ślepe, zaklejonem plastrem, oczy starców wpadnięte, zaropiałe, różowe, jak źrenice trupa: idylla! sentymentalizm straszności!

Symbol z przed lat trzydziestu: pyjama ze zwisającemi rękawami udaje umierającego pajaca; słowik w koszu od papierów; dusze w spluwaczce.

Groźna dobroć. Ciężki chód ludzi spracowanych; głos ich: dobroduszność i groźba.

Skromne szczęście. Kiełbasy w witrynie; przechodzień do kochanki z radosnym uśmiechem: patrz!

Śmierć prymitywna. Zjeżdża z czwartego piętra windą: dwadzieścia sekund; na dole nie powstaje z ławki: sztywny, uśmiechnięty trup, wpółprzechylony, jakby zasnął...

Śmierć groteskowa: człowiek w wannie — wokół pożar.

Ondulacja. Marja Stuart przed lustrem fryzjera; o, jak wolno ścinają jej głowę!

Lampa. Własny twój cień na ścianie. Boisz się śmierci!

Natchnienie. Wicher dmący przez pustą ulicę.

koniec



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.