Przemiany (Prus)/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XV.

Na drugi dzień Józef obudził się niewyspany, ociężały, rozdrażniony. Zirytowała go bezdennie spokojna twarz Łoskiego, który leżąc, studjował, bodaj czy już nie od wschodu słońca, stare dokumenty, zapewne rodziny Turzyńskich. Chłopak nie dopił kawy, którą jak zwykle przyniesiono im do pokoju, i szybko ubrawszy się, wybiegł do parku.
Ranek był jasny i chłodnawy. Na czystem niebie stało kilka białych obłoków, przypominających jagnięta: na klombach i trawnikach iskrzyły się i grały wszystkiemi barwami gęste krople rosy; park śpiewał. Ale cuda natury nie uspokoiły Józefa; przeciwnie, zbudziły w nim tęsknotę, od której, zdaje się, niema ucieczki, chyba do grobu.
Źle było mu w pokoju z Łoskim, źle w parku. Przez chwilę pomyślał: możeby wrócić do Kamienia?... ale aż otrząsnął się na wspomnienie lekcyj z braćmi, facjatki, w której mieszkał, pól i lasu, które przedeptał. Może do Warszawy? Poco? Ażeby matka spostrzegła, że wyjechał od niej wesoły, a wraca smutny? Może odnaleźć Stasia i Andrzeja Turzyńskich, pójść z nimi do strzelnicy, albo konno pojechać na spacer? A niechże Bóg broni! Czuł już nietylko obawę przed ludźmi, ale wstręt do ich towarzystwa.
„Czy nie grozi mi melancholja? — pomyślał ze strachem. — Takie smutki bezprzedmiotowe!...“ — Lecz ta właśnie uwaga oprzytomniła go i począł się zastanawiać:
„Oczywiście jest mi tu obco; nie zżyłem się z miejscem, ani z ludźmi; Łoski dla mnie za chłodny, pomimo rozumu i uczciwości, Staś jest warchoł i paniczyk, Andrzej nudny, Pomorski wyjechał... Doktór Płótnicki — nie wiem, pesymista, czy drwił ze mnie wczoraj? Permski jest dziwny: umie tylko rozbudzać gniewy przeciwko wielkim panom, ale nie potrafi ukoić człowieka stęsknionego, sam zresztą nie wiem za czem!...
Po wielogodzinnem wałęsaniu się i odpoczywaniu na ławach, Józef wrócił z parku na dziedziniec, a zbliżywszy się do sadzawki, uczuł, że chyba zapłacze, pod wpływem perlistego szmeru fontanny. Nagle skamieniał: spojrzawszy bowiem w otwarte okno Zosi, zobaczył — bukiet!
Tęsknota znikła, niby czarna błyskawica, a jej miejsce zajęła gorączkowa ciekawość i szarpiący niepokój. Bukiet w oknie znaczy, że Zosia wyszła i że chce go zobaczyć. Ale gdzie jest? Nie na dziedzińcu, więc chyba w parku. Przecież dopiero co tam był? Tak, był, lecz na drogach najmniej uczęszczanych.
Chciał pobiec pędem, ale pohamował się, z obawy skompromitowania panienki. Więc szedł — zdawało mu się — wolno i w parę minut znalazł się w alei głównej, na której drugim końcu zobaczył pannę Sobolewską z doktorem Płótnickim, a o kilkanaście kroków przed nimi — Zosię z bukiecikiem kwiatów polnych.
Gdyby mu nawet śmiercią zagrożono, nie potrafiłby powiedzieć, w jaki sposób dosięgnął owego miejsca, jak przywitał się z osobami starszemi i jak znalazł się przy Zosi. Na szczęście starsi byli zajęci sobą: panna Krystyna zdawała się być wzruszona, a doktór tak zapatrzony w nią, że bodaj czy zauważył obecność Józefa.
Chłopak oprzytomniał, usłyszawszy głos Zosi:
— Widzi pan tych dwoje? — spytała Zosia tonem wyższości, wskazując oczyma na doktora i pannę Krystynę. — Ludzie zakochani są ogromnie zabawni!
— Pani nigdy nie znajdzie się w tem położeniu? — półgłosem odpowiedział Józef.
— Za kogóż mnie pan uważa? — odparła Zosia. — Kto, ale chyba pan, powinienby już wiedzieć, że jestem kobietą nową... Ale mniejsza o nich. Bardzo dziękuję, że pan przyszedł, bo mam dużo do opowiedzenia.
— Jestem szczęśliwy... — zaczął Józef; ale spostrzegłszy, że Zosia wzruszyła ramionami, zamilknął.
— Niech pan sobie wyobrazi, ile kłopotu narobił mi ten bukiet, który miał stać w oknie.
— Czy kto słyszał?
— Nikt niczego nie słyszał, ale ja miałam skrupuły. Naprzód, czy stosownie zrobiłam, powierzając panu moje troski...
— Ależ jestem najszczęśliwszy...
— Właśnie tak sobie powiedziałam, że pan jest dobrym człowiekiem, który lubi sprawiać ulgę bliźnim.
— No, nie każdemu!
— Z pewnością każdemu — mówiła Zosia tonem osoby bardzo dojrzałej i doświadczonej. — Pan siebie jeszcze nie zna!
— Ależ...
Panienka z politowaniem znowu wzruszyła ramionami.
— Powtóre, bałam się, że pan może nie zauważyć bukietu. Tak łatwo się zapomina...
— O, proszę pani!...
— Albo, że wczoraj upatrywał go pan i nie znalazł, więc mógł pomyśleć, że ja zmieniłam zamiar. Ale ja moich postanowień nigdy nie cofam.
— Czy da pani wiarę, że wczoraj naprawdę przez cały dzień upatrywałem bukietu, a dziś od rana opanował mnie taki niepokój, takie przeczucia...
— Przeczuciom nie trzeba zanadto wierzyć — mówiła Zosia tonem banalnie profesorskim.
Józef pomyślał, że jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się słyszeć tak mądrych i głębokich poglądów.
— A teraz — ciągnęła Zosia — powiem panu, stosownie do naszej umowy, dwie nowe tajemnice: jedną smutną, drugą — nie wiem, jak panu powiedzieć — chyba... dziwną.
— Już zgóry obie mnie obchodzą.
— Ale, panie, nikomu ani słówka! Chociaż, poco ja to ciągle powtarzam, skoro wiem, że pan nikomu i nigdy nie zdradziłby moich tajemnic?
— Wolałbym życie stracić, mówię to pod słowem honoru! — szepnął Józef.
— O, aż tak, to nie! — odparła Zosia stanowczo. — W razie najmniejszego niebezpieczeństwa dla pana, raz na zawsze upoważniam, a nawet proszę, ażeby pan wszystko powiedział. Przyrzeka mi pan?... Ja nie chcę — słyszy pan? — ja nie chcę, ażeby z mojej winy narażał się pan, nietylko na niebezpieczeństwo, ale nawet na przykrość.
— Słucham panią dalej — rzekł Józef.
— Zresztą o tem jeszcze pogadamy, a teraz... Czy pan wie — mówiła, zniżając głos — pokazało się, iż tatuś ma daleko więcej długów, aniżeli przypuszczał sam?
— Pan sędzia musiał o nich zapomnieć? — wtrącił Józef.
— Ale gdzieżby znowu! — przerwała Zosia. — Kto zaciąga długi, powinien, ma obowiązek pamiętać o nich, a tem bardziej mój tatuś, on, taki pełen honoru. O, tatuś nie zapomniał, ale nie wiedział o ich istnieniu.
Józef spojrzał na nią, trochę zdziwiony wykrzyknikiem, a jeszcze bardziej wyrazem jej fizjognomji. Istotnie Zosia jakby zmieniła się w ciągu paru minut: oczy pociemniały, na twarzyczkę padł cień.
„Oczywiście — myślał Józef — pan sędzia zaciągał długi, rzucał weksle na prawo i na lewo, więc nie zna ich wysokości.“ — Ale głośno wypowiedzieć tego nie miał odwagi.
Tymczasem Zosia mówiła dalej:
— Tatuś musi mieć jakiegoś nieprzyjaciela, który wypuszcza weksle fałszywe z jego nazwiskiem.
— No, jeżeli fałszywe, to pan sędzia nie będzie ich płacił — odezwał się Józef.
Zosia spojrzała na niego surowo.
— Tak może myśleć — rzekła — człowiek, który wcale nie zna tatusia. Nie płacić!... łatwo to się mówi; ale cóż winni biedni wierzyciele, jeżeli ich oszukano zapomocą nazwiska Turzyńskiego?... Tatuś przecie musi bronić honoru nazwiska, nie pozwoli, ażeby włóczono je po sądach.
Józef zdumiał się nad taką szlachetnością poglądów; czuł jednak, że one nie są praktyczne. Nie wydawało mu się też, aby pan Turzyński był zanadto pochopny do płacenia weksli fałszywych. Chyba, że ktoś z rodziny...
— Pani nie domyśla się, ktoby to mógł zrobić?
— Kto? najprędzej Żydzi, którzy znają podpis tatusia.
Józef odetchnął, przed chwilą bowiem przeleciała mu przez głowę myśl o Stasiu. Ale, naturalnie, Staś nie dopuściłby się niczego podobnego!
— Skąd jednak państwo dowiedzieli się? — zapytał.
— Tatuś miał list od pana Byvatakyego, który nawet w tej sprawie dziś przyjeżdża do nas. Pan Byvataky — wielki adwokat. Wie pan, ojciec przyjaciela naszego Staśka.
— Jeżeli suma duża, to nieszczęście! — szepnął Józef.
— Bardzo duża. Ale wie pan, co jest w tem najgorszego? — ciągnęła Zosia, a w jej oczach zaszkliły się łzy. — Ach, poco ja to mówię!... Ale komuż powiem? Najgorsze to, że wszystkie długi tatusia chce spłacić nasz kuzyn, Kajetanowicz.
— Słyszałem, że to bardzo bogaty człowiek.
— Niechaj nim będzie, ale niech nie miesza się do naszych kłopotów! To też gdyby nie pewność, że odzyskamy Turzyce, byłabym w rozpaczy. Pierwszym obowiązkiem, po odebraniu naszego majątku, będzie spłacić kuzyna, choćby nam nic nie zostało, choćbym miała pójść w służbę.
— Pani nie potrzebuje... — rzekł Józef. Chciał powiedzieć: „Pani nie potrzebuje lękać się o swoją przyszłość,“ ale pohamował nadmiernie rozkołysany zapał.
— Nie potrzebuję! — powtórzyła Zosia, wstrząsając głową i uśmiechając się smutno. — Mówmy lepiej o rzeczach weselszych. Ach, jakie to niepotrzebne, jakie to niewłaściwe, że ja panu powierzam przykre tajemnice! Czy pan wie, że Paulinka Klęska już nie wyjedzie od nas, a przynajmniej nie zaraz? I wie pan dlaczego? Hrabia Kajetanowicz zauważył, że ma istotnie piękny głos, i tak wpłynął na ciocię Dorohuską, że ona — słyszy pan? — ciocia Dorohuska chce Paulinkę wysłać do Lampertiego, na naukę śpiewu.
— Pokazuje się, że pani Dorohuska jest bardzo dobrą osobą — odpowiedział Józef.
Zosia ruszyła ramionami.
— To nie dobroć, to ambicja! Ponieważ hrabia zna się na muzyce, więc ciocia myśli, że Paulinka zostanie wielką artystką. No, a rozumie pan, że jest to duża przyjemność wykształcić na swój koszt wielką artystkę! Biedny nasz kuzynek!
— Hrabia? A cóż jemu za bieda?
— Jestem pewna, że zakocha się w Paulince.
— Skądże znowu?
— O, ja miewam trafne przeczucia — mówiła Zosia. — Ile razy tatuś ma dostać migreny, zawsze przeczuję to, zgóry na kilka godzin.
— Migrena... miłość! — powtórzył Józef, uśmiechając się. — Zakochał się, to i dobrze. Pobiorą się i będą szczęśliwi. Innym podobny zamiar nie udałby się tak łatwo.
— Jakim innym? — spytała ostro Zosia, zatrzymując się w alei.
— No, naprzykład, gdyby pan Łoski zakochał się w pannie Sobolewskiej. Oboje biedni, prawie nie mogliby się pobrać.
— Ach, to chodzi o pana Łoskiego?... Zapewniam pana, że Kajetanowiczowi nieskończenie byłoby trudniej ożenić się z Paulinką.
— Takiemu magnatowi?
— Właśnie dlatego. Sfery arystokratyczne nie lubią, ażeby ich zbiorowy majątek spływał gdzieś na dół i — znikał, przynajmniej dla nich. Panna Krystyna dobrze wyjaśniła mi tę sprawę.
Józef zarumienił się i zbladł. Burza uczuć i myśli uderzyła mu do głowy. Chciał coś powiedzieć, zawahał się i po chwili rzekł niepewnym głosem:
— A gdyby naprzykład Staś, brat pani, zakochał się w panience niearystokratycznego pochodzenia, czy także nie miałby prawa ożenić się z nią?
Zosia machnęła ręką.
— Staś? — powtórzyła. — Stasiowi wszystko wolno, bo my już dziś nie jesteśmy... dawnymi Turzyńskimi.
Głos jej załamał się; spuściła oczy i zamilkła.
„Ona jednak bardzo żałuje tej swojej sfery!“ — pomyślał Józef, czując ściśnięcie serca. A głośno zapytał:
— Ale gdy państwo odzyskacie Turzyce, czy i wówczas Staś będzie wolny?
— To zależy od niego, choć wiem, że ciocia Dorohuska nigdy nie przebaczyłaby mezaljansu — odparła Zosia. — Ach, panie Trawiński, obowiązek względem nazwiska bywa niekiedy bardzo ciężki, a jednak... trzeba go spełnić!...
Mówiła, jak osoba dorosła, znająca świat i życie; mówiła wyraźnie i melodyjnie, jakgdyby z jej ust szlachetnych sypały się perły na tacę złotą. A każda z tych pereł uderzała — prosto w serce Józefa. Bladł i czerwienił się, oczy zasłaniał mu jakiś cień. Wreszcie rzekł głosem stłumionym:
— Czasami ciężkie chwile spadają na człowieka... Czasem chciałby nie patrzeć, nie słuchać, nie myśleć, nie czuć, ale zapaść pod ziemię, gdzieś tak głęboko, ażeby nawet jego prochy nigdy... nigdy nie wydobyły się na słońce...
— Skądże takie rozpaczliwe poglądy? — spytała zdziwiona Zosia.
W tej chwili odezwał się głos, tuż za nimi:
— Zosieńko, wracamy do domu. Dowidzenia! — rzekła w dalszym ciągu panna Sobolewska, z uśmiechem podając rękę Płótnickiemu, którą chciał pocałować. Ale panna Krystyna cofnęła się, mocno zarumieniona.
Zosia i nauczycielka poszły ku pałacowi, Józef stał w miejscu, bez ruchu.
— No, kolego! — zawołał wesoło Płótnicki — to i my chyba wracajmy do siebie. Prawda, jaki cudny dzień? Niekiedy zdaje się człowiekowi, że już opuścił ziemię i znajduje się gdzieś, niby w przysionku raju, co?... Kolega musiał tego doświadczyć po trudnym egzaminie, co? Gdybym miał czas, zaproponowałbym koledze jakiś wściekły spacer łódką, wiorstę... dwie wiorsty... aż do utraty sił, ażeby nie oszaleć z radości... Takie bywają piękne dnie, na wsi, podczas lata. Kolega nie zauważył tego?
— Ale bywają i takie przykre — odparł bezdźwięcznym głosem Józef — że człowiek chciałby sobie głowę rozbić o drzewo...
— Ech, faramuszki! Koledze daleko do podobnych desperacyj. W naszym wieku życie jeszcze pali się, świat pływa w oceanie blasków, zapachów, kolorów, muzyki. W takich chwilach czuje się wieczność, chociaż jej niema...
Ujął rękę Józefa, potrząsnął kilka razy i szerokim krokiem poszedł ku bramie parku.
Józef machinalnie przypatrywał się drzewom i marzył:
„Cóżto za arystokratka! Wylazło szydło z torby... Ona potrzebuje przed kimś zwierzać się, i... mnie wybrała!... Rozumie się, że stary sam narobił długów, sam zapomniał o nich, a córka uważa go za ofiarę... Oto jest dziwny rodzaj ludzi!...“
Bieg myśli przerwał się, lecz po chwili znowu zaczął płynąć:
„A gdyby tak pójść do strzelnicy ze Stasiem i Andrzejem i... niechcący... palnąć sobie w łeb?... Z jakiem zajęciem doktór oglądałby trupa „kolegi.“ Wszyscy zachodziliby w głowę, tylko ona może odgadłaby, że to... Pan hrabia miałby głupią minę, jak zwykle... Staś zapewne błaznowałby, ale ona... Prawie widzę, jak Łoski mdleje z przerażenia... A matka?...“
Na wspomnienie matki, otrzeźwiał.
— Nie, jasna panienko — mówił — ja nie zabiję się dla ciebie!... Będę żył i będę pracował nad tem, ażeby wasze wielkie fortuny spłynęły gdzieś na dół, do tych, którym brakuje chleba...
Płótnicki był szczerze przywiązany do Kajetanowicza, pomimo jego niezwykłych dziwactw. Naprzód bowiem hrabia zapewnił doktorowi doskonałe utrzymanie, powtóre, bez względu na histeryczne niekiedy wybryki, Kajetanowicz był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem.
Doktór od rana nie widział swego pacjenta, a miał o nim od Karola wiadomości niepokojące. Po śniadaniu pan hrabia długo spacerował w parku z panną Klęską i wrócił do siebie mocno podniecony. Później — naradzał się przez parę godzin z panią Dorohuską i panem Turzyńskim; po tej zaś konferencji przyszedł do mieszkania zły jak djabeł. Dość powiedzieć, że Karola nazwał „panem“ i szturchnął go w plecy butelką wody kolońskiej. Potem Karolowi kazał wynosić się z pokoju i został sam, z miną samobójcy.
O wszystkiem Karol zaraportował panu doktorowi jeszcze przed godziną. Ale ponieważ Płótnicki, w tym właśnie czasie, dokonał bardzo poważnego aktu, więc nie zaraz poszedł do pacjenta. Dopiero, pożegnawszy się z panną Sobolewską i wypowiedziawszy Józefowi kilka optymistycznych poglądów na życie, dopiero teraz przypomniał sobie hrabiego i doznał wyrzutów sumienia.
„Jest rozdrażniony, a nie wzywał mnie? — myślał doktór. — Musi być znowu chory!... Ha, idźmy, trzeba chłopa obejrzeć i pocieszyć.“
Wszedłszy do pałacu, na pierwsze piętro, doktór zatrzymał się przede drzwiami pokoju hrabiego, posłuchał... Cisza... Zapukał.
— Proszę wejść! — odpowiedziano bolejącym głosem.
Płótnicki wszedł, spojrzał. Hrabia siedział na kanapie blady, zgnębiony, bez surduta. Oparł łokieć na poręczy, głowę na łokciu i patrzył gdzieś w przestrzeń wzrokiem tak smutnym, że z tygrysiego serca mógł był wycisnąć łzy.
— Widzi pan, co się ze mną dzieje! — rzekł Kajetanowicz, tragicznym ruchem wyciągając rękę dogóry, a następnie wskazując na okolicę serca.
— Oho, już coś nowego! — zawołał doktór.
— Pan bo zawsze musi kogoś posądzać — odparł kwaśno hrabia. — Za kogoż mnie pan wreszcie uważa?
Ale widząc, że doktór wciąż surowo przypatruje mu się i milczy, dodał:
— Wlazła tu jakaś pokojówczyna... W każdym razie niech pan z łaski swej zbada mój puls.
Doktór ujął go za rękę, wydobył zegarek i patrząc na skazówkę sekundnika, mruczał:
— Chce żenić się z kuzynką... Myśli na swój koszt edukować przyszłą artystkę i — przyjmuje wizyty pokojówek!...
Hrabia siedział pokorny i smutnie kiwając głową, szepnął:
— Bardzo zły puls?
— Wcale nie zły! — warknął doktór. — Ale jeżeli hrabia nareszcie nie pohamuje się, za nic nie ręczę. Tu... tu jest źródło rozmaitych dziwactw i fobij, zwracających uwagę ludzką.
— Jakich dziwactw? — pytał cieniutkim głosem hrabia. — Nawet robotę pończochy zarzuciłem... Będę teraz więcej grywał na fortepianie.
— Jako akompanjator?
— A pan skąd wie?
— Przecie znam pana hrabiego nie od dzisiaj!... Cóż, lepiej?
— Cokolwieczek, ale bardzo mało. Nogi mi drżą.
— Gdzie znowu?... Nic nie widzę.
— Drżą wewnętrznie, wie pan?... Jakby tu określić?...
— Nic nie drży i serce w porządku. Siedemdziesiąt sześć.
— Czy podobna?... Więc ja nie jestem ciężko chory?
— Po dziesięciotysięczny raz mówię, że pan wcale nie jest chory — odpowiedział doktór. — Chociaż nie myślę ukrywać, że marnuje pan siły i życie.
— Czy pan nie wie, jak słabym tworem jest człowiek? — westchnął hrabia. — Przecież nawet święci...
— No, ale możeby się pan hrabia przeszedł po pokoju?... Możeby wykonał parę ruchów gimnastycznych?
— A nie zaszkodzi? — błagalnym tonem spytał Kajetanowicz. I nie czekając odpowiedzi, szybko wybiegł na środek pokoju, wyciągnął ręce, rozsunął je, podniósł dogóry, zniżył. Następnie ujął się pod boki i tułowiem zaczął poruszać: naprzód, wtył, na prawo, na lewo. Po kilkuminutowych ćwiczeniach twarz wypogodziła się i hrabia usiadł na fotelu, głęboko oddychając.
— Pan jest cudotwórca! — zawołał. — Założę się, że gdybym nawet umarł, wskrzesiłby mnie pan. Coprawda, nie na długo! — westchnął smutnie.
Po chwili zaczął znowu jękliwym głosem:
— Ale jakie szczęście, że nie zobowiązałem się do tego stypendjum...
— Jakiego stypendjum? — wtrącił zdziwiony doktór.
— A dla tego chłopca... tego Sobolewskiego, czy jak mu tam?...
— Jakiego Sobolewskiego? — spytał już podrażniony doktór. — Panna Sobolewska jest moją narzeczoną...
— Ach, ta pani?... nauczycielka mojej kuzynki? — zawołał hrabia, zrywając się. — Więc to już?... Serdecznie winszuję! Dom, ogród, kareta, ile razy pani zechce wyjechać. A pierwszego syna ja trzymam do chrztu...
— Bardzo, ale to bardzo dziękuję panu hrabiemu, o którego łaskawych względach nigdy nie wątpiłem — odparł lekarz, kłaniając się i ściskając wyciągniętą rękę hrabiego. — Ale o jakiem to stypendjum wspomniał pan?
— Nie, nie... to nic, nic!... Ja tylko nadmieniłem, iż dobrze się stało, żem nie obiecał dać stypendjum temu chłopcu stajennemu.
— Jakto? — zdziwił się Płótnicki. — Wobec ludzi do niczego nie zobowiązywał się pan hrabia, ale wobec siebie. A to przecie ważniejsze nawet od piśmiennych dokumentów.
— Wobec siebie?... Nic nie pamiętam! Musiało to być coś bliżej nieokreślonego.
— O, przepraszam, panie hrabio! — zawołał doktór. — Człowiek niezwykle szlachetny, jak pan, nie może cofać swoich postanowień, szczególniej gdy idzie o czyjąś przyszłość... Protestuję w imieniu tego hrabiego Kajetanowicza, którego miałem zaszczyt poznać nietylko ciało, ale i duszę...
— Podobno wcale niema duszy! — szepnął hrabia. — Przynajmniej tak mówią farmazoni... Czy doktór jest pewny, że ja postanowiłem coś w rodzaju stypendjum?
— Postanowił pan dawać chłopcu czterysta rubli rocznie, przez pięć lat, na edukację. Chłopak istotnie dobry i zdolny, poznałem go dzisiaj.
— Czy choć aby szlachcic?
— Może być! — odpowiedział doktór. — W Klejnocie, jak panu hrabiemu wiadomo, nietrudno o szlacheckie potomstwo.
— Zaraz tyle wymówek! — szepnął Kajetanowicz. — A ja taki chory!
— Ciągle chory? — spytał Płótnicki. Wydobył pugilares, z niego malutki flakonik kryształowy, w którym znajdowały się pigułki nie większe od ziarek prosa. Doktór odetkał korek i rzekł:
— Niech-no pan hrabia, z łaski swej, wyciągnie rękę.
Twarz hrabiego zajaśniała najpiękniejszemi blaskami radości.
— Lekarstwo? — zapytał ze słodkim uśmiechem. — Homeopatja?
— Nie homeopatja. Pigułki małe, ponieważ zawierają silny narkotyk. Po upływie kilku minut nie pozna się pan hrabia.
— Co?... tylko dwie pigułeczki, takie malutkie? — zawołał hrabia, połykając dwa białe ziarnka. — Słodkie?... Czy to ich smak naturalny?... Niech-no mi pan da jeszcze...
— Ani jednej! Chciałbym panu hrabiemu w taki sposób wydzielać je, ażeby i za dziesięć lat jeszcze wystarczały do uspokojenia go dwie, trzy pigułki naraz.
— A co to za narkotyk? — pytał hrabia ciekawie.
— Przepraszam, ale tego nie powiem. Gdy mi jednak pan hrabia da dymisję, zostawię memu następcy receptę i wskażę fabrykanta. Pan pigułek nie będzie miał w rękach; pacjentom nie daje się takich środków.
Hrabia miał minę dziecka, które zabiera się do płaczu.
— Doktór mści się — rzekł — za tego... za tego niby stypendystę.
— Poco miałbym się mścić? Przecie pan hrabia ostatecznie zadecydował, że chłopak otrzyma dwa tysiące rubli w pięciu ratach rocznych...
Kajetanowicz krzywił się i targał włosy.
— Dwa tysiące rubli — mówił — bagatela!... Pan chyba nie wie, w jakiem ja strasznem jestem położeniu? Musimy oszczędzać, jeżeli Turzyce mają być wykupione i sprawy Klejnotu uregulowane. Turzyce chaos!... Klejnot drugi chaos!... A tymczasem Klejnot od trzech wieków jest w posiadaniu naszych rodzin, a w Turzycach są nawet groby! Tam przecie leży wojewoda Joachim i biskup Marcin Kajetanowicz... Takich pamiątek nie zostawia się w rękach aferzysty... I właśnie w podobnej chwili każe mi pan płacić stypendja! Dwa tysiące rubli!
— Na pięć lat — wtrącił Płótnicki. — Artystka może kosztować w ciągu jednego miesiąca więcej... — dodał, uśmiechając się.
— Cicho, na miłość boską! — szepnął hrabia. — Co też pan wygaduje o kobiecie!... o młodej, niewinnej panience?... Ja nie wiem, czy na siebie wydaję dwa tysiące rubli miesięcznie...
— Ale nie na siebie, w marcu, wydał pan hrabia trzydzieści...
— Cicho!... cicho!... — szeptał przerażony hrabia, choć było widoczne, że zdradzanie podobnych tajemnic nie robi mu wielkiej przykrości. — Skąd pan wie o tych plotkach?
— Cała Warszawa wie.
— Straszna rzecz! — jęczał Kajetanowicz, chwytając się za głowę. — I kto takie bajdy rozpuszcza?... Więc teraz panu powiem szczerze. Może być, że Borosio, na skutek jakiejś mojej niewyraźnej wzmianki, udzielił trzydziestu tysięcy rubli... choćby nawet bezprocentowej pożyczki, ale zapewniam... zapewniam pana, że nie miałem za to nic, ale to nic!... To był stosunek idealny... poprostu — dług wdzięczności... Bo uważa pan, jeden z przodków tej damy jednemu z moich oddał jakąś wielką usługę... Więc — pojmuje pan?...
— Nie robi pan hrabia dobrych interesów.
— Co pan chce? Kobieta to kanarek oswojony. Siada na ramieniu, nawet na głowie, dotyka nas ślicznym dzióbkiem, ale gdy zechcesz wziąć ją w rękę... furrr!... i już niema ptaszka... Ale wie pan, że te pigułki znakomicie mi zrobiły. Czuję się zupełnie rzeźkim!
— Jeden więcej dowód, jakie pan ma żelazne zdrowie — odpowiedział doktór. — I gdyby nie kobiety...
— Kochany, drogi doktorze — mówił hrabia, składając ręce — co pan ma do tych nieszczęśliwych kobiet? zaco pan je tak nienawidzi? Przecie niech pan tylko pomyśli: czem byłby świat bez nich?... Park w Kajetanowicach, zresztą i w Klejnocie, ładny, prawda? Ale co byłby wart, gdyby pod jego drzewami od czasu do czasu nie ukazała się obłoczna postać kobiety?... Muzyka — piękna rzecz, kwiaty — także miłe; kto jednak zwróciłby na nie uwagę, gdyby nie interesowały kobiet? Niech pan wyobrazi sobie najcudniejszą noc księżycową bez kobiety? A kto wsłuchiwałby się w ciszę letnią, gdyby wśród niej nie rozległ się czasami niebiański śmiech kobiety?... No, niech pan sam powie?... Drogie tkaniny, stylowe sprzęty, perły, brylanty, jakież miałyby znaczenie bez kobiet?
— Wszystko to jest prawdziwe i byłoby dobre, gdyby pan hrabia więcej panował nad sobą — mówił doktór. — Przecie to nawet grzech, z pańskiego stanowiska, jako dobrego katolika.
Kajetanowicz zrobił pobożną minę.
— Proszę pana, przecież święci, nawet najwięksi, grzeszyli po siedem razy na dzień... Więc cóż ma robić człowiek zwyczajny?
Hrabia zamyślił się i po chwili dodał z westchnieniem:
— Chciałbym być chociaż niewielkim świętym!
Bywały odezwania się, o których Płótnicki nigdy nie wiedział, czy hrabia wypowiada je przez jakąś chorobliwą naiwność, czy przez głęboko ukrytą ironję.
W tej chwili na dziedzińcu zrobił się ruch; hrabia pobiegł do okna, wyjrzał i zobaczył gromadkę służby, kręcącej się około podjazdu.
— Zdaje się — mówił hrabia — że jedzie pan Byvataky. Dzielny adwokat i niezwykle uprzejmy człowiek. Grzeczność leje się z niego, jak mleko z wymion, i nawet nie potrzeba doić. Komu to on się kłania? Aha, stróżowi i dwom ogrodniczkom. Istotnie przed pałac zajechał powóz, z którego wyskoczył naprzód młody Byvataky w jedwabnym kitlu, a następnie tęgi, szpakowaty pan, również w kitlu. Pan miał twarz starannie wygoloną i trzymał w ręce kapelusz, który w połowie dziedzińca zdjął z głowy. Oczywiście przed pałacem musiał na niego ktoś czekać.
— Biedny mój kuzyn! — mruknął hrabia — zamiast wysłać Radcewicza, sam przyjmuje adwokatów... A wcale nie będzie go to taniej kosztowało.
— Pan hrabia dziś niezwykle złośliwy! — uśmiechnął się Płótnicki.
— To pańskie lekarstwo tak mnie usposobiło, gdyż względem pana Byvatakyego nie mam powodu być złośliwym. Owszem, nawet go lubię. Człowiek to gładki jak kula bilardowa; nigdy mi nie grozi, nie straszy... Nie przemawia do mnie zły i zmarszczony: dawaj, drabie, pieniędzy na cele patrjotyczne, albo filantropijne, za to, że cię Pan Bóg skarał majątkiem i tytułem!
— Czy to niby ja mam w taki sposób przemawiać? — spytał nieco zmieszany doktór.
— Ale gdzież znowu! — zawołał Kajetanowicz, ściskając go za oba ramiona. — Ja tylko chcę dać panu dowód, że oceniam zalety pana Byvatakyego. To jest naprawdę niepospolity człowiek. Podobno jeszcze żadnej sprawy nie przegrał, choć, jak wiadomo, sprawy bywają dobre i złe. Kuzynka Dorohuska myśli, że on wygra proces z tym... tym... no, z tym, co to zagarnął Turzyce...
— Słyszałem, że nazywa się Nieznany — wtrącił Płótnicki.
— Otóż to — ciągnął hrabia podniecony. — Kuzynka jest najpewniejsza, że pan Byvataky wyrzuci na bruk pana Nieznanego, a ja mówię: czekajmy!... zobaczymy!... W każdym razie umiem cenić niezwykłość pana adwokata.
Zwrócił, jakby zaniepokojony, głowę w kierunku drzwi i rzekł:
— Żeby on nie chciał teraz złożyć mi wizyty?...
Gdy jednak z przed pałacu powóz odjechał i służba zniknęła, a na korytarzu było cicho, Kajetanowicz ciągnął dalej, tonem naiwnym:
— Mówię, że lubię pana Byvatakyego. Ten człowiek nigdy się nie narzuca. Gdy jest w pokoju, nawet nie wiem, że jest; gdy wyszedł, nie pamiętam, że był. Ja, po konferencji z nim, tylko mrugnę na Borosia, Borosio zlekka kiwnie głową i — już się rozumiemy. Potem obaj ci panowie odchodzą do kancelarji, tam Borosio spogląda na Byvatakyego, pan Byvataky podnosi dogóry dwa albo trzy palce, bierze dwie albo trzy sturublówki i — basta!
— Takim pan hrabia nie żałuje pieniędzy — wtrącił doktór.
— Proszę pana, ja nie mam powodu żałować, bo o nich nie rozmawiam, a więc i nie myślę. To Borosio niech żałuje, gdyż on załatwia wszelkie rachunki. Zna pan przysłowie: nieszczęście, którego nie widzimy, nie jest nieszczęściem?
We drzwiach ukazał się Karol, cichy jak widziadło.
— Jaśnie pani — rzekł — zapytuje, czy jaśnie pan raczy przyjść?
— Dobrze! dobrze! — przerwał hrabia. — Za chwilkę.
A gdy doktór żegnał go ukłonem, hrabia przymknął lewe oko i po łobuzersku wyrzucił głowę w kierunku drzwi, któremi wyszedł Karol.
— Bę-dą nu-dy! — wyśpiewał. — Nasłucham się wykrzykników: obowiązki obywatelskie!... honor rodziny!... dwakroć sto tysięcy gotówką, a resztę można poręczyć... et caetera...
Podniósł dogóry obie ręce i szeroko ziewnął.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.