Przemiany (Prus)/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Karol, służący hrabiego, rzeczywiście po całym parku szukał lekarza, starannie jednak unikając miejsc, z których dochodziły głosy męskie. Tym sposobem wierny kamerdyner nietylko spełnił obowiązek, ale i trochę się przeszedł. W niebie przebaczą mu te manewry, gdyż hrabia był nudny i przez całą dobę potrzebował czyjegoś towarzystwa, opieki, usług, a choćby tylko rozmowy.
Spostrzegłszy nareszcie Płótnickiego, Karol lekko uchylił miękkiego kapelusza i rzekł, krygując się, a w przesadny sposób wymawiając wyrazy:
— Pan hrabia życzy sobie widzieć pana doktora, ponieważ czuje się niedysponowany.
— No, przecież obiad mu nie zaszkodził?
— Obiad nie sądzę, ale pan hrabia nieco konwersował z panienkami — cedził, uśmiechając się, Karol.
— Dobrze! — przerwał lekarz. — Teraz Karol może się przejść, ale w ciągu godziny proszę być zpowrotem.
Karol znowu skłonił się w sposób życzliwie poufały i zawrócił w głąb parku. Gdy zaś, obejrzawszy się, sprawdził, że nie widać Płótnickiego, wyjął z kieszeni rękawiczki, z których tylko jedną włożył a drugą zatrzymał w ręku, następnie wydobył z kamizelki binokle i wsadził je na nos. Potem założył ręce za plecy, trochę zgarbił się, pochylił głowę na prawo i przypatrując się drzewom, cedził:
— Wcale ładna rezydencja... zaczyna mi się podobać...
A ponieważ miał bladą twarz, małą bródkę i blond wąsiki jak hrabia, więc zdaleka można go było wziąć za Kajetanowicza, którego ciągle i na wszelki sposób udawał, rozumie się w sekrecie. Bardzo jednakże lubił, jeżeli kucharz, który z lokajów, albo stangret powiedział mu:
— Psiakrew! myślałem, że stary idzie... Pan Karol to taki podobny do hrabiego, jak mój kasztan licowy do dyszlowego. Rodzona matka mogłaby się omylić.
A pan Karol pobłażliwie uśmiechnął się i odpowiedział:
— I... i... i!... przesadza pan Grzegorz. Z fizjognomji tośmy tam niebardzo tego... tylko z manier.
Kiedy doktór wszedł do pokoju Kajetanowicza, hrabia napół rozebrany leżał na szezlongu, pod kołdrą sławucką i chwilami otrząsał się.
— Oho! już hrabia leży, zamiast się przejść po obiedzie? — zawołał Płótnicki.
— Właśnie, że przechodziłem się i to mi zaszkodziło. Niech też doktor, z łaski swej, trochę mnie zbada.
— W celu przekonania się, że hrabia jest zdrów jak lew?
— Bodajby tak było, ale nie jest... Mam lekkie dreszczyki... Tu musi być wilgoć w pałacu.
— Ani śladu wilgoci.
— Doprawdy? Ale puls mam okropny! Aż boję się sprawdzić.
— Pozwoli pan hrabia, że ja będę ryzykowniejszy — mówił lekarz, siadając na fotelu obok szezlonga. Ujął chorego za rękę, wydobył zegarek, puścił w ruch sekundnik i liczył. Kajetanowicz patrzył na niego jak na kochankę.
— Okropność! — zawołał Płótnicki.
— A nie mówiłem?... Czy mogę zapytać, ile...
— Aż siedemdziesiąt osiem!...
— E... kiedy bo żartuje doktór.
— Niech pan hrabia sam sprawdzi.
— To wcale nie byłby zły puls.
— Naturalnie. Szczególniej po obiedzie.
— Ale skąd te dziwne wrażenia?
— Będzie pan je miewał dopóty, dopóki nie powie sobie, że to są wszystko omany, których trzeba się pozbyć i — można się pozbyć.
— Kochany doktór! — zawołał Kajetanowicz, mocno ściskając go za rękę. — Pan ma jakiś czarodziejski sposób uspokajania mnie. Mówi: nic!... i ja jestem zdrów w jednej chwili.
— Ponieważ i przed chwilą był pan zdrów.
— Jednakże — mówił hrabia. — A gdyby leciutki masażyk?
— O, na takie lekarstwo zawsze zgoda. Masaż nawet atletom robi dobrze.
— Kochany, złoty doktór... Karolu!... Pewnie go niema.
— Naco hrabiemu Karol? Ja sam zrobię panu masaż.
Kajetanowicz wlepił w niego oczy niespokojne.
— A widzi doktór, że ze mną musi być źle, jeżeli pan sam chce mnie masować?
Płótnicki zerwał się z fotelu.
— Coto jest u licha! — krzyknął, zaciskając pięści. — Kiedy mówię hrabiemu, że wszystko jest w porządku, to jest. Ja, dla pańskiej przyjemności, nie myślę robić z gęby ścierki... I jak mi pan jeszcze raz tak odpowie, słowo honoru daję, że wyjadę...
Po grubjańskiem odezwaniu się doktora, na twarzy Kajetanowicza wykwitnął słodki uśmiech. Pacjent uniósł się na szezlongu, porwał obie ręce lekarza i, trzęsąc niemi, mówił:
— Drogi, kochany!... Jak on się ślicznie gniewa! Przecie pan rozumie, że ja mówię w taki sposób tylko dlatego, ażeby z ust pańskich usłyszeć zaprzeczenie. Każde pańskie słowo — dla mnie dogmat...
— Więc dlaczego nie chce pan uznać dogmatu, który mu ciągle powtarzam, że — pan jest zdrów?
— Ja zdrów? Ja? — mówił płaczliwym głosem hrabia. — Ja zdrów? Z temi dreszczykami, z takim pulsem, bezsennością, ze zrujnowanym żołądkiem? Przecie pan wie, że ja parę razy na tydzień konam i gdyby nie pańska obecność...
— Dobrze. A jak mnie zabraknie?
— Pana? — krzyknął hrabia i aż usiadł na szezlongu. — Ależ pan jesteś zbudowany jak słoń. Pan cztery razy będzie na moim pogrzebie!
— Ani myślę czekać na pański pogrzeb! Musiałbym żyć chyba ze sto dwadzieścia lat. No, ale mogę się ożenić, nie mówiąc już, że potrzebuję odświeżyć studja kliniczne.
— A niechże się pan żeni! — zawołał Kajetanowicz. — Żona przykuje pana do miejsca, a w Kajetanowicach będziecie państwo mieli cały dom sześciopokojowy z ogrodem do swojej dyspozycji. O podwyżkę pensji także nie pójdziemy do wójta. Upatrzył pan już kogo?
Doktór lekko zarumienił się, co nie uszło uwagi Kajetanowicza.
— Tylko co do dwu panienek robię zastrzeżenie — ciągnął hrabia, wpatrując się w Płótnickiego. — Po pierwsze, co do mojej kuzynki, panny Zofji Turzyńskiej...
— Proszę! — wtrącił zdziwiony doktór. — A wie pan, że i według mego zdania jest to osoba wymarzona na towarzyszkę dla pana?
— Niech to między nami zostanie — mówił hrabia, podnosząc rękę i szeroko rozstawiając palce — ale dziś powiedziałem sobie: ta, albo żadna!
— Na nieszczęście to jeszcze dziecko.
— Ja mogę poczekać dwa i trzy lata, ponieważ ze wszystkich kobiet i panien ta jedna, chociaż nie żadna piękność, mogłaby być matką moich dzieci. Pan to rozumiesz? — prawił hrabia, pukając palcami w stolik. — Ja jestem stary jubiler i znam się na klejnotach!
— Na pannie Zofji znają się wszyscy, nie wyłączając parobków, którzy ją poczytują nieomal za świętą. Ale — ciągnął z pewnem wahaniem doktór — czy bez niedyskrecji wolno wiedzieć: kto jest ta druga osoba, co do której zrobił pan zastrzeżenie?
Kajetanowicz uśmiechał się złośliwie i świdrował doktora wzrokiem.
— Pan doktór myśli — cedził — że ja podczas obiadu to już nic nie widzę oprócz kurczęcia na talerzu. A ja tymczasem spostrzegłem, że panna, panna... słowem, że nauczycielka panny Zofji Turzyńskiej to osoba bardzo dystyngowana...
— Więc to jest owa druga? — spytał doktór stłumionym głosem i machinalnie podniósł się z fotelu.
Hrabia wciąż się śmiał i wskazującym palcem zaczął grozić doktorowi przed oczyma:
— Ni... ni!... — mówił — ja moim przyjaciołom nie mam zwyczaju wchodzić w drogę. Nauczycielka panny Zofji... Jakże to ona się nazywa?
— Panna Sobolewska.
— A właśnie!... Otóż panna Sobolewska to dla mnie świętość. Ową zaś drugą — chyba nie potrzebuję prosić doktora o dyskrecję?...
— Ja myślę.
— Ową drugą — mówił hrabia zniżonym głosem — jest piękna bruneteczka, kandydatka na śpiewaczkę...
— Aha, panna Klęska? Symboliczne nazwisko! — szepnął doktór.
— Ona ma taki ładny głos i tyle artystycznego zacięcia, że gdyby zażądała, natychmiast dałbym jej stypendjum na wyjazd zagranicę, do Lampertiego. Z tej dzikiej różyczki może wyrosnąć nasza sława.
Doktór odetchnął; skupione rysy wypogodziły się.
— Kosztowna to różyczka! — mruknął. — Dziesiątki tysięcy rubli...
— A mój doktorze — wybuchnął hrabia — któżby myślał o kosztach, gdy chodzi o przysporzenie narodowi genjuszów!
Płótnicki o mało nie zapytał: „A cóż na to powie panna Zofja?“ Lecz w porę powstrzymał się i rzekł:
— Jeżeli pan sobie życzy, możemy przystąpić do masażu.
— Czy ja sobie życzę? — zawołał Kajetanowicz. — Przecie to dla mnie wielkie święto. Wprawdzie Karol pod pańską dyrekcją nauczył się masować i zrobi na tej specjalności karjerę, jeżeli go kiedy wypędzę, ale... zawsze to cham! Pociera, dotyka, uderza, nawet sapie jak cham.
— Ma pan glicerynę? — spytał doktór, zdejmując surdut i zawijając rękawy koszuli.
— Garniec! — odpowiedział hrabia i zaczął doszczętnie rozbierać się, przy akompanjamencie małych dreszczyków, które jednak robiły mu przyjemność.
Doktór umył ręce, nakrył szezlong prześcieradłem, ułożył Kajetanowicza, opukał mu piersi i brzuch, co chwilę wzruszając ramionami. Hrabia z pod oka przypatrywał się jego minom i widać było, że jest ogromnie kontent, prawie zachwycony. Mimo to odezwał się jękliwym głosem:
— Cóż, doktorze, brzuch skamieniały, serce jak wróbel w potrzasku?
— Hrabia łapał wróble w potrzask? — zapytał Płótnicki. Z toalety Kajetanowicza dobył kryształową flaszkę gliceryny i wytarł obie dłonie.
— Nigdy nie łapałem ptaków, alem to widywał. Zdaje mi się, że po masażu zaimponuję pani Dorohuskiej moim wyglądem, co?
— Mnie się zdaje, że pan oddawna jej zaimponował.
— Ale nie zdrowiem! — westchnął Kajetanowicz.
— W pół roku zrobię z pana atletę, lecz pod warunkiem...
— Żeby nie?... E, ja nie chcę takiej pedantycznej kuracji! — oburzył się Kajetanowicz. — A swoją drogą to nieszczęsne serce...
— Panie hrabio, o jedno proszę: skończmy z pańskiemi chorobami przynajmniej dziś.
I zaczął mu brzuch ugniatać.
— Dobrze, ale jeszcze słóweczko... Mój złociutki!...
— Ani słówka o chorobach. Niechże pan choć przez kwadrans o nich nie myśli.
— O czemże będę myślał nieszczęśliwy?
— Choćby o tej brunetce.
— O brunetce w takim negliżu? Za kogoż mnie doktór uważa? Myśleć o młodej i pięknej damie podczas masowania, bez koszuli!
— Tak? No, więc dam hrabiemu zajmujący i arcy-zdrowy temat do medytacyj.
— Bardzo będę wdzięczny. Gdybyżem ja umiał kierować myślami i nie zajmować się moim ciężkim stanem!
— Znowu? Niechże hrabia posłucha — mówił doktór, wciąż masując pacjenta, który pogwizdywał i wyprawiał rozkoszne miny.
— Słucham, słucham z uwagą. Może naprawdę zaabsorbuje mnie jakaś nowa idea.
Doktór zaczął wycierać mu piersi.
— Jest tu — mówił — bardzo zdolny chłopiec stajenny, którego miejscowe panienki nauczyły czytać, pisać, a nawet tak przygotowały go, że zdałby egzamin z czterech klas.
— Fiu!... aj! oj! oj! — syknął hrabia.
— No, co tam złego? — spytał doktór.
— Czuję kłucie... kłucie w okolicach kieszeni.
— Tu nie chodzi o kieszeń.
— Doprawdy? — ucieszył się Kajetanowicz. — W takim razie słucham dalszego ciągu.
— Chłopak jest uczciwie ambitny i chciałby zostać nauczycielem wiejskim a może i lekarzem.
— Nie odwołując się, naturalnie, do pomocy egoistycznych bogaczów? — wtrącił hrabia.
— Ależ naturalnie, że mu to nigdy nie przyszło do głowy. Pan Turzyński, choćby nawet chciał mu dopomóc, nie ma pieniędzy, a pani Dorohuska nie dałaby nawet na trumnę.
— Domyślam się! — krzyknął hrabia. — Nadzwyczajny chłopiec okradnie kogoś i z tych dochodów będzie kształcił się na nauczyciela ludowego.
— Nie. Temu nadzwyczajnemu chłopcu postanowili przyjść z pomocą prawie tacy jak on biedaki: nauczycielka panny Zofji i nauczyciel Stasia.
— Ten Rosjanin? ten farmazon? — spytał ciekawie hrabia. — A to go wyedukuje!
— Nie. Nauczyciel Polak, Łoski, a choć mieszczanin, wielki admirator naszej arystokracji.
— Więc pocóż robi głupstwa, odciągając chłopaków stajennych od ich powołania?
— Bo nie wiedział, że istnieje taki hrabia wspaniałomyślny, który chłopcu przez pięć lat zapewni czterysta rubli rocznie na edukację.
— A jak się ten osioł hrabia nazywa? — zapytał, podnosząc głowę, Kajetanowicz.
Doktór przestał masować.
— Ostrzegam — rzekł, udając obrażonego — że natychmiast przerwę robotę, jeżeli będzie pan obrażał mego chlebodawcę, najzacniejszego z hrabiów.
— Jezus! Marja! — zawołał Kajetanowicz — więc ten człowiek naprawdę do mnie przepija? jak to pan powiedział? jak? Na edukację czterysta rubli?
— Rocznie, przez pięć lat, co uczyni razem marnych dwa tysiące. Edukacja pięknej śpiewaczki może kosztować pięćdziesiąt razy więcej.
— Nie — jęczał hrabia — jeżeli teraz nie zabije mnie apopleksja, to naprawdę jestem zdrów jak byk! Ale, niestety! zdaje się, że doktór zepsuł cały efekt masażu.
— Możemy zacząć drugi raz — odparł Płótnicki. — Pan hrabia tymczasem odpocznie, napisze polecenie do administratora.
— Ależ on tego nigdy nie zaakceptuje! — krzyczał hrabia. — Przecie to marnotrawstwo, masonerja! Chłopak stajenny lekarzem! Wstydziłby się pan nawet mówić coś podobnego.
— Nie o wiele byłem lepszy, kiedy oddano mnie do szkółki — mruknął doktór.
— Ale pan miał zdolności!
— A ten chłopak może mieć genjusz.
— E, to nie dla mnie interes! — oburzał się Kajetanowicz. — Pan chciałby mnie z torbami puścić między ludzi.
— Gniewa się pan hrabia, krzyczy — mówił łagodnie doktór — a mimo to czuć nawet w głosie, że zaopiekuje się pan zdolnym chłopcem.
— Może u mnie zostać furmanem, albo pomocnikiem berejtera, jeżeli naprawdę taki zdolny i jeżeli go stąd wypędzą.
— Panie hrabio, zwracam uwagę, że tego chłopaka kształciła nauczycielka panny Zofji Turzyńskiej.
— Proszę — wtrącił hrabia sucho — ażebyśmy mogli nie wymieniać nazwiska panny Zofji. — A po chwili dodał uprzejmiej:
— Wspomniał pan o dwu tysiącach rubli?... Taka suma przynosi sto rubli rocznie procentu. Innemi słowy, życzy pan sobie, abym na intencję jakiegoś chłopca, o którym nigdy nie słyszałem, zmniejszył moje dochody o sto rubli rocznie do końca życia? A on mi się wywdzięczy, jak ów rzeźbiarz, co to ze skromnego pastuszka, dzięki staraniom księdza proboszcza z Kajetanowie, na koszt dominjum miał zostać wielkim artystą!
— No, przecież się nie zmarnował — rzekł Płótnicki, masując prawą rękę hrabiego.
— A dziękuję panu! — zawołał Kajetanowicz. — Siedzi bestja w Paryżu i zrobił takie popiersie mego dziada, że nieboszczyk zaczyna mi się w nocy pokazywać.
— Zato pan ma dwu rządców, nadleśnego, dyrektora browaru, chemika w cukrowni — wszystko pańscy stypendyści.
— Którzy uważają mnie za warjata...
— O, przepraszam — zawołał doktór — najwierniejsi przyjaciele pańscy, daliby się porąbać za pana!
— Fu! — syknął hrabia, kiedy doktór zaczął mu wycierać plecy. — Zdaje się, że w kręgosłupie odczułem jakiś punkt bolesny? Niech-no pan...
— Gdzie? co? tutaj?... Ani śladu bolesności — mówił lekarz, posuwając wielkie palce obu rąk wzdłuż kręgosłupa. — A co się tyczy straty stu rubli na rok, o których mówił pan hrabia, miałaby ona miejsce, gdyby pan wydał odrazu dwa tysiące rubli. Tymczasem, jeżeli w pierwszym roku każe pan hrabia wypłacić tylko czterysta rubli, to pozostałe tysiąc sześćset przyniosą osiemdziesiąt rubli procentu. W następnym roku zostanie tysiąc dwieście, które przyniosą skarbowi sześćdziesiąt rubli procentu.
— Pan doskonale umie rachować! — wtrącił markotny Kajetanowicz. — Pan powinien być ministrem skarbu, a przynajmniej bankierem. Jeżeli wydam pieniądze, to nie będę miał strat, tylko zyski; w pierwszym roku osiemdziesiąt, w drugim... jak pan to powiedział?... Pyszna farsa! Wie pan, że zaczynam się przekonywać do pańskich kombinacyj. To zupełnie coś nowego!
— A jakby się panna Zofja ucieszyła!
— Panie doktorze, prosiłem o usunięcie panny Zofji z naszych rozmów. I gdybym nawet coś zrobił, o czem w tej chwili wątpię, to najuprzejmiej będę prosił o niewspominanie o tem nikomu.
— Że pan hrabia da stypendjum chłopcu na dalsze kształcenie się? Taka rzecz nie może zostać w tajemnicy — wtrącił lekarz, czując, że sprawa jest wygrana.
— Niech sobie gadają, niech plotą, ale — po moim wyjeździe — odparł Kajetanowicz. — Wcale nie uśmiecha mi się tytuł dobroczyńcy chłystków, którzy nie chcą być stajennymi.
Doktór skończył masować i wytrząsając żylastemi rękoma, rzekł wzruszonym głosem:
— Niech mnie djabli wezmą, jeżeli pan hrabia nie jest najzacniejszym magnatem w kraju!
— Chwali mnie pan, jak rzeźnik tłustego barana — odpowiedział hrabia. — W każdym razie dziękuję za masaż, ale proszę, aby mi pan już nie wynajdywał drugiego stypendysty... Chciałbym się ubrać, jeżeli wolno.
Było to zaproszenie do wyjścia. Doktór szybko umył ręce, pozapinał rękawy koszuli, włożył surdut i nisko ukłoniwszy się hrabiemu, opuścił pokój, czując, że drży ze wzruszenia.
Kiedy Płótnicki wyszedł, Kajetanowicz stanął nagi przed lustrem i zaczął dotykać swojej szyi, piersi, rąk. Z upodobaniem przypatrywał się ciału marmurowej barwy i mruczał z filuternym uśmiechem:
— A jednakże ja mam trochę muskułów!... Ale cóżto za chamy, jakież to chamy!... W tem towarzystwie i ja niedługo schamieję.
Teraz nie miał miny gapiowatej; raczej sprytną i nieco złośliwą.
Mrok zapadał, kiedy Płótnicki, wyszedłszy na dziedziniec, prawie potknął się o zamyślonego Łoskiego. Schwycił go pod rękę i gwałtem wciągnął do pierwszej sieni.
— Panie — szeptał do zdziwionego pedagoga — właźmy obaj na ten dach i krzyczmy w niebogłosy: Niech żyje hrabia Kajetanowicz, jedyny, prawdziwy magnat polski!
— Co się stało? — zapytał przerażony Łoski.
— Powiem za kilka dni, gdy będziemy stąd wyjeżdżali.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.