Przemiany (Prus)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXVI
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom V
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.

— No, już idźmy, bo dzwonią na obiad! — rzekł Łoski do Józefa, poprawiając grzebieniem włosy i zapinając surdut, którego jedną z dziurek przyozdobił ponsowym goździkiem. — Nie można spóźniać się...
— Chciałbym, ażeby to już był ostatni obiad! — odmruknął Józef z niechęcią.
— Dlaczego?... Wreszcie jeszcze nie skończyłeś interesu, który może dopiero dziś rozstrzygnie się, gdy przyjechał mecenas Byvataky.
— Myślałem, że się tu przyzwyczaję — mówił Józef — a tymczasem jest mi coraz bardziej obco.
— Dlaczego?... Nie kapryś. Denerwujesz się czemś bez potrzeby. Co godzinę masz inny humor. Co ci tu złego?
— Mówię panu, że obco mi — odparł Józef. — Dziwny ten świat wielkich panów! Bawią się, nudzą, jedzą, gadają o długach albo o pieniądzach i nic, ale to nic nie robią. Jestem przerażony ich jeneralnem próżniactwem.
— Mylisz się, mój kochany — rzekł Łoski, tonem upominającym. — Przecie panienki codzień uczą się, Staś i Andrzej to samo... No, a sędzia i pani Dorohuska już swoje odrobili...
— A pan hrabia Kajetanowicz jeszcze robi... pończochę!
— Otóż właśnie, że podobno przestał ją robić. Zawstydziły go nasze panienki: Zosia i Paulinka.
Tak rozmawiając, wyszli z pokoju w oficynie i przez dziedziniec podążali do pałacu.
— Jeżeli cię drażni hrabia, choć nie wiem dlaczego — mówił Łoski — to uspokój się, gdyż dziś starszych państwa nie będzie przy stole. Sędzia, hrabia, pani Dorohuska i mecenas Byvataky jedzą obiad w swojem kółku i w innym pokoju. Mają wiele do gadania.
— Wcale się o to nie gniewam! — mruknął Józef.
W sali jadalnej, dokąd weszli, już zebrało się całe młode towarzystwo. Zosia rozmawiała z Różą Turzyńską i Stasiem, doktór na boku szeptał do panny Sobolewskiej, Permski, machając rękoma, coś prawił pannie Klęskiej. Spostrzegłszy wchodzących, Zosia uśmiechnęła się do Łoskiego, a w tej chwili, drugiemi drzwiami, wszedł młody Byvataky z okazałym panem o szpakowatych włosach i wygolonej twarzy, z czerwoną wstążeczką w dziurce od guzika.
— Pan mecenas Byvataky! — odezwał się Radcewicz, który i dziś czuwał nad służbą w jadalni.
Okazały gość lekkim krokiem przybiegł do Zosi i ująwszy obu rękoma jej rączkę, mówił z uśmiechem:
— A zawsze tak anielsko spokojna, taka dobra!... Niech sobie pani wyobrazi, że nareszcie odgrzebałem w pamięci... Pani jest podobna do portretu Greuze’a pod tytułem: „Młoda panienka z jagnięciem.“ Portret znajduje się w galerji narodowej w Londynie[1]. Długi czas męczyłem się, chcąc przypomnieć, do kogo pani jest podobna... I dopiero w tej chwili, spojrzawszy na panią, odetchnąłem. Prawda, jaka to ulga, przypomnieć sobie rzecz zapomnianą?
A gdy zarumieniona Zosia odpowiedziała jakąś grzecznostką, mecenas zwrócił się do Płótnickiego.
— Jakie szczęście, że spotkałem tu naszą znakomitość!... Już oddawna marzę o zaszczycie wpisania się na listę pańskich pacjentów i jeśli pan doktór pozwoli, ośmielę się nawet dziś wieczorem niepokoić go...
Mocno uściskawszy rękę Płótnickiemu, Byvataky zaczepił Podolaka:
— Witam!... witam! — mówił. — Jego ekscelencja nasz pasterz postępuje w sposób pełen mądrości, zezwalając przyszłym kapłanom, od czasu do czasu, stykać się z niedoskonałem życiem świeckiem. Kto pokusy przejdzie zwycięsko, może już być sługą ołtarza i pocieszycielem nas, biednych grzeszników.
Kleryk zmieszał się, ale mecenas zwrócił się do panny Klęskiej:
— Z niezwykłej piękności i harmonijnego głosu wnoszę, że mam zaszczyt rozmawiać z panną Klęską?... Artyzm — godna zazdrości karjera, byle nie zepsuło jej jakieś uboczne uczucie. — A ciszej dodał:
Młode adeptki sztuki lubią sposobić się do przyszłych triumfów na najbliższem otoczeniu... Jest to praktyczne, o ile nie przynosi szkody innym...
Wobec niespodzianej impertynencji panna Klęska oblała się szkarłatem i drgnęły jej usta. Obrażona spojrzała na mówiącego i odwróciła się.
Mecenas pobłażliwie uśmiechnął się i zaczepił Łoskiego:
— Miło mi poznać pana profesora — rzekł, podając mu rękę. — Zdaje mi się, że w wielu razach podzielam jego poglądy, choć jako doświadczeńszy, nie sądzę, aby się rychło i łatwo spełniły.
Łoski spojrzał na niego wielkiemi oczyma.
Obecni byli zdumieni rozmownością i eleganckiemi ruchami mecenasa, a najwięcej swobodą, z jaką zaczepiał osoby, których nie znał. Coprawda, znajdowała się tu sama młodzież.
Teraz Permski zbliżył się do niego i wymienił swoje nazwisko.
— Pan Permski? — powtórzył mecenas. — W Petersburgu miałem zaszczyt poznać się z wyższym oficerem żandarmerji tego nazwiska. Może krewny?
— Eto moj stryj po waszemu — chmurnie odpowiedział Permski.
— Czeka pana świetna karjera przy jego protekcji!...
— Nie oczekuję od niego protekcji.
Mecenas stropił się. Zdziwiony, obrzucił wzrokiem Permskiego i Łoskiego, potem surowo spojrzał na syna i — zaczął komplimentować Stasia Turzyńskiego. Było jednak widoczne, że coś mu się nie udało, czy pomieszało.
Na szczęście wszedł lokaj i zaprosił pana Byvatakyego do jaśnie państwa.
W chwilę później młode towarzystwo hałaśliwie zasiadło do obiadu i zapomniało o niezwykłym gościu. Tylko panna Klęska odezwała się do Zosi, że — nie rozumie, co chciał powiedzieć jej pan mecenas? Zaś młody Byvataky miał minę zgnębionego, mało jadł i milczał.
Po obiedzie Józef ukłonił się Zosi nisko i zdaleka. Spojrzała na niego chmurnie, zlekka zarumieniona. Lecz gdy spostrzegła, że zabiera się do odejścia z Łoskim, zbliżyła się i rzekła:
— Jutro mamy wielki spacer do Turzyc. Spodziewam się, że pan nie zostanie tutaj?
— Jeżeli pani każe...
— I nie będzie mnie pan tak ostentacyjnie unikał — dodała półgłosem.
Józef wyprostował się, oczy błysnęły mu radością. Ale zanim miał czas odpowiedzieć, Zosia wzięła pod rękę pannę Różę Turzyńską i wyszła.
Kiedy z Łoskim znaleźli się na dziedzińcu, Józef zawołał:
— Pyszny dzień! Nie za gorąco i nie chłodno. Chciałbym, ażeby tak samo było jutro... Bo wie pan, że wszyscy stąd jadą do Turzyc?
— A tak, wspominał mi Radcewicz. Może być ładny spacer... Spodziewam się, że i ty pojedziesz? Warto poznać Turzyce i piękną drogę.
Idąc, zapatrzył się w obłok i nagle rzekł:
— A wiesz, że panna Krystyna już po słowie z doktorem Płótnickim?
— Co?... We dwadzieścia cztery godzin?...
— Ha, cóż?... Zdarza się tak na świecie — odpowiedział profesor, rozkładając ręce.
— I pan na to nic? — zapytał Józef.
— Człowiek niezawodnie porządny, utrzymanie świetne, byt do końca życia zapewniony... Niewielu kobietom w podobny sposób uśmiechnął się los. Ale trzeba przyznać, że i ona go warta.
— Staś Turzyński a nawet i ja myśleliśmy, że kiedyś... kiedyś... pan się z nią ożeni...
— Skąd? dlaczego? — pytał nieco zmieszany profesor.
— Czy ja wiem? — odpowiedział, stopniowo ośmielając się, Józef. — Wszyscy tu zawsze mówili, że państwo jesteście bardzo, ale to bardzo podobni do siebie z usposobień. Pan — zamiłowany nauczyciel, ona — zakochana w nauczycielstwie; oboje wykształciliście niejednego biedaka. Pan altruista, ona altruistka... Pan gorący patrjota, ona bodaj że nie ustępuje panu i pod tym względem. Pan marzy, aby kiedyś posiadać polską szkołę dla chłopców, a ona pragnęłaby mieć polską szkołę dla dziewcząt... A prawda, jeszcze jedno! I pan i ona z jednakową gorliwością opiekujecie się i chcielibyście dać wyższe ukształcenie Antkowi. To chyba niemało podobieństw i powodów do pobrania się! — zakończył Józef.
Łoski smutnie potrząsnął głową.
— Ani myślałem — rzekł — że tak gorliwie zajmujecie się nami. Tyle upatrzyliście podobieństw!...
— Ale pan się nie gniewa? — zawołał Trawiński, chwytając go za rękę.
— Wcale się nie gniewam, choć przykro mi, że mogliście kojarzyć tak niedobrane małżeństwo...
— O, za pozwoleniem! — protestował Józef.
— Teraz ty pozwól mi mówić — przerwał Łoski tonem zawsze łagodnym. — Cóżbym ja mógł dać pannie Krystynie, wzamian za jej piękność, dobroć, pogodę i tyle innych zalet?... Nie dałbym ani majątku, ani stanowiska, ani nazwiska...
— Przepraszam!... A czemże Płótnicki ma być lepszy od Łoskiego?
— On lekarz, a ja belfer. On ma znaczne dochody i już zapewne coś odłożył na czarną godzinę, ja w kasie oszczędności mam około dwustu rubli. Jego położenie materjalne poprawiać się będzie z roku na rok, a mnie co czeka? Liczę tylko na wczesną śmierć, bo gdybym dożył starości, uważałbym się za szczęśliwego, gdyby mnie wzięto do przytułku dla dziadów... Zrozumiejże, mój kochany, że jestem tylko belfrem... belfrem w dodatku polskim, od którego wiele się wymaga, niedużo płaci i nie daje mu się emerytury. Belfer!... Nie jesteśmy przecie Chińczykami, ani Żydami, bo tylko te dwa narody szanują nauczycieli.
Zamyślił się i po chwili dodał:
— Płótnicki zdrów, piękny, silny, a ja — nawet zdrowia nie mam. Tacy nie powinni, nie mają prawa żenić się... Wreszcie która kobieta wyszłaby za mnie? Chyba warjatka!...
Józef chciał protestować, ale Łoski przerwał mu:
— Zapewne idziesz na spacer?... Ja trochę się zdrzemnę: źle spałem dziś.
I poszedł do oficyny na górę, zostawiając oszołomionego chłopca. Szczęściem ukazał się Staś i Andrzej Turzyńscy i zabrali Trawińskiego na konny spacer. Gdy zaś wieczór zapadł, a sędzia, hrabia, pani Dorohuska i mecenas nie przerwali swoich tajemniczych narad, panienki po herbacie zaproponowały kawalerom tańce. Bawiono się parę godzin, w towarzystwie panny Sobolewskiej i Płótnickiego, który asystował jej w sposób bardzo urzędowy. Każda i każdy z tańczących zasiadał pokolei do fortepianu i grał, jak umiał: chłopcy źle, panny dobrze, a wszyscy wesoło.
Około dziesiątej wieczór Józef opuścił salon zachwycony i rozmarzony. Zosia powtórnie zaprosiła go na spacer do Turzyc, a raz, w walcu, zapewne mimowoli uścisnęła go za rękę w taki sposób, że chłopak stracił przytomność. Teraz wyszedł za obręb pałacu i długo spacerował po alejach, prowadzących do gościńca. W duszy wybuchał mu, burzył się, kłębił cały świat myśli i uczuć, a wszystkie krążyły około dwu pytań: czy Zosia uścisnęła go przez omyłkę?... czy też zdradziła niechcący swoją życzliwość?
Był to jeden z najszczęśliwszych wieczorów w jego życiu, wieczór, pełen nieziemskich widzeń i niebiańskiej muzyki. Tego jednak, co czuł i widział, nie potrafiłby wypowiedzieć. Poważne oczy Zosi były słońcem tego dziwnego świata, a zasadniczą melodją niesłychanej muzyki jej wyraźne zdania i głos kryształowy.
O czem mówiła?... także nie pamiętał. Jedno czuł, że było to piękniejsze nad wszelki opis. Takie psoty młodym ludziom wyprawia choćby tylko cień miłości.
Tymczasem Łoski, wróciwszy do siebie, położył się na łóżku, ale zasnąć nie mógł. Wziął jakąś książkę do ręki, próbował czytać, ale nie rozumiał treści. Nagle podniósł się i do zmroku poprawiał polskie wypracowania Stasia i Andrzeja Turzyńskich. Mimo to czuł, że na dnie jego duszy czai się jakaś myśl, którą wciąż odpędzał, lecz która ostatecznie przemogła opór i narzuciła się jego uwadze.
„Tak więc — szeptał w nim jakiś głos — panna Krystyna wychodzi zamąż. I rozstrzygnęło się to w ciągu kilku godzin!... No, świetna partja, człowiek przystojny i, zdaje się, uczciwy. Przecie inna panienka, także po kilkugodzinnej znajomości, zdecydowała się wyjść za inżyniera aż na Syberję. Dla kobiety najwyższą karjerą jest dobre zamążpójście, trzeba to uznać. I panna Krystyna zrobiła bardzo dobrze, akceptując oświadczyny doktora. Kto wie, czy nie była to jej główna wygrana życiowej loterji. Decydować się szybko, w ważnej chwili, także niemała zaleta!...“
Z powodu sprzętów pokój wydał się Łoskiemu za ciasny, więc opuścił go i przeszedł na drugą stronę korytarza, do obszernej izby, w której był tylko stary fotel i parę krzeseł wyplatanych. Okno wychodziło na park. Za oknem był trawnik i wielkie krzaki bzu, który już okwitnął. W tym pokoju Łoski mógł przechadzać się swobodniej; zresztą, zdawało mu się, że niewyraźny obraz drzew kojąco wpływa na jego duszę.
„A jednak — myślał w sobie cicho, tak cicho, że ledwie sam mógł to słyszeć — a jednak panna Krystyna była mi trochę życzliwą. A jednak rozmawialiśmy czasem o niezapominaniu się... nawet o wiecznej trwałości pewnych wspomnień!... A jednak tam... kiedy przeprowadzałem ją przez kładkę, uścisnęła mi rękę w sposób, który większemu niż ja zarozumialcowi dałby coś do myślenia... A jednak w lesie ofiarowała mi bratek z takiem spojrzeniem, które... Kiedy zaś w parę dni pokazałem jej zasuszony kwiat i zapytałem, czy mogę go zachować na zawsze — zarumieniła się, ale kwiatka nie odebrała.“
Przeszedł się po pokoju, obtarł oczy, które zaszły mu łzami, i szepnął:
— Osioł jesteś!... Czy kobieta, dlatego, że parę razy była dla ciebie dobra, zaraz musi oddać ci się, zwichnąć karjerę życiową?... Śmieszny jesteś!
Znowu obtarł oczy i oparłszy się w otwartem oknie, zaczął wyglądać do ciemnego parku.
— Żeby się choć prędzej wakacje skończyły. Już i mnie zaczyna być tu niedobrze. Chociaż... kto temu winien?... Ja sam i tylko ja!
W tej chwili usłyszał pod sobą łoskot drzwi i czyjeś kroki; rozległ się brzęk niby lampy zapalanej i — na czarnych krzakach bzu ukazała się duża, jasna, prostokątna plama rozświetlonego okna.
„Kto tam może być, w pokoju na dole? — pomyślał zdziwiony Łoski. — Okno widocznie otwarte...“
Zanim jednak dokończył pytania, doleciał go głos z parteru:
— Justek!... zdaje mi się, że musimy cos przegryźć po chudej kolacyjce?... U u u... w Klejnocie nie umieją jeść!... Sędzia zirytowany nie ma apetytu, hrabia żywi się jak asceta, z obawy niestrawności, a pani prezesowa nawet z cudzego lubi skąpić!... Jaki ja miałem węch, żem tu nie przyjechał z pustą walizką...
Łoski poznał głos pana Byvatakyego ojca, któremu odpowiedział syn pytaniem:
— A czy masz co?
— Jakżeby nie? — mówił mecenas. — Mam doskonały kawioreczek prasowany, pasztecik sztrasburski, marynatkę angielską z ozorków, bułeczki i flakonik soternu.
— Za sotern dziękuję, ale kawioru zjem. Tu nie widujemy podobnych smakołyków.
Znowu szmer, szczękanie, łoskot przesuwanych krzeseł.
— Masz tu cytrynę — mówił ojciec — bo oliwy na nieszczęście nie przywiozłem. Bardzo w tobie cenię, że nie palisz papierosów i nie pijesz trunków, choćby najłagodniejszych. Na to jeszcze będzie czas. Natomiast wklepałeś się!... Niechże cię Jowisz ma w opiece!... Straciłeś rozum i mnie wpakowałeś w głupstwa...
— Ciekawym jakie? — odparł niewyraźnie młody. Oczywiście miał wypełnione usta.
Mecenas jadł tak głośno, że prawie każdy kąsek odzywał się na piętrze. Zaś w krótkich przerwach mówił:
— Już z twoich listów poznałem, że zadurzyłeś się w tej awanturnicy, Klęskiej, która zasłużyła, abym jej natarł uszu. Kleryk, student, wszystko dla niej dobra zwierzyna. No tak! Ale przyjechawszy po mnie na kolej, dlaczego nie ostrzegłeś, że ona jest faworytą hrabiego?
— Ojcze!
— Ależ tak!... dzieciuchu jeden. I jestem pewny, że Kajetanowicz straci na nią kilkadziesiąt tysięcy rubli.
Na dole zgrzytnęło odsunięte krzesło.
— Gdyby mi to powiedział kto inny! — krzyknął zmienionym głosem młody.
— Bądź spokojny, powiedzą ci, powiedzą!... Gorsze to, że dzięki twojej nieopatrzności, przy powitaniu klapnąłem jej impertynencję i zapewne długo będę musiał odrabiać skutki. No... no... siadaj i jedz!
— A ja myślałem ożenić się z nią! — mruknął syn.
— Dzieciak jesteś! — mówił zniżonym głosem mecenas. — Ożenisz się z Zosią Turzyńską, która, jak wnoszę z odezwań się hrabiego, w każdym razie będzie miała posag nie do pogardzenia. A stosunki rodzinne, a nazwisko! Gdyby dobrze poszło, moglibyśmy mieć i Klejnocik. Naturalnie po najdłuższem życiu...
— Ojciec nawet nie domyśla się, jaką mi zrobił przykrość! — jęczał młody.
— Weź zato kawałek pasztetu. Tyś mi gorzej narobił!... Pisałeś listy w taki sposób, że ja byłem pewny, iż rewolucjonistą jest ten... ten drewniany profesor. Jakże mu tam?
— Łoski. Bardzo uczciwy człowiek.
— Co mi tam z jego uczciwości!... Mnie obchodzi ten socjalista.
— A cóż ci przyjdzie z socjalisty?
— Bagatela! Kto chce zrobić karjerę pośród wielkich panów, musi, od czasu do czasu, kolnąć ich swemi stosunkami z socjalizmem. Oni wtedy inaczej rozmawiają z człowiekiem!... Ale i tym razem palnąłem bąka, dzięki twoim roztrzepanym informacjom, i zraziłem do siebie tego... tego... Permskiego. Co się z tobą zrobiło?
— No i cóż? — zapytał opryskliwie syn.
— Zawsze mówiłem ci: pilnie uważaj, co się dokoła dzieje, staraj się odgadnąć ludzi, ich zamiary, a zobaczysz, że się to kiedyś opłaci.
— Nie mogę ci darować tego, coś powiedział o Paulince...
— Nie pleć niedorzeczności!... Uf... jaka wilgoć w powietrzu!... Zamknij-no okno, zapewne lepiej się na tem znasz — odparł mecenas.
Na dole rozległy się kroki, łoskot zamykanego okna i rozmowa stała się niedosłyszalną.
Teraz i Łoski ocknął się. Cofnął się od okna, cicho otworzył drzwi, wyszedł na korytarz, a stamtąd do swego pokoju, w którym jeszcze nie było Józefa.
— Ładny interes! — rzekł do siebie Łoski. — Zaczynam podsłuchiwać i niechcący dowiaduję się ciekawych rzeczy. Fiu!... Ależ to frant z pana Byvatakyego i nieźle wychowuje syna... Chce go ożenić z Zosią i uczy, ażeby wielkich panów straszył socjalizmem!... Ha, nie on pierwszy. Czego bo się nie robi dla zdobycia majątku...
Spostrzegłszy, że lampa dopala się, wydobył z poza szafy ciemno-zieloną butelkę, zatkaną papierem, dolał nafty, rozebrał się i leżąc w łóżku, zaczął po raz tysiączny odczytywać „Pana Tadeusza.“ Pod wpływem wizyj poetyckich zapomniał nietylko o rozmowie panów Byvatakych, ale nawet — o pannie Krystynie i, nie wiedząc kiedy, twardo zasnął.
Około północy wrócił ze swojej włóczęgi Józef. Widząc, że Łoski śpi, na palcach zbliżył się do jego łóżka, podniósł z kołdry jeszcze otwartą książkę i położył na stole. A potem zgasił lampę i legł rozmarzony, szczęśliwy. Zdawało mu się, że nic nie spał i że dopiero co przymknął oczy. Lecz gdy je otworzył, spostrzegł, że już jest duży ranek i że nad łóżkiem Łoskiego stoi kleryk, Podolak.
— A... dzień dobry panu! — zawołał Józef, zrywając się z łóżka. — Już jedziemy?
Kleryk blady, jakby nieprzytomny, patrzył na niego zapadniętemi oczyma.
Po chwili zapytał:
— A pan skąd wie, że ja jadę?
— Przecie wszyscy jedziemy dziś na spacer do Turzyc.
Kleryk potrząsnął głową, jakby chciał spędzić myśl natrętną.
— Ja jadę do dziekana, nie do Turzyc.
I dodał po namyśle:
— Mam rekolekcje. Muszę...
Tymczasem obudził się Łoski. Usiadł na łóżku, ziewnął i zapytał:
— Czy to już późno?
— Jest jeszcze wcześnie — rzekł kleryk. — Ale chciałem z tobą pogadać... zaraz — dodał, oglądając się niechętnie na Józefa.
— Ma pan interes do profesora? — zapytał chłopak. — Jeżeli tajemnica, mogę wyjść.
— Mam interes osobisty — odpowiedział, wahając się, Podolak.
Józef szybko włożył bieliznę, kamasze, narzucił letnie palto. Łoski, ciągle ziewając, zapytał go:
— Wychodzisz?... Dokąd?... Cóż się stało?...
— Pan Podolak ma do was interes — odrzekł Józef. — Wyjdę do pokoju naprzeciw i spojrzę na park.
— Naprzeciw? — powtórzył Łoski. — A zachowuj się spokojnie, bo na dole mieszka, zdaje się, mecenas Byvataky.
Józef wyszedł na korytarz; Łoski przebudził się ostatecznie i zdziwiony patrzył na Podolaka.
— Pożycz mi, bracie, kilka rubli — rzekł kleryk. — Muszę zaraz jechać do dziekana.
— Pożyczę ci z chęcią i na najdłuższy termin — rzekł Łoski, wydobywając z pod poduszki ogromny pugilares. — Ale jakże to? Chcesz jechać zaraz? Czy już są konie?
— Ja nie pojadę dworskiemi końmi; wynajmę na wsi.
— Aha, boisz się, ażeby nie zabrakło koni na spacer?
— Co mnie obchodzę ich spacery! — odburknął kleryk, machając ręką. — Nie chcę tu być dłużej.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał Łoski, opuszczając chude nogi na dywanik przed łóżkiem. — Wyglądasz, jak chory.
— Nie spałem przez całą noc... nawet nie rozbierałem się...
— Przecie nie uciekasz?
— Uciekam!... Nie chcę się tu męczyć dłużej... nie chcę ich stypendjów, ani dalszej znajomości z nimi!... Niech ich Bóg osądzi... albo djabeł zabierze! — dodał ciszej.
— Więc co będziesz robił?
— Wezmę pieniądze, które mi daje Nieznany, i ukończę seminarjum. Tam moja ucieczka.
Łoski wzruszył ramionami i zaczął liczyć bankocetle.
— Ile ci dać? — pytał. — Dziesięć... piętnaście rubli?
— Wystarczy pięć. Mam wrażenie, jakby ziemia rozstępowała mi się pod nogami, albo ten pałac miał runąć na głowę. Niech ich Pan Bóg osądzi!
— Na miłosierdzie!... cóż oni tobie winni? — pytał przerażony Łoski, podając klerykowi pieniądze.
Kleryk schwycił się za głowę i zaśmiał piskliwym głosem:
— Miałem ci nic nie mówić — rzekł — ale czuję, że nie wytrzymam... Już wiem, słyszysz?... już wiem, dlaczego pani prezesowa chciała mnie zrobić swoim sekretarzem!... Nie mogłem dziś zasnąć... zapomniałem, że mam ją za sąsiadkę i włóczyłem się po moim pokoju jak pijany. Nagle otwierają się drzwi i... wchodzi pani prezesowa w haftowanym czy koronkowym szlafroku... uperfumowana fiołkami...
— Myślała, żeś zachorował? — wtrącił Łoski.
— Właśnie od tego zaczęła wizytę, że muszę być chory... Potem usiadła na kanapie, wzięła mnie za rękę... namiawała, ażebym opuścił seminarjum, bo to nie dla mnie przyszłość, i nareszcie... pocałowała mnie! Odepchnąłem babę i uciekłem do parku... Nie mam tu już co robić bez skandalu, więc wyjeżdżam do dziekana...
— Bój się Boga!... to właśnie będzie skandal. Zaczną się domysły... plotki... Jestem pewny, że pani prezesowa nawet nie da ci poznać, żeś ją obraził...
— Co mi tam prezesowa... Ale ten podły hrabia! — syknął Podolak, zaciskając pięść.
— Co ty do niego cierpisz?... To wcale niezły...
— Nożembym go pchnął! — krzyknął Podolak. Miał oczy obłąkane i trochę piany w ustach.
— Bracie... przeżegnaj się!
— Nie mam się czego żegnać... nie jestem warjat! — syczał kleryk, pochylając się nad Łoskim z zaciśniętemi pięściami. — Wczoraj, późnym wieczorem, widziałem go z tą... z tą... panną Pauliną. Chodzili po alejach i... całowali się... Takem ją nawrócił!... taki na nią moralny wpływ wywarłem!... dla takiej... osoby chciałem poświęcić moje życie... He!... he!... nawet zbawienie duszy... I ty, bracie, każesz mi tu siedzieć?...
— Więc jedź! — rzekł z rezygnacją Łoski.
— Bywaj zdrów i... pomódl się, ażeby mi Bóg przebaczył — szepnął Podolak. Obu rękoma uścisnął mu rękę i prędko wyszedł z pokoju.
Po chwili ukazał się markotny Józef, mówiąc:
— Cóż, ten duchowny bzika dostał?... Potrącił mnie, wylatując stąd, i nawet głową nie kiwnął.
— Daj mu spokój! — odpowiedział Łoski. — Odebrał jakieś złe wiadomości i natychmiast wyjeżdża. To nieszczęśliwy człowiek.
— Jakże, wyjeżdża i nie żegna się z panem sędzią, ani... ani nawet z panną Zofją, która tyle okazywała mu życzliwości?... No, rozumie się, że i z nami wszystkimi...
— Proszę cię — rzekł stanowczym głosem Łoski — nie mów nikomu... ale to nikomu, ani że Podolak u nas był, ani o tem, jakie robił wrażenie. Nic nie mów.
— Owszem! — odparł Józef, z drwinami chwiejąc głową. — Będę milczał jak śledź w kawałkach, jeżeli panu o to chodzi... Ale nie być na takim spacerze... w taki piękny dzień!...
— Widzę, że ci dobrze na świecie — wtrącił jakby z wymówką Łoski.
Józef złożył ręce i podniósł oczy na sufit.
— Ach! — zawołał — nigdy jeszcze nie byłem tak szczęśliwy... właściwie... tak zadowolony... Bo to i ranek cudny i spacer ma być nadzwyczajny.
Łoski popatrzył na niego, pokiwał głową i ległszy na łóżku, odwrócił się do ściany.
— Tak jest zawsze — mruknął, wciągając na siebie kołdrę. — Jeden ma Wielki Piątek, a drugi Wielką Niedzielę... w tym samym dniu!


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Zobacz tutaj.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.