Powiastka o kocie morskim

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Powiastka o kocie morskim
Pochodzenie Sosenka z wydm
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha w Poznaniu
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Powiastka o kocie morskim.

— Słyszeliście co kiedy o kocie morskim? Oczywiście — nie!
— A cóż to takiego? Pewnie ryba jakaś!...
— Nie! Kot morski to zwierzę takie samo jak kot lądowy z tą tylko różnicą, że przednią część ciała ma znacznie silniej rozwiniętą, jest trochę wyższy od kota lądowego, zawsze szary i żyje — w wodzie jak ryba.
— Ależ to niemożliwe!
— U Boga wszystko możliwe!
— Niedorzeczność! O takim kocie nikt nigdy nie słyszał!
— Nie słyszał! A słyszeliście wy kiedy, jak zimą na naszej zatoce Puckiej śpiewają dzikie łabędzie? A słyszeliście, jak na lodzie szczekają i tańczą foki? Nie słyszeliście — a jednak tak jest i ja to słyszałem i widziałem.
— Kota morskiego też?
— Nie, kota morskiego ja nie widziałem, ale widział go mój przyjaciel Dawid Długi, stary rybak z tatuowanemi sino, mocnemi dłońmi i ze złotym kolczykiem w lewem uchu.
— Pocóż ten kolczyk?
— Chroni od dalekowidztwa. Otóż ten rybak na pewno twierdził, że kot morski istnieje, bo osobiście miał z nim dużo do roboty. Mianowicie kot morski wyrządzał mu wielkie szkody.
— Jakim sposobem?
— Ten kot żywi się rybami, ale choć jest bardzo zwinny, ryba w wodzie jest od niego przecie zwinniejsza, więc mu o nią nie tak łatwo, jakby się zdawało. Dlatego bardzo chętnie odwiedza sieci zastawione w morzu przez rybaków, bo tam ma zwykle zdobycz łatwą i bardzo obfitą. Naprzykład taki „żak“ czyli więcierz na węgorze — lejowata, leżąca na dnie morza sieć — niby beczka, a tak zrobiona, że gdy węgorz, który swą szlamowatą skórę lubi o twarde rzeczy wycierać, raz się do niej wśliźnie, już się wyśliznąć nie może. Tak w ciemne, ciepłe noce jesienne, gdy morze huczy trochę, czyli jak to rybacy nazywają „chrapie“, węgorze, idąc na ten „chrap“, tłumami rojnemi włażą w te więcierze, to jest „żaki“, ustawione w rzędy, zwane przez rybaków „linkami“. Dopieroż ma tam kot morski używanie! Włazi w żak, pełen ryb, wybiera sobie co najtłustsze i pożera, a potem, nie mogąc się z żaka wydostać, bez trudu potężnemi pazurami rozdziera oczka z mocnej manilli — oni to tam nazywają „jadro“ — robi sobie wygodny otwór i ucieka, przez co rybak ma
Fot. Jan Bułhak, Wilno.
wielką szkodę, bo za kotem oczywiście uciekają i ryby. Memu Dawidowi kot morski podarł w ten sposób kilka żaków, a Dawid do dziś dnia nie może odżałować ryb, które w nich być mogły.
— No i cóż? Złapał tego kota morskiego? Zabił?
— Nie. Ten kot sam odszedł za węgorzami w inną stronę.
— Więc gdzież dowód na to, że to był kot morski?
— A dziury w żaku?
— Mogła je robić foka!
— Mogła. Ale to był kot morski, bo on tak zawsze robi.
— A ten rybak widział kiedy kota morskiego?
— Nie, ale pewien jego przyjaciel z Kuźnicy[1] złapał raz takiego kota w żak, widział go i opowiadał Dawidowi, jak wygląda.
— A Dawid go nie widział?
— Nie, bo to było bardzo dawno.
— A tamten rybak co z tym swoim kotem morskim zrobił?
— Zabił go i zakopał.
— I nikomu go nie pokazał?
— Poco? Cóż w tem ciekawego? Kot jak kot, a wszyscy wiedzą, że koty morskie istnieją. I nie takie cuda są w naszem morzu!
— No, to już trudno. Więc cóż było z tym kotem?
— A, to był kot wyjątkowy, bo tak się jakoś złożyło, że właśnie w całej zatoce i w Małem Morzu żadnych kotów morskich nie było. Więc tedy ten kot królował sobie w morzu i opływał we wielkie dostatki, tak że wyrósł ponad zwykłą miarę i był bardzo silny, skutkiem czego znów miał stale doskonały apetyt i pochłaniał wielką ilość ryb, zwłaszcza węgorzy, tych bezbronnych marzycieli morza...
— Cóż znowu! Obrzydliwy, czarny, leniwy węgorz — marzycielem!
— I to jakim! Ten obrzydliwy, czarny, leniwy węgorz, żyjący w błotnistych, brudnych lecz zacisznych i ciepłych stawach i rzeczułkach, gdzie właściwie ni mu nie grozi i gdzie pędzi żywot wygodny — marzy o wielkiem, czystem morzu, o jego rozkołysanych, śpiewających falach, o sławie i rozlicznych przygodach dalekiej wędrówki w świat nieznany. Skąd się w nim to bierze, niewiadomo, ale ten sen jest tak potężny, odległe o setki mil morze woła tak głośno, że w leniwym węgorzu budzi się niezłomna, nieprzeparta wola, która zmienia się w czyn.
I otóż latem, gdy w naszych stawach i rzekach woda staje się ciepła jak zupa, a na polach zaczynają brzęczeć kosy i sierpy, nieprzeliczone armje węgorzy zewsząd dążą do Wisły i korytem jej prą ku morzu. Jednakowoż wydostawszy się na to upragnione morze, nie rozstają się jeszcze z ojczyzną, lecz jakby chcąc się z nią pożegnać, obchodzą jej wybrzeża, a dla nabrania sił i stopniowego przyzwyczajania się do słonych wód oceanu, dłuższy czas bawią w naszem Małem Morzu. a zwłaszcza we „wiku“, to jest zatoce Puckiej. Dopiero późną jesienią, pod osłoną burz wszystkich Świętych wyruszają stąd dalej i, obszedłszy cały nasz półwysep, przepadają w Bałtyku, aby pokazać się później na Atlantyku u wybrzeży Antyllów, czyli dawnych wysp Karaibskich.
— Czy to istotnie prawda?
— Jak dotąd — niewzruszalna.
— A cóż nasze węgorze robią u Wysp Karaibskich?
— Składają jaja, które w postaci larw kształtu listków wracają znów morzem ku naszym słodkim wodom. Nieraz już po drodze larwy te przechodzą przemianę, i wtenczas morzem wędrują ku Wiśle całe kolumny, całe słupy małych węgorzyków, sięgające od dna aż do powierzchni, tak że można je łapać kapeluszem. Te oto larwy i węgorzyki przynoszą do naszych wód słodkich, rzek, rzeczułek, jezior i stawów wieści z morza i zarodek owego snu o morzu, który w przyszłości znowu je wypchnie z wód polskich ku cichym, niezmierzonym głębiom Atlantyku, u słonecznych wybrzeży wysp dalekich, umajonych czubami giętkich palm i pachnących tytoniem, korzeniami, trzciną cukrową i arakiem. Taki to z węgorza marzyciel i nieustraszony, pełen żądzy przygód romantyk.
Rozumie się, iż podczas pobytu węgorzy na naszem morzu, rybacy obstawiają wybrzeże tysiącami żaków, w które poławiają tysiące centnarów ryb. Węgorze jednak niewiele sobie z tego robią, wiedząc, że ciągną ich miljardy, i dlatego bawią w zatoce długo, wycierając szlamiste ciało w piasku morskim i jędrniejąc w słonawych jej wodach. Rade gnieżdżą się w głębokich „kulach“, czyli jamach podwodnych, w chłodnych „szurach“, to jest głębinach morskich, przyzwyczajając się równocześnie do nowego pożywienia w postaci krabów, malutkich srebrnych rybek — tobijaszków, szprotek i śledzików, nocą zaś, zwłaszcza w czas burzy, wychodząc na brzeg do rybackich grochowisk, w których objadają groch.
— To już jawna niedorzeczność! żeby węgorze groch jadły!
— Ja tego nie widziałem, ale wszyscy rybacy tak mówią i niezłomnie w to wierzą. Mój przyjaciel Dawid Długi opowiadał mi, że jeden z jego przyjaciół, który miał grochowisko na brzegu zatoki wpobliżu "kuli" słynnej z bogactwa węgorzy, zrobił wielki majątek na tem, iż węgorze te w grochu wyłapywał, a robił to bardzo zmyślnie, mianowicie: pewnej nocy księżycowej zauważył na piasku wiodące z morza do jego grochu jak gdyby rowki, w których świecił szlam. A przyszedł tam dlatego, że poprzednio zauważył był, iż ktoś mu groch podbiera w polu, więc zaczaił się w nocy na złodzieja. Kiedy tak rozmyślał, coby te lśniące od szlamu rowki mogły znaczyć, spostrzegł węgorza pełzającego piaskiem ku jego polu i rozmyślnie wypuszczającego szlam. Otóż jest tak: węgorz na lądzie porusza się bardzo niezgrabnie, dlatego te węgorze, które chodziły na groch, wydrążały sobie własnem ciałem ścieżynki i napuszczały je szlamem, aby na wypadek ucieczki nie potrzebować czołgać się po piasku, lecz móc się szybko prześliznąć do morza. Zrozumiawszy to, rybak ów rozkopał im butem owe ścieżynki i wszystkie węgorze w grochu wyłapał. Tak Czynił codzień i w ten sposób zrobił majątek.
— Gdzież ten rybak mieszka?
— On? Umarł.
Słowem, w czasie pobytu węgorzy w Małem Morzu i w zatoce panuje tam bardzo żywe życie. Łatwo sobie wyobrazić, jak używał wśród tego wszystkiego nasz kot morski, który w zimie musiał poprzestawać na szprotkach lub dzikich kaczkach. Próbował wprawdzie podchodzić dzikie łabędzie, i nawet raz złapał jednego za ogon, ale olbrzymi ptak uderzył tylko dwa razy skrzydłami wielkiemi jak żagle, wzbił się w powietrze i zaczął krążyć wkółko tak szybko, że kot morski, do latania nieprzywykły, dostał zawrotu głowy i, zleciawszy z wielkiej wysokości, omal się nie zabił.
Zima była wogóle ciężka. Za to ta ciepła a ciemna i burzliwa jesień — to był istny raj. Wystarczyło przejść się koło „linki“ i wybrać sobie żak najpełniejszy, potem wejść weń i zjeść choćby dziesięć grubych jak ramię węgorzy, wijących się bezsilnie wśród mocnych a sprężystych manillowych nici. Ale cóż znaczy sieć dla pazurów morskiego kota! Najadłszy się, rozdzierał ją w mgnieniu oka i dumny, zadowolony z siebie wychodził, król zatoki, jaśnie oświecony przez jedyną w tych stronach latarnię morską w Oksywji. Nie patrzyła ona na niego okiem gniewnem, przeciwnie, ile razy udało mu się spłatać dobrego figla, mrugała doń filuternie: Raz — dwa — trzy — cztery, a potem znowu — Raz — dwa — trzy — cztery! — I kot morski się śmiał.
Ale nie śmiały się bynajmniej węgorze, które były świadkami tych jego postępków, a które korzystając z dziury w żaku, wydostawały się na morze zpowrotem. Nie jest rzeczą miłą uwięznąć w żaku i siedzieć w nim, zwłaszcza jeśli się nie jest do tego przyzwyczajonym. Ale znacznie gorzej patrzyć bezsilnie na to, jak braci żywcem jakiś potwór pożera. Żaki były podejrzane, któż jednak wiedział, co dalej dzieje się z węgorzami, którc się w nie złapały? Może człowiek przenosi je do jakichś lepszych wód, i karmiąc je jak bożyszcza, oddaje im cześć? Wogóle nic o tem nie było wiadomo, bo ani jeden węgorz złapany przez człowieka nie wrócił, a wszakże gdyby im tam było źle, toby się starały uciekać i z pewnością któryś dotarłby zpowrotem do morza. Wprawdzie rzeczą, źle świadczącą o człowieku, było to, iż rybacy nieraz po sześć tygodni nawet trzymali węgorze w niewoli, zamknięte w mocnych skrzyniach z grubych belek, ale nikt nigdy nie wiedział, aby przez ten czas robili im kiedy co złego, i jeńcy nie skarżyli się ani na brak powietrza ani na brak wody. Poza tem już samo uganianie się człowieka za węgorzami świadczyło, iż je sobie wysoce cenił, a z tem należało się liczyć. Ale kot morski był dzikim potworem, okrutnikiem, pożerającym ryby żywcem, do czego nie miał zresztą żadnego prawa, bo nie był nawet foką, nawet „morszwinem“ to jest delfinem tych stron, a tylko kotem i to morskim, nie uznawanym ani przez świat rybi ani naukowy.
W sprawie tej zwołano olbrzymi wiec węgorzy w wielkim „szurze“, niedaleko tak zwanej Suchej Rewy, czyli ryfu, ciągnącego się od Kuźnicy aż do Redy a oddzielającego Małe Morze od wiku. Tysiące węgorzy od pół funta wagi do pięciu funtów zebrały się na naradę. Komitet organizacyjny składał się wy łącznie z nie wędrownych, lecz stale mieszkających w zatoce węgorzyków puckich, żółtobrzuchych, małych, ale zwinnych i bohaterskiej natury, ponieważ człowiek poławiał je tu tylko zapomocą ościeni. Te to zuchwałe i energiczne węgorzyki miały najwięcej z kotem morskim na pieńku, bo gdy węgorze wędrowne wyciągały w morze, one, stale w zatoce przebywając, największe składać musiały mu ofiary.
Radzono długo zapomocą wzajemnego tarcia się, które wprawiało giętkie, wrażliwe ciała w drgania, służące za środek porozumiewania się, coś w rodzaju mowy węgorzowej. Łatwo się domyślić, że uchwały nie obwieszczono, a jednak oczywiście wiedział o niej każdy węgorz. Wyrok na kota morskiego został wydany.
Czy kot morski o nim nie wiedział, czy też niewiele sobie z niego robił, nie mogę powiedzieć, wiadomo mi tylko, że gdy przy najbliższym szczęśliwym połowie, kiedy ciemną burzliwą nocą żaki aż się wzdymały od węgorzy — zakradł się w jeden z nich na zwykłą ucztę, dziesiątki tęgich, długich, dorodnych węgorzy oplotły jego nogi, ciało, szyję i zaczęły go dusić. Kot morski jest bardzo silny, ale i węgorze są silne, tak że gdy zauważą w skrzyni szczelinkę, to ogonami potrafią ją rozszerzyć do tego stopnia, iż wszystkie Uciekną. Walka była tedy bardzo ciężka i zawzięta. Obronną ręką wyszedł z niej kot morski, który miał zęby i pazury i mógł przeciwników drzeć na sztuki. A tedy z ich dławiących objęć wyzwolić się zdołał, niemniej natychmiast wyrwał szeroką dziurę w żaku, Przez którą uciekł jak oparzony, porwawszy w zęby najtłustszego przeciwnika dla pokrzepienia sił.
Pożarłszy tego, rozejrzał się tęsknie po srebrzącej się już świtaniem zatoce i zaśpiewał żałosnym głosem:
— Żegnam cię, królestwo moje, bo oto wielka krzywda i zniewaga spotkała mnie od niewiernego ludu mego! Wiem, że boleśnie jest być pożeranym. Prawo jednak od wieków i na wieki postanowiło, że kot morski ma pożerać węgorze, a zaś węgorzom nie wolno pożerać morskiego kota. Lud mój nie czci prawa i nie szanuje pana swego. Wobec tego niechaj wie, że go za karę opuszczam i wolę iść na ląd służyć śmierdzącym ludziom krajowym (mieszkańcom lądu), niż żyć wśród wiarołomnych. Idę do Puecka.
To rzekłszy, miauknął ogromnym głosem, od którego zadrżały węgorze i bańtki (fląderki) we wszystkich kulach i szurach wiku i obu mórz, i popłynął w stronę Pucka.
W Pucku ludzie trochę się dziwili na widok kroczącego cichemi staremi uliczkami nadmiernie wielkiego szarego kota o zuchwałej minie, w dodatku ociekającego wodą i pachnącego solą morską. Dzieci, śpieszące do szkoły tak, że ulice pełne były hałaśliwego kłapania ich drewnianych chodaków, omijały tego kota z lękiem, choć zwykle przed każdą „pujką“ zatrzymywały się i głaskały ją. Lekkomyślne psy miejskie wystąpiły zbrojno do walki, ale po krótkim czasie umknęły z podwiniętemi ogonami, skomląc żałośnie. A kot morski bynajmniej się nie krył, nie pomykał ukradkiem pod ścianami domów, ostrożnie badając teren przed sobą i przezornie oglądając się za siebie, lecz smarował prosto środkiem ulicy, z dumnie podniesioną głową i zadartym ogonem.
Prawdę mówiąc, to głowę zadarł tak hardo dlatego, że mu się nie podobał dziwny jakiś odór, wydobywający się z okienek piwnic i prowadzących dokądś wdół schodów. Dziwny ten wyziew budził w nim obraz jakiegoś wstrętnego, małego, szybko uciekającego stworzonka. Był to obraz tak obrzydliwy, że kot morski, choć nic przed nim nie było, rzucił się na samo przywidzenie.
Nie wiedział, że poczuł myszy.
Tak wędrując, stanął wreszcie w zatoce „z kamienia“, to jest w rynku wykładanym twardemi kociemi łbami, strzeżonym przez dwie potężne wieże starego kościoła, a pełnym składów i magazynów, z których biła ta sama odrażająca woń. Stanąwszy na otwartej przestrzeni niby na placu turniejowym, kot morski został natychmiast zauważony i musiał stoczyć zaciekłą walkę z kilku psami i kotami lądowemi. Bez trudu wyszedł i z tej walki zwycięsko, ale trochę krwią opływający i drżący z rozdrażnienia. Jeśli tak wciąż będzie musiał walczyć, ulegnie, aby zaś walczyć, trzeba mieć schronienie. W morzu, zdawałoby się, nigdzie kąta spokojnego niema, a jednak tam można siedzieć tygodniami spokojnie w jamie, tu tyle dziur i jam, a nigdzie cichego kąta.
Tak myślał, stając zadumany wpobliżu jakiegoś składu, z którego biła ckliwa, oszałamiająca woń krwi.
Powiedzmy odrazu, że był to skład rzeźnicki jednego z największych i najbogatszych rzeźników miejscowych. Wisiały w nim piękne, olbrzymie, czerwone ćwierci tłustych wołów pomorskich, zdumiewających rozmiarów połcie słoniny, niezliczone bronzowe szynki, kręgi kiełbas, grube, długie białe maczugi leberki, wogóle mnóstwo wszelkiego smakowitego dostatku.
Wśród tego bogactwa kręcił się mały, ale krępy rzeźnik, staruszek przeszło sześćdziesięcioletni, lecz mocny, z zakasanemi na żylastych ramionach rękawami koszuli, z siwą głową i siwemi przekrwionemi oczami. Od czasu do czasu dwóch pomocników zdejmowala ze ściany jakąś ćwierć i kładło ją przed nim na szerokim, grubym krwawym pniu, on zaś krótką, lecz mocną garścią ujmował wielki, ostry, błyszczący topór i lekkiemi cięciami odcina! nieomylnie tej samej wagi befsztyki, pieczenie i czego od niego żądano, chwilami z pod krzaczastych brwi zerkając, czy wszystko idzie składnie.
Przy ladzie stała gromadka dziewcząt z koszami na ramionach, a dwie grube malutkie kobietki, którym kot morski zrazu dobrze przyjrzeć się nie mógł, obsługiwały gości.
Po jakimś czasie skład się opróżnił, stary zaś położył topór i włożywszy na głowę czapeczkę sportową, poszedł dokądś jak stał, z zakasanemi rękawami, w pantoflach i ściągniętych rzemiennym paskiem obwisających ztyłu, zatłuszczonych spodniach.
Kota morskiego wszystko to niezmiernie zajmowało, i choć mało rozumiał, miał przeczucie, że tu byłoby mu dobrze.
Wkrótce potem zauważył dziwną rzecz. Oto jaskrawo ubrana baryłeczka, z pełną jak księżyc, czerwoną buzią i zapuchniętemi niebieskiemi oczkami pod daszkiem żółtej czupryny, wytoczyła się na rynek, gdzie rozejrzawszy się dokoła. zapaliła papierosa i paliła ukradkiem, chowając go w głębi dłoni i oglądając się na wszystkie strony, gdy tymczasem matka jej, baryłeczka szara, siwowłosa i w okularach na nosie, toczyła się od połcia do połcia i od jednej krwawej ćwierci do drugiej.
— Oto mój człowiek! — pomyślał kot morski i miauknąwszy słodko, wpatrzył się w złotowłosą baryłeczkę zuchwałemi, fascynującemi oczami.
— Ach, co za śliczny kotek! — wykrzyknęła żółtowłosa baryłeczka, i skończywszy pośpiesznie papierosa, podeszła do kota morskiego i zaczęła go głaskać.
Kot tak się zdziwił i taki go ogarnął wstręt, że z całej siły wparł nogi w bruk, i drżąc na całem ciele, starał się znieść spokojnie dotknięcie ludzkiej dłoni i nie uciec znowu do morza, choćby mu przyszło przeskakiwać nietylko płoty, ale nawet domy.
— Anna! — odezwał się głos ze składu.— Co ty tam robisz?
— Jaki śliczny kotek, mamuniu! — wykrzykiwała zachwycona panna Anna. — Jak słodko na mnie patrzy! Kiciu, kiciu, kiciu! — wołała, idąc w głąb składu.
Kot morski zląkł się, bo w ludzkiej „kuli“ nigdy jeszcze nie był, ale instynktem odgadł, że iść powinien.
Na przywitanie dostał od panny Anny okrawków z szynki, które zjadł z wielkim apetytem, raz dlatego, że był wyczerpany bojami, powtóre ponieważ pod tym względem świat wodny stoi narówni z lądowym, mianowicie — oba się chętnie wzajem pożerają.
Tak się zaczęła znajomość z panną Anną, dzięki której kot morski dostał bardzo dobrą „sztelę“[2]) u najbogatszego wieśniaka w Pucku. Matka panny Anny nie miała wprawdzie zbytniego zaufania do tego nowego nabytku ze względu na jego wielkość, ale mąż jej powiedział: - No, ten się przynajmniej moich szczurów nie zlęknie! — i machnął ręką. Zaś panna Anna, która była na pucki sposób ogromnie „modern“ i kochała wszystko co „oryginalne“, była swym potworem zachwycona.
Tak kot morski zagnieździł się u rzeźnika puckiego i służył mu wiernie, łapiąc myszy, których zresztą nie jadał, i dusząc szczury, które były istotnie atletycznej budowy, a które on układał w piramidki na podłodze. Karmiono go doskonale, co widząc, starał się wytrwale o względy panny Anny i podpatrzywszy koty lądowe, łasił się jej ich zwyczajem, ocierając się o nią i mrucząc, gdy go głaskała. Wrogów wszystkich nietylko pokonał, ale zdołał się nawet zaprzyjaźnić z jakimś nędznym kundysem, którego czasem uszczęśliwiał skradzionym ochłapem. Wogóle zachowywał się jak kot lądowy, z którego manierami zczasem przybrał też i wygląd, był tylko znacznie większy, ambitniejszy i o wiele więcej nieufny.
— Lepiej od krajowych ludzi trzymać się zdaleka — powtarzał sobie. — Wiadomo, że przez nich zawsze przyjdzie się do szkody.
W Pucku mu się podobało głównie dlatego, że miasto było ciche, smętne, a pachniało morzem i rybami. To właśnie potrzebne było rozżalonemu wygnańcowi. Na mieszczan i gburów patrzył wyniośle zwężonemi źrenicami, ale otwierał je szerzej, gdy ujrzał rybaka lub marynarza, których tam nie brakowało. Zresztą, służąc wiernie swym rzeźnikom i ich żółtowłosej baryłeczce, znalazł sobie wkrótce nowe, znacznie odpowiedniejsze towarzystwo.
Przechadzał się pewnego zimowego popołudnia chodnikami rynku. Śnieg gęsty padał, ściemniało się już, na wieżach kościoła basem huczały dzwony, a w alkierzach pokazywały się światła. — Otóż takiego zimowego popołudnia kot morski zauważył wjeżdżający w czarną, głęboką sień jakiegoś domu wóz, pełen świeżych szprotów.
Na ten widok zatrząsł się cały z rozkoszy.
— Bretlindzi są! — omal nie miauknął na cały głos.
„Bretlindzi“ niby „bretlingi“, z niemieckiego „Breitlinge“, to w gwarze rybackiej nazwa szprotów, a rozumie się samo przez się, że kot morski z zatoki Puckiej mówił tylko „po kaszebsku“.
Aż oczy zamknął, taka go szalona porwała tęsknota. Tam, po jego byłem królestwie uganiają teraz ławice szprotowe, długie na całe kilometry, migające po morzu, jak srebrna wstęga. Jak idą, wysoko od lądu, czy nisko (daleko od brzegu, czy blisko), snadko (płytko) czy głęboko, czy to już wielka ławica — wiatr był od kilku dni nord-ost — czy tylko jakieś zapędzone karno (mniejsza ławica), jeśli wielka ławica, to jakąż uciechę mają „mjewy“ kaczki, morszwiny, a może i foki, jeśli są! Jakażby to była radość wedrzeć się w samą ławicę i pełną gębą jeść te smakowite tłuściutkie rybki! A najadłszy się, pójść nad ranem oglądać bretlingowe „mance“ (zastawne sieci szprotowe) rybaków, całe zawieszone bretlingami, i wiedzieć, ile kto jutro będzie miał, i cieszyć się z tymi, którzy będą mieli dostane (dostaną) dużo, a śmiać się z tych, którzy nie będą mieli dostane nic.
Zatrząsł się kot morski z tęsknoty za bretlingową „szmaką“ (smakiem) i pomknął sienią za wjeżdżającym w podwórze wozem.
O, cudzie! O szczęście! Była tam wędzarnia!
Przez jasno oświetlone okna widać było w wytykarni, t. j. sali, w której się nadziewa szproty przed wędzeniem na rożny, dymiące kubełki z gorącą wodą na stołach, a dokoła nich ciepło ubrane dziewczęta z różowemi wesołemi twarzami, wyzierającemi z pod chustek, jakiemi miały owinięte głowy. Pomocnik wędzarnika wraz z chłopcem odważali na ustawionej przed wędzarnią wadze centnary szprotów, wsypywane do kip (wielkie kosze na ryby), które bądźto wnoszono do wędzarni, bądź ustawiano pod ścianą, podczas gdy niski, gruby wędzarnik, klnąc, żartując w radosnem podnieceniu i poganiając ludzi po kaszubsku, po polsku i po niemiecku, kredą na desce notował odważone centnary. Ledwie wypróżniony wóz w obszernem podwórzu zawrócił, już wjechał drugi, pełny. Ważono ryby z takim pośpiechem, że dziesiątki ich spadały z koszów w śnieg, skąd je kot morski łapczywie wyjadał, czemu się zresztą nie dziwiono, bo w tym kraju ryby na surowo jadają tak psy, jak i koty. A gdy ta praca gorączkowa wrzała w podwórzu, z otwartych drzwi wędzarni buchał słodki, żółty dym olszowego drzewa.
Od tego czasu kot morski bywał stałym gościem w wędzarni i zaprzyjaźnił się tak szczerze, jak kot potrafi, z wędzarnikiem. Ten nadzwyczajny człowiek cuchnął wprawdzie wódką, piwem, cygarami i „krajewemi“ przekleństwami, których żaden kot morski nie znosi, ale przetłuszczone jego spodnie czuć było niezrównanym aromatem ryby, tranu, soli i dna morskiego. I człowiek ten nietylko nie odganiał kota morskiego od rozsypanych bretlinżków, ale przeciwnie, nie wyganiał go nawet ze swej oberży, gdzie w ciepłej sali, przybranej banderami wszystkich pływających narodów świata, od rana do wieczora pili przedziwni, jedyni ludzie na świecie: marynarze z odkrytemi ogorzałemi torsami, z czarnemi wstążkami fruwającemi u „mucek“ (czapek) ze złotemi napisami. Barczyści, rozsądni, ale smętni już z powodu ginącej sławy swego zawodu szkutnicy z Mechlinek, których szkuty nie mogły się mierzyć z motorówkami, „frechowni“ (zuchwali), bo nie znający się ani na wiatrze ani na sztromach (prądach) rybacy z Wielkiej Wsi i Swarzewa, popędliwi Kuźniczanie, rybacy biegli i przebiegli w rybołówstwie wikowem i morskiem, a przytem zabobonni i nieśmiali, uprzejmi, grzeczni i chytrzy Jastarnianie, rybacy wygodni, spekulanci wiatrowi, marzący o tem tylko, aby wiatr przygnał im ryby pod samą Jastarnię, zresztą wiecznie niezadowoleni kpiarze, gwałtowni ale szlachetni Borowianie, gardzący lichemi toniami „Mulmjerza“ (Małego Morza), a przeto śmiało puszczający się na Bałtyk nawet przy czterech „rewinach“ wiatru — to jest gdy wiatr jest tak duży, że nie można rozwinąć więcej niż pół żagla, bo inaczej łódźby się przewróciła — wreszcie, choć zrzadka, kroczący na szeroko rozstawionych nogach „Elanie“ (Helanie), wygoleni, lecz z zarośniętemi podgardlami, szwargocący platem i pijący nabożnie, ale wytrwale. A gdy tak ten lud morski pił i opowiadał sobie historje, sięgające od Islandji po Ziemię Ognistą i Nową Gwineę, to ten, to ów wrzucał monetę do grającej szafy, w której rozpętywała się burza dzikiej muzyki, rzucającej różnobarwnie łyskające się światła do okalających ją lampek, z piersi zaś ludzkich wyrywało się wysokie, radosne: — Juch — huuu!
Wśród tego ludu morskiego kot morski kręcił się całemi dniami, obwąchując skorznie i nigdy z soli morskiej nie wyprane „buksy“ (spodnie rybackie), najchętniej zaś siadał przy grającej szafie, i słuchając twardego łomotania jej wnętrza, uszami łowiąc urywki rozmów i roześmianemi wewnętrznie oczami patrząc to na ostre ogorzałe twarze o jasnych bystrych oczach, koloru wody morskiej lub nieba, to na tatuowane, ogromne, brunatne dłonie, opowiadające wyraziściej od ust, mruczał zcicha, uśmiechał się do siebie i z wyniosłą, wybaczającą miłością myślał o swem byłem królestwie.
Tak przeszła zima, w tęsknem i żałosnem rozpamiętywaniu minionych dni świetności.
Wiosna przygnębiła kota morskiego, wyziewy krwi w składzie rzeźnickim stały mu się wstrętne, nawet na „leberworszta“ (wątrobiankę) patrzeć już nie mógł. Drzewięta zieleniały, trawa już już zaczynała wynikać, ptactwo ciągnęło z zydą (wiatr południowy) nieprzejrzanemi stadami, do wędzarni zwożono srebrne mielnice (ryby łosiosowe, wagi do dwóch funtów) i on wiedział, że na morzu oddawna już grają sobie (bawią się) śliczne wielkie łososie o czarnych lśniących grzbietach i srebrnych nakrapianych ciałach — w marcu i kwietniu jeszcze senne, ale w maju, jakie zwinne, nieuchwytne i śmiałe! — Wtedy to on lubił w zimnej wodzie wiosennej, gdy słoneczko wesoło świeciło, iść na bój wśród fal tańczących z takim trzydziestopięciofuntowym łososiem, który wprawdzie nie mógł drapać, ale zato w ogonie siłę miał taką, że jednem jego uderzeniem mógł ogłuszyć, a ostremi zębami też niezgorzej gryźć umiał.
Bez tych igraszek nie było wiosny dla niego, więc chodził smutny i osowiały, ale raz powiedziawszy sobie, że swe królestwo opuszcza, nie wracał.
— I łabędzie dzikie też dawno już odleciały! — myślał z żalem.
A potem, porwany nagłym, nieobliczalnym nigdy gniewem morza, rzucił światu gromowe przekleństwo:
— Ażeby to wszetko marno zdżineno![3]) Jedynem miejscem, w którem kot morski czuł się jako tako, była dawna przystań rybacka, dziś mały port marynarki wojennej, z warsztatami okrętowemi, a służący przeważnie do naprawy statków marynarki wojennej. Był to niewielki kwadratowy basen, ujęty w sztywne kamienne mola i zawsze pełen zawsze zmęczonych torpedowców i kontrtorpedowców, które się tu tłumiły w ciasnocie, miejsca sobie znaleźć nie mogąc. Stateczki te były różnego pochodzenia, typu i wieku, a z miny było im widać, że nie należą do najsilniejszych, ale ci, co je obsługiwali, marynarze z białemi orzełkami na czapkach, dumni byli tak z nich, jak i ze sterczących na nich dział, a przedewszystkiem z czerwonej bandery z białym orłem i krzątali się koło nich żwawo, z wielką ochotą i zapałem. Nieraz kot morski widział pracę w porcie w zawieruchę śnieżną, w czas gwałtownego wiatru morskiego lub nawet silnych mrozów. Młodzi, różowi marynarze w „eltychach“, to jest ubraniach z impregnowanego płótna, nie robili sobie nic z błota ani niepogody, lecz z niezłomną energją wytaczali lub wtaczali do warsztatów ogromne kotły, ciężkie walce i cylindry. Żartowali przytem a czasem nawet śpiewali, czemu kot morski wielce się dziwił, ponieważ wiedział dobrze, iż praca nad remontem i czyszczeniem statku we wszystkich flotach uważana jest za zajęcie nudne i, dla nieuniknionego przytem zabrudzenia się, nielubiane. Ale kot morski nie wiedział, że marynarze ci nie służą we flocie, lecz tworzą swą flotę, i dlatego duch jest w nich tak wielki.
Gdy pewnego pogodnego dnia wałęsał się po porcie, zauważył gromadkę dzieci, bawiących się wpobliżu, kręcących się dokoła i śpiewających wyuczoną w szkole piosenkę. Wyraźnie usłyszał słowa:

Bawiliśmy się w konopki,
a że były male snopki,
mało nas, mało nas!
A ty, chłopcze, chodź do nas!

Dziecinne głosy jasno dzwoniły, a pudła stojących w porcie statków, hucząc, powtarzały refren:

Malo nas, mało nas,
a ty, chłopcze, chodź do nas!

Kot morski z początku parskał śmiechem na widok tej flotylli, ale przyjrzawszy się pracy, energji i niemal ojcowskiej troskliwości, cierpliwości i ofiarności jej twórców, po pewnym czasie sam zaczął przyzywać w duchu nowych współpracowników, mrucząc za dziećmi i za statkami:

Mało nas, mało nas,
a ty, chłopcze, chodź do nas!

Kiedy indziej znowu szedł na koniec mola i stamtąd tęsknie przyglądał się zatoce, tu smętnej, szarej i jakby martwej. Rzadko kiedy można było w tym kącie wiku dostrzec brunatne żagle batów rybackich, lub usłyszeć terkotanie motorówki. Za wodą cichą i pustą widziało się tylko sylwetki Wielkiej Wsi i swarzewskiego kościoła. Czasem nad brudną wodą portową zatrzepotała mewa. Ale mimo tej martwoty kot morski przesiadywał tu chętnie, zwłaszcza w dni słoneczne, i grzejąc się, patrzył na błękitne wody.
W lecie zepsiał tak, że nietylko nie miał sił stawić czoła dawnym, zawsze nieżyczliwym wrogom, ale nawet dał się pogryźć swemu przyjacielowi kundysowi. Mięso mu zbrzydło, zaczął pić mleko, czego dotychczas unikał. Z każdym dniem nabierał coraz większej odrazy do lądu, miasta i jego mieszkańców. Czuł, że słabnie.
— Jeśli tak dalej pójdzie — myślał — zdechnę tu, bo przecież ja jestem kot morski, nie lądowy, i myszy ani szczurów nigdy nie jadałem. Ale do morza nie pójdę, nie wrócę!
Zaciął się. Równocześnie ogarniała go w takich chwilach wielka żałość.
— Co tam moje ludy robią beze mnie? — pytał się w duchu z niezrozumiałem przekonaniem, iż mimo że je pożerał, właściwie był ich opiekunem i dobrodziejem.
Wreszcie zdjął go niepohamowany apetyt na świeżutkiego, tłustego węgorza morskiego.
Walczył ze sobą przez kilka dni, gdy jednak zaczął go dręczyć sen, w którym widzial migające białe podbrzusze wielkiej ryby i siebie, nadgryzającego tuż za głową pierwsze jej kręgi, postanowił w jakiś sposób położyć kres tym męczarniom.
Jak ktoś zacznie nad czemś usilnie myśleć, zawsze coś wymyśli.
Kot morski do wody za węgorzami iść nie chciał, przypadkiem jednak zauważył, iż na polach nadbrzeżnych nie zebrano jeszcze grochu. Do węgorzy w grochu, jako kot lądowy, miał przecie prawo, i polowania tam nikt nie mógł mu zabronić. Postanowił z tej sytuacji skorzystać.
Od tego dnia noc w noc wykradał się za miasto i polował w grochu, z początku z bardzo nikłemi rezultatami, lecz po pewnym czasie wcale szczęśliwie. Znalazłszy świeże ryby, które zapijał słonawą wodą z zatoki, znowu przybrał na ciele i odzyskał dawną odwagę i siłę. Tak tedy kot morski nawet na lądzie potrafił upolować sobie węgorze morskie.
Co go jednak niemało dziwiło, to fakt, iż węgorze, które przecie musiały zauważyć wśród siebie drapieżcę, zamiast być ostrożniejszemi, pojawiały się w grochu z każdym dniem liczniej, a w dodatku wielce dorodne.
— Czyżby i tu zamyślały jakiś zamach na mnie? — myślał podejrzliwie kot morski.
Ale to było niemożliwe. Na morzu miał nad niemi przewagę, a cóż dopiero na lądzie! W dodatku nie zauważył, aby stawiały jaki opór. Więc zbywszy wszelkiej trwogi, używał w grochu dalej.
Pewnej, bardzo ciemnej nocy — ciemnej dla ludzi, lecz nie dla kota morskiego ani dla węgorzy — gdy powoli skradał się gąszczem grochowym, ujrzał przed sobą nagle pięć wspaniałych węgorzy, grubych jak ramię męskie a długich niemal na dwa metry. Sposobem wężów węgorze wyprostowały się na podwiniętych ogonach, i złożywszy mu pokłon falistemi ruchami ciał i głów, przemówiły w następujący mniej więcej sposób:
— Panie nasz! Wielce zgrzeszył nasz lud wobec ciebie, ale zrozumiawszy błąd swój, korzy się oto przed tobą i z płaczem błaga twej łaski. Wybacz głupotę ciemnym! Myśmy sądzili, ze człowiek łapie nas w swe przeklęte żaki z nierozerwalnej manilli, aby nas wywyższyć i uczcić, byliśmy przekonani, iż zamyka nas w grubych mocnych kistach przeto, że nas miłuje i pragnie dla nas dobra. Nie słyszeliśmy nigdy nic o jego z nami prawdziwych poczynaniach, a tedy nie dziw się, iż łaskawość, z jaką czasem raczyłeś pożreć któregoś z niegodnych braci naszych, uważaliśmy za krzywdę i ucisk, ciebie zaś za kata, zamiast czcić w tobie oswobodziciela i opiekuna ludu naszego.
Kot morski nie rozumiał, niemniej odpowiedział wyniośle:
— Wiedziałem, że czynicie mi krzywdę, i dlatego nie chcę o was więcej słyszeć, chyba tylko w grochu!
— Gdzie chcesz, obrońco uciśnionych, opiekunie sierot, byleś tylko nie odmawiał nam swej łaski i pomocy!
— Wiedziałem — odrzekł kot — Z po mem odejściu spadną na lud wasz wielkie klęski. Cóż się stało?
— Straszna to historja! Posłuchaj:
Pewnego dnia cały wóz pełen wesołych, zdrowych i radosnych braci naszych powieziono do jakiegoś wielkiego budynku, o którym sądziliśmy, że jest przybytkiem szczęcia, ale który okazał się być domem męki i boleści. Prosto z wozu braci naszych, spodziewających się gościnnego przyjęcia, wrzucono do wielkiego koryta, w którem posypano ich grubo solą. Żrący ból zaczął szarpać skórą, oczy nawet pełne były soli, i w tej męce, w tem cierpieniu bracia nasi rozpoczęli swój ostatni przedśmiertny taniec wangorzowy (w gwarze rybackiej mówi się „wangorze“). Wijąc się w męce, bracia nasi ocierali się o siebie, wspinali się i jak podcięci znów opadali na ciała braci, inni pięli się na strome ściany koryta, ale odpadali od nich bezsilni i tak tańczyli, póki wreszcie, wyczerpani i osłabli z bólu, nie padli bezwładnie.
Kot morski wzdrygnął się.
— Okropne! — rzekł. — A potem?
— Nie pytaj nawet! Płatano ich żywcem i suszono w ogniu!
Kot morski stał chwilę jak skamieniały.
— Skąd wiecie? — zapytał.
— Dwudziestu naszych braci żywcem dla niewiadomych przyczyn zapakowano do ciasnej skrzynki z otworami, przez które dochodziło powietrze. Skrzynkę tę położono w takiem miejscu, z którego wszystko było dokładnie widać. Przerażeni widokiem bracia, korzystając z chwili, w której ludzi nie było, wspólnemi siłami rozsadzili skrzynkę i rozpełzli się po całym tym okropnym domu, napróżno jednak, ludzie bowiem powróciwszy, wyłapali wszystkich, z wyjątkiem jednego, któremu udało się wysmyknąć przez niezamknięte drzwi, a ponieważ dom ów stoi niedaleko morza, brat zdołał, choć z wielkiem niebezpieczeństwem życia, dotrzeć doń i przynieść nam wieść straszliwą.
Kot morski podumał chwilę, a potem rzekł:
— Przyjemna ona nie jest! Ale widać takie wasze przeznaczenie! Na to ja nic nie poradzę.
— Nei, panie! — zaprzeczyły żywo węgorze, kiwając gwałtownie płaskiemi głowami. — Nasze przeznaczenie każe nam iść przez wielkie morza w daleki świat, z któregaśmy przyszli, na wielkie głębie Oceanu, wpobliżu zielonych wysp raju naszego. Nie niewola i śmierć okrutna jest naszem przeznaczeniem, lecz wolność wielkich mórz, słońce i życie!
— A cóż ja dla was mogę zrobić? — zapytał kot morski, który ulitował się nędzy swego ludu, albowiem lubił go dla jego smakowitości.
— Zechciej, panie, wrócić do królestwa swego! — prosiły węgorze.
— Poco? Aby was pożerać? To mogę i tutaj.
— Zapomniałeś, panie, o jednej rzeczy — brzmiała odpowiedź. — Ody wszedłeś w żak pełen naszych braci, a twych wiernych i kochających cię poddanych, wybierałeś sobie kilku z nich na niezbędne pożywienie i zjadałeś ze smakiem, co ci się słusznie należało, albowiem wszyscy wzajem się pożeramy. Ale podobny w tem da nas, nie mogłeś z żaka wyjść tą samą drogą, którą wszedłeś, skutkiem czego wspaniałemi i słodkiemi pazurami wyszarpywałeś w żaku otwór dla dostojnego swego ciała. W ten sposób pięciu pożarłeś, lecz stu wypuszczałeś na wolność. Nie wszyscy mieli to szczęście, ale odkąd opuściłeś swe królestwo — zniknęła nawet nadzieja, aby któryś z nas, raz złapany, mógł się wydostać na wolność. Dlatego — wróć, panie, do swego ludu i pożeraj nas, ale zbawiaj!
Tu węgorze legły przed nim pokornie i podsunęły mu się pod same pazury, on zaś w mgnieniu oka pożarł najtłustszego i rzekł łaskawie:
— Powiedzcie ludowi memu, że wrócę!
Na drugi dzień w "Puecku" wybuchł popłoch. Wielki szary kot nikomu dotychczas krzywdy nie robiący — mówiono — wściekł się. Ale była to dziwna wściekłość, nietyle krwawa, ile pełna niepojętej złośliwości. Pannie Annie kot powyrywał z głowy cale garście żółtych pukli, w oberży — skacząc przez stoły, stłukł kilkanaście szklanek, kilka psów srodze pokaleczył, nastraszył kilkoro dzieci, niosących właśnie mleko, które oczywiście wylało się. Słowem psocił w niemożliwy sposób, tak że wreszcie postanowiono go zastrzelić. Napróżno jednak polowali nań zbrojni w karabiny policjanci — nigdzie nie mogli go dopaść. Wreszcie nad wieczorem, właśnie, gdy czerwone słońce miało się ku zachodowi. a gładkie morze błękitne lśniło zorzą słoneczną, kot morski pokazał się na wierzchołku masztu stojącego w porcie dwumasztowca, i nietylko nie schował się, ale rozpoczął jakąś dziką pieśń pełną triumfu, radości, siły i dumy wyniosłej. Stało się to tak nagle, a było tak dziwne, że świadkowie zdarzenia stali przez dłuższy czas, jak odrętwiali, zasłuchani w tę niezrozumiałą, a przecież tak wymowną pieśń.
Wreszcie z warty portowej wybiegł marynarz z karabinem i złożył się do kota. W tej chwili jednak zwierz zebrał się w sobie i olbrzymim susem skoczył w morze.
Huknął spóźniony strzał.
— Trafił, trafił! — wołano. — Kot spadł w morze!
Niewątpliwie, prawdą było tylko to: kot spadł w morze, a żołnierz strzelił.
I dość.
A z tego wynika jasno, że najmądrzej jest wszystko tak, jak to Pan Bóg ułożył, kto zaś chce to odmienić i wymyślić coś mądrzejszego, ten tylko sam sobie zaszkodzi.
— Zaraz, Dawidzie! — odezwałem się, gdym pierwszy raz tę opowieść usłyszał. — Węgorze mają korzyść z tego, że kot morski żaki wam drze, bo dzięki niemu uciekają, kot morski ma korzyść z węgorzy, ale jaką z tego wszystkiego wy macie korzyść? Nie rozumiem. Pusty i podarty żak nie jest żadnym zyskiem.
— Oho, ho, panie! — odpowiedział Dawid. — Gdybyśmy mieli zawsze żaki pełne wangorzy, tobyśmy mieli zawsze pełne kieszenie, a wtedy rybak nie pracowałby, tylkoby jadł, pił, straciłby przez to zdrowie, przestałby chodzić do kościoła i modlić się, i tak urósłszy w pychę, zginąłby marnie potępiony.
Taka to jest zacha!





Przypisy

  1. Wioska rybacka na Helu.
  2. Z niem. Stelle, w gwarze rybackiej posada.
  3. Aby to wszystko marnie zginęło! — najsilniejsze przekleństwo naszych rybaków, którzy lądowych klątw ani wymyślań nie znają.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.