O łabędziach we wiku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł O łabędziach we wiku
Pochodzenie Sosenka z wydm
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha w Poznaniu
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
O łabędziach we wiku.

Był sobie raz pewien rybak, który miał czternaścioro dzieci. Pracował ciężko na ich utrzymanie i starał się, aby były i syte i jako tako ubrane. Ale każdy zrozumie, że mu to z łatwością nie przychodziło, zwłaszcza, że niezawsze Bóg dawał rybę. Wobec tego kto z rodziny tyle miał sił, że mógł być na coś pożyteczny, pracować musiał. I tak neńka i dwie starsze córeczki, które do szkoły już nie chodziły, pracowały w wędzarni, albo wiosną i jesienią w lesie lub w polu. Co tam z drobiazgu chodziło do szkoły, to siedziało w ciepłej izbie szkolnej. Maleństwa raczkowały po podłodze, a znów które z dzieci mogło wybiec z domu, to się bawiło wraz z innemi rybackiemi dziećmi na wielkim placu przed kościołem. Dozoru żadnego nie było, bo neńka często mu siała pracować poza domem.
Rozumie się, że w takiej ogromnej republice dziecinnej porobiły się różne stronnictwa, sojusze i przyjaźnie. Niektóre dzieci mówiły po ojcu narzeczem miejscowem, inne znów, lgnące więcej do matki niż do ojca, mówiły narzeczem Wielkiej Wsi, skąd neńka pochodziła. Dość na tem, że wśród tej gromady znalazła się para, sześcioletni chłopczyk Janek i pięcioletni berbeć Józia. Tych dwoje trzymało się zawsze razem, a co więcej, miało te same upodobania, z których najgłówniejszem było stałe wymykanie się z domu i uciekanie nad zatokę, na której brzegu maleństwa mogły się bawić swobodnie i spokojnie. Janek miał na sobie sweterek zielony z czerwonemi wyłogami i czerwoną ciepłą czapeczkę z długim fontaziem, siostrzyczka zaś jego ubrana była w ciepły sweterek czerwony z zielonem i zieloną czapeczkę. Trzeba jeszcze dodać, że o ile Janek był chłopcem na wiek swój dość dużym i tęgim, jego siostrzyczka, choć zdrowa i rumiana, była maleńka jak krupka.
Nad zatoką nie było wprawdzie dzieci, ale zato było cicho, a mimo to wesoło. Dzieci nie zdawały sobie z tego oczywiście sprawy, ale blask słoneczny, odbijający się od ogromnego zwierciadła wód, przeważnie gładkich, prześwietlał ich oczy i rozweselał jasne duszyczki. Widoczny naprzeciw drugi brzeg zatoki, zwykle błękitny, a czasem szafirowy, wyglądał jak niebieskie wybrzeże nieznanego świata. Zawsze widać było na zatoce przynajmniej kilka pomarenków z rozpiętemi czarnemi żaglami, a bywało, że ciągnęły ich pośpiesznie całe sznury, i dzieci wiedziały, że to są łodzie, wracające z połowu. Kiedy indziej, idący brzegiem samotny rybak w ciężkich skorzniach, w zydwestce i z długą remą na ramieniu, przysiadał się do dzieci, zapalał papierosa, częściej zażywał tabaki, i odpoczywając, rozmawiał z niemi. Coś im tam opowiadał o różnych rybach, o wronach gadających, o morskim kocie, potem pogroził palcem, surowo zabraniając zbliżać się do wody, dźwigał się ciężko i odchodził. Do późnej jesieni pasły się opodal krowy łaciate, gdy nad sam brzeg zachodziły tylko białe lub bure owce i barany. Owieczki pasły się, a kłótliwe barany przyskakiwały do siebie, tłukąc się łbami tak, że aż się na pażycy echo rozlegało. Koło południa czarny pies pastucha zganiał w jedną wielką gromadę krowy, które ociężałym krokiem ruszały w pochód powrotny do wsi, poprzedzane przez płochliwe, ale mocno trzymane w ryzach przez psa beczące stado baranów i owiec. Wtedy dzieci wiedziały, że trzeba iść na polnie. Więc wziąwszy się za rączki, szły za stadem, dziwiąc się mnogości i wielkości krów i wielkiej władzy, jaką nad niemi miał wysoki dostojnik wioskowy, pastuch gminny, czternastoletni wyrostek, zbrojny w bat i róg, służący do zwoływania bydła. Bywało jednak, że krowy pasły się daleko, pod lasem, koło leśniczówki, a w tedy dzieci, osłonione w tern miejscu małemi nadbrzeżnemi kopczykami, niby naśladownictwem wydm, nie wiedziały, co się koło nich dzieje, bawiły się, odwiedzane tylko przez wielkie czarne wrony, kroczące poważnie i patrzące na ten drobiazg ludzki wyniośle i pogardliwie. Przylatywały też czasem mewy. Ale te, mniej zżyte z ludźmi i nieufne, jak tylko ujrzały dzieci, zrywały się, i trzepnąwszy kilka razy skrzydłami, odlatywały, skrzecząc piskliwie. Wtedy dzieci powracały dopiero, kiedy usłyszały obwieszczający polnie, czyli obiad — bo cóż innego? — dzwonek na kościele. Ze strachem biegły wówczas do domu, bojąc się, że przyjdą za późno, że neńka będzie wadzić, da klapsa, a na drugi dzień zamknie w pokoju lub chlewie, aby nie uciekały nad zatokę.
Ale były na zatoce jeszcze i inne rzeczy, które dzieci bardzo zajmowały, a o których mało kto wiedział.
[{tab}}Nie wszystkim mianowicie wiadomo, iż jesienią, o pierwszym szronie, zlatują na zatokę „kulpsie“, czyli dzikie łabędzie. Są to ogromne białe ptaki, kształtem przypominające nasze łabędzie parkowe, tylko że znacznie większe, bo gdy rozepną skrzydła, długość ich dochodzi do trzech metrów, a i więcej. Żyją stadami, żerując w płytszych miejscach zatoki, a ponieważ żywią się tem, co mogą z dna wydostać, zatem to dno musi być tak płytkie, aby one mogły go dosięgnąć dziobem. Są bardzo ostrożne, czujne i zwykle wystawiają straże, które mają donosić o najmniejszym podejrzanym ruchu w otoczeniu. W ów czas stano zrywa się i albo leci wodą, dopomagając sobie wiosłowaniem zapomocą łap potężnych, albo też wzbija się w powietrze i odlatuje z wielkim szumem ogromnych skrzydeł. Ptaki te przebywają u nas całą zimę, aż mniej więcej do marca, a jeśli kwiecień jest chłodniejszy niż zwykle, to i do kwietnia, poczem, gdy słonko wiosenne mocniej zacznie świecić a na strądzie migają wyciągnięte niewodem srebrnołuskie łososie, dzikie łabędzie odlatują na północ.
Trzeba też wiedzieć, że ptaki te, dochodzące nieraz do trzydziestu funtów wagi, są bardzo pożądaną zdobyczą dla rybaka, tak dla puchu i pierza, jak i dla mięsa, które rybacy, według powszechnie do wszelkiego stworzenia stosowanej recepty, solą, a potem wymoczywszy w wodzie, gotują lub smażą. To też nic dziwnego, że chętnie na nie polują, mimo iż jest to rzecz niełatwa, wymagająca wiele za chodu, a przytem w wyniku niepewna, bo łabędź ma na sobie tyle gęstego, zbitego pierza, tak twarde lotki w skrzydłach, a prócz tego jest tak silny i żywotny, iż nawet ciężko ranny, bez trudu potrafi ujść myśliwemu, czy to wodą, czy też ostatnim wysiłkiem skrzydeł, zwłaszcza, jeśli strzał padł z broni lichej lub jeśli nabój nie był dość mocny. Myśliwy czasem godzinami czołga się po lodzie poto tylko, aby mu łabędzie w ostatniej chwili umknęły z przed nosa, kiedy indziej znów, gdy łodzią zamaskowaną podjechawszy szczęśliwie pod stado, łabędzia nie zabije, lecz postrzeli, czasem i pół dnia musi za nim po zatoce uganiać, póki się wreszcie łabędź krwi upływem wyczerpany, nie podda. Są jednak myśliwi namiętni, których te trudności nie odstraszają, o czem łabędzie wiedzą i dlatego zwykle trzymają się daleko brzegu. Dzieje się z niemi to samo, co z wronami. Ody się idzie z laską w ręku, można się z niej składać do wrony, jak ze strzelby, a mądry ptak nie zwraca na to uwagi. Lecz gdy tylko wyjdzie się ze strzelbą, wszystkie wrony znajdują się poza jej donośnością. Tak i tu. Wałęsający się po wybrzeżu z ukrytym za plecami karabinkiem rybak, udający, że daleki jest od wszelkich złych zamiarów, nigdy się na kulpsie nie natknie, lecz jeśli wraca z połowu z kaszyrzem lub remą na ramieniu, może się nieraz natknąć na nie tuż przy brzegu. Takie to są mądre ptaki.
Janek i Józia, dzieci o znakomitym, dalekowidzącym wzroku rybackim, często przyglądały się stadom łabędzi, które, czując snać, iż te dwa kolorowe atomy ludzkie nie są niebezpieczne, nie uciekały przed niemi, lecz przeciwnie, nie zwracając na nie uwagi, w niedalekiej odległości od brzegu spokojnie sobie igrały. Dzieci z podziwem patrzyły, jak olbrzymie białe ptaki stawały na wodzie, bijąc powietrze białemi skrzydłami, to znów biegły naprzód, rozwinąwszy skrzydła jak żagle, pływały z wygiętemi szyjami, podobne do dziwnych białych batów z krzywemi masztami, na których nie rozwieszono żagli, goniły się lub sięgały na dno morskie długiemi szyjami. Od tych ich zabaw a lubiły się bawić w miejscach słonecznych, nie zacienionych chmurami — srebrna woda pieniła się, a powietrze pełne było wesołych klarnetowych krzyków, że zaś wpobliżu zwykle bawiły się też i stada kaczek, więc rejwach na wodzie był ogłuszający.
Dzieciom te ptasie zabawy tak się spodobały, iż gdyby tylko było można, z przyjemnością pobiegłyby przez wodę do tych stad, aby się nauczyć ich gier i piosenek, bo takich ładnych w wiosce nie bywało. Rozumie się, wiedziały, że to niemożliwe. To też przyglądały się im tylko z zazdrością i tak szczerze rozradowanemi serduszkami, iż po pewnym czasie zdawało im się, że rozumieją i to, co się dzieje na wodzie, i to, o czem ptaki śpiewają.
Było chmurne, ciepłe przedpołudnie. Wiatru nie było, zato jednak zatoka po niedawnej gwałtownej zydzie burzyła się i morza było dużo. Dzieci bawiły się, jak zwykle, na wybrzeżu, koło swych małych pagóreczków, grzebiąc się w piasku i opowiadając sobie niestworzone historje — jak to dzieci. Były tak tem zajęte, że zupełnie zapomniały o drugiem śniadaniu — o dwóch potężnych krom kach chleba ze sadłem. Na zatoce łabędzie śpiewały. Wtem głosy ich dały się słyszeć tak blisko, że dzieci mimowoli obejrzały się — i ujrzały niedaleko brzegu kołyszące się na wzburzonych, czarnych bałwanach dwa wielkie białe kulpsie, podpływające ku nim powoli, z mocnemi czarnemi dziobami, osadzonemi jak haki na wyprostowanych teraz szyjach i ze srogiemi oczami.
Dzieci na ten widok zlękły się w pierwszej chwili, ale gdy łabędzie zatrzymały się w odległości kilku kroków od wybrzeża i poruszyły kilkakrotnie głowami na giętkich szyjach niby w powitalnym ukłonie, dzieci przestały się bać i wołając radośnie: — Kulpsie! kulpsie! — podbiegły ku nim.
Ptaki cofnęły się nieco, ale nie uciekały.
Wówczas Józia wpadła na myśl u dziecka zupełnie naturalną. Gdy jaka letniczka wołała ją do siebie, a ona nie chciała przyjść, pani podawała jej czekoladkę. Była to przynęta niezawodna. Teraz Józia przypomniała sobie chleb niezjedzony, więc chwyciła kromkę i zazaczęła rzucać kawałki chleba łabędziom. To samo zrobił i Janek.
A łabędzie zrozumiały, i podpłynąwszy bliżej, chwytały pływające po wodzie kawałki chleba.
Musiały być głodne. Jakeśmy już powiedzieli, morza po burzy było dużo, prawdopodobnie tak dużo, że łabędzie nie mogły dosięgnąć dna dziobami, więc nie miały co jeść.
Za te mi dwoma ptakami ciągnęła cała falanga łabędzi, ostrożna, powolna, nieufna i widocznie zdziwiona. Płynęły powoli, zrzadka tylko poruszając skrzydłami, nietyle może potrzeby, ile dla wdzięku. Wszystkie głowy na lekko wygiętych szyjach zwrócone były u parze karmionej przez dzieci, a z czarnych dziobów tu i owdzie wydzierały się jakgdyby okrzyki zdumienia w odległości jakich pięćdziesięciu kroków od brzegu falanga stanęła i stała tak przez jakiś czas w milczeniu, zcicha czasem pokrzykując. Następnie zatonczyła na wodzie krąg i przedefilowawszy przed dziećmi, odpłynęła na zatokę.
A tymczasem rozradowane dzieci wciąż karmiły swe dwa łabędzie, póki chleb się nie skończył. Wówczas łabędzie popływały trochę kolo brzegu, a potem wdzięcznie wyjąwszy szyje zaczęły zataczać po wodzie koła, zrazu małe, potem coraz większe i większe, aż w reszcie zniknęły za grzbietami fal.
Od tego czasu dzieci każdego dnia cieplejszego, gdy nie było wiatru, wynosiły swe śniadanie nad zatokę łabędziom. Ptaki z początku niezawsze przypływały, ale później, oswoiły się z dziećmi tak, iż gdy tylko na wybrzeżu pojawił się czerwony i zielony punkcik, wnet od łabędziego karna odrywały się dwa punkty białe i wkrótce u brzegu pojawiały się dwa piękne łabędzie. Zaczynało się znowu karmienie. Łabędzie czasami jadły chciwie, czasami, widocznie syte, ledwo raczyły coś dziobnąć. Dzieci opowiadały im najrozmaitsze historje, wabiły je do siebie, wyciągały do nich rączki, a łabędzie patrzyły i słuchały, jakby rozumiejąc. A potem odpływały.
Zapyta ktoś, jak to być mogło, że dzieci nikomu o tych łabędziach nie powiedziały, nie pochwaliły się przed nikim tem, że mają wśród łabędzi znajomych i przyjaciół? Takie pytanie jednak zadałby tylko ten, kto nie wie, iż każdy rybak ma swe tajemnice, których pilnie strzeże i których nikomu nie wyda. Rybołówstwo wymaga bardzo rozwiniętego zmysłu spostrzegawczego i dokładnego obserwowania przvrody. a tu każdy rybak ma własne spostrzeżenia, doświadczenia i sposoby, które zachowuje na wyłączny użytek dla siebie. To jest wrodzone i dzieci miały to we krwi.
Po pewnym czasie stało się, że dzieci tak przywykły do swych dzikich łabędzi, iż przekonane były, że one rozumieją ich mowę. Zdawało się im też, że rozumieją, co mówią łabędzie, mimo iż ptaki te wcale nie są rozmowne. W jakiś sposób jednak doszło do wzajemnego układu, który mógłby brzmieć tak:
— My — mówiły łabędzie — będziemy przypływały do was, o ile wpobliżu nie będzie podejrzanych istot, ale pod warunkiem, że nikomu o tem nic nie powiecie.
Na co znów dzieci odpowiadały:
— Mybyśmy miały komu co powiedzieć, kochane łabędzie? To nas nie znacie. My wiemy różne rzeczy, o których nikomu nic nie mówimy. Nie bójcie się, nie wydamy was.
Tak stanął układ, na mocy którego łabędzie nietylko przypływały do brzegu, ale wychodziły na brzeg, bez obawy zbliżając się do dzieci, które głaskały ich szyje, gęsty, ciepły puch na piersiach i bawiły się sprężystemi lotkami ich mocnych, wielkich skrzydeł. A łabędzie znów, podobne do olbrzymich gęsi, skubały zziębłą trawkę na wybrzeżu, przechadzały się trochę, trzepotały skrzydłami, że aż powietrze świszczało, i bawiły się z dziećmi, to chwytając je za sukienki, to strasząc pochylonemi nisko dziobami na wyciągniętych szyjach.
Zdarzyło się raz, że dzieci przyszły mimo briży nordowej, nietyle mocnej, ile przenikliwie zimnej. Łabędzie wyszły na brzeg i dzieci bawiły się z niemi, jak zwykle, ale maleńka Józia, choć ciepło ubrana, wkrótce zmarzła i zaczęła się trząść z zimna. A wtedy jeden łabędź — musiała to być chyba łabędzica — podniósł trochę skrzydło i nakrywszy niem śmiejące się dziecko, przycisnął je do swej puszystej, gorącej piersi, tak że Józia znalazła się jakby pod pierzyną.
Od tego czasu, czy było zimno czy nie, stale się ta pieszczota łabędzia powtarzała, i gdy Janek uganiał za swoim łabędziem lub zmykał z głośnym śmiechem, ścigany przez niego, Józia siedziała pod skrzydłem łabędzicy, karmiła ją z rączki i gawędziła z nią, słuchając równego, mocnego bicia jej serca.
Kto kocha i zna dzieci, ten wie dobrze, że niema dla nich zwierzęcia ani przedmiotu niemego, lecz wszystko posiada swą mowę, jasną i im zupełnie zrozumiałą. To też nie można się dziwić, że skutkiem obcowania z dzikiemi łabędziami w duszyczkach dzieci zaczęły się po pewnym czasie budzić obrazy, zrazu niezrozumiałe i niejasne, które jednak wkrótce nabrały barw i takiej wyrazistości, takiego życia, iż dzieci były jakgdyby przeniesione w nowy, nieznany świat. Był to kraj jakiś czarowny, w którym słońce czerwone szybko biegało łukiem nad ziemią, podczas gdy długą noc, następującą po krótkim dniu, rozświetlało drgające światło smug żółtozielonych, to gasnące, to znów wybuchające nagłemi płomieniami. Duszyczki dzieci leciały do tej krainy ponad ziemią skalistą i pokrytą lasami, ponad wielkiem szafirowem morzem, usianem śpiczastemi, cichemi wyspami, leciały długo, słysząc koło siebie świst i szum skrzydeł łabędzich, leciały tęskniąc i kwiląc z radości. Aż wreszcie pokazywała się długa, biała równina lodowa, lśniąca od słońca lub też widmowo biała w nocy, a w niej jeziora szafirowe, dalej zaś promieniste, wysokie łańcuchy gór lodowych. Tam, w kraju ciszy, na tych szafirowych jeziorkach, objętych niepokalanem ocembrowaniem lodów dziewiczych, duszyczki dzieci siadały wraz z łabędziami, rozglośnym klangorem napełniającemi przeczyste, mroźne powietrze. A gdy tak przelatywały z jeziorka na jeziorko, zdarzało się im widzieć wielkie rzesze ptaków w białoczarnych sukniach i ze skrzydłami zmarniałemi, które przypominały ramiona ludzkie. A dalej znów nad brzegiem zimnego, lecz jakże mieniącego się barwami morza wylegiwały się na lodowatej plaży nieprzeliczone stada psów i lwów morskich, podczas gdy daleką, świecącą równią lodową pomykał kudłaty biały niedźwiedź, przystający czasami i poziewający łakomo, tak iż widać było czerwone wnętrze jego paszczy i wywieszony ozór. A kiedy indziej dzieci widziały się wśród tych wszystkich cudów, niby dwa punkty, czerwony i zielony, z wielkiemi kromkami chleba ze sadłem w rękach, i chlebem tym karmiły wszelkie stworzenia tego dziwnego kraju, a zwierzęta bawiły się z niemi, ptaki różne wyrywały im kawałki chleba z rączek lub ciągnęły je za sukienki, łabędzie śpiewały, słońce zaś czerwone tańczyło z uciechy na niebie.
Albo też śniło się dziecinkom, że wraz z wichrem lecą ciemną nocą nad morzem wzburzonem. Fale ryczą, a wicher dmie z taką siłą, że już skrzydłami nadążyć mu niepodobna, i łabędzie, zbyt silnie popychane, potykają się w powietrzu, jak potyka się dziecko, mocno przez matkę trącone w plecy. Nie widać nic, wycie wichru jest tak silne, że już nie słychać szumnego świstu skrzydeł lecących łabędzi. Skrzydła już mdleją, stado zniża lot, jakgdyby chciało siąść na wodzie i odpocząć, ale Jakżeż tu siąść na falach, które pianę białą rzucają pod obłoki, jakżeż siąść na tych przewalających się, ryczących, ruchomych górach czarnej wody? Czarny wicher w górze, czarna woda na dole, a wśród tej śmierci czarnej zbłąkane stado białych łabędzi. Lecz oto przewodnik bije naraz wiatr potężnemi skrzydłami, kieruje się ku górze i podrywa zmęczone ptaki głośnym okrzykiem: Tędy, tędy! Śmiertelnie znużeni wędrowcy ostatkami sił dążą za nim, chwiejąc się i kołysząc w powietrzu, jak liście wiatrem niesione. Aż nagle wynurza się przed nimi z ciemności kształt niewyraźny, i oto wierzchołek jakiejś górzystej wyspy, a na nim kępa krzaków i kilka karłowatych, powyginanych sosen. Wiatr gwiżdże, skowycze, ale to nic. Ptaki przypadają piersiami do głazów, wciskają się w załomy i nierówności gruntu, otulają się szczelnie skrzydłami i, schowawszy pod nie znużone głowy, zasypiają.
Józia zbudziła się. Czuje, że leżący obok niej braciszek także nie śpi. Przez zasłonięte białemi firaneczkami okienka, wraz z jasnem światłem księżyca, dolatują z zatoki głośne krzyki łabędzi.
— Słyszysz? — szepce Józia. — Nasze kulpsie!
— Śpiewają — odpowiada cichutko Janek. I choć tamtych kulpsiów jest co najmniej trzydzieści, dzieci poznają głos swoich przyjaciół.
Ale niezawsze mogły dzieci łabędzie odwiedzać.
Wybuchały burze tak gwałtowne, że starych nawet zwalały z nóg, a cóż dopiero mówić o takim drobiazgu. Wystarczyło nos za drzwi wychylić, a wicher dech zapierał w piersiach. Prócz tego wówczas nie było rybołówstwa, a wtedy i neńka, mając więcej czasu, staranniej doglądała dzieci. Bywało znów, że myśliwi płoszyli ptaki, które uciekały daleko od brzegu, w głąb wiku, gdzie na otwartej przestrzeni niepodobieństwem było zbliżyć się do nich niespostrzeżenie. To znowu zatoka zamarzła, tak że łabędzie zmuszone były daleko szukać oparzelisk i wówczas też do lądu zbliżać się nie mogły. Ale jak tylko nadeszły dni pogodne a dzieci pokazały się nad zatoką, znowu przypływały i bawiły się z niemi. Tak minęła zima.
Naraz dmuchnął wiatr południowy. Rybacy zwykle przeklinają ten wiatr, ponieważ jest to wiatr od lądu, bezrybny, a równocześnie przynoszący mróz, ale teraz nie narzekali, przeciwnie, z uśmiechem w oczach mówili:
— Zyda! — Przysłowie mówi: „Zyda — rybacka bida!“ Lecz ta zyda zwiastowała wiosnę. Nadleciały z nią stada ptaków, orłów wędrownych, wron, które rybacy strzelają i solą, dzikich gęsi, gołębi, dzikich kaczek i mnóstwa innych ptaków. W powietrzu panował zgiełk bezustanny. Na wysokościach śpiewały skowronki, a u brzegów hulały w wodzie niezliczone srebrne mielnice i tańczyły wesoło wielkie, piękne łososie. Niebo poweselało, słoneczko rozkwitło, jak złota róża.
Nie znaczy to, aby panowanie wiosny miało się rozpocząć natychmiast. Przeciwnie, zima, choć sama ustąpiła, pozostawiła tylne straże, które zawzięcie półwyspu przed wiosną broniły. Wciąż jeszcze panowały dotkliwe zimna, ziemia była zmarznięta, zieleń kwitła skąpo i bardzo powoli. Dlatego łabędzie nie odlatywały jeszcze, nie było im zbyt gorąco, zwłaszcza że woda była wciąż bardzo zimna. Tak więc pływały sobie spokojnie po zatoce, ciesząc się słońcem i blaskiem wiosennego nieba.
Do dzieci przypływały coraz rzadziej, bo już dużo ludzi kręciło się w polu i na wybrzeżu. Zato dzieci teraz całemi dniami bawiły się nad zatoką, gdyż neńka nie broniła im wychodzić, jako że pogoda była ładna. Z utęsknieniem wyglądały berbecie swych ukochanych łabędzi, które pokazywały im się tylko zdaleka i to rzadko. Ale przecie od czasu do czasu przypływały, głównie jednak w porze obiadowej, gdy nad zatoką nie było nikogo. Za to neńka wadziła na dzieci, bo się spóźniały na pólnie.
Aż przyszedł dzień, w którym łabędzie przypłynęły i powiedziały dzieciom, że nadchodzi godzina rozstania. Jak one to powiedziały, w jaki sposób dzieci zrozumiały je, trudno odgadnąć. Jednakże naprawdę dzieci wiedziały, że na drugi dzień rano łabędzie mają odlecieć na północ i że one mają przyjść nad zatokę pożegnać się z ptakami. Żal się dzieciom przyjaciół zrobiło, zaczęły tedy płakać, obejmować łabędzie za szyje, głaskać i pieścić, a łabędzica, jak zwykle, ogarnęła Józię wielkiem skrzydłem. Potem ptaki rozbawiły dzieci, goniły za niemi, to znów uciekały, aż wreszcie odpłynęły. Wówczas dzieci przypomniały sobie, że łabędzie mają odlecieć, i znowu zaczęły płakać. Płakały tak całą drogę do domu, piąstkami ścierając łzy z policzków.
Kiedy przyszły do domu, neńka, widząc oczy zapłakane i twarzyczki umorusane, zapytała dzieci, co się im stało i dlaczego płakały. Dzieci nic chciały odpowiadać, ale neńka nastawała. Janek coś wymyślił i nakłamał, ale tak niezręcznie, że matka natychmiast się na tem poznała, więc tem bardziej wypytywała, chcąc się koniecznie dowiedzieć, co się mogło stać, przyczem Janek oberwał parę szturchańców. Mimo to jednak milczał. Ale mała Józia nie miała tyle charakteru, więc gdy matka zaczęła na nią krzyczeć i grozić jej biciem, wyznała wszystko. Rzecz prosta, że neńka nie Uwierzyła, wyszturchała i Józię i za karę zabroniła im następnego dnia wychodzić.
Słyszał to tatk, Alojzy Budzisz, rybak ogromnego wzrostu, o twarzy poważnej, surowej, jakby w drzewie twardem rzeźbionej, On dzieci nie wyśmiał. Przypuszczał, że w ich opowiadaniu jest wiele przesady, wierzył jednak, iż może być w tem coś prawdy. Wszakże dzikie zwierzęta nieraz się oswajają. On sam na jednej leśniczówce widział oswojoną sarnę, która do lasu nie uciekała, lecz żyła z ludźmi. Czemużby łabędzie nie miały zbliżać się do dzieci? Kulpś jest mądry, wie, co i kiedy mu grozi, wie też, że dzieci nie są niebezpieczne. Wynikałoby z tego wszystkiego jasno, że łabędzie bardzo blisko przypływają do brzegu.
Powoli, zręcznie zaczął nieznacznie wybadywać Janka. Chłopak, który oczywiście bezwzględnie ojca słuchał i wierzył mu, opowiedział wszystko, jak to oni się z łabędziami poznali, zaprzyjaźnili, jak się z ptakami bawili i że one do nich na brzeg wychodziły.
Tatkowi błysnęły oczy.
— Więc jutro macie się z kulpsiami pożegnać? — pytał chłopca.
— Ja, kulpsie przyjdą do nas.
— Wiesz to na pewno?
— Tak nam powiedziały. Przyjdą.
— Powiedziały!
Tatk pokręcił głową, ale już nie pytał więcej.
— Jeżeli macie się pożegnać, to musicie iść — rzekł. — Neńka pozwoli.
Dzieci zaczęły ojcu dziękować, ale nie wiedziały, czemu to pozwolenie zawdzięczają.
Oto tatk postanowił skorzystać ze sposobności i, jeśli łabędzie istotnie blisko przypłyną lub wyjdą na brzeg, zastrzelić je.
Czternaścioro dzieci wyżywić trudno, a kulpś może mieć i trzydzieści funtów wagi, a to przecie coś znaczy. Teraz wprawdzie post, mięsa jeść nie wolno, ale to nic, można zasolić i będzie mięso na Wielkanoc. Rybak miał z czasów wojny zachowany karabinek, z którego ukradkiem strzelał w lesie sarny lub zające, miał też jeszcze kilkanaście naboi. Otóż pozwoli dzieciom pójść, żeby mu zwabiły łabędzie, sam podkradnie się za niemi, jak będzie mógł najbliżej, a potem zastrzeli przynajmniej jednego łabędzia, choć i drugiego, kto wie, może trafi w locie. Strzelał celnie.
Na drugi dzień rano dzieci pobiegły nad zatokę. Rozumie się, chciały z niemi iść i inne dzieci, ale tatk nie pozwolił i kazał siedzieć w domu, sam zaś wziął karabinek, ukrył go pod połą żakirtu i tyłami wioski przekradł się na wybrzeże tak, żeby go nikt nie zauważył.
Tam położył się w zakląknięcie gruntu i czekał, co będzie dalej.
Dzieci swoje widział. Biegały po wybrzeżu, jak dwa kolorowe punkciki, jeden zielony, drugi czerwony. Wymachiwały rękami, krzyczały coś, a chwilami znikały za nadbrzeżnemi wydmami. Z wiku, srebrnego od słońca, dolatywały rozgłośne krzyki łabędzi. Całe stado wrzeszczało niespokojnie, gwałtownie, jak zwykle przed odlotem. Po pewnym czasie pojawiła się na wodzie para łabędzi, podążająca ku brzegowi. Rybak oczom własnym nie wierzył: łabędzie istotnie kierowały się ku jego dzieciom, które na ich widok zaczęły biec w ich stronę, tak że na chwilę znikły mu z oczu. A potem ujrzał rybak Janka, bawiącego się z wielkim łabędziem, który niby to gonił za nim i chwytał dziobem za sweterek, podczas gdy tuż między dwiema wydmami siedział drugi łabędź z rozłożonemi nieco skrzydłami.
Widok tych pięknych dzikich ptaków, tak przyjaźnie bawiących się z dziećmi, byt cudowny i wzruszyłby z pewnością każdego, ale Alojz, zresztą człowiek bardzo dobry, tak przyzwyczajony był do wiecznego myślenia o zdobyczy i korzystania z każdej nadarzającej się sposobności, że mimo pewnego wzruszenia zamiaru swego się nie wyrzekł. Przytem na widok kulpsiów obudziła się w nim żyłka myśliwska. Zaczął się tedy powoli czołgać naprzód, rozważając równocześnie, jak strzelać. Do łabędzia, który bawił się z Jankiem, strzelać nie chciał, obawiając się, że chłopak mógłby mu się na strzał nawinąć, Tego łabędzia zamierzał zestrzelić z powietrza drugim strzałem. Mądrzej było wziąć na muszkę naprzód tego drugiego łabędzia, który siedział sam między wydmami. Ten był zupełnie pewny.
Ułożywszy sobie plan i znalazłszy się w odpowiedniem miejscu, rybak przywarł do ziemi, ułożył się wygodnie, przyłożył karabin do ramienia, zmierzył i już miał pociągnąć za cyngiel, gdy wtem...
Łabędzica nie widziała rybaka, bo była do niego odwrócona tyłem. Jednakże, jak tylko zmierzył do niej z karabinu, nieomylnym instynktem wiedziona, przeczuła niebezpieczeństwo i natychmiast uniosła jedno skrzydło, pod którem błysnął czerwony sweterek Józi.
Rybak zmanwiał z przerażenia. PrzyPomniał sobie, co mu dziecko opowiadało o pieszczotach łabędzicy.
Łabędzica zaś w mgnieniu oka zwróciła się ku niemu, i rozpostarłszy szeroko skrzydła, zasłoniła sobą dziecko.
Rybak krzyknął i zerwał się na jedno kolano.
A wtedy łabędzie machnęły skrzydłami i wzbiły się w powietrze.
Rybak, oniemiały z przerażenia i uczucia dziwnej, jakby świętej zgrozy, z podniesioną głową patrzył na olbrzymie ptaki, które leciały, bijąc powietrze z taką siłą, że skrzydła ich grały jak harfy.
Zatoczywszy wielki krąg nad zatoką, poleciały na północ.
A rybak, wciąż jeszcze klęcząc i patrząc za łabędziami, przeżegnał się i przysiągł sobie, że przez całe życie będzie w tym dniu dawać na mszę świętą i przystępować do Komunji świętej.
Bo zrozumiał, iż stał się cud.
Oto dzika łabędzica przed własną jego kulą uratowała mu dziecko i zasłoniła je przed nią własnemi piersiami.
Rozumie się, że do łabędzi więcej już nic strzelał.
Gdy na drugi rok jesienią łabędzie znowu przyleciały, dzieci po dawnemu wybiegały na wybrzeże, wołały, dawały znaki rękami, sądząc, że przyjaciele ich wrócili.
Ale tej zimy żaden łabędź już się do brzegu nie zbliżał.
Może na przyszły rok






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.