Pod blachą/Tom III/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


I.

W kilka dni po opisanych wypadkach, gdy post przerwał bale, tańce i muzyki, zaczęto szukać innych rozrywek, o których już wyżej wspominaliśmy.
Piękna hrabianka Aneta pierwsza ufundowała Na górze to, co naówczas z francuska zwano un bureau d’esprit. Schodzono się wieczorami na dowcipne zabawy, na szermierkę słów...
Najczęściej były to zapytania ciągnione losem i odpowiedzi na nie dwuznaczne, rymy i dorabiane do nich poezje, rozwiązywanie zagadek, pisanie portretów, jakie już na dworze cesarzowej Katarzyny były w modzie, deklamacje i epizody z klasycznych dramatów.
Panie i panowie, którzy grywali w Socjecie, z przybranymi amatorami, stawali do monologów i scen pojedyńczych. Francuzi, naturalnie, bardzo byli czynni w tych popisach, gdyż nikomu nawet na myśl nie przychodziło, aby się coś podobnego po polsku odbywać mogło.
Tak jak Fryderyk II nie wierzył, aby po niemiecku coś dobrego napisać można i otwarcie ogłaszał to przekonanie, społeczność polska nie przypuszczała, aby w języku „ludowym“ można być dowcipnym. Posługiwano się francuszczyzną we wszystkiem, a gdy kto po polsku mówić lub pisać musiał, przez wyrazy polskie, jak kości z pod skóry przebijała w środku tkwiąca francuszczyzna.
Teatr naówczas jedyny znany, jedyny uznawany, składał się z Corneille’a i Racine’a, z Voltaire’a wkońcu; gdyby kto był przypadkiem przełożył już istniejącego Goetza z Berlichingen Goethego, z pewnością byłby świat polski takie o nim wydał zdanie, jak oburzony król pruski.
Z francuskich mistrzów nie mieliśmy jeszcze dobrych przekładów, bo młody Osiński i inni poczynający literaci, choć już na nich sił swych próbowali, nie ogłaszali jeszcze drukiem tłumaczeń, a język polski w wyższem towarzystwie uważany był za zupełnie niewyrobiony do wyrażenia wszystkich delikatnych uczuć odcieni.
Uchodziło to za niesłyszane zuchwalstwo, za nadzwyczajny poryw, gdy Kropiński ważył się na Julję i Adolfa i na miłosne suspiry w narodowej mowie!
Wreszcie Francuzi napełniali salony, niby więc przez samą grzeczność dla nich musiano francuzieć, et on ne demandait pas mieux.
Nikt się nie domyślał nawet, oprócz może Staszica, Chreptowicza, Krasickiego, Niemcewicza, że język mógł do patrjotyzmu należeć. Wielki świat nie zaprzątał się tem wcale, kosmopolityzm, który jest jego cechą, panował w nim; kosmopolityzm, suknia jak szlafrok wygodna, której do stanu i figury przykrawać nie potrzeba.
Biuro dowcipu raz uzyskawszy prawo obywatelstwa w towarzystwie, przenosiło się z jednego do drugiego salonu. Osoby do niego należące wszędzie prawie były też same.
Piękna Aneta przed innemi prym brała, choć nie zbywało innym damom na tym dowcipie łatwym, do którego język francuski dostarcza napół gotowego materjału.
Nieskończenie zawsze trudniej być dowcipnym po polsku, bo u nas każde słowo, jak dawniej obywatel Rzeczypospolitej, chodzi samopas, po jednemu je zbierać potrzeba, aby coś skleić, gdy po francusku lada dwa kawałki tego odwiecznego kastetu — dają się pręciuchno na zawołanie złożyć na figielek udatny.
Ci, co z jakichkolwiek bądź powodów do biur i ich towarzystwa nie należeli, pocieszali się tem, że na dowcipnych pisali nie zawsze dowcipne paszkwile.
Przybrały one formę, która się łatwo przyjęła, bo była dogodną. Tak jak za sejmu czteroletniego składano tysiącami zagadek, na wszystkie znakomitości ówczesne — tak teraz tworzono z nich — katalogi.
Były to spisy osób, z rozmaitemi przyczepionemi do nich, często nadzwyczaj złośliwemi dodatkami.
Katalogów takich rozmaitych obiegała w rękopismach po świecie moc wielka. Niektóre z nich przez usłużne ręce dostawały się do osób umieszczonych w nich, obudzały gniewy, domysły, wywoływały często zemstę.
Autorów tych świstków dojść było trudno. Rzucił ktoś słówko, ktoś inny do niego drugie uczepił — było to dzieło zbiorowe opinji publicznej, czyli, jak się wyrażano po pałacach — opinji ulicznej, a często i zemsty prywatnej.
Jednego dnia takie biuro dowcipu miało zasiadać Pod blachą.
Wszystkie panie i wszyscy panowie, należący do towarzystwa, stawili się do tego popisu i zapasów. Osób było mnóstwo. Wielki stół największego salonu obsiadły najpiękniejsze damy, za których krzesłami postawali adjutanci ich i wielbiciele.
Ci, co tu miejsca nie znaleźli, i te, co do dowcipu pretensji nie miały dnia tego, przechadzali się, cicho i ostrożnie stąpając po pokojach.
Książę Józef należał do tych, co siedzieć nie lubili i nie umieli. Najczęściej przechadzał się, stając niekiedy na rozmowę z jedną z pań lub przyjaciół, nigdy prawie nie zatrzymując się długo przy jednej osobie.
Tego dnia zdawał się niespokojniejszym jeszcze niż zwykle, zaglądał często do pierwszego pokoju, jakby kogoś wyglądał albo się spodziewał, przechadzał się nieopodal ode drzwi i odwołać od nich nie dawał.
Nareszcie przez nawpół uchylone podwoje spostrzegł suknię czarną z wstęgami ponsowemi i wybiegł.
Sylwja wchodziła z panią Czeżewską, blada, z oczyma płonącemi, trochę mniej może śmiała, niż zwykle.
Książę pośpieszył naprzeciw niej z kilku słowy grzecznemi i wielkiem, rządkiem u niego wzruszeniem, którego odblask odbił się zaraz na wdzięcznej, smutnej twarzyczce szambelanówny.
Nikogo nie było w pokoju — na panią Czeżewską gospodarz wcale się zważać nie zdawał i długim, poufnym szeptem zatrzymał już mającą wchodzić szambelanównę.
Mówił coś tak żywo i gorąco, jakby chciał słowy temi przelać swą duszę, odwagę i swobodę w dziewczę strwożone.
Podał jej potem rękę i uroczyście sam wprowadził ją na salę. Zwrócono na nich oczy, pani Vauban podniosła się, co u niej było prawie niesłychanem, wyciągając ku nadchodzącej chudą rękę z długiemi palcami.
Kilka pań, odwróciwszy się ku drzwiom, odezwało się ze stłumionemi wykrzyknikami.
A! Sylvie! Enfin! La voilà! — zaczęto ją witać natrętnie, ze wszech stron, z nadskakiwaniem i ciekawością bardziej może naprzykrzoną niż miłą. Rumieniec na twarz jej występował i niknął, ledwie cichemi półsłówkami na grzeczności odpowiadała.
Zato biedna Czeżewska, najzupełniej zapomniana, skłopotana, gniewna, musiała się prawie narzucić, aby w ostatku być postrzeżoną i choć skinieniem głowy pozdrowioną.
Zrobiono Sylwji miejsce przy stole, obchodząc się z nią jak z osobą chorą, szczególnej pieczołowitości wymagającą.
Szambelanówna, którą to zwrócenie na nią uwagi wszystkich widocznie męczyło, natychmiast poczęła się zajmować kartkami na stoliku leżącemi, czytając pytania i odpowiedzi, unosząc się nad dowcipem obojga, aby znowu rozmowę i zabawę uczynić ogólną i móc zniknąć w tłumie.
Nierychło się to jednak udało dokonać, dopiero, gdy hrabianka Aneta, czy z litości, czy przez żywość sobie właściwą wniosła, by dalej pisano dewizy, gra weszła znów na dawne tory.
Książę, który się przechadzał zdala, nie spuszczał Sylwji z oka. Ta ochłonąwszy nieco, gdy gorączkowy spełzł rumieniec, wróciła do bladości, którą po sobie zostawiła choroba.
Była z nią może, jak mówiono na wielkim świecie, więcej interesującą, lecz owa świeżość młodości, jaką z sobą przywiozła z Burzymowa, znikła bezpowrotnie. Po licu jej przeszedł żar gorącego cierpienia i zwarzył je, na wieki zostawiając piętno po sobie, kwiatek to był, co mógł na słońcu się orzeźwić i być świeżym jeszcze, ale już raz był zwiądł na łodydze.
Niektóre z dewiz i odpowiedzi pobudzały do śmiechu i ta jakaś tęsknota, którą z sobą Sylwja przyniosła, ustąpiła wkrótce weselszemu usposobieniu.
Hrabianka Aneta z tryskającym iskrami świetnemi dowcipem co chwila odnosiła zwycięstwa.
Gdy się wreszcie i przebrało, i uprzykrzyło zadawać i rozwiązywać tematy różne, ktoś wniósł, aby szambelan Pokutyński wystąpił z próbą w roli Nathana, jaką miał grać jednego z następnych wieczorów Na górze.
Napróżno szambelan się wymawiał, że nie był przygotowanym, że roli swej napamięć jeszcze dobrze nie umiał. Znalazła się Athalja na stoliku, panna Fabre gotową była podjąć się urzędu suflera i nieszczęśliwego Pokutyńskiego zmuszono, ażeby powszechnemu zadosyć uczynił żądaniu.
W czasie, gdy się na to zbierało, siedzące przy stole panie odzyskały swobodę, zaczęły z miejsc swych wstawać, przechadzać się, szukać dogodnych do słuchania i Sylwja, której towarzyszyła troskliwa bardzo o nią gospodyni, a jeszcze więcej nadskakujący baron de Beaumont, wysunęła się także, rada, że będzie mogła zejść trochę z oczów i ukryć się w cieniu.
Pomimo męstwa, jakie jej wielka miłość dawała, mimo odwagi, jaką czerpała z rzucanych na nią wejrzeń księcia, Sylwja drżała w duszy i bladła na twarzy, ile razy przypomniała sobie, co świat mówił o niej.
Chodzić tak z piętnem na czole, jestże co boleśniejszego nad to? Choćby chwilami nie czuło się upokorzenia i mogło o niem zapomnieć, każdy powrót jego to nowe wstrząśnienie, ból nowy.
Sylwja, dla której okropne to położenie nowem było — to odzyskiwała moc nad sobą, to na siłach opadała i traciła ją.
Rumieniec i bladość mieniały się na jej twarzy, wesele i smutek przelatywały po niej i znikały. Żadna z tych zmian nie uszła pewnie oka księcia, który niespokojny przechadzał się zdala, ale oczyma jej pilnował. Tak samo pani Vauban jego strzegła i poruszenia śledziła, czytając w twarzy, co myślał i czuł.
Musiała odgadnąć zapewne, że potrzeba było ułatwić im rozmowę, porozumienie czy przejednanie — ale, wśród tylu oczów zwróconych dnia tego ze szczególnem natężeniem na Sylwję — księciu niepodobna prawie było zbliżyć się do niej.
Vauban przeszedłszy się parę razy z Sylwją po salonie, porzuciła ją na chwilę samą, a poszła coś szepnąć księciu, który wkrótce potem zniknął.
— Wiesz, — odezwała się pani Sewerynowa Potocka do pani Cichockiej, która przy niej usiadła — wiesz, jestem w admiracji dla tej Burzymowskiej. Co za odwaga! jaka pewność siebie! Quelle majesté! quelle admirable prestance!
Cichocka westchnęła.
— Któraż z nas jej nie ma, — rzekła melancholicznie — gdy kocha i jest pewna, że ją kochają? Naówczas idzie się naoślep, nawet przeciwko ludzkim szyderstwom!
— Ale to dziewczę, nie wiem, czy ma lat dwadzieścia! bez doświadczenia! — mówiła hrabina — co za instynkt!
— Właśnie, zdaje mi się, że ten brak doświadczenia, ta nieświadomość niebezpieczeństwa czynią ją tak odważną — odparła Cichocka. — A potem! Szczęśliwa! kocha się po raz pierwszy!
Mówiąca to znaną była ze swej sentymentalności, nawet na owe czasy — wygórowanej.
— Tak — admirują ją, ale mnie los jej przeraża, — dokończyła pani Sewerynowa — dla płochego człowieka taką mieć miłość to nieszczęście!
Coś w tem jest tragicznego!
— A! z miłości się nie umiera! — dokończyła cicho piękna blondynka — bo inaczej, jabym już dawno umrzeć powinna!!
Wśród tej rozmowy i przechadzek po salonie, nim Pokutyński się zebrał do deklamowania jakiegoś ustępu z roli Nathana, szmer się zrobił na sali, wiadomość jakąś podawano sobie z ust do ust.
Wszyscy się zaczęli cisnąć i dowiadywać od sąsiadów.
— Co to jest?
— Co się stało?
Nierychło dopiero ktoś umiał wytłumaczyć to poruszenie tem, że z Szulca nadbiegł posłaniec od księcia eks-podkomorzego, który oddawna już był bardzo słaby, i zażądał się widzieć z synowcem.
Wszyscy wiedzieli, że stary eks-podkomorzy dogorywał, nie przyjmował już nikogo, i co chwila spodziewano się katastrofy.
Nikt się jednak nie zasmucił tem bardzo, a nikt też nie zdziwił, gdy powiedziano, że książę wyjechał na stryja wezwanie.
Wkrótce potem i goście się rozjeżdżać zaczęli. Czeżewska, która smutną tego dnia rolę grała, zapomniana w kątku, kręciła się też, namawiając jeszcze niebardzo zdrową i silną Sylwję do powrotu.
Znalazła ją nadspodziewanie gotową na ten raz spełnić jej życzenie i obie panie, pożegnawszy gospodynię, która je, szepcząc coś Sylwrji na ucho, odprowadziła do progu — natychmiast wyjechały.
Zaledwie siadły do powozu i o kilkanaście kroków oddaliły się od pałacu, gdy Sylwja, nie pytając wcale Czeżewskiej, nie tłumacząc się jej, pociągnęła za sznur i przywoławszy służącego, kazała jechać do majorowej.
Wojska była w pierwszej chwili tą samowolą tak zdumiona, iż zaprotestować nie umiała, dopiero, gdy kareta ruszyła, zawołała przerażona:
— Do majorowej! o tej porze! Sylwjo kochana! cóż to ma znaczyć! Ja cię nie rozumiem. Co to jest?
— Muszę, muszę jeszcze dziś być u niej — odparła bardzo stanowczo szambelanówna.
Głos, którym wymówiła te słowa, przeraził może więcej wojską, niż to nagłe a dziwaczne postanowienie. — Drżący był, poruszony, ale zuchwały, rozkazujący.
Czeżewska pochwyciła ją za rękę.
Silvie! ma chère Silvie! — co ci jest! — krzyknęła.
— Co mi jest? — odparła z rodzajem rozpaczy wychowanica. — Jakto! ty nie widzisz! nie wiesz! pytasz mnie, co mi jest?... Ja kocham, kocham szalenie! ja tracę głowę, ja wstyd straciłam! Ja go kocham, a on mnie, kochając, odpycha! Muszę go widzieć dziś, dziś jeszcze! Mówić z nim. — Niech się los mój rozstrzygnie... Poszłabym piechotą! Nie zlękłabym się oczu tysiąca ludzi!
Czeżewska, posłyszawszy to, krzyknęła, zasłaniając sobie oczy.
— Ja jestem zgubioną! — poczęła. — Wina wszystkiego spadnie na mnie! Jam nic niewinna! Wszystko to te niegodziwe kobiety ukartowały, aby ciebie i mnie zgubić!
— Mnie! — przerwała Sylwja, gwałtownie wybuchając. — Jam się zgubiła sama! Jestem zgubioną, bo kocham go nad życie, nic mnie uratować nie może, bo bez niego — umrę. Dopiero, ukochawszy go, jak szalona postrzegłam, że on moim być nie może. Ja, żoną jego — to niepodobieństwo! Więc — kochanką — a potem, umrzeć! umrzeć!!
Sparła się na ręku Sylwja i zamilkła nagle, Czeżewska w dłonie ująwszy głowę, siedziała, jak zabita.
Cicho powtarzała błagającym płaczliwym głosem:
— Sylwjo! Sylwjo!
— Stało się! To było przeznaczeniem mojem — mówiła szybko szambelanówna. — Gdym go pierwszego dnia zobaczyła przez okno, uczułam, że on mnie pokocha, że ja go kochać muszę.
Potem strach mnie ogarnął; a potem zapomniałam o wszystkiem — kocha mnie! kocha mnie... Potrafię umrzeć!
Powóz się zatrzymał przed kamienicą. Sylwja natychmiast rzuciła się do drzwiczek, pierwsza wbiegła na wschody, nie patrząc nawet na Czeżewską, która, słabnąc z przestrachu, goniła za nią, zadzwoniła do drzwi z całej siły, i tak samo wpadła do saloniku, w którym siedziała majorowa.
Nie mówiąc nic, nie witając jej, oczyma spytała, gdzie ma iść.
Habąkowska zwróciła się ku bocznym drzwiom, ale nim je czas miała dla niej otworzyć, Sylwja sama chwyciła za klamkę i wbiegła do drugiego pokoju, drzwi zatrzaskując za sobą.
W ciemnym jego kącie stał książę — Sylwja rzuciła się ku niemu, i nie rzekłszy słowa, gdy Pepi chciał wziąć jej rękę do pocałowania, uwiesiła mu się na szyi. Było coś tak namiętnego, tak gwałtownego w tym ruchu, w łkaniu jej i oddechu, że książę, który wiele doświadczył w życiu, uczuł się przejęty jak młode chłopię, przycisnął ją do piersi i długo nie mógł przemówić. Zlekka wreszcie odsunął ją od siebie jeszcze drżącą a już zawstydzoną.
— Uspokój się — odezwał, całując jej rękę z uszanowaniem, które dziwnie odbijało po namiętnym uścisku. — Zaklinam cię — uspokój się. Mówmy rozsądnie!
To mówiąc, ujął wpół i zaniósł na kanapę, na której ją posadził, sam miejsce zajmując przy niej. Sylwja nie puszczała go od siebie, głowę położyła na jego ramieniu, oczy zamknęła, zdawała się chcieć tak usnąć lub umrzeć, czując serce jego bijące przy sobie.
Książę razy kilka chciał mówić, zamykała mu usta, całował jej ręce, słychać było płacz cichy.
Nagle Sylwja się podniosła — odepchnęła go, spojrzała czarnemi oczyma i wstrząsłszy się cała, poczęła:
— Chciałeś rozmowy, Pepi — mówmy! tak! mówmy wszystko... Mówmy prawdę, żadnego kłamstwa, złudzeń żadnych.
Gorycz, która została na dnie tego marzenia, potrzeba wypić do kropli, ale mężną jestem, bo wiedziałam, co mnie czeka! — Zabrakło jej głosu, książę, korzystając z milczenia, wziął rękę jej i całować ją zaczął, potem odstąpił krok, starając się być panem siebie.
Twarz jego zwolna wypogodziła się i przybrała wyraz istotnie idealny.
— Sylwjo droga — winienem ci prawdę. — Mówmy chłodno.
Jestem winien! Miłość zawróciła mi głowę, nie obrachowałem następstw. — Winien jestem, ale nieuczciwym być nie chcę — nadto cię kocham, nadto wysoko podniosła mnie miłość twoja.
Tej miłości winienem uwielbienie, cześć, ofiarę!
Dałem ci serce, nie odbiorę ci go, ale więcej dać nie mogę. Nie należę do siebie, zawód mój skończony nie jest, czuję, że przyjdzie dla mnie godzina, w której powołany zostanę. Żołnierzem jestem przedewszystkiem, wiązać się nie mogę żadnemi obowiązkami, bo życie moje do mnie nie należy.
Swobodny nie zważałbym na nic — byłabyś żoną moją — jestem niewolnikiem mojego powołania, jestem żołnierzem... Urosnąć muszę na wodza, dobić się sławy, której mnie dotąd los pozbawił. To moje przeznaczenie. Na tom poprzysiągł, a nawet dla miłości twej nie złamię przysięgi.
Sylwja słuchała, oddech wstrzymując. Książę, mówiąc to, zmienił się zupełnie. Salonowy Pepi urósł, podniósł głowę, oczy mu się iskrzyły, stał się idealnie pięknym, razem i strasznym.
Coś bohaterskiego, wielkiego jakby aureolą go otoczyło.
— Miłość moja dla ciebie — dodał — ani ustała, ani ustanie — ale będzie świętą i czystą.
Chcę cię mieć ideałem, nie kochanką.
Sylwja zapłakała, chciała się rzucić ku niemu, książę zwolna posadził ją znowu na kanapie, a sam odstąpił.
— Zrozumiej mnie — zawołał — nie obwiniaj. Kiedym się zakochał, była to miłość płocha, nie przewidywałem, że ona mnie zmieni, odrodzi — uczyni sumiennym. Kocham cię i szanuję, Sylwjo! Pragnę twojego szczęścia!
— A! zabijasz mnie! — odpowiedziała szambelanówma z płaczem, — odpychasz... A! nie, to niepohamowanie dla mnie, to nowa jakaś miłość każe ci się mnie pozbyć...
— Mylisz się, — chłodniej coraz począł książę — nie kochałem nigdy nikogo tak, jak ciebie. Masz tego dowód, bo z najgorętszej namiętności czynię ci ofiarę.
— Ofiary tej nie chcę, ani poszanowania — nie — miłości twej tylko — przerwała z łkaniem Sylwja.
Książę stał, walcząc z sobą widocznie.
— Zlituj się, — rzekł po chwili — jesteś jeszcze w gorączce — zlituj nade mną i nad sobą.
— W gorączce? — przerwała Sylwja — ja chcę w niej pozostać. Nie mam rozumu, mieć go nic chcę...
— Ja go za nas dwoje mieć muszę — odparł książę powoli.
Po chwili milczenia Sylwja podniosła oczy zapłakane.
— Rozstać się więc mamy! — zawołała — ja tego nie przeżyję!
— Sylwjo kochana, — rzekł książę powoli, sam się zmuszając do chłodnego mówienia, aby biedną szambelanównę z jej egzaltacji wywieść, — mówmy rozsądnie. Chcę twojego szczęścia... chcę, abyś była zmuszoną, choćby krótkiem cierpieniem lepszą, spokojniejszą przyszłość okupić... Znajdziemy godnego ciebie człowieka...
Szambelanówna się zerwała z dumą i pogardą na czole.
— I będziemy go we dwoje oszukiwali? — zawołała szydersko. — O! nie! mości książę. — Mogę być nawet kochanką, ale nie będę wiarołomną, gdy przysięgnę, byłabym podłą. Przysiąc zaś miłości, mając w sercu inną — nie potrafię — byłabym oszustką...
— Nie zrozumiałaś mnie — odparł książę zimno — nigdy myśli podobnej nie miałem. Szanuję cię dziś i chcę cię móc szanować do zgonu...
— Dlatego chcesz się mnie pozbyć, wydając zamąż! — odparła szydersko znowu.
— Chcę, abyś nie cierpiała tyle, abyś zmuszoną była o mnie zapomnieć — rzekł smutno książę...
— Nie kochasz mnie już? to słowo zagadki — przerwała Burzymowska. — Powinnam to była przeczuć, odgadnąć! Mógłżebyś pomyśleć bez zgrozy, że inny mężczyzna ręki mej tylko dotknie... nazwie się panem moim!
Książę stał blady i zmieszany, prawie zrozpaczony, jakby już nie wiedział co mówić. Sylwja po chwili zaczęła z gorączką wznowioną.
— Pocóż to wszystko? Zostaw mnie jak jestem! Zniosę, co mi ta miłość zgotowała, dla niej! dla ciebie! Widziałeś mnie dziś, jestem nieulękniona!
Szłam na oczu tysiące złych, zazdrosnych, zabijających z uśmiechem, pod pręgierz! Stałam pod nim, nie drgnąwszy — bo kocham!
I z rozpaczą rzuciła mu się na szyję — książę uwolnił się od uścisku żywo i odskoczył.
— Prawda! — zaczęła Sylwja, padając na kanapę — taka miłość, jak moja, straszna! zabijająca..., lecz nie lękaj się, nie zabije ona nikogo oprócz mnie.
Wyście do innej przywykli, do tej wystudzonej, co trwa godzinę i topnieje, jak śnieżek na słońcu, co się światła boi, ludzi lęka i — kłamie!
Nic już nie odpowiedział książę, stał zdaleka. Sylwja mierzyła go oczyma — nieporuszony wytrzymał jej wzrok.
— Ojca masz, którego kochasz, Sylwjo, — odezwał się spokojnie — jeśli nie dla mnie, dla niego coś powinnaś uczynić. Niech mi twój los i jego łzy nie ciężą na sumieniu...
— Ojca! mojego, poczciwego, dobrego ojca, który nic nie wie o mojem szaleństwie, — odezwała się Sylwja, ręce załamując — o! tego mi żal!... o! żal mi go...
Zerwała się z siedzenia i chwyciwszy za głowę, powtórzyła kilka razy:
— Ojciec! biedny ojciec!
I jakby sama do siebie dodała:
— Nie mogę! nie mogę, ani dla ciebie — ani dla niego! — Nie mogę.
Scena ta przedłużyła się jeszcze, lecz książę wytrwał z przybraną powagą, którą uczucie hamować się starał — uspokajając, starając się wybuchy Sylwji i jej roznamiętnienie ukołysać powoli.
Przychodziło mu to z trudnością wielką. Długo potrząsała głową, opierała się, słuchać nie chciała, z ust jej wyrywały się wymówki szyderskie, lecz nareszcie uległa wpływowi głosu ukochanego, uśmierzyła się i cicho rozpłakała.
Była to nowa próba dla księcia, którego łzy kobiece drażniły — a na te sposobu nie miał, oprócz pokornych próśb i zaklęć.
Tak godzin parę upłynęło, a że się z czasem nie liczono, mogłoby się to było nie wiedzieć jak długo przeciągnąć, gdyby siedząca w saloniku Czeżewska, przez cały ten czas milcząca i rozgniewana, nie była wreszcie przywiedziona do ostateczności. Kilka razy już porywała się z krzesła, jakgdyby wychodzić chciała, rzucając piorunujące wejrzenie na majorową, na której pytania wcale nie odpowiadała, odwracając się od niej z pogardą. Zniecierpliwiona w ostatku zaczęła, podniósłszy głos, domagać się gwałtownie powrotu do domu. Zkolei Habąkowska na to żądanie jej nie dała w początku żadnej odpowiedzi.
Zagroziła pani wojska, że pójdzie przebojem szukać Sylwji i wstała znowu.
— Przepraszam cię, — zawołała Habąkowska — w moim domu ja panią jestem i żadnej esklandry nie dopuszczę.
Miarkując wszakże, iż do wybuchu głośnego przyjść może, bo Czeżewska coraz straszliwiej burząc się, podskakiwała ku drzwiom, majorowa sama do nich zapukała.
Długo nie dano żadnej odpowiedzi, lecz, gdy zastukała powtórnie, Sylwja z twarzą zapłakaną wyszła nagle, nie spojrzała na gospodynię, nie szukała oczyma Czeżewskiej, i jak wpadła tu niemal bezprzytomna, tak zbiegła do powozu napowrót, cała zatopiona w sobie.
Wojska zadyszana, przeklinając los swój, dogoniła ją już siedzącą w kąciku karety z osłonioną twarzą.
Nie przemówiwszy do siebie, pojechały tak do domu.
Tu szambelan niespokojny czekał na nie z Zybkiem na dole, a gdyby miał cokolwiek więcej przenikliwości i baczenia, postrzegłby łatwo na twarzy córki i na pani Czeżewskiej ślady wcale niezwykłego usposobienia.
Poczciwy Burzymowski niczego się w świecie nie domyślając, nie przypuszczając, aby się mogło im co trafić wychodzącego z trybu i ram powszedniego żywota, przywitał córkę wesoło, nie dopatrzył w niej smutku, ani śladu łez na oczach; ze złym zaś humorem pani wojskiej będąc oswojony, poprowadził je jak zawsze, baraszkując, na górę.
Wzruszyło go tylko, że córka czulej, niż zwykle, uściskała go i ucałowała, co po chwili wesołość starego podniosło jeszcze.
Po wschodach prowadząc kobiety, śmiał się, gderał, żartował, że tak późno powracały.
Każdy wyraz jego niezręczny ranił Sylwję w serce samo.
— No, już nie możecie powiedzieć, — wołał, patrząc w oczy córce — ażebyście się nie ubawiły za wszystkie czasy! Choć to już u drugich post, ale u panów i w piątek się najeść można u stołu i w popielce nawet zabawić, tak oni sobie radzić umieją, aby był wilk syty i koza cała.
Sylwja nie mogła się zebrać na żadną odpowiedź i chciała się zaraz cofnąć do swego sypialnego pokoju, pod pozorem bólu głowy, gdy stary dodał:
— Ból głowy, to nie z czego innego, tylko że oni tam Pod blachą palą, jak w łaźni. Ale, ale, ja się też dziś dobrze spociłem u Micia!
Sylwja posłyszawszy to imię, mimowolnie się zawróciła.
— Cóż się z nim dzieje? — zapytała.
— Źle z nim jest — odparł szambelan. — Źle! źle! Doktór mówił w początku, że — nic, nic! A tu, piękne mi to nic! zaczynają teraz przebąkiwać nie o okulawieniu, ale że bodaj czy mu nogi do kolana odjąć nie wypadnie.
Pan Bóg łaskaw, może się bez tego obejść — ale, kto wie? a nuż się co przyrzuci? W takich razach zawsze prędzej złego się trzeba spodziewać, niż dobrego. Biedne, poczciwe chłopczysko.
I muszę go też oczyścić, — dodał, ciągnąc dalej — bom niesłusznie przed tobą oszkalował.
Powiedziałem ci, zdaje mi się (bom się domyślał tego), że za dziewczynę jakąś bić się musiał. Otóż, przekonałem się, że byłem w błędzie. Coś to innego zaszło... Micio bo nigdy tak płochym nie był.
— A o cóż im pójść mogło? — zapytała Sylwja z trochą ciekawości.
— Coś posłyszałem, piąte przez dziesiąte, zboku, ale tają przede mną, nie wiem prawdziwie dlaczego. Tom tylko zasłyszał z ust godnych wiary, — mówił zniżając głos szambelan — że się pojedynkował, stając w obronie honoru pewnej damy z towarzystwa (imienia mi nie chcieli powiedzieć), na którą rzucono potwarz o jakieś bliskie stosunki z księciem Józefem.
Ujął się za nią — i — musieli się strzelać.
Szambelan mówił to zupełnie spokojnie, nic się nie domyślając.
Sylwja, która zrazu słuchała obojętnie, zwróciła się ku niemu i zbliżyła, bledniejąc na twarzy.
— Damy? z towarzystwa? — zapytała głosem ledwie dosłyszanym.
— Tak jest, damy! — odparł żywo szambelan.
— Nie wiem i nie pojmuję, dlaczego przede mną z tego taką czynią tajemnicę. Przecież mi zwykle wszystkie sekreta komunikują, a nikogo nie wydałem. Com się naprosił nazwiska! nie i nie! Niezmiennie byłem ciekawy, zaprzysięgałem, że nikomu nie wyjawię, — jak się uparli — nie powiedzieli mi, a ani podsłuchać, ani się domyśleć nie mogłem. Jużto — dokończył stary — mądry, kto odgadnie, jaka z pań na porządku u księcia, bo on się, słyszę, co tygodnia w innej kocha...
Sylwja stała drżąca, patrząc mu w oczy, rumieniąc się i bledniejąc. Myśl, że Mieczysław mógł się bić za nią, ubodła ją jak sztyletem w serce. Chcąc ukryć wzruszenie, przeszła się parę razy po salce.
— Byłeś u Micia dzisiaj, — odezwała się cicho... — jakże on to... znosi?...
— Mężnie! — zawołał Burzymowski — chociaż dr. Witaczek i inni lekarze i chirurgowie strasznie głowami potrząsają. Ucinanie nogi jeszcze nie jest postanowione... Ma gorączkę, rana się zaogniła... Gangreny się lękają, czy coś — ale... Pan Bóg łaskaw!
Sylwja załamała ręce — łzy się jej w oczach kręciły.
— Wiesz, ojcze, — odezwała się — bardzo mi żal tego biednego Micia... Tak dobry był dla mnie, a ja go często tak drażniłam po dziecinnemu. Gdybyś, ojcze, pozwolił, bardzobym go chciała odwiedzić. Wiem, że sprawiłoby mu to przyjemność.
Spojrzała na ojca, stał mocno zdziwiony.
— A, co ci tam po tem, albo jemu! — odparł. — Widok dla ciebie nieprzyjemny, a jemu narobisz tylko kłopotu.
— Ale, jabym sobie tego bardzo życzyła! — rzekła, nastając, Sylwja. — Mój tatku!
Oprzeć się już nie mogła tej myśli, że Grabski za nią pojedynkować się musiał.
Popierając prośbę swoją, pocałowała go w ramię, oczy miała łez pełne.
— Mój tatku! ja bo go chcę koniecznie odwiedzić... Mnie go żal!
— Ha! jeżeli koniecznie ci się tego zachciało, to trudno — rzekł Burzymowski. — Wiesz, że ja ci się nierad sprzeciwiam. Jutro rano pójdę mu oznajmię o tem, żeby się trochę przygotował, a około południa...
— Tak, tatku, koniecznie! — powtórzyła Sylwja niespokojna.
To mówiąc, a nie chcąc mu dać poznać, że się jej łzy do oczów cisnęły, Sylwja prędko dała ojcu dobranoc i pośpieszyła się skryć w swoim pokoju.
Po wyjściu dopiero córki szambelan, wybierając się już na dół a kombinując jej znalezienie się wieczorne, ucinki, mowę, ton jej, zmiarkował, że Sylwja była, jak się wyrażał, „nieswoją“.
— Coś jej jest! Jużciż nie za Miciem przepada tak! Może niezdrowa, zmęczyła się tą nieustanną zabawą. Żeby mi tylko, uchowaj Panie Boże, nie zachorowała znowu — mówił sam do siebie, wychodząc. — To nierozsądne palenie Pod blachą może najmocniejszego człowieka zdrowia pozbawić, a ona taka delikatna!
Gdyśmy tu przyjechali, była jak różyczka, a teraz tak mi pobladła!...
W samych drzwiach od sieni stała, jakby czekając na jego wyjście z salonu, pani wojska Czeżewska. Burzymowski zabierał się jej dać dobranoc i co rychlej się wymknąć, bo go srodze nudziła, gdy jejmość szepnęła, palce kładąc na ustach, że się z nim na osobności rozmówić potrzebuje.
Miała minę nastraszoną i wielce ważne sprawy zapowiadającą.
Zajść do pokoiku Czeżewskiej, który cały przesiąkły był, jak ona, wonią ambry, jakimś pudrem i różnemi kosmetykami, dla samego już nosa szambelańskiego było rzeczą niemiłą, ale tajemnicze to wezwanie budziło ciekawość i trochę niepokoju o córkę, o którą jedynie chodzić mogło. Odmówić nie śmiał.
Wojska, czując się odpowiedzialną, coraz była niespokojniejszą. Całej okropnej prawdy przed ojcem wyjawić nie myślała, ale miała zamiar przynajmniej namawiać go do powrotu na wieś.
Gdy szambelan, kręcąc nosem, w krześle usiadł, Czeżewska zajęła miejsce naprzeciw niego i obracając pierścionki na chudych palcach, odezwała się, jąkając.
— Pan szambelan już to sam musiał dostrzec, że naszej Sylwce powietrze miejskie widocznie nie służy.
Burzymowski głową potwierdził uczynioną uwagę.
— Czyby też nam nie czas, gdy się już i karnawał skończył, dla odpoczynku do Burzymowa powrócić?
— Hm! — rzekł szambelan — a! zapewne! Nie byłbym temu przeciwnym wcale. Asińdźka masz lepszą zręczność wpłynąć na Sylwkę, wyrozumieć ją... Ja, ja się nie sprzeciwiam.
— Mówiłam już panu szambelanowi, — ciągnęła po chwili namysłu Czeżewska — że wpływ mój na Sylwkę teraz jest bardzo mały! Opanowały ją te panie z Pod blachy...
Powaga ojcowska jest większą, panby powinien wyrazić swe żądanie.
— Zapewne! — odparł zmieszany Burzymowski — ale, asińdźka wiesz, że ja mojej jedynaczce gwałtu w niczem czynić nie chcę. Jeżeli ona się tu bawi, a towarzystwo to jej miłe, a dlaczegóżby nie miała go używać? Dzięki Bogu, jeszcze nam staje na to... Prawda, powiem asińdźce, że mi tu sakwę doją, co się zowie, a! cóż robić! kiedyś grzyb leź w kosz! Na to ja, abym córce służył, a worek mój, aby w nim czerpała!
— Ale zdrowie! ale spokój! ale przyszłość!! — odezwała się, nacisk kładąc na wyraz ostatni Czeżewska.
Burzymowski, który znaczenia jego nie zrozumiał, popatrzył na mówiącą i zniżając głos, a zakrywając się ręką, szepnął:
— Może się co trafi... Zmiłuj się asińdźka! Nie kryję, że życzyłbym sobie tego. Z wielkiego świata, gdyby się udało, skomportować zięciaszka, ślicznieby było, bo w Burzymowie... zejdziemy na prostego szlachciurę. Hm? nie masz tam asińdźka jakich widoków? domysłów? sygnałów?
Czeżewska zesznurowała usta.
— Prawdziwie nie wiem... Nie! coś mi się nie zdaje — szepnęła. — Pannie Sylwji podobać się trudno, bardzo wysoko patrzy!
Rozśmiał się stary uradowany.
— A! — rzekł — bo czuje, że wiele warta! Tu drugiej takiej jak moja niema na całą Warszawę.
To powiedziawszy, czekał Burzymowski, czy mu Czeżewska jeszcze co nie powie, wojska zaś zdawała się wyglądać, czy się on jej z czem nie zwierzy.
Milczeli tedy oboje.
Szambelan się wreszcie dorozumiał, że więcej już nic nie usłyszy — i wstał.
— Asińdźka, jeśli to uważasz za dobre, abyśmy powrót na wieś przyśpieszyli, wpływaj na nią powoli. Zechce ona powracać, nie mam nic przeciwko temu, a woli jeszcze zostać — zostanę...
Dobrej nocy!
I wyszedł.
Wojska spojrzała za nim pogardliwie, i gdy się drzwi zamknęły, nie znalazła w gniewie swym na zaślepionego starego innego wyrazu na scharakteryzowanie go, nad bardzo gminny.
Mruknęła zcicha: — Cebula!
I ruszając ramionami, powtórzyła z przyjemnością trafne to przezwisko: Cebula!...
Burzymowski, który, schodząc po wschodach, nucił jakąś piosenkę, wielce z siebie uradowany, nie domyślał się, jak go wystrychnęła niegodziwa Czeżewska, która długo zabawiała się jeszcze, mrucząc — Cebula!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.