Pani Walewska/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Gdy w dniu dwudziestym marca 1811-go roku rozległ się pierwszy strzał armatni pod Domem Inwalidów w Paryżu, stolica Francji zatrzęsła się w posadach, stłumiła rozgwar, zaparła oddech i jęła dalsze salwy liczyć...
Ustał ruch uliczny, pomruk wielkomiejski zcichł raptownie, zamarły na ustach ludu paryskiego i piosenki i żarty i skargi i polityczne wywody i gawędy. Rzemieślnicy w fabrykach i warsztatach ani jednem uderzeniem młota, ani jednym zgrzytem pilnika, ani jednem warknięciem tokarni nie śmieli przerwać pełni echa gromkiego huku, bijącego ponad korytem Sekwany. Kupcy ucinali zgiełkliwe targi, nauczyciel na odgłos pierwszego strzału milkł, nie kończąc zdania i razem z rozszemraną przed chwilą gromadką młodzieży poglądał niespokojnie ku dygoczącym szybom okiennym; ślęczący nad papierami kancelista zatrzymywał bezwiednie skrzypiące pióro. Mężczyźni i kobiety, starcy i dzieci, panowie i słudzy, szlachta i mieszczanie, oficerowie i żołnierze, republikanie i rojaliści, zapaleni stronnicy Bourbonów i wierni potędze Napoleona, w dostatkach opływający potentaci i bezdomni nędzarze, kto żyw, słuch wytężał i liczył wycia armatnie.
Skupienie, wzruszenie było tak wielkie, tak powszechne, jakby Paryż ówczesny nie był stolicą Marsa, jakby nie w nim poczynały się od kilkunastu lat bojowe pobudki, jakby nie on rozkazywał żołnierzom burzącym i budującym trony, rwącym królestwa, szarpiącym granice państw, wyrokującym o losie ludów, jakby baterje pod Domem Inwalidów odzywały się po raz pierwszy, jakby gromem nie zwykły witać każdej wygranej bitwy, każdej uroczystości, każdego wjazdu cesarza, każdej rocznicy, związanej z imieniem Bonapartego, jakby salwa armatnia była Paryżowi nowiną!
...Raz... dwa... trzy... cztery! — liczył Paryż tchem jednym, liczył z dreszczem niepewności, z zalęknieniem, bo liczba strzałów miała mu być wyrokiem, rozstrzygnięciem zapytania o jutrze, miała mu dać moc albo niemoc, jedność lub rozprzężenie, pewność spokojnej przyszłości lub niepokój nowych przewrotów...
...Dziesięć, jedenaście, dwanaście! — mówiły równocześnie i pałace przedmieścia St. Germain i ubogie kamieniczki na Popincourt i Mantmartre, i dworki pod Polami Elizejskiemi, i ubogie domki pod Buttes Chaumonts.
Zapowiedź o wyczekiwaniu na rozwiązanie cesarzowej Marji Ludwiki, ogłoszona zawczasu Paryżowi, była krótka, lakoniczna. Jeżeli nowonarodzone dziecię będzie płci męskiej, armaty dadzą nie dwadzieścia jeden strzałów, ale sto jeden.
— Szesnaście, siedemnaście, ośmnaście! — rachował Paryż coraz ciszej, coraz trwożliwiej.
Na wschodzie Europy zczezła wszelka chęć oporu francuskiemu orężowi. Hiszpanja lada godzina broń złożyć musi. Anglja zrujnowana blokadą celną, już czeka okazji, aby podać rękę do zgody, a upokorzyć się i pokój pełen triumfu zabłyśnie Francji. Lecz aby ten spodziewany pokój był trwałym, aby pozwolił zażyć łupów wojennych, aby potęgę rozlanego szeroko cesarstwa utrzymał, brakło Francji dziedzica, brakło tego, coby losu państwa nie czynił zawisłym od jednej kuli zabłąkanej, od jednego złomu granatu, od jednego zamachu zbrodniczej ręki, brakło Francji wiary w trwałość postanowień cesarskich, brakło odpowiedzi, co będzie, gdy Napoleona nie stanie.
— Dwadzieścia!... dwadzieścia jeden!!! — szepnęła stolica bonapartowa i stężała w dreszczu ostatniej niepewności...
Nastąpiła krótka chwila śmiertelnej głuszy, która na godziny nie jednemu się rozpostarła, która targnęła niejednem serce, rozpłomieniła nadzieje w duszy ukrytego rewolucjonisty, czekającego na hasło do nowego zamętu, a mrokiem przejęła myśli urosłego pod orłami napoleońskimi męża, — która w jednych gasiła wesele, w drugich nieciła —, która nieufnym odebrać zdążyła nadzieje, a w zadufanych podnieciła dobre przeczucia, — która była dla stolicy i męką, i bólem, i uciechą, i pustotą, i zamyśleniem, i rozpamiętywaniem przeszłości i zapatrzeniem w przyszłość, i westchnieniem, i modlitwą i przekleństwem.
Naraz armata ryknęła dłużej, zajadlej...
— Dwadzieścia dwa! — huknęły tysiące i Paryż zadrżał, zakołysał się i uderzył pełną siłą swych rozszalałych pulsów.
Tłumy ludu wyległy na place i ulice, tłumy rosnące chęcią nasycenia się nowiną, rozpalone na lawę, szukające zlania się w jednym okrzyku, w jednym tętnie, w jednej pieśni.
Armaty ponad Sekwaną wybijały dalej wiwaty, lecz Paryż już ich dalej nie potrzebował ani liczyć, ani słuchać, dwudziesty drugi powiedział mu wszystko.
Tłumy rosły na placach i ulicach, zbijały się w ciemne, nieprzejrzane zwały, aż wreszcie falami swojemi bić zaczęły zewsząd do Tuileries, a zawołaniami gorącemi witać przyszłego pana, władcę, króla królów, cesarza.
Z najodleglejszych krańców Paryża, kto mógł tylko ten dążył do Tuileries’ów. A dążył nie dla tego, żeby marzył o otarciu się bodaj o mury przyległego Louvru, lub dostanie się na plac Karuzelu, a choćby przeciągnięciu przez ulicę Rivoli lub plac Zgody, lecz wprost dla tego bezwiednego ciążenia, bezwiednego ruchu, który każdą kroplę krwi wlecze do serca...
W dniu takim jakże było bodaj okiem nie rzucić na gromadę pałacowych murów, jakże było oprzeć się chęci obaczenia bodaj grenadjera gwardji, walczącego zajadle z naporem fali ludzkiej, jakże nie usłyszeć własnego głosu!?
Gdy ulice, przylegające do pałacu Tuileries, wypełniały się mrowiem głów, a huczały rozradowanymi okrzykami, inne arterje stolicy milkły potulnie, pustoszały. Do takich, może w tej chwili najbardziej wyludnionych, a cichych, należała ulica de la Victoire, z natury swego oddalenia od środka stolicy milcząca. Atoli i tu pierwsze strzały wiwatowe wszczęły niejakie ożywienie, a zwłaszcza w małym ale wykwintnym pałacyku, oznaczonym numerem czterdziestym ósmym.
Bezpośrednią przyczyną tego ruchu była niemłoda dama, która w chwili odezwania się armat pod Inwalidami wysiadała przed pałacykiem z pojazdu. Damę tę bowiem tak ten odzew armatni poruszył, iż mimo podeszłe lata, mimo, iż zdawała się nie móc kroku stąpić bez pomocy trzymającego ją pod ramię hajduka, szarpnęła się z całej siły i z okrzykiem: „strzelają“ wbiegła na schody pałacu, a stąd do przedpokoju, budząc zdumienie i swego hajduka i pałacowej służby.
W przedpokoju dama, nie zrzucając salopy, wpadła na starego, zgarbionego lokaja w cesarskiej barwie.
— Gdzie pani szambelanowa? — zagadnęła przybyła po polsku.
— Mam zameldować!?...
— Nie trzeba! Prowadź! Trzy... cztery!...
Stary strzepnął bezwładnie rękoma.
— Muszę zameldować! Księżna pani wie...
— Ależ ja muszę!... Strzelają!... Ośm!...
— Księżna pani raczy pozwolić do siebie!
— Mój Domagalski, cóż to za nowa moda!? Trzynaście, czternaście... aby mnie zapowiadać!
— Taki rozkaz, księżno pani! Zamelduję i dam znać!
Lokaj znikł w głębi bocznego korytarza, dama zaś z oznakami zniecierpliwienia wpadła do saloniku na prawo, nawołując pokojową i równocześnie licząc odgłosy wiwatów armatnich.
— Zuzanno! Zuzanno! Ośmnaście!...
— Jestem do usług!
— Ach! Gdzież się podziewasz!? Dwadzieścia! Pomóż mi zdjąć salopę! Boże! Dwadzieścia jeden! Prędzej! Dwadzieścia dwa!... Słabo mi! Ach! Sole!... Albo nie — mogłam się omylić!! Jeszcze!
Księżna osunęła się bezwiednie na kanapę. Pokojowa, nie zwracając uwagi na wzruszenie damy, składała i strzepywała obojętnie salopę.
Dama z wpół przymkniętemi oczyma wsłuchiwała się w dalekie, przytłumione echo strzałów i mówiła półszeptem do siebie, snać nie mogąc zapanować nad potrzebą wypowiedzenia szarpiących ją uczuć.
— Stało się! Przepadło wszystko! Złe przeczucia mnie nie zawiodły! Dotąd znosił ją, jako matkę swego syna!... Talleyrand ostrzegał! Nie umiała korzystać, nie umiała zdobyć sobie stanowiska! Jeżeli teraz, w stanowczej chwili nie podyktuje żądań.. Ale nie, ja na to nie mogę pozwolić!... Rodzina ma swoje prawa, ma swoje wymagania! Zuzanno! Zmaczaj mi chustkę wódką!... Jeszcze strzelają!?...
— Strzelają!...
— Był kto dzisiaj u pani szambelanowej?
— Nikt! Kwiaty przynieśli tylko!
— Kwiaty! — powtórzyła z wybuchem dama. — Zawrotu głowy można dostać z tych kwiatów!...
— Pani szambelanowa bardzo lubi...
— Dosyć! Nie wtrącaj się do nieswoich rzeczy! Lubi kwiaty! A... Księcia Frioulu nie było naturalnie?
— Nie było, proszę księżnej pani!
— No, ja myślę!... Ale dlaczego nie znoszą pudeł, które przywiozłam?
— Pewno wzięli do garderoby!
— Tylko proszę mi nie okazywać złego humoru!
— Czyżbym śmiała...
— Pan hrabia miał noc spokojną?
— Nie wiem, piastunka ani ochmistrzyni nie pokazała się jeszcze od rana na naszej stronie!...
— Ależ to czysta komedja! Mieszkać pod jednym dachem...
— Jaśnie oświecona pani oczekuje księżnej pani w adamaszkowym salonie! — rozległ się monotonny głos lokaja.
Księżna skrzywiła się ironicznie.
— Oczekuje! Mocno obligowana! — wycedziła podnosząc się ociężale z kanapy, lecz nagle, tknięta nową myślą, ruszyła pospiesznie na drugą stronę pałacu. W drodze przez korytarze i gościnne komnaty snać taż sama myśl musiała spotęgować energję księżnej, bo przyspieszyła kroku tak, że nie weszła, lecz wbiegła prawie do salonu, w którym na krześle, pod oknem, siedziała pani Walewska z synem na ręku.
Marie! Droga moja, kochana, najlepsza! — zaczęła przybyła ze drżeniem w głosie. — Dobijam się do ciebie od godziny!... Od godziny! Bo w tej ciężkiej chwili chciałam być przy tobie! Daj, niech cię ucałuję!.. I tego biednego chłopczynę!... Och! Jaki on dzisiaj milutki! Śmieje się! Nieszczęśliwy, ani przeczuwa, ani wie!... Ale ty się nie poddawaj! Męstwa, odwagi, przytomności, drogie dziecko, i stanowczości! Żebyś tylko mi zawierzyła! Żebyś raz zawierzyła! Można się tego było spodziewać, trzeba było!... Nie imaginujesz sobie, jak odczuwam! Lecz jestem przy tobie — ja — ja!!
— Bardzo wdzięczna jestem! — ozwała się cicho szambelanowa, która przez cały ciąg patetycznej oracji, wygłoszonej przez księżnę, z natężonem skupieniem wpatrywała się w jasną główkę syna, — chociaż nie rozumiem współczucia. Oleś już zdrów prawie zupełnie.
Księżna podniosła w górę swe wyczernione brwi.
— Jakto, więc nie słyszałaś strzałów... Czy nie słyszysz ich jeszcze!?... O, w tej chwili! Sto jeden!...
— Owszem! Zauważyłam!
— Cesarz ma następcę tronu!
Pani Walewska pochyliła się mocniej nad dzieckiem.
— Niezawodnie.
— I ty przyjmujesz tę nowinę tak obojętnie?!...
Niedostrzegalne płomienie przebiegły przez delikatną twarzyczkę szambelanowej.
— Mylisz się, mościa księżno, wcale nie obojętnie! Cieszy mnie ona bardzo! Musi cieszyć!... Marzeniem cesarza było mieć prawego spadkobiercę!...
Księżna strzepnęła z desperacją rękoma.
C’est par exemple, quelque chose incompréhensible! Inexplicable, mystérieux!... Chyba nie ogarniasz sytuacji, jeżeli cię nawet nie ekscytuje bodaj los dziecka!
— Mego dziecka?!
— Pytasz jeszcze! Dotąd ono miało wpływ potężny, niezaprzeczony, niezwalczony, łączyło cię z cesarzem, wiązało go, zapewniało tobie stanowisko, dawało punkt oparcia, pozwalało się spodziewać najniemożliwszych świetności! Poprostu, moja droga, nawet Marja Ludwika musiała się z tobą liczyć! Nie upieraj się! Miałaś dowód na cesarzowej Józefinie, gdyby nie Oleś, czyby zabiegała tak o twoją przyjaźń... o twoje względy! Dziś zostałaś pokonaną! Cesarz nie zatęskni do Olesia, mając przy sobie następcę... Poniekąd Oleś może mu zawadzać, może być niepożądanym sąsiadem!... Tak, moja najdroższa, znajdujesz się w momencie, w którym trzeba czemprędzej postawić wszystkie żądania, o niczem nie zapomnieć, bo jutro już niczego żądać ci nie będzie wolno!
— Ja też ani dziś ani jutro niczego żądać nie będę!
Księżna Jabłonowska aż kiwnęła się na krześle z alternacji.
— Zastanów się! Marjo! Miej wzgląd na dziecko! Tobie nie wolno nie żądać, nie stawiać warunków...
— Jakich warunków?!
— No, ustąpienia, rozstania się, wycofania!
Pani Walewska podniosła swe wielkie oczy na księżnę.
— Tak — tak! przytwierdzała z przejęciem księżna. — Masz prawo! Masz obowiązek! Tobie należy się nadewszystko tytuł... Oleś został mianowany hrabią, lecz tego niedość! Dalej, powinnaś żądać Księstwa Łowickiego! Davoustowi mogą je odebrać i dać mu w zamian inne, ty obstawaj...
— Mościa księżno, zdaje się, że nie pierwszy raz daremnie się trudzisz...
— Ach, jeżeli tak, jeżeli nie ufasz mojej serdeczności, jeżeli los syna cię nie obchodzi...
— Pojmuję go inaczej!
— Jak ci się podoba! Na własne oczy patrzyłam na panią Grabowskę, a przecież ta miała się na co oglądać, Szydłowską była z domu, wojewodzianką płocką! Umywam ręce! Boleść mnie zdejmuje na ten nierozsądek, na niepamięć, że... że przecież ta... ta Kiernozia na was nie starczy! A zresztą jest imć pan Paweł, no jest jeszcze i pani Rychłowska, siostra, której, choć prawie na oczy nie oglądałaś, ale przy działach się przypomni! Sama nie wiem, jak mam przemówić, jaki argument ci przywieść, bo wiem... że moje serce... moje oddanie nic, nic zgoła u ciebie nie waży!
Księżna w tem miejscu przycisnęła chusteczkę do oczu.
— A... a to boli... bardzo boli!...
— Gdybyś, księżno, tej jednej nie poruszała struny, oszczędziłabyś przykrości i sobie i mnie!... Wspomnij że ustępuję ci tam, gdzie mogę! Wspomnij sprawy pana de Périgord... pana Flahaut...
— To faiblesse Anetki Potockiej!
— Lecz tyś o nią zabiegała! Przypomnij sobie Łubieńskich...
— Nie przypuszczałam, że będziesz mi wymawiała.
— Nie wymawiam, tylko chcę dowieść, że rada jestem słuchać cię, księżno, ale tylko nie wówczas, gdy idzie o mnie! Sama tu pragnę stanowić!... Lecz nie mówmy o tem!
— Nie mówmy!
— Wyjeżdżałaś na miasto!
— Byłam u Lerny! Dwadzieścia nowych toalet robi dla cesarzowej!
— Zapewne będą gustowne!?
— Bezwątpienia! — ucięła oschle księżna. — A ty nie wyjedziesz dzisiaj?
— Dokądbym ja mogła jechać?
— Zapewne, skoro sobie tak sama życie ułożyłaś! Co do mnie, idę zmienić toaletę!
— Wybierasz się z wizytami!
— Muszę przecież być w Tuileries i bodaj księżnie Montebello wyrazić życzenia!
— Więc w takim razie wieczorem...
— Jeżeli twoja służba raczy mnie wpuścić!
Szambelanowa uśmiechnęła się smutnie.
— Wiesz dobrze, że ten ceremonjał pochodzi nie odemnie! Duroc tego żądał dla niego... A zresztą, ja tak często potrzebuję być samą...
Księżna złożyła pocałunek na czole pani Walewskiej, cmoknęła zlekka twarzyczkę śpiącego Olesia i wyszła w milczeniu.
Szambelanowa pozostała na krześle nieruchoma, zamyślona, zapatrzona w szarzynę dnia marcowego. Naraz, kąty jej kształtnych usteczek drgnęły, pierś wezbrała jakąś cichą skargą, zaklętą w spazmatycznem westchnieniu, łzy ciche spłynęły na jasnowłosą główkę dziecka...
Do salonu weszła ochmistrzyni i jęła pośpiesznie rozpowiadać pani Walewskiej ostatnie nowiny, które już zdążyły na ulicę de la Victoire trafić.
Cesarzowa już wczoraj wieczorem zasłabła. Nakazano najściślejszą tajemnicę. Panowie Dubois i Corvisart na krok nie odstępowali cesarzowej.
Cesarz całą noc był przy chorej!... Rozwiązanie nastąpiło dopiero nad ranem.
Szambelanowa otrząsnęła się i głowę podniosła. Dziecko obudziło się.
Ochmistrzyni zadzwoniła na piastunkę, a gdy pani Walewska oddała syna karmicielce, ochmistrzyni dała upust swej gadatliwości.
— Dopiero nad ranem! Cały dwór był na nogach! Bataljon grenadjerów strzegł wszystkich wejść, nikogo nie wypuszczano. Pani Montesquiou została mianowaną ochmistrzynią dzieci Francji! Piękna pozycja, wychowywać następcę tronu! Nie każdy może mieć tyle szczęścia, co pani Montesquiou, choć takiej damie, czy to potrzebne?
— Skądże masz pani te wszystkie szczegóły? — przerwała niechętnie szambelanowa. — Wiesz, że nie lubię tych plotek ulicznych.
— Ależ to nie plotki. Cały Paryż mówi o tem! Niema tajemnicy! Zrana zawezwano przez kurjerów do Tuileries rodzinę cesarską, wszystkich urzędników dworu, marszałków, generałów-marszałków, ministrów, ambasadorów, no i wszystkich najbliższych cesarzowi...
— Wszystkich najbliższych! — powtórzyła machinalnie pani Walewska, a spostrzegłszy na sobie bystre spojrzenie ochmistrzyni, dodała nerwowo. — I cóż dalej, mów!
— Więc zawezwano! Tajemnica była tak ścisła, że nikt nie wiedział, poco go wzywają... Dopiero cesarz sam syna wyniósł! Mówią, że miał łzy w oczach!... Jutro gala, parada, uroczyste nabożeństwo, poczęstunek dla wojska i dla ludu! Pod Tuileries aż się kotłuje! Całe miasto pędzi życzyć najjaśniejszemu panu a wiwatować!
— Całe miasto! Aha! Dobrze, że pani przyszła! Proszę mi tu przynieść moją szkatułkę z gotowalni i przybory do pisania!
— Pójdzie kto z listem?
— Jak zwykle... Domagalski!
Ochmistrzyni mrugnęła domyślnie i wyszła spełnić rozkazy.
Pani Walewska zasiadła do pisania listu...
List był krótki.

„Raduję się twojem szczęściem. Mały Oleś śle buziaka swemu przyszłemu cesarzowi“.
Marja.

Po napisaniu tych słów, pani Walewska otworzyła szkatułkę i wyjęła z niej złoty sygnet, mający na wierzchu pięknie cyzelowaną głowę sfinksa, wewnątrz zaś obrączki, pod tąż samą głową, kawałek szkiełka, okrywającego zręcznie promień włosów... Obrączka nadto na wewnętrznej stronie nosiła napis: Quand tu cesseras de m’aimer, n’ublie pas que je l’aime.
Szambelanowa sygnet owinęła listem, zapieczętowała i kazała przywołać Domagalskiego.
— Do pałacu!? — zagadnął konfidencjonalnie stary sługa.
— Tak! Oddasz Constantowi do rąk!
— Rozumiem!
— Tylko nie wiem, czy się przedostaniesz?!
Stary spojrzał na swój ubiór dworski.
— Proszę paniusieczki, w tej zieleninie to chyba do lucypera samegoby pozwolili! Okrutnie mocna barwa, pod Tuilerami czasem wielkiego oficera odpędzą, a mnie ani kto tknie!
Domagalski chciał szerzej opowiedzieć, jakie to barwa jego daje mu przywileje, lecz, spojrzawszy na panią, umilkł raptownie i oddalił się na palcach.
Zmierzchało się. Pani Walewska w swym zacisznym buduarze wodziła machinalnie po klawiaturze szpinetu, dobywając zeń jakieś rzewne nuty, splątane ze sobą melodje, melancholijne akordy. Zdawało się, że w strunach martwego instrumentu szambelanowa szuka tonu, któryby odzewem był dla jej myśli, któryby je wypowiedział, któryby je wziął z niej.
Do buduaru panna służąca wniosła zapalony świecznik.
Pani Walewska odwróciła głowę, jakby obawiając się, aby twarz jej nie zdradziła uczuć, którym dała wodze w mrokach odchodzącego dnia.
— Już zapaliłaś? — upomniała z żalem szambelanowa.
— Właśnie, proszę pani szambelanowej! — ozwał się z poza ramion służebnej głos ochmistrzyni. — Dama jakaś prosi usilnie, aby pani raczyła ją przyjąć!
— Cóż to za dama?...
— Nie wiem! Pierwszy raz ją widzę...
— Przecież tyle razy mówiłam, że nie przyjmuję nikogo o tej porze... jeżeli jaka biedna... opatrz ją pani datkiem!...
— Już jej tłumaczyłam!... Dała mi tę kartkę i jakiś list, prosząc, aby tylko pani szambelanowej doręczyć...
Pani Walewska wzięła podany jej bilet wizytowy.
— Eleonora Augier! Nie znam! A, jeszcze list!
Szambelanowa rozerwała kopertę. W kopercie znajdowała się mała kartka ze słowami: „Byłbym niezmiernie obowiązany, gdyby pani raczyła nie odmówić swej pomocy oddawczyni, pani Eleonorze Augier, żonie mego dawnego towarzysza broni, kapitana Piotra Augier. Najpokorniej za śmiałość przepraszam. Filip hrabia Ornano, pułkownik dragonów“.
Pani Walewska zapłoniła się zlekka.
— Właśnie ktoś ze znajomych damę mi tę poleca! — rzekła siląc się na obojętność. — Nie wypada odmówić! Proś pani!...
— Czy i chłopca mam tu wprowadzić? Ta dama przybyła widocznie z synkiem!
— Zapewne, moja droga, skoro z nim przyszła...
Ochmistrzyni oddaliła się.
Po małej chwili do buduaru weszła młoda jeszcze kobieta, prowadząc za rękę maleńkiego chłopczyka.
Nieznajoma, na widok pani Walewskiej, skłoniła się z wdziękiem.
— Wszak pani Eleonora Augier?
— Tak jest! — szepnęła przybyła.
— Proszę, niech pani siada!
Pani Augier osunęła się lękliwie na najbliższe krzesło. Chłopiec onieśmielony równie, jak i jego matka, główkę wtulił w fałdy jej sukni.
Szambelanowa obrzuciła damę badawczym wzrokiem. Dama wydała się jej sympatyczną bardzo. Miała wysmukłą, zgrabną kibić, twarz nieskazitelnie białą, odcinającą się mocno od kruczych, jedwabistych włosów, ozdobioną nadto parą podłużnych, kosych nieco ócz, lecz rzucających wokół jakieś dobre spojrzenia.
— Co panią do mnie sprowadza? — zagadnęła pani Walewska.
— Pani szambelanowa musi być bardzo... bardzo dobrą... Kto jest taki piękny!... Jaka pani szambelanowa piękna, o mój Boże!
Pani Walewska chciała skrzywić się na ten niezgrabny argument, lecz głos pani Augier drżał taką szczerością, że szambelanowa powstrzymać się nie mogła od uśmiechu.
— Pozwolę sobie ponowić pytanie, ile że pragnęłabym zadość uczynić tak gorącemu poleceniu, z jakiem pani przybyłaś.
— Sama nie wiem! Nie odważyłabym się! Dopiero przed tygodniem nie mogłam się oprzeć i napisałam bilecik do Gérarda! Mówiono, że on robił portret pani szambelanowej... Gérard pozwolił go obejrzeć! Poszłam i zdumiałam się! Nie miałam pojęcia, że można być tak piękną! Tam poznałam odrazu, że musisz być niezmiernie dobrą...
— Pani zna artystę Gérarda...
— Znałam dawniej, lecz teraz, kiedy jestem tylko kapitanową Augier! O, Gérard to wielki malarz, ale, patrząc na panią, widzę, że jeszcze nie oddał...
— Dziękuję! — przerwała krótko pani Walewska. — Więc, co mogę uczynić dla pani... proszę, słucham!?
Pani Augier zmieszała się i, dopiero po przestanku, rzekła cicho.
— Pani szambelanowa nie słyszała nigdy o mnie?
— Nie, pani!
— Moje dawne nazwisko Reval... z pierwszego małżeństwa!... Z domu Dénuelle... de la Plaigne!
— Dénuelle? Dénuelle! Zdaje się, że słyszałam... choć nie przypominam sobie w jakich okolicznościach!
— Tak, to dawno! Właściwie nie dawno, ale trwało to krótko... bardzo krótko! Byłam na pensji u pani Campan...
Pani Walewska, która niezbyt uważnie słuchała tego wstępu, rozumiejąc, że musi się dowiedzieć jeszcze wielu podobnych, nic nie obchodzących ją szczegółów, spojrzała ku chłopcu, który już ośmielony, wychylił główkę z poza krzesła, i zdumiała się.
— Byłam na pensji u pani Campan! — powtórzyła pani Augier. — Rodzice byli dość na to zamożni...
— To pani synek? — zapytała raptownie szambelanowa, którą rysy twarzy dziecka uderzyły, przykuły całą jej uwagę.
— Mój, pani szambelanowo!... To właśnie Leonek...
— Leonek! Dziwne, dziwne podobieństwo! — rzekła wpół do siebie pani Walewska.
Pani Augier ożywiła się.
— Nieprawdaż, pani szambelanowo? I to nawet w ruchach! Zupełnie do niego podobny!
— Do kogo, pani mniema?
— No... do niego, pani szambelanowo! — wyjąkała z zalęknieniem pani Augier — do do... najjaśniejszego pana!...
Pani Walewska pobladła i zagadnęła cicho.
— Więc... ten chłopiec jest synem?
— Tak! — odparła szeptem pani Augier.
Szambelanowa wyprostowała się, oczy jej nabrały jakiegoś szklisto-lodowatego blasku, ręce zacisnęły się kurczowo.
Teraz pani Walewska zrozumiała, kim była ta dama ze śladami zwiędłej piękności na twarzy, to była owa Eleonora, która, niby zły duch, straszyła ją swem imieniem, którą jej grożono tyle razy, którą niedawno jeszcze usiłowano użyć za broń przeciw niej, którą wymieniano w każdej knutej przeciwko szambelanowej intrydze, wszak to o tem dziecku powiadano, że cesarz chce je adoptować i na następcę tronu przeznaczyć!...
Lodowaty wzrok pani Walewskiej wskroś przejął panią Augier.
— Byłam szalona! Nie powinnam była!... Pani daruje!... W mojem położeniu... chciałam się ratować! Do Tuileries niema sposobu! Zabronili dawno! Pisałam do pana Constanta... Zawsze był dla mnie bardzo dobry! Taki dzień! Tam się pewno zmieniło wszystko... bardzo zmieniło!... Pani wie! Pani wie! Myślałam, że na boczne schody mnie puszczą!... Znajomy lokaj powiedział mi, że są zamurowane! Ach, Boże, co ja mówię, pani szambelanowa lepiej wie ode mnie! Dola taka!...
Eleonora przyciągnęła wystraszonego tą sceną chłopczynę, do piersi go przytuliła i rozpłakała się.
— Biedne dziecko!... Biedne!...
Pani Walewska wspomniała na małego Olesia, ręce jej zadrżały, głowa pochyliła się, smutnie.
— Uspokój się pani! — rzekła z trudem szambelanowa. — Jeżeli co mogę uczynić...
— Panibyś chciała! Czy ja zasługuję! Teraz dopiero postrzegam moją lekkomyślność. Lecz dziś, pani szambelanowa rozumie, gdy dano dwudziesty drugi strzał, sama nie wiem, co się ze mną stało! Zdawało mi się, że przepaść roztwiera się!... że zapadam się! Trawiona gorączką, pobiegłam do Tuileries! Szłam na przebój przez zbity tłum, lecz mimo to uwięzłam w fali. Fala jednak była mi przyjazną, bo kiedy już traciłam nadzieję... poniosła mnie i rzuciła pod samą bramę pałacu! Postrzegłam tuż znajomego prefekta, zwróciłam się do niego z prośbą, aby mnie wpuścił, że chcę mówić z panem Constantem!... Prefekt mnie znał dobrze, kiedy jeszcze z Leonkiem przyjeżdżać musiałam, bo cesarz lubił na niego patrzeć przy śniadaniu!... Ale zmarszczył się tylko i wzruszył gniewnie ramionami, a gdym nalegała, wskazał mnie gwardziście... Odepchnięto mnie a tłum powitał żartami moją odprawę!... Ogarnęła mnie furja! Dopadłam okratowania pałacowego, pociągnęłam z sobą chłopca, uniosłam i chciałam wołać w głos, że to on, Leonek, jest pierworodnym synem!... Na szczęście, w pobliżu znalazła się znajoma kupcowa... Oderwała mnie na wpół przytomną od kraty i do domu odprowadziła. Inaczej może byłabym już w więzieniu Mazas... Gdym przyszła do siebie, wspomniałam na panią, ogarnęłam się... i przychodzę... Widzi pani tu, na rękach moich, te sine pręgi? to z pod Tuileries!!... Z pod tych samych Tuileries!!
Pani Augier pochyliła się, jakby gnąc się pod tłoczącym ją ciężarem.
Szambelanowę zgroza przejęła, zapomniała o całej swej odruchowej niechęci, którą miała dla imienia Eleonory, zapomniała o wszystkich złośliwych plotkach, które rozpowiadano o życiu dawnej panny Dénuelle de la Plaigne — a widziała w niej samą siebie. Każdy niedomówiony wyraz Eleonory odczuwała, przeżywała z nią cały ten okrutny poranek.
Duma, ambicja pani Walewskiej prysła, świadomość, że może jest tylko taką jutrzejszą Eleonorą, wstrząsnęła nią.
— I poco ja to mówię? — wyjąkała znów pani Augier z bolesnem westchnieniem.
Szambelanowa kiwnęła głową.
— Tak! Trzeba, żebym wiedziała! Bo mnie to bardzo obchodzi! Słucham!
— Cóż właściwie... to wszystko! — rzekła z prostotą Eleonora.
— A cobyś uczyniła pani, gdyby cię wpuszczono do pałacu?
— Ach! Boże mój... Zaklęłabym pana Constanta, żeby nas ratował, żeby przy odziewaniu cesarza wspomniał słówkiem!... Och! Żebym mogła mówić z panem Constantem!!...
— Więc doprawdy szło pani o widzenie kamerdynera? — ozwała się pani Walewska, której to pragnienie zobaczenia się z lokajem w ustach matki syna cesarskiego wydało się dziwnem.
— Naturalnie, pani szambelanowo! O, bo pan Constant wiele może! Więcej od pana Menevala! Dużo mu zawdzięczam!... Jemu bym powiedziała o nieszczęściu, on by mnie nie opuścił!...
— Tylko na niego liczyłaś pani?
— Ach, bo na kogóżby jeszcze?...
Szambelanowa uśmiechnęła się z goryczą.
— Może to i słusznie! Cha! Zatem o cóż idzie! Powiedz, proszę? O ile zdołam sama, przyrzekam ci udać się do Constanta!...
— Bo to sprawa o Piotra! Pani szambelanowa wie... jak to było z moim pierwszym mężem?... Nie!?... Ani, ani o mojem powtórnem małżeństwie?!... Będę więc musiała opowiedzieć!... A o pierwszych czasach po przyjściu na świat Leonka?!... Cóż, powiem, tylko ten maleńki mój, już tyle niepotrzebnych...
Pani Walewska zadzwoniła na służebnę i kazała jej wyprowadzić chłopca i zająć się nim. Chłopczynę wyprowadzono, mimo jego energicznych protestów.
— Ojciec mój był przemysłowcem. Wychowano mnie w dostatkach — gdym wyrosła nieco, oddano mnie pani Campan na pensję. Trudności były wielkie, lecz matka moja umiała je przezwyciężyć!... U pani Campan była podówczas królowa neapolilańska, siostra cesarza, Karolina. Miałam szczęście jej się podobać. Po skończenia pensji, wróciłam do domu. Interesa ojca szły gorzej, matka moja lubiła się bawić! Mnie przyzwyczajono do zbytku. Ruina groziła lada dzień. W domu bywał pan de Reval, młody szef szwadronu, który mnie ścigał swoimi względami... uchodził za bardzo bogatego. Zostałam jego żoną. W trzy miesiące po ślubie, nie miałam żadnych złudzeń... Pan de Reval był skończonym nicponiem. Kochałam go jednak! Sprawki jego wyszły na jaw, zdegradowano go — a wreszcie wykreślono z pułku — a w kilka tygodni uwięziono za kradzież! Ojciec umarł, zostałyśmy z matką w nędzy! Wówczas wspomniałam na królowę Karolinę. Napisałam list. Siostra cesarza zajęła się moim losem, ułatwiła rozwód, wreszcie mianowała swoją lektorką! Tak zobaczyłam cesarza...
— Kiedy to się stało...
— Dwudziestego szóstego stycznia 1806 roku, w dniu powrotu z pod Austerlitz do Paryża! Potem, trwało tak do kwietnia. Królowa Karolina, a wówczas jeszcze księżna Bergu, darzyła mnie względami, nawet wtedy, gdym nie mogła być lektorką! Leonek przyszedł na świat w grudniu! Byłam z niego dumną! Cesarz był w Warszawie, lecz tu pamiętano o mnie! Miałam pałacyk na tej samej ulicy...
— De la Victoire?!
— Tak jest! Cesarz wrócił — był rok 1807, najszczęśliwszy w mojem życiu...
— Rok tysiąc ośmset siódmy! — powtórzyła głucho szambelanowa, czując, że równocześnie gmach jej własnych, najserdeczniejszych wspomnień wali się w gruzy.
— Najszczęśliwszy! Zasypywano mnie podarkami, ubiegano się o względy. Leonkowi wróżono koronę, co dzień rano musiałam być w Tuileries, miałam wpływy. Talleyrand był u mnie stałym gościem, książę Otranto asystował... aż wybuchła wojna hiszpańska... Zaczęto mówić o pani, a potem o pani Gazzani! Chciałam być zazdrosną, spotkał mnie od Gazzani afront, a od pana Savary napomnienie. Łudziłam się jeszcze, tymczasem w Bajonnie cesarz zakochał się w pannie Guillebeau... Byłam opuszczoną, matka osierociła mnie także. Porucznik Piotr Augier oświadczył mi się. Lubiłam go bardzo, położenie moje dwuznaczne dokuczyło mi, wyszłam za mąż! Piotr był dla mnie najlepszym mężem. Leonka kochał. Dwór pamiętał o nas. Zwierzchnicy męża liczyli się kim był. Zwolna zapomniano o wszystkiem! Przed dwoma laty odwiedził mnie niespodzianie pan de Talleyrand i jakieś nowe projekty jął snuć co do mnie, a nawet zaproszenie mi wyrobił na dwór królowej Karoliny! Nie bardzo wierzyłam, ale usłuchałam namów. Męża bawiły z początku te zaszczyty, lecz wkońcu wpadł w szał zazdrości, zaczął mnie zasypywać wymówkami, wyrzucał co chwila moją przeszłość, aż nareszcie na krok mnie nie odstępował, rujnował się na coraz to nowe stroje, pragnął mnie takim zbytkiem otoczyć, żebym za cesarskimi salonami nie tęskniła!... Zapomniałam o nich oddawna! Lecz ta myśl dziwaczna nie odstępowała męża. Mieliśmy spory kapitalik, ten stopniał! Mąż zasiadł do gry. Grał szczęśliwie, mnie samą bawiły garście złota, które mi co dnia rzucał pod nogi... Naraz, karta się odwróciła... Chciał się odgrywać... wpadł w długi... Wyzbyliśmy się wszystkiego!... Jutro ma go sądzić sąd pułkowy za niewypłacenie długów honorowych, za... oszustwo w kartach... Jutro czeka nas oboje nędza! Hańba!... Wczoraj byłam u hrabiego Ornano! Służył w jednym pułku z Piotrem, lubił go bardzo!... Dał natychmiast, co mógł, na załatwienie najpilniejszych potrzeb, ale to rozprawy sądowej nie przetnie, nie powstrzyma! Radziłam go się, zwierzyłam, że do pani iść zamierzam! Dał mi tę kartkę!... Wczoraj mi dał, zanim jeszcze się stało! Boże, co ja wygaduję! Piotr nie może w tym samym pułku zostać, lecz gdyby można do Hiszpanji, na plac boju! I jabym pojechała za nim! Lecz ani się dostać do nikogo! Szukałam pani Bernard, pani szambelanowa ją pewnie zna, kwiaciarka, dekorująca buduar na bocznych schodach! Posyłałam! Wyjechała! A ona dużoby mogła, dużo!... Stało się to wczoraj, tak nagle, tak raptownie! Odebrano szpadę Piotrowi, odprowadzono na odwach... i jutro — jutro!... Winien jest, ale ma nieskazitelną służbę!...
Pani Augier odetchnęła ciężko.
— I nikt nie troszczy się nawet o los pani syna?!
— Ach, teraz, pani szambelanowo!?... Ba, z początku! A jeszcze jak umarł, w kilka miesięcy po urodzeniu się Leonka, syn królowej Hortensji, co go za następcę tronu miano, — to sama cesarzowa Józefina pamiętała! Najdłużej była przy Leonku pani Loir, mamka syna królowej Karoliny. Pani Loir miała poruczony sobie nadzór nad Leonkiem i zdawanie raportów do marszałka dworu! Bardzo dobra osoba, lecz kiedy jej powiedziano, że raporty są niepotrzebne i kiedy zobaczyła, iż się kończy wszystko, musiała pomyśleć o sobie! Dla niej nie było miejsca!!... Chociaż... ale ja panią szambelanowę nudzę?!
Pani Walewska podniosła się z wysiłkiem.
— To, co pani mi powiedziała, wystarczy! Wiem, o co rzecz idzie...
— Sąd jutro popołudniu!...
— Dobrze.
— A pana Constanta najlepiej zastać rano, ale już po dziesiątej...
Pani Walewska skinęła głową i wyszła pospiesznie z buduaru...
Eleonora spojrzała z niemem osłupieniem za odchodzącą, nie wiedząc, co znaczy nagłe oddalenie się szambelanowej. Dopiero, gdy służebna przyprowadziła jej syna i ujęła za świecznik, zrozumiała, że to tylko zimne, wyniosłe pożegnanie.
Pani Augier rozpłakała się.
Nie mało się zdziwił dnia następnego odźwierny, dyżurujący u podjazdu pod pawilonem Flory pałacu Tuileries gdy, po korowodzie dobrze mu znanych zaprzęgów dostojników cesarstwa, zobaczył ciemną, niepozorną karetę, zajeżdżającą z niemniejszym impetem, jak landara króla neapolitańskiego, lub lekki powozik księcia Eugenjusza. Zdziwienie atoli odźwiernego spotęgowało się jeszcze, gdy z karety, miast jakiegoś opiętego w nowy mundur a zalęknionego oficera, czy urzędnika wyższego, wyskoczyła wiotka postać damy w czarnej sukni i pewnym krokiem weszła na schody.
Odźwierny zafrasował się.
Dama miała twarz spowiniętą gęstym woalem, rozeznać jej było nie sposób. Odźwierny przypomniał sobie, że jednakże powinienby, według przepisu, zapytać się damy, do kogo się chce meldować, ale zanim na ten śmiały krok się zdecydował, kareta odjechała na postój w głąb podwórza, dama zaś minęła powyżej schodów stojącego halabardzistę i śmiało weszła do antykamery, a stąd do sali Gwardji.
Paziowie, siedzący na ławkach, na poruszenie szklanych drzwi, porwali się z miejsc, gotując się do przepisowego ukłonu, ale spostrzegłszy damę zakwefioną, spojrzeli po sobie, tracąc grunt dworskiego regulaminu.
Dama szła, nie zatrzymując się, naprzód, ku drzwiom następnym, lecz tych strzegł już komisarz pałacowy w bogatym uniformie z łańcuchem na szyi.
Komisarz jednakże, stojący wprost przeciwległych podjazdowym drzwi, miał czas ochłonąć, przyjrzeć się damie i umocnić się w pierwszem przekonaniu, że damę tę widzi po raz pierwszy.
Dama nadchodząc ku komisarzowi, skręciła nieznacznie, aby go ominąć, lecz ten zręcznie wysunął się i wejście zagrodził niskim ukłonem.
Dama odpowiedziała skinieniem.
Komisarz atoli trwał w ukłonie i czekał.
— Do służbowego szambelana! — objaśniła dama.
— Pierwsze drzwi na lewo, w prawej oficynie... tu pan szambelan służbowy nie przyjmuje!...
— Ależ, mój panie, ja mam audjencję!
— Czy wyznaczoną?!
— Audjencję mam!
Komisarz schylił się nisko przed damą.
— W takim razie wolno mi będzie kartę doręczyć panu szambelanowi!?
Dama niecierpliwym ruchem podała bilet wizytowy.
Komisarz rzucił nań okiem.
— Audjencji niema! Ale natychmiast zamelduję panu szambelanowi! Natychmiast!
Komisarz skinął na jednego z paziów, dał mu ciche polecenie, przepuścił go do sali następnej, a sam stanął znów przed drzwiami.
Dama cofnęła się nieznacznie, z trudnością panując nad nerwowemi ruchami.
Po małej pauzie, paź wrócił, szepnął coś komisarzowi i skłonił się damie.
— Pan szambelan służbowy jest na rozkazy! Pani raczy tędy... za mną!...
Komisarz otworzył na ściężaj drzwi przed damą.
Nieznajoma przestąpiła próg i, znalazłszy się w wielkiej sali, wypełnionej zwartym tłumem mundurów wojskowych, dworskich i państwowych, zawahała się. Paź atoli zaprosił ją ukłonem, aby skierowała się na lewo, ku oknu, i tam podał jej krzesło.
W sali panował ledwie cichy szmer, lecz tak mocno zajmujący obecnych, że nikt prawie nie zwrócił uwagi na damę.
Dopiero, kiedy z bocznego salonu wybiegł służbowy szambelan w czerwonym, aksamitnym kaftanie, białej kamizelce i takichże spodeńkach i pończochach, zebrani poruszyli się i chcieli mu drogę zagrodzić, a gdy ten, nie odpowiadając na sypiące się ku niemu zapytania, zmierzał wprost do damy, w ślad za nim poszły i ciekawe spojrzenia.
Szambelan powitał damę z pewnem zakłopotaniem i przejęciem się swymi obowiązkami.
— Pani raczy darować, że jej pozwoliłem czekać! Dopiero co się skończyło „wielkie wejście“... Lecz czyż się mogłem spodziewać! Czyż mogłem! Najmocniej przepraszam!
— Bynajmniej nie sprawiło mi to przykrości! Bardzo tu wygląda zajmująco!
— Och, pani szambelanowo, dla tego, kto niema tego wszystkiego na głowie! Uszy bolą! Ruszyć się nie mogę! Panie de Rémusat i panie de Rémusat! Oo... co to za lista! A u cesarza jest zaledwie Cambacérès. Chwili czasu — chwili czasu!!...
— Ja też go panu nie będę zabierała! Racz mnie pan pomieścić na swej liście, możliwie na brzegu i to wszystko!
— Jakto, pani szambelanowo? — zagadnął pan de Rémusat, mrugając powiekami, jakby chcąc pomóc w ten sposób odmawiającej mu posłuszeństwa domyślności.
— Mam sprawę, którą pragnęłabym przedstawić najjaśniejszemu panu...
— Aha! Sprawę... hm... tylko właściwie, proszę pani szambelanowej, na liście audjencjonalnej nazwiska nie znajduję...
— I cóż z tego? — odparła dumnie dama.
— Naturalnie nic zgoła! Tylko, regulamin, ceremonjał — najjaśniejszy pan przegląda rano spis osób, które mają wyznaczoną audjencję... a niekiedy na „wielkiem wyjściu“ jeszcze kogoś sam powołuje... do gabinetu... zresztą... nie wolno uchybiać! Oho! Inaczej odpowiada służbowy szambelan!
Dama poprawiła niecierpliwie woal. Pan de Rémusat uśmiechnął się głupkowato i dokończył.
— Słowem, odpowiedzialność! Cesarz jest w dobrym humorze, tem większa obawą, żeby go nie zepsuć!
— Jednak, panie de Rémusat! — napomniała cierpko dama. — Snać nielada sprawę mam, jeżeli aż tu przybywam i sądzę, że nie będziesz miał trudności wspomnieć o mnie najjaśniejszemu panu!...
Szambelan służbowy zmieszał się.
— Uniżony sługa! Bezwątpienia, dość będzie wymienić nazwisko „Walewska“... Proszę za złe nie poczytać, ale obowiązek nakazywał mi trzymać się ceremonjału!... Bardzo go zaostrzyliśmy od czasu małżeństwa, bardzo! Ale, skoro pani szambelanowa każe, ustępujemy natychmiast! Tak natychmiast... przy meldowaniu ambasadora tureckiego będę miał zaszczyt zakomunikować miłą niespodziankę...
Pani Walewska skinęła pobłażliwie głową. Pan Rémusat skłonił się posuwiście i zniknął w tłumie mundurów.
Pani Walewska, ku której coraz natrętniejsze biegły spojrzenia, obciągnęła mocniej woal na twarzy i zasunęła się w głąb krzesła, aby jaknajmniej być na widoku. Obecność jej atoli nie uszła uwagi młodego pułkownika dragonów, gdyż ten, na widok szambelanowej, zdołał nawet przerwać rozmowę z generałem i zbliżyć się nieznacznie ku pani Walewskiej.
Szambelanowa, na pozdrowienie pułkownika, uczyniła ruch pełen zdziwienia.
— Pan mnie poznał?
— Odgadłem, pani szambelanowo, nawet pozwolę sobie domyślać się celu przybycia jej tutaj!
— Nie było czasu do namysłu!
— Rozumiem — i tem więcej cenię pani gotowość! Równocześnie przepraszam za śmiałość adresowania się do jej łaskawości! Wyznam otwarcie, że obawiałem się, po napisaniu tych słów w pierwszym porywie... czy...
— Chcesz pan powiedzieć, żeś nie ufał mi...
— Nie, pani, wątpiłem, czy pamiętasz, że w ogóle jaki Ornano istnieje!
— Więc tak krótką pamięć mają korsykanie?
— Korsykanin, pani szambelanowo — odrzekł gorąco pułkownik — nie zapomina nigdy!
— Lecz podobno wówczas, gdy nienawidzi!
— Albo gdy...
— Wszak to chyba dwa lata, jak ostatni raz widziałam pana? — przerwała żywo szambelanowa.
— Nie każdemu czas tak upłynął szybko, dla mnie cztery i to długie bardzo...
— I zdaje mi się, że nielada awansu mogę panu powinszować? Pułkownikowskie epolety!
— A ja pani mogę czego winszować?!
— Pan mnie?! — powtórzyła przeciągle Walewska. — Chyba...
— Właśnie, pani szambelanowo! — ozwał się z boku pan de Rémusat.
Ornano cofnął się dyskretnie, pani Walewska podniosła się spokojnie.
— Więc już na mnie kolej!?
— Właśnie, pani szambelanowo, — jęknął pan de Rémusat, krzywiąc swą i tak zmarszczkami pokurczoną twarz — nie wiem, czy znajdę okazję!... Nie wiem i ten... nie wolno trudzić pani oczekiwaniem! I tak... tłok nieznośny, ani przewidzieć, kiedy się skończy! Najjaśniejszy pan będzie znużony... Sądziłbym więc, aby na dziś, na teraz, odłożyć...
— Za pozwoleniem! Prosiłam o zawiadomienie najjaśniejszego pana, że przybywam z pilną sprawą...
— Tak jest, ale otóż nie mogę, nie mam sposobu, regulamin, ceremonjał!... Wolno mi dopiero przyjąć zapis na jutro i to do decyzji pana marszałka dworu!
— Jeżeli tak, więc pozwoli pan, że teraz zaczekam na księcia Frioulu!
Pan de Rémusat spotniał.
— Bo, proszę pani szambelanowej! Niezawodnie!... Dla mnie bardzo bolesne, tem więcej, że moje dobre chęci są do jej usług! Choć w tym wypadku, książę Frioulu będzie równie bezsilnym! Ceremonjał! Dla królów nie wolno nam robić wyjątków! Wogóle niema wyjątków! Najjaśniejszy pan raczył powiedzieć, że niema wyjątków...
Pani Walewska oparła się ręką na krześle i, odrzuciwszy woal, zapytała raptownie:
— Więc pan mnie meldowałeś?!
— To jest i owszem, — tak! Arcykanclerz świadkiem! — plątał się służbowy szambelan. — Ale właśnie, niema wyjątków!
— Cesarz powiedział panu, że dla mnie...
— A, broń Boże, o tem ani myśli — tylko, że wogóle wyjątków niema!...
Szambelanowa roześmiała się sucho.
Pan de Rémusat chciał ratować źle spełnioną misję.
— I przeciwnie! Sam, w mojej obecności, powiedział do arcykanclerza: — Muszę skrzywdzić Davousta i jego dobra oddać Walewskiemu; poniósł wielkie straty w czasie pruskiej kampanji, a od chwili, jak się pogodził z żoną, mam dlań wielkie obowiązki! — tak powiedział najjaśniejszy pan!...
Pani Walewska zagryzła do krwi usta.
— Widzi pani szambelanowa, Rémusat zawsze gotów...
— Do popełnienia niedorzeczności! — ozwał się z boku szyderczy głos.
Pan Rémusat odwrócił się i ujrzał przed sobą niedbale uśmiechniętą twarz Talleyranda.
Służbowy szambelan zmierzył hardo postać ex-ministra, na którym ciężyła chwilowa niełaska.
— Panie, co to ma znaczyć?
Talleyrand skrzywił się pogardliwie.
— Żeś dotknął panią szambelanowę, cesarza nie osłonił i napaplał tyle, że naciesz się dzisiaj swoim urzędem.
— Oho! To... moja rzecz!
— Pani szambelanowo! — zwrócił się Talleyrand do pani Walewskiej, nie zważając na odętą twarz Rémusata. — Byłbym bardzo rad być jej użytecznym...
— Tak, właśnie! — podchwycił służbowy szambelan. — Racz mnie powierzyć sprawę...
Pani Walewska ochłonęła z osłupienia, które ją opanowało przed chwilą i spojrzała wyniośle na dworaków.
— Dziękuję panom, sprawa nadto wielkiej jest wagi!!...
— Wszystko co w mojej mocy! — dodał Talleyrand.
— Racz pani rozkazać! — nastręczał się Rémusat.
Pani Walewska poruszyła głową przecząco.
— W tym wypadku — rzekła wolno — sprawa jest tak ważna, tak doniosła...
— Że?! — dopomógł ciekawie Talleyrand.
— Że nikt tu nie byłby w stanie nic uczynić dla niej!... Chyba sam cesarz, albo jego lokaj, Constant!...
Rémusat aż usta rozchylił z naiwnie szczerego zdumienia. — Talleyrand chciał konceptem odeprzeć cios, lecz szambelanowa pożegnała obu skinieniem głowy i pewnym krokiem ruszyła ku wyjściu.
Na progu do Sali gwardji, Ornano podał ramię pani Walewskiej. Szambelanowa zawahała się, lecz przyjęła.
U podjazdu szambelanowa przystanęła raptownie, spojrzała poza siebie i rzekła, siląc się na spokój.
— Ach, więc tu jest ów pawilon Flory?
— Pani widzi go po raz pierwszy?
— I po raz ostatni, pułkowniku! Ale, pytałeś mnie, czego masz mi winszować?... Widzisz sam — zaszczytów!
— I to ja stałem się mimowolnym sprawcą...
— Że dowiedziałam się już dziś, co mnie spotkać miało jutro!? Raczej wdzięczną jestem, im mniej złudzeń, tem smutniej, ale i ciszej!... Biedna Augier! Pan teraz stale przy dworze?
— Nie, pani — chwilowo! Ruszam znów w świat... ruszam tam, gdzie łatwiej nie myśleć, gdzie łatwiej...
Pani Walewska obrzuciła suchem, palącem spojrzeniem pułkownika.
— Przed panem cała przyszłość jeszcze!
— W tej chwili właśnie! — szepnął cicho Ornano.
Szambelanowa ścisnęła nerwowo rękę pułkownika i wsiadła do karety.
Wielki marszałek dworu cesarskiego, Duroc, książę Frioulu, siedział w saloniku bocznym, pałacyku pani Walewskiej, na ulicy de la Victoire i ze wzrastającym niepokojem rozglądał się dookoła.
Od pół godziny blizko, jak tu przybył, skłopotany szczerze drażliwością polecenia, które odebrał, a dotąd ani szambelanowa, ani nawet księżna Jabłonowska doń nie wyszła. Durocowi zrobiło się przykro. Toż bywał tu i częstym, i mile witanym gościem, toż on istotnie wnikał w drobne szczegóły życia mieszkańców tego pałacyku, toż on tu służył, czem mógł, a raczej, jeżeli, tylko czem pozwolono sobie usłużyć. A tak się z kątami tymi zaprzyjaźnił, tak pokumał, że mu ta atmosfera wyrafinowanej ciszy nie na żarty dokuczać zaczęła.
Książę raz drugi zerknął ku tarczy zegara, wreszcie zadzwonił.
Na progu ukazał się służący.
— Meldowałeś mnie pani?
— Tak jest!
— Może... może jej nie powtórzono!...
— Owszem, panie marszałku! — dał się słyszeć z przeciwnej strony dźwięczny głos pani Walewskiej. — Nie bierz za złe, że kazałam ci czekać ale miałam pilne listy do pisania!
— To ja raczej powinienem natarczywość moją usprawiedliwić, ale wczoraj być nie mogłem, a więc dziś każda nowina jest mi podwójnie pożądaną. Jakże pan hrabia?
— Pyta pan o mego Olesia? Dziękuję za pamięć, zupełnie dobrze!
— Corvisart ma polecone być dzisiaj!
— Zupełnie zbytecznie, ani go nawet nie dopuszczę więcej!
Duroc spojrzał za zdziwieniem na panią Walewskę, nie mogąc się oswoić z jej zimno ceremonjalnym tonem, jakim doń mówiła.
— Zawsze lepiej, aby lekarz miał baczenie!
— Masz słuszność, panie marszałku, dałam nawet znać jednemu ze starszych medyków...
— A pani jak się czuje?
— Jak pan widzi, wybornie!
Książę Frioulu stropił się, lecz zrozumiawszy, że tu najlepiej będzie odrazu do rzeczy przystąpić, zapytał niepewnie.
— Pani była dziś rano w Tuileries?
— Byłam!
— I może pani się domyśla, dlaczego audjencji...
— Przecież to takie jasne! Nie byłam zamieszczoną na liście dziennej, nie zwróciłam się z prośbą do ministerjum dworu, nie pamiętałam o ceremonjale, słowem, sama jestem winną odprawy.
Duroc zaledwie mógł się powstrzymać od okazania konfuzji, która go zdjęła.
— Prawdziwie, pani szambelanowa ma słuszność! Nieinaczej, a mimo to cesarz ze swej strony niezmiernie żałował, iż nie mógł pani przyjąć...
Pani Walewska złożyła Durocowi głęboki ukłon.
— Panie marszałku, sądzę, iż nie odmówisz mi wyrażenia w mojem imieniu najgłębszego dziękczynienia za miłościwe wyrazy...
— Pani szambelanowo!
— Zaszczyt, który mnie spotyka...
— Ależ, pani szambelanowo, — przerwał żywo Duroc — czy ja doprawdy zasługuję na to, żeby na tak przykre żarty mnie wystawiać!?...
— Pan, panie marszałku?!
— Tak, ja, pani szambelanowo! — powtórzył z mocą Duroc. — Starałem się zawsze mój prawdziwy szacunek jej okazywać i, powiem otwarcie, szczyciłem się tem zaufaniem, którem mnie darzyłaś... i przysięgam, że nie radbym go utracić. Powiem więcej, nie znam, nie mogę wyobrazić sobie takiego wypadku, położenia... któryby mi pozwolił zmienić na jotę moje dla pani sentymenty!
Oczy pani Walewskiej spotkały się z jasnem, szlachetnem wejrzeniem marszałka.
Szambelanowa odwróciła zlekka głowę.
— Panie marszałku, i ja także nigdy nie zaniedbałam i radabym nie zaniedbać okazji do wyróżnienia twej dobroci, ale wszak w tej chwili przemawiałeś do mnie nie w swojem imieniu!... Racz nie brać do siebie...
— Pani szambelanowo! Tak, czy inaczej, mówmy otwarcie, mówmy szczerze!
— Ale tylko z panem!
— Więc dobrze, ze mną! Pani szambelanowa czuje się dotkniętą?! Więcej nawet! Zgaduję! Ale, niechże pani pozwoli sobie wyjaśnić powody! Cesarz tak często musi ulegać, musi liczyć się z błahemi na pozór względami! Pani cierpiała, czy pani jedna tylko?! Sądzi pani, że tak łatwo zdobyć się na odprawienie tej, którejby się chciało drogę zabiec, najczulszym uściskiem powitać!
— Bynajmniej! A dowodem, że ani jednego zaproszenia do Tuileries nie przyjęłam, że oparłam się nawet żądaniu cesarza, aby być wpisaną w poczet dam dworu — i nigdy na żadnej nie asystowałam uroczystości, chyba w tłumie pospólstwa! Dzisiaj jednak ośmieliłam się zaznaczyć, iż i mnie wolno do stóp tronu się schylić i prosić... Najjaśniejszy pan chyba nie wątpił, że nielada sprawa musiała mnie zniewolić do tego kroku...
— I dlatego mnie tu natychmiast wyprawił i załatwić życzenia pani szambelanowej polecił.
— Wielka miłościwość! Gotowabym w nią była rano dzisiaj uwierzyć!
— Pani szambelanowo! Gdybym mógł prosić o odrobinę zimnej krwi!
— Czyż nie spostrzegasz jej, panie marszałku!
— Cesarz nie mógł tej audjencji udzielić! Nie mógł! Nadewszystko audjencja taka, nie przewidziana naprzód, nie zapowiedziana, kładłaby szczególniejszy nacisk na jej charakter, co, wobec dnia wczorajszego, wobec choroby cesarzowej Marji Ludwiki, wobec rozkwitłych uczuć rodzicielskich, — dałoby powód do plotek, do domysłów, do złośliwych uwag, bodaj w całej Europie, — niekorzystne wrażenie wywarłoby na dworze austrjackim, słowem obniżyłoby ważność chwili, którą dziś, razem z urodzinami następcy, świat cały przeżywa! Najjaśniejszy pan doprawdy musi o wiele więcej pamiętać na pozory, no, i nie wolno mu dawać wątpić o mocy stanowiska cesarzowej, dziś nietylko małżonki, ale i matki!... I to, pani szambelanowo, są istotne przyczyny... a nadto, żeby niczego nie ukryć, dodam, że posyłka pani wczorajsza wzruszyła cesarza do głębi, ale zarazem napełniła obawą... Cesarz miewa czasem doradców! Żywość pani szambelanowej pozwalała niektórym obawiać się, czy zdołasz dostroić się do audjencji! To wszystko, pani jeszcze wątpisz! Mniemasz, że mogłyby być powody inne!?...
— Nie, panie marszałku! Ufam nawet, że mówisz z głębi przekonania, że wierzysz w słuszność swych racyj!
— Doprawdy, wierzę! Powiem więcej, aby przekonać panią, jak o niej cesarz pamięta zawsze! Chwila jest ważna bardzo, wymagająca skupienia się w zaciszu domowego życia, oswojenia i siebie i miljonów poddanych z przyszłym dziedzicem... Chwila ta nie może mieć żadnego zgrzytu, rozdźwięku!... W tym celu cesarzowa Józefina wczoraj odebrała rozkaz usunięcia się, wyjazdu do Szwajcarji! Mam pewność, że wymieniono równocześnie panią, cesarz atoli odrzucił podsuwaną mu myśl... a to znając jej wysoką delikatność uczuć! I nie dość tego! Mając wczoraj prawo cieszyć się widokiem syna, a zapomnieć o Bożym świecie... późno, w nocy, wezwał mnie, ile że dowiedział się o pewnych życzeniach pani szambelanowej... Otóż — Księstwo Łowickie będzie odebrane marszałkowi Davoust i oddane pani...
— Tytułem odszkodowania za straty, poniesione przez mego ex-męża w czasie pruskiej kampanji i to męża, który się ze mną pogodził?!
— Nie rozumiem, pani szambelanowo!
— To dziwne, wszak ja powtarzam tylko słowa wyrzeczone dzisiaj przez cesarza do Cambacérèsa!...
— Cóż za wiadomość!
— Ręczę, że pewno panu de Rémusat tej jedynej zdolności powtarzania odmawiać nie wolno! Zresztą te słowa obiegły już cały Paryż.
— Także panią dotyka ta nic nieznacząca pogłoska?
— Zupełnie nie obchodzi, tylko zdumiewa źle skierowana hojność! Tak, panie marszałku, mój dawny mąż poniósł stratę w czasie tej pamiętnej kampanji, ale nie taką, którąby cesarz zdolen był opłacić. Ja zaś daru nie przyjmuję, bo oń nie prosiłam! To, co posiadam, wystarcza dla mnie i dla mego syna!
— Jednakże najjaśniejszemu panu wolno...
— Nie przyjmuję! Boleję, że dziś rano nie zastanowiłam się i o mało nie zakłóciłam tych, jak powiadasz, panie marszałku, rozkwitających uczuć rodzicielskich!
— Pani szambelanowo! — napomniał tonem perswazji Duroc, postrzegłszy raptowną zmianę w twarzyczce pani Walewskiej.
— Boleję!... Tak!... Ale, ponieważ przybywasz pan, aby moją odprawioną prośbę spełnić, więc dowiedz się, że ja, w chwili rozkwitających uczuć rodzicielskich, mniemałam za słuszne dopominać się, aby syn Eleonory Dénuelle de la Plaigne nie miał w swym przybranym ojcu, kapitanie Augier, hańby, aby Eleonora i mąż jej nie byli rzuceni na pastwę skutków stoczenia się ze szczytów, na które ich kaprys wyniósł i kaprys zepchnął, aby klątwa nie zawisła nad kołyską króla Rzymskiego!
Duroc pobladł.
— Pani! Co znaczą te wyrazy? Nie pojmuję!
— Nic nadto! Eleonora Augier jest bez środków do życia, męża dzisiaj sądzą i może już wyrok, skazujący go na wypędzenie z armji, odczytują... A mały Leonek, niedoszły benjaminek dworu, został wczoraj odepchnięty przez gwardzistę od kraty Tuileries i to gdy całym jego pragnieniem było może ucałować rękę pana Constanta!
— Ależ to prawdziwa fatalność! Zaręczam pani, że natychmiast będzie ta sprawa jak najpomyślniej dla Augierów załatwiona! Pani wie, że tu cesarz nie zaniedba!...
— Będzie to zarazem spełnieniem mej najgorętszej prośby.
Duroc ujął panią Walewskę za rękę i do ust przycisnął.
— Zawsze najszlachetniejsza i zawsze pamiętająca jedynie o drugich, a nigdy o sobie!... Cesarz będzie do głębi wzruszony! Nielada zabiegać będzie musiał, aby uzyskać przebaczenie! Ale, pani szambelanowo, tem serdeczniej prosić ją śmiem, abyś raczyła dzisiaj nie odmówić mu widzenia...
— Zapomina pan, skąd przed chwilą wróciłam!
— Ach, nie o tem! Lecz tak, jak zawsze! Cesarz już tęskni! Constant około dziesiątej...
— Nie, panie marszałku! Proszę zawiadomić, aby na mnie nie czekano!
— Jakto, pani szambelanowo! Uraza!?
— Tylko brak iluzji... Dotąd, ilekroć zmierzałam ulicą Rivoli, a przesuwałam się bocznem wejściem ku galerji Djany, krzepiło mnie złudzenie, że gdybym zapragnęła, mogłabym każdej chwili zajechać pod pawilon Flory... Dziś iluzji tej mi zabrakło nagle! W pałacu Tuileries noga moja nie postanie więcej.
Duroc przeraził się i próbował przekonać panią Walewskę o niesprawiedliwości takiego oporu, szambelanowa była niewzruszoną. Duroc się zasmucił.
— Źle pani czyni! Źle bardzo!... Ani poważę się powtórzyć pani oświadczenia! Zresztą wierzę, iż pani da się przebłagać, ale słuszna rzecz, aby ten prosił, kto zawinił! Ręczę pani więc, że w takim razie... cesarz będzie tu dziś jeszcze...
— Panie marszałku, bądź pewnym, że będzie przyjęty ze wszystkimi honorami!
Książę Frioulu otworzył szeroko oczy.
— Każę natychmiast zarządzić oświetlenie pałacu...
— Pani! Przecież incognito!... Tu nikt nie może... nie powinien — tak, jak zawsze dotąd!
— To niepodobna, panie marszałku! Ulica de la Victoire doprawdy zasłużyła na taki zaszczyt, bo goszcząc tylekroć cesarza i pod numerem 29 i pod nr. 48... a spodziewając się równego szczęścia jeszcze i dla innych pałacyków, ma prawo oddać hołd majestatowi i pochlubić się honorem!
Książę Frioulu załamał ręce.
— Pani, zastanowienia! Rozwagi!
— Właśnie ona przyszła i zbyt późno może!...
— Więc pani myślisz?...
— Jutro wyjechać z Paryża!
— Opuścić te progi, do których z godziny na godzinę rwie go, ciągnie...
— Będzie można umieścić tu panią Gazzani, aby bodaj ulica nie zatraciła swej nazwy „Zwycięstwa“!...
— I pani tak mało go poznałaś, że nie odróżniasz przypadkowych, przelotnych sympatyj od uczuć podniosłych, głębokich, trwałych...
— Niestety, tak! — odrzekła pani Walewska, tłumiąc drżenie głosu. — Tyle nazwisk, tyle imion, tyle stopniowań, że odróżnić nie umiem. A rachunek mój sięga tylko powrotu z pod bitwy pułtuskiej...
— Ludzi tak wielkich nie można powszednim szablonem mierzyć!
— Ja też ani mierzę, ani sądzę! Oddalam się, aby nie zakłócać rozkwitu uczuć rodzicielskich, aby nie stawać na drodze cesarzowej Marji, która podobno kocha małżonka i jest przez niego kochaną!
— Nie — nie! Mnie tego nawet słuchać nie wolno! Wiem tylko, że pani musisz przyjąć cesarza dzisiaj, musisz z nim samym mówić...
Pani Walewska zadzwoniła. Na progu stanął hajduk.
— Pozapalać wszystkie światła, podjazd dywanami zasłać, barwę odświętną dla wszystkich! Cesarz lada chwila nadjedzie! Żeby wszyscy byli na miejscach!! Prędzej!!
Hajduk, wystraszony doniosłością rozkazów, znikł pośpiesznie za kotarą...
Duroc głowę cisnął rękoma i z bolesnem zdumieniem poglądał na drgającą energją twarzyczkę pani Walewskiej.
— Bodajbym tu był nie przychodził wcale! Ależ... ja tego nie powtórzę; pani musi zostać, — pani zastanowi się, — pani nie da się powodować uniesieniu, — pani przez wzgląd na syna, — na cesarza...
— Ten jeden raz o sobie będę pamiętała!
— Ależ, pani zapomina, że bodaj by przemocą przyszło zatrzymać panią — uczynię to, choćby dla jej własnego dobra!
Pani Walewska uśmiechnęła się smutnie.
— Nie, panie marszałku! Mocy ci zabraknie! Dobrowolnie nie zostanę, a siły użyć nie będziesz mógł bo wywołałbyś to, czego on tak gorąco pragnął uniknąć, plotki i domysły! Tak trzeba, panie marszałku! Dziękuję za życzliwość, którejś mi nie skąpił! Nie przerażaj się, wspomnisz moje słowa, mój odjazd da się znieść. Zarzut niewdzięczności, który na moją głowę spadnie, ukoi, rozchmurzy oblicze! Mnie pora dawno stąd! Tyś szczęśliwszy, panie marszałku! Kochasz cesarza i masz prawo przy nim zostawać, a ja dla tych samych racyj oddalić się muszę!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.