Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


plątał się służbowy szambelan. — Ale właśnie, niema wyjątków!
— Cesarz powiedział panu, że dla mnie...
— A, broń Boże, o tem ani myśli — tylko, że wogóle wyjątków niema!...
Szambelanowa roześmiała się sucho.
Pan de Rémusat chciał ratować źle spełnioną misję.
— I przeciwnie! Sam, w mojej obecności, powiedział do arcykanclerza: — Muszę skrzywdzić Davousta i jego dobra oddać Walewskiemu; poniósł wielkie straty w czasie pruskiej kampanji, a od chwili, jak się pogodził z żoną, mam dlań wielkie obowiązki! — tak powiedział najjaśniejszy pan!...
Pani Walewska zagryzła do krwi usta.
— Widzi pani szambelanowa, Rémusat zawsze gotów...
— Do popełnienia niedorzeczności! — ozwał się z boku szyderczy głos.
Pan Rémusat odwrócił się i ujrzał przed sobą niedbale uśmiechniętą twarz Talleyranda.
Służbowy szambelan zmierzył hardo postać ex-ministra, na którym ciężyła chwilowa niełaska.
— Panie, co to ma znaczyć?
Talleyrand skrzywił się pogardliwie.
— Żeś dotknął panią szambelanowę, cesarza nie osłonił i napaplał tyle, że naciesz się dzisiaj swoim urzędem.
— Oho! To... moja rzecz!
— Pani szambelanowo! — zwrócił się Talleyrand do pani Walewskiej, nie zważając na odętą twarz Rémusata. — Byłbym bardzo rad być jej użytecznym...
— Tak, właśnie! — podchwycił służbowy szambelan. — Racz mnie powierzyć sprawę...
Pani Walewska ochłonęła z osłupienia, które ją opanowało przed chwilą i spojrzała wyniośle na dworaków.