Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie zwracając uwagi na wzruszenie damy, składała i strzepywała obojętnie salopę.
Dama z wpół przymkniętemi oczyma wsłuchiwała się w dalekie, przytłumione echo strzałów i mówiła półszeptem do siebie, snać nie mogąc zapanować nad potrzebą wypowiedzenia szarpiących ją uczuć.
— Stało się! Przepadło wszystko! Złe przeczucia mnie nie zawiodły! Dotąd znosił ją, jako matkę swego syna!... Talleyrand ostrzegał! Nie umiała korzystać, nie umiała zdobyć sobie stanowiska! Jeżeli teraz, w stanowczej chwili nie podyktuje żądań.. Ale nie, ja na to nie mogę pozwolić!... Rodzina ma swoje prawa, ma swoje wymagania! Zuzanno! Zmaczaj mi chustkę wódką!... Jeszcze strzelają!?...
— Strzelają!...
— Był kto dzisiaj u pani szambelanowej?
— Nikt! Kwiaty przynieśli tylko!
— Kwiaty! — powtórzyła z wybuchem dama. — Zawrotu głowy można dostać z tych kwiatów!...
— Pani szambelanowa bardzo lubi...
— Dosyć! Nie wtrącaj się do nieswoich rzeczy! Lubi kwiaty! A... Księcia Frioulu nie było naturalnie?
— Nie było, proszę księżnej pani!
— No, ja myślę!... Ale dlaczego nie znoszą pudeł, które przywiozłam?
— Pewno wzięli do garderoby!
— Tylko proszę mi nie okazywać złego humoru!
— Czyżbym śmiała...
— Pan hrabia miał noc spokojną?
— Nie wiem, piastunka ani ochmistrzyni nie pokazała się jeszcze od rana na naszej stronie!...
— Ależ to czysta komedja! Mieszkać pod jednym dachem...