Pani Walewska/Tom II/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Pani Walewska
Podtytuł Powieść historyczna z epoki napoleońskiej
Data wydania 1930
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron


IX.

Ponura noc grudniowa stalowymi uściskami mrozu przejmowała zacisze parkowe, do którego tulił się pałac walewicki, kryła w swem objęciu i srebrnośnieżne puchy trawników i lodowato perłowe brody grabów, lip i dębów i przejrzysto drżące opale brzóz i całe zimy potężnej bogactwo, całą jej kunsztowną pracę i zlała niebo i ziemię w jedną ciemń groźną, przepastną, jęczącą skargami pękających drzew.
Pałac walewicki milczał, zawarł żaluzjami otwory swych oczu, zaparł rygle i zawory, matami słomianemi osłonił szklany ganek i, zasunąwszy się w wały śniegowe, dyszał smugami leniwego dymu i spać się zdawał.
Mimo atoli te zewnętrzne pozory głuszy i pustki, dolne komnaty i korytarze pałacu zalewały strumienie światła, służba ani myślała o spoczynku, nawet potężny a dbający o siebie Baptysta był na nogach.
W izbach kredensowych i kuchniach panował rozgwar pomieszanych głosów, żywe spory między sobą wiodących, lecz w miarę, przybliżania się do pańskich apartamentów milkł, rozpływał się w nieuchwytnych szeptach, a wreszcie ledwie kryć się śmiał w wyrazistych spojrzeniach i znaczących ruchach głowy.
Uwaga służby skupiała się przy wejściu do pokojów pana Anastazego. Tu każde poruszenie drzwi, każde ukazanie się hajduka, wracającego z posługi, każdy nowy rozkaz Baptysty czy Domagalskiego dawał pole obfite do domysłów i wróżb.
Od tygodnia pan Anastazy pasował się ze śmiercią, od tygodnia z minuty na minutę spodziewano się katastrofy, od tygodnia dwóch medyków nie odstępowało chorego, od tygodnia pani Walewska spędzała dnie i noce bądź u wezgłowia szambelana, bądź w małej izdebce, przylegającej do jego sypialni.
Medycy dwakroć zapowiedzieli zgon, dwakroć uroczyście stwierdzili, wobec pani Walewskiej, swoją bezsilność lekarską i dwakroć zdumieli się, że wątły, schorowany organizm starca wypowiadał posłuszeństwo wywodom nauki i jeszcze żyć się ośmielał.
Ta niespodziewana odporność chorego aż uraziła ambicję lekarzów, którzy, zawiedzeni w swych postulatach, jęli z tłumionem zadowoleniem postrzegać, że oddech staje się coraz krótszym, coraz cięższym...
Nakoniec znów zapowiedzieli kryzys, ale, już obawiając się nowego zawodu, zgodzili się na możliwość niejakiego polepszenia.
Nocy tej właśnie szambelan stracił nagle przytomność i zaczął stygnąć, sztywnieć.
Dano znać pani Walewskiej. Szambelanowa, przerażona grobowemi minami medyków, a bardziej jeszcze półśmiertelnym stanem ex-męża ani łudzić się nie śmiała.
Panią Walewskę wyprowadzono z komnaty męża i usadzono na fotelu, w dawnej gotowalni pana Anastazego.
Szambelanowa ani opierała się, ani próbowała odgrywać roli zrozpaczonej małżonki, ani mogła, ani umiała płakać.
A mimo to żal serdeczny dławił ją, szarpał, żarł. Gotowa byłaby własnem życiem okupić panu Anastazemu zdrowie i siły. Tak, bo odniedawna wiele zmieniło się w wyobrażeniach pani Walewskiej, — bo ten, nad grobem stojący starzec, ten dawny jej mąż gderliwy, śmieszny, krzywdzący jej młodość, burzący jej śnione ideały, wtrącający ją do pustelni walewickiej, dyszący przesytem, odrażający, stał się jej jedynym przyjacielem, jedynym człowiekiem, co ani jej zapytał się nigdy, dlaczego przebywa pod dachem, którego się wyrzekła, dlaczego tu szuka schronienia, dlaczego wyrywała się raz po raz do wielkiego świata, dlaczego raptownie pędziła z Walewic do Warszawy, Wilna, Wiednia czy Paryża i dlaczego raptownie, niespodziewanie zajeżdżała przed pałac.
Pan Anastazy bywał nawet dla swej ex-żony tak obojętnym, tak pilnie strzegł odosobnienia w swych pokojach, tak rzadko i z taką wyszukaną wytwornością zdobywał się na kilkuminutowe widzenie się z panią Walewską, że snadnie możnaby to zachowanie wziąć było za niechęć, za odprawę, za pogardę.
Równocześnie jednak ten sam szambelan stał się niewyczerpanym w pomysłach, gdy szło o pamiętanie o potrzebach żony, a już podziwienia godnym w nieustannej zabiegliwości o małego Olesia.
Pani Walewska ani postrzec była zdolną nieraz, jak tajemnicze ręce, tajemnicze osoby uprzedzały każdą jej myśl, o najmniejszym nie zapomniały wydatku, każdy usuwały kłopot. Z początku nawet zgoła komu innemu przypisywała tę roztaczaną nad nią opiekę, a poznawszy źródło, jeszcze szukała dlań wytłumaczenia w dawnych urojeniach męża, w śmiesznych ambicjach! Aż przekonała się, że jedyną myślą, pragnieniem i szczęściem pana Anastazego było poglądanie na Olesia, obsypywanie go pieszczotami i nazywanie cesarską wysokością...
Pani Walewska odczuła całem sercem to postępowanie pana Anastazego i ze swej strony starała mu się wdzięczność swą okazać. I oto, choć w pałacu walewickim ten sam, co przed dwoma laty, panował rozdział między apartamentem szambelana a pani Walewskiej, choć ex-małżonkowie tygodniami nie widywali się, nie spotykali, nie rozmawiali, a przecież nigdy węzeł między nimi nie był równie silnym, nigdy pamięć obustronna równie bystrą, delikatną, rzetelną.
I teraz pani Walewskiej miało i tego opiekuna a przyjaciela zabraknąć.
Szambelanowa siedziała zapatrzona w drzwi, wiodące do sypialni męża, lada chwila spodziewając się ponurego wyroku, który może znów ją rzuci na falę, może i tę jeszcze oścień odbierze.
Boć w Walewicach była gościem tylko. I to gościem, na którego niechętnem okiem poglądała rodzina pana Anastazego. Żadnych i do niczego nie miała tu praw teraz, łaskawości zawdzięczała schronisko!!
Z Paryża wyjechała uboższą, niż doń przybyła, nie wzięła nic ze swego pałacu na ulicy de la Victoire, czego tam ze sobą nie przywiozła, odrzuciła ofiarowywane jej beneficje i została znów dobrowolnie cichą ex-szambelanową bez wpływów, bez resztek ze świetnej swej karjery, bez okruchów z pańskiego stołu.
Niebaczną, nierozsądną była może taka bezinteresowność, ale nawet i teraz nie żałowała jej pani Walewska, przeciwnie, świadomość, że niczego nigdy nie żądała dla siebie, sprawiała jej zadowolenie, uspokajała, łagodziła gorycz, którą kryła w sobie. A gorycz ta płynęła z zapomnienia, jakie ją dosięgło!
Prawda, że z Paryża wyrwała się z własnej woli, że odrzuciła przedstawienia Duroca, ale tam pozostawać nie mogła, nie była w stanie znieść obojętnie wiadomości, że jest tylko jedną z całego szeregu równoczesnych miłostek Napoleona, nie chciała syna swego chować tuż obok następcy tronu i dziecka Eleonory Augier i nie miała sił odpowiedzieć pokorą na policzek, odebrany w Tuileries. Odjechała więc. Odjechała, ani marząc, aby dla niej wróciły chwile szczęścia, chwile, w których zdawało się jej być gwiazdą króla królów, lecz odjechała zapatrzona w majestat, odjechała z modlitwą na ustach, z życzeniem, aby jej smutek nie sięgał nigdy bodaj stóp Bonapartego. I ani roić śmiała pani Walewska, by cesarz, o którym rozpowiadano wszędzie, że się stał najtkliwszym ojcem, najczulszym małżonkiem, mógł oderwać myśl od rodziny i żywić jeszcze dla szambelanowej jakieś uczucia! Pani Walewska ani uczuć tych nie pragnęła, ani odpowiadać na nie by się nie ważyła! Ale, mniemała, że niekiedy dojdzie ją z Paryża odzew przyjaźni, że wspomnienie jakieś rzuci w głuszę walewicką serdeczne słowo, że choć syn jej doczeka się zapytania...
Tymczasem, od wyjazdu ze stolicy Francji — ani bodaj echo nie wymówiło więcej jej imienia, ani kto zatroszczył się, gdzie przebywa ta, w której tylokrotnie bożyszcze czcić usiłowano!
Prawda, gdy pani Walewska, przed kilku miesiącami pojechała do Warszawy i tam z wezbranym sercem poiła się opowiadaniami o sile, potędze niepokonanej cesarza, — ambasador francuski Pradt przesadzał się dla niej w uprzejmościach, na pierwszem sadowił miejscu i służby swoje i pośrednictwo wszelkie polecał. Ba, coś nawet przebąkiwał o jakichś zapytaniach i wywiadach gabinetu cesarskiego.
I pani Walewska prawie łudziła się nadzieją, że tam, śród mrowia armji, śród ogni obozowych, z pod furkoczącego sztandaru na bonapartowym namiocie zrywa się myśl serdeczna ku niej!... Złudzenie to było tak zawrotne, że szambelanowa, rozpłomieniona do żywego, bez namysłu ruszyła do Wilna, a stąd zamierzała rwać dalej za tym, za którym moc tajemnicza wlokła ją, ciągnęła... A ciągnęła nie dlatego, aby śmiała pomyśleć, by wróciły się minione chwile, nie dlatego, aby narzucić swe sentymenty Napoleonowi, nie, lecz by chwałą jego się poić, oddychać, aby oglądać w nim nie brutalnego kochanka, lecz śnionego bohatera, wodza wodzów, rzucającego rękawicę nieśmiertelności Cezara i Aleksandra Wielkiego...
W Wilnie atoli natrafiła szambelanowa na tyły cesarskich furgonów i na zabiegliwego gubernatora Hogendorpa, który nie omieszkał zająć się tak gorliwie szambelanową, że na czwarty dzień po jej przybyciu już posiadał dokładne wskazówki z głównej kwatery. Generał Hogendorp co do joty do tych wskazówek się zastosował. Więc w pełnej gali stawił się u pani Walewskiej i doradził jej wracać do Warszawy, ile że podróż za armją naraziłaby ją na zbyteczne trudy i wywołałaby niewątpliwie domysły.
Gdy zaś szambelanowa trwać chciała przy swem postanowieniu, poczciwa twarz holenderskiego generała wykrzywiła się złośliwie, a z ust jego padła ostra uwaga: — „jestem upoważniony do oświadczenia pani, że w głównej kwaterze jest i tak już za wiele aktorek!“
Pani Walewska wróciła do walewickiego zacisza, znów dotknięta, zadraśnięta, rozgoryczona, że jej zapały potraktowano tak nizko, tak prostacko, tak grubiańsko.
I tak jej zeszły miesiące. O wielkiej armji z początku dochodziły i do Walewic gromkie echa, zakończone uroczystą wieścią, że Napoleon w Moskwie podpisuje rozkazy, aż umilkły raptownie, zginęły, przebrzmiały.
Mimo całej goryczy, która w głębi serca szambelanowej nie spoczywała w swej burzącej pracy, pani Walewska nie przestawała wielbić Napoleona. Siebie samą obwiniała o zbytnią śmiałość, a urojone, a niesłuszne dąsy, bo gdzież podobna, aby on, który w tej chwili najprzepastniejsze swe spełnia zamysły, który może aleksandrowych kohort indyjskie bada szlaki, który już dawno może z Moskwy, hen, ponad Ganges orły swe powiódł i ku Himalajom spoziera — o niej pamiętał!? Nie dość, że ją spostrzegł, że darzył sentymentem, mógłże dla sentymentu zaniechać dziejowego posłannictwa lub zniżyć swój lot do jej biednego życia!?
Tak rozmyślała pani Walewska, poglądając na oddrzwia sypialni pana Anastazego.
Naraz oddrzwia poruszyły się lekko. Przed szambelanową stanął medyk.
Pani Walewska otrząsnęła się i zagadnęła cicho.
— Jakże?!
Medyk strzepnął bezsilnie rękami.
— A no, gorączki niema... oddech równy, poty... I pan szambelan śpi w najlepsze!
— Więc niebezpieczeństwo?!
— Minęło, pani szambelanowo! Aż uwierzyć trudno! Skąd, co?!!... Opowiedzieć — nie uwierzą! Kostniał nam w ramionach, przelewał się, i... i nic! Chrapie!
— Czy aby pewnie?
— Na honor, pani szambelanowo! Dziś, przed dwoma godzinami, dałbym sobie był rękę uciąć, że agonja!...
Pani Walewska zajrzała do sypialni męża, uścisnęła rękę medykowi, zaklęła go, aby swej pieczy folgi nie dawał i uspokojona wróciła na piętro, do swoich komnatek.
Zaledwie atoli zdołała złożyć całunek na głowie śpiącego smacznie Olesia, gdy służebna wbiegła zdyszana do sypialni szambelanowej z listem w ręku.
Pani Walewska spojrzała ze zdumieniem na służebnę.
— Co to — czego!?
— List z Warszawy... — przywiózł umyślny! Od księżnej pani! Miał przykaz, że bardzo pilny!
Szambelanowa wzięła niechętnie list i na stoliku go położyła, będąc pewną, że bodaj i jutro dość będzie wcześnie na odczytanie ckliwych wyrazów współczucia dla pana Anastazego i garści plotek warszawskich.
Służebna atoli, spostrzegłszy obojętność pani Walewskiej, objaśniła konfidencjonalnie.
— Umyślny powiadał, że to okrutnie pilne! Że mu księżna pani grunt wypuścić darmo obiecała, jeżeli na czas zdąży!
— Ach, no dobrze — dobrze! Niech wypocznie — napiszę mu, że wczas przybył...
— Bo... bo to właśnie powiada, że sam cesarz Napoljon do Warszawy przyjechał!
Pani Walewska drgnęła i, nie bacząc na nieprzystojną poufałość służebnej, złamała pieczęć i zaczęła czytać.
List był zwięzły:
„Marie!“ — pisała księżna. — „Armja francuska nie istnieje! Cesarz dziś stanął w Warszawie sam z Caulaincourtem i Rustanem! Na noc jedzie na Łowicz i Drezno do Paryża, podobno po nową armję. Widziałam się z Wąsowiczem, który jedzie także! Pogrom! Pamiętałam o tobie! Jedź natychmiast do Łowicza, stań na poczcie, będą zmieniali konie. Zdążysz niezawodnie! Zaklinam cię! Masz sposobność! Ręka mi drży, gdy to piszę! Poczciwa Anetka, dała mi znać! Pradt ze swoją ambasadą ucieka. Ubierz się czarno! Pozdrów Anastazego! Najlepiej zabierz odrazu i Olesia! Okrutnie się boję o mego Antosia, czy mu się przypadek nie stał! Należy mu się legja! Późno — jadę z wizytami. Połowa zabita, a druga połowa zmarzła — reszta potonęła na jakimś moście! Okropności! Anastazemu niech aplikują koniecznie gorczycę na nogi! Nieboszczka pani wojewodzina sieradzka do śmierci jej używała. Matuszewiczowa będzie coś więcej wiedziała, bo mąż jej był u cesarza w hotelu Angielskim! Co za idea, aby panujący stawał w hotelu! Nie wierz, co opowiadają o tej artystce, to tylko było tak! Cesarz mówił o tobie nawet wczoraj z Wąsowiczem, — temu wpadła ogromnie w oko Anetka! Niech próbuje, — kiedy z panem Flahaut już zerwane!... Dwa razy brałam sole! Wszystko to podobno jest straszne. Więc jedź natychmiast. Ściska cię z całego serca, twoja nazawsze,

Jabłonowska“.

„P. S. Cesarz powiedział dziś do Pradta bon mot:„du sublime au ridicule il n’y a qu’un pas“ — bardzo trafne, — zapisz sobie, bo to się zapomina!“
Pani Walewska skończyła czytać pisanie, odłożyła je spokojnie i spojrzała na rozciekawioną twarz służebnej osłupiałym, martwym wzrokiem, — zaczem poraz wtóry list wzięła i podniosła do oczu. Po chwili znów go odsunęła i znów rozpatrywała i ku świecy przybliżała, jakby z trudnością tylko mogła coś nie coś zeń zrozumieć.
Na twarzyczkę szambelanowej darły się tymczasem zwolna ogniste wypieki, papier listu drżał, szeleściał coraz gwałtowniej, coraz głośniej, pierś pani Walewskiej spazmatycznym falować zaczęła oddechem, kąty ust w kurczowe wyginały się załamy, gdy naraz, jakaś moc targnęła szambelanową, jakaś siła podniosła hardo jej białe czoło, jakaś jasność, jakaś zimna przytomność spłynęła z jej ócz.
Pani Walewska jęła wydawać rozkazy.
Rozkazy krótkie, wyraźne, panujące nad każdym szczegółem, nie dozwalające ani sekundy wahania, ani mgnienia namysłu.
Pałac gorączkowym zawrzał ruchem.
Służebne ładowały kufry, pokojowcy ze stajennymi opatrywali sanie, a kobiercami je zaścielali, hajducy z oficyn sprowadzali kolejno ekonomów, szafarzów, aż nawet i staruszka marszałka, i podstarościch, i Baptystę, i przed szambelanową stawiali.
Pani Walewska z całym spokojem i pewnością wydawała polecenia, co i jak czynić należy pod jej nieobecność, a chorobę szambelana.
Ułatwiwszy się szybko ze służbą, pani Walewska zaszła do medyków, zapewniła się jeszcze o polepszeniu w stanie zdrowia męża, zobowiązała ich, aby krokiem nie odstępowali chorego, wspomniała coś o nagłym swym wyjeździe i o możliwym szybkim powrocie i wróciła znów na górę.
Tu ochmistrzyni otulić już zdążyła małego Olesia w kołdry, a futra i samej do drogi się zebrać.
Podczas przed pałacem zabrzęczały janczary.
Pani Walewska odziała się w salopę, obuła nogi w ciepłe ciżmy, bardzo uważnie wysłuchała relacji Domagalskiego, że choć do Łowicza droga utarta, lecz dla pewności foryś pojedzie przodem konno, żeby w zaspie nie ugrzęznąć, poczem wzięła raz jeszcze list księżnej do rąk, spojrzała na dopisek i uśmiechnęła się.
— Więc już wszystko? — zagadnęła ochmistrzyni.
— Tak! Konie czekają! Można znieść Olesia!
— Trzeba! Idę za wami!
Pani Walewska obejrzała się dookoła, jakby upatrując, czy by czego nie zapomniała i znów spostrzegła list. I jeszcze raz okiem rzuciła na bon mot — wreszcie złożyła list, schowała w zanadrze i zaczęła iść ku drzwiom.
Pani Walewska szła i zastanawiała się.
— Pojedzie! Musi jechać, musi go zobaczyć, musi przy nim stanąć. Jedzie, bo się chce przekonać, że to fałsz nad fałsze, kłamstwo, nikczemna intryga! Tak, bo on może tylko zwyciężać, bo zwycięstwo jest jego życiem, jego prawem, jego przeznaczeniem! Nie masz takiej siły, któraby mu się oparła, nie masz takiej armji, której genjusz jegoby nie złamał, nie zgniótł, nie zmiażdżył, bo rozkazuje całemu światu, bo nikt nad niego nie jest potężniejszym, bo nie było dotąd dlań ani mórz, ani gór, ani przepaści, ani rzek, ani topieli, coby mu drogę zagrodzić śmiały, szedł dokąd chciał i iść będzie tak dalej, a wawrzyny jeno deptać, a wolę swą obwieszczać, aż się spełni wszystko!... Dla niego niema dwóch dróg, dwóch losów, jedno hasło mu zostało: naprzód! Kto wszak na swych ramionach taki ciężar dźwigał, kto go za sobą porwał i powiódł, kto ziemię swą do takiej podjął ambicji, zaufania, hardości, a dumy ten ma w piersi zaklęty płomień, ten świadom jest swej mocy nad mocami, ten orlim wzrokiem sięga poza chmury, poza horyzonty jutra, poza mgły wyroków i przeznaczeń.
— On — Napoleon — pobity — złamany — upokorzony może!!!? Napoleon! — Jakby słońce mogło nie tylko zajść ale i zgasnąć, jakby żar mógł ocean wypić i w przestworze go dźwignąć, jakby piorun śmiał godzić tam, skąd się począł!... A jeżeli... a gdyby?!... A gdyby wielka armja nie istniała już — gdyby?... Nie — nigdy! To fałsz, podła kpina, bluźniercza złość!... Napoleon! Toż widzi go, patrzy nań, ogląda!... Śród złoto-srebrnej czeredy, na łonie srogich bermyc grenadjerskich, błyszczących kasków i kirasów, zamaszystych czap, a wystrzelistych kil, na łonie jarzącem się od stali, żelaza, a spiżu, — stoi zadumany, ani laurami nowemi wzruszony, ani dokonaniem postanowień przejęty... i już nowe snuje przedsięwzięcia... A łan dygocze od salw wiwatowych, a łan ludzi upija się szczęsnym okrzykiem! I pół miljona żołnierzy, pół miljona bohaterów, pół miljona ramion tęgich, a piersi szerokich trzebaby na kawały rozszarpać, aby jego się tknąć, — pół miljona ciosów odparować, aby nań wyzywająco spojrzeć, — pół miljona serc zabić, pół miljonem mózgów bluznąć!
A on stoi zadumany! Pogląda, kędy się kupią tłumy złamanych nieprzyjaciół, kędy ruiny miast, gruzy bastjonów, zwaliska fortec snują woale dogasających śmiałków, kędy gromy armatnie worały potoki krwi i ciał śmiałków, krnąbrnych wrogów, porywających się do zapasów z tytanem. On pogląda zadumany — a usta jego już drżą słowami łaski, przebaczenia!...
Ponad siołem burza się zerwała! Zygzakami piorunów kraje chmury, wirami rozszalałego wichru spustoszenie sieje, niszczy, ognie roznieca, zatapia i pali, łamie, skręca, rozpłaszcza, szarpie, drze, na każdej piędzi ziemi pieczęć swą kładzie — żadnej nie da się zastanowić zaporze i dach zrywa i chatę druzgocze i gromnicę gasi... Aż ledwie odsunęła się, ledwie pioruny swe cofnęła, ledwie rąbek jaśniejszego nieba odsłoniła, już z wysokości firmamentu spogląda ku siołu smutny uśmiech, już błękitny obłoczek dobrem radby na sioło spłynąć, już promień słońca szuka, którą szczerbę najpierw zagoić, którą złamaną gałąź, który powalony kłos do życia wrócić!...
Tak samo i on, Napoleon!...
A ona idzie ku niemu, bierzy i patrzy, a jego triumfami oddycha, jego sławą się poi — i tak trwa po wsze czasy...
Służba pani Walewskiej z ochmistrzynią i Baptystą na czele długo czekała przy saniach na wyjście szambelanowej — aż wreszcie nie rozumiejąc, skąd po tym gwałcie takie nastało marudztwo, jęła nieznacznie ku komnatom pani się skradać, a wypatrywać, azali z tego nowy jaki rozkaz nie wypadnie. Te pierwsze rekonesanse nie przyniosły rezultatu. Dopiero ochmistrzyni, ośmielona grymasami Olesia, któremu coraz niewygodniej było w chustach i futrach, — wysiadła z sani, oddała dziecko piastunce, a sama udała się do komnat pani Walewskiej.
Komnaty świeciły pustką. Ochmistrzyni zajrzała tu i ówdzie, aż przypuszczając, iż szambelanowa jeszcze do medyków zeszła, zawróciła bocznym korytarzem ku części pałacu, zajętej przez pana Anastazego.
Zaledwie atoli ochmistrzyni przestąpiła próg saloniku, połączonego schodami z gotowalnią szambelana, wydała okrzyk przerażenia. Pani Walewska leżała bez zmysłów na ziemi.
Na zawołanie ochmistrzyni, zbiegła się służba, a za nią i dwaj medycy.
Panią Walewskę ułożono na posłaniu i zaczęto energicznie cucić. Szambelanowa zaczęła przychodzić do siebie.
Medycy, zarządziwszy jakiś napój, wracali na posterunek przy panu Anastazym.
Ochmistrzyni drogę im zabiegła.
— Mój Boże! Co też się to pani szambelanowej zrobić mogło?
— Phi! — odparł flozoficznie starszy z lekarzy — za godzinę będzie zdrowa.
— Czy być może!? dziwna choroba!
— Tu niema żadnej choroby! Rozumiesz pani!? Serce i koniec! Takie serce.
— Serce?!
— Zamroczy, i jak nie zabije odrazu — to tymczasem nic, bez puszczania krwi do równości wróci.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.