Strona:Wacław Gąsiorowski - Pani Walewska 02.djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


połączonego schodami z gotowalnią szambelana, wydała okrzyk przerażenia. Pani Walewska leżała bez zmysłów na ziemi.
Na zawołanie ochmistrzyni, zbiegła się służba, a za nią i dwaj medycy.
Panią Walewskę ułożono na posłaniu i zaczęto energicznie cucić. Szambelanowa zaczęła przychodzić do siebie.
Medycy, zarządziwszy jakiś napój, wracali na posterunek przy panu Anastazym.
Ochmistrzyni drogę im zabiegła.
— Mój Boże! Co też się to pani szambelanowej zrobić mogło?
— Phi! — odparł flozoficznie starszy z lekarzy — za godzinę będzie zdrowa.
— Czy być może!? dziwna choroba!
— Tu niema żadnej choroby! Rozumiesz pani!? Serce i koniec! Takie serce.
— Serce?!
— Zamroczy, i jak nie zabije odrazu — to tymczasem nic, bez puszczania krwi do równości wróci.


X.

W nielada kłopocie był imć pan Bolimowski, pocztmistrz łowicki. Od dwóch dni blisko tyle mu na głowę spadło podróżnych, tylu naraz jęło hałasować, a domagać się koni, że ani sposobu nastarczyć, a tu w dodatku mróz trzaskający, że co która czwórka powróci z wyjazdu, to aż lodem porasta. W stajni już trzech było zakulałych, a dwa zołzujące — tak, że co się pocztyljon przywlecze, to aż strach bierze na koniska spojrzeć. Takiej zimy bodaj jeszcze nigdy nie bywało. Gdzie dawniej! Mróz naszedł, śnieg spadł, to każdy doma siedział, chyba, że jakaś amtowa sprawa do becyrku,