Okręty zbłąkane/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział I.
MIASTO PRZEMAWIA.

Miasto, o którem będzie mowa, stanowiło jeden z największych ośrodków pewnego państwa europejskiego. Zupełnie jest obojętne dla czytelnika i dla autora, czy było to miasto francuskie, angielskie, niemieckie lub polskie, albowiem z dniem każdym wszystkie znaczniejsze osiedla ludzkie stają się coraz bardziej podobne do siebie. Nie mówi się tego o zewnętrznym wyglądzie, bo w Nowym Jorku stoją dziwaczne drapacze nieba, w Paryżu pełna polotu i natchnienia katedra Notre Dame i nagi, stalowy szkielet wieży Eiffla, w Berlinie bogate, rozlegle rezydencje Hohenzollernów, w Warszawie — urocze Stare Miasto i cytadela, gdzie moskiewscy najeźdźcy mordowali tych Polaków, którzy się ośmielali podtrzymywać w duszach braci i synów płomień miłości do kraju ojczystego.
Autor ma na myśli inne rażące podobieństwo.
Miasta tętnią gorączkowem życiem. Puls ich kilkakrotnie przewyższa normę; serce, zdaje się, zamierza wyskoczyć z ich kamiennej piersi; krew, w którą się zamienili ludzie, ni to czerwone, chyże ciałka, ni to białe, wszędzie zaglądające, mknie wartkiemi potokami, złożonemi z nieskończonych korowodów aut, pociągów, samolotów i coraz bardziej wzmaga trawiącą całe ciało miasta gorączkę.
Któż będzie spierał się o to, że tylko ilościowa różnica istnieje pomiędzy ulicą 27 Grudnia w Poznaniu lub Marszałkowską w Warszawie, a zbiegiem Fifth Avenue i 45 street w Nowym Jorku, Picadilly w Londynie i Wielkiemi Bulwarami lub Placem Opery w Paryżu. Zresztą rozpęd — ten sam i to samo tempo o wysokiem napięciu wszystkich sił żywotnych.
Najważniejsze podobieństwo, bijące w oczy, stanowi obojętność dużych, hałaśliwych, bogatych, rozpętanych w biegu miast dla nędzarzy, dla słabych i upadających ze znużenia, a jednocześnie najżywsze, niemal brutalne zainteresowanie się każdym człowiekiem, który nagle wybił się ponad tłum i od tego tłumu nic dla siebie nie żąda.
Tak też się stało w tem bezimiennem mieście, od którego autor rozpoczyna swoją opowieść.
Od kilku dni wszędzie rozpowiadano i wypytywano o Pitta Hardfula. Mówiono o nim wciąż i robiono najróżniejsze, nieraz zgoła fantastyczne domysły w bankach, w zarządach towarzystw akcyjnych i okrętowych, na nudnych zebraniach towarzyskich i na koncertach dobroczynnych.
Imię Pitta Hardfula raz po raz padało w biurach komisarzy policyjnych i po wspaniałych restauracjach, gdzie dla dobrego trawienia pokrzepiano ducha plotkami i drwinami ze wszystkiego i ze wszystkich; szeptano o Hardfulu po kątach ciemnych, cuchnących rybą i czosnkiem tawern portowych, gdzie tłoczyli się zawsze ponurzy i źli karownicy, marynarze i lud bezrobotny, zrozpaczony i zatroskany tak bezmiernie, a tak beznadziejnie, że nieraz sprzedawał ostatnią bluzę, aby pociągnąć duży łyk odurzającego alkoholu i chociaż przez godzinę zapomnieć o zapłakanej twarzy żony, o bladych, drżących wargach głodnych dzieci, na które czatowała śmierć, towarzyszka nieodstępna i wybawicielka miłosierna wszystkich nędzarzy całego świata.
Pitt Hardful stawał się najpopularniejszym człowiekiem wielkiego miasta, drażnił, zaciekawiał, wyprowadzał z równowagi, budził zawiść i nadzieję.
Opowiadano o nim nieskończone, mgliste a jeszcze bardziej otaczające go tajemniczością historje, których liczba rosła z każdym dniem.
Tymczasem z niezbitą pewnością wiedziano o nim tyle tylko, że przybył z północy, chociaż nie był Skandynawczykiem, że włożył do najsolidniejszego banku ogromną sumę w złocie i otworzył rachunek bieżący, że kupił sobie piękną willę za miastem i samochód dobrej marki, że w krótkim czasie rozejrzał się na giełdzie i za tanie pieniądze zgromadził w swoich rękach niemal wszystkie akcje pewnego przedsiębiorstwa, które stanęło w obliczu niechybnej plajty, gdy nagle otrzymało jakieś zamówienie rządowe i odrazu odżyło, wzbogacając zarazem Pitta Hardfula, swego faktycznego właściciela.
Dowiedziano się też wkrótce, że tajemniczy przybysz był marynarzem, bo jego sługa, czy towarzysz, — rudy jak płomień, wyga, Juljan Miguel, tytułuje Pitta Hardfula, kapitanem lub sztormanem.
Dziwiono się, że oprócz banku, zarządu wspomnianego przedsiębiorstwa i kościoła, nieznany przybysz nigdzie nie bywał, siedząc w swojej willi lub odbywając dalekie przejażdżki samochodem.
Reporter jednej z najruchliwszych gazet usiłował wydobyć jakieś sensacyjne szczegóły od dyrekcji banku i fabryki, lecz ci panowie, podziwiając handlowe zdolności Pitta Hardfula, nic więcej o nim nie wiedzieli.
Poinformowany o niepowodzeniu kolegi, reporter konkurencyjnego dziennika wpadł na pomysł zrobienia wywiadu u proboszcza kościoła, do którego każdego ranka uczęszczał tajemniczy człowiek.
Ksiądz, uśmiechnął się radośnie, oznajmił, że dobrze poznał pana Hardfula i może twierdzić, że jest on prawdziwym chrześcijaninem, mającym jak najlepsze i najsprawiedliwsze zamiary na przyszłość.
— Jakież to zamiary? — spytał bez żadnej oględności reporter i poślinił już ołówek, lecz natychmiast opuścił go i ze źle ukrytą ironją i niechęcią spojrzał na proboszcza, bo ten ręce złożył pobożnie i odparł spokojnie:
— Szlachetny ten człowiek przyrzekł mi, że odrestauruje boczną kapliczkę z ołtarzem „małej świętej“ — Teresy z Lisieux! Taki jestem teraz szczęśliwy!
Pitt Hardful pozostawał wciąż tajemniczym cudzoziemcem, chociaż całe miasto patrzyło na niego miljonem oczu, bacznych a zawsze nieprzychylnych, podpatrujących i krytykujących.
Tajemniczość, otaczająca nowego obywatela miasta, zgęściła się jeszcze bardziej po pewnym wypadku.
Wspomniany już rudy Miguel odwiedził pewnego razu dużą tawernę, zawsze zatłoczoną pijącą, grającą w karty i kości lub wprost gwarzącą gawiedzią, wśród której przypadkowo znalazł się klerk jakiegoś banku.
Piegowaty Miguel, gestykulujący zawzięcie i wyraziście, zawsze roześmiany, popijał coś mocnego w towarzystwie kilku majtków.
Nagle jeden z nich zawołał:
— Powiodło ci się, żeś pływał z Pittem Hardfulem, Migu!
Miguel zaśmiał się jeszcze głośniej i odparł:
— Biały kapitan byle kogo nie brał ze sobą na tę pływankę! Ho, ho! Musiałem świadczyć swojem słowem za każdego. Kapitan wie, że ja go nie zdradzę i zawodu nie sprawię!
— Gdzieżeś, Migu, poznał Hardfula? — rozległy się pytania.
Rudy wyga spoważniał i przenikliwym wzrokiem zajrzał kompanom w oczy.
Po chwili skrzywił grube wargi w uśmiechu i rzekł wymijająco:
— Poznaliśmy się właśnie w tem mieście...
— Gdzie? — pytano Miguela.
— Na ulicy... na tej, która jednym końcem zaczyna się przed bramą pałacu prezydenta państwa, a drugim opiera się o mur więzienia...
— Gadasz zagadkami, przyjacielu! — wołali zawiedzeni słuchacze.
— Przepraszam... — wtrącił nagle pytanie siedzący przy sąsiednim stoliku chudy jegomość o posępnej, znudzonej twarzy i bystrych, świdrujących oczkach. — Przepraszam, czy ta znajomość została zawarta bliżej pierwszego, czy też drugiego ze wskazanych przez szanownego pana punktów?
Miguel szybko zwrócił piegowatą, zawadjacką twarz ku nieznajomemu i nagle parsknął śmiechem, wołając na głos:
— To pan, panie Pink, jeszcze drepcesz po tej ziemi? Przyjechałem tu właśnie z jedynym zamiarem sprawienia sobie tej przyjemności, aby złożyć wieniec na grobie tak czcigodnej i wielce pożytecznej osoby.
Chudy jegomość uśmiechnął się uprzejmie i poruszył cienkiemi wargami, szepcząc jakgdyby w zachwycie:
— Poznałbym pana zawsze, Juljanie Miguel, chociażbym dreptał na tym padole jeszcze sto lat, ma pan...
— Tak, czerwoną czuprynę — wtrącił Miguel.
— Nie! Ma pan tyle szczerej wesołości w głosie, ruchach i w błyskach oczu — objaśnił chudy jegomość, składając ręce tak, jakgdyby miał zamiar uciąć sobie dłuższą pogawędkę z dobrym znajomym.
W tej chwili jednak, Miguel pochylił mu się do ucha i szepnął:
— Poznałeś mnie, stary filarze więzienny? Opowiedz swemu pryncypałowi — temu opasłemu Alwinowi Swenowi, żeś spotkał jego dawnego pupila, Juljana Miguela, który w więzieniu waszem znany był jako nr. 253, a nie stulaj pyska, bo możesz gadać, kogoś dziś poznał w tawernie „Czarnej Mewy“. Papiery, sumienie i ręce mam czyste, a do tego książeczkę czekową na własne nazwisko, panie Pink, więc ani granatowe mundury, ani dozorcy więzienni nic już na mnie nie zarobią. Gadaj, gadajże sobie, ile się zmieści, dżentelmenie!
— Hm... hm... — mruczał Pink, macając wzrokiem każdą zmarszczkę na twarzy Miguela, każdy włos i każdy guzik jego tużurka. — Jeżeli pan już tak łaskaw dla mnie, to chciałbym wiedzieć, kim jest ów tajemniczy Pitt Hardful?
— Zawołaj pan kata i każ się powiesić! — zaśmiał się Miguel i jął żegnać marynarzy, nie skinąwszy nawet w stronę wpatrującego się weń chudego, posępnego jegomościa.
Wtedy to po mieście gruchnęła wieść oszałamiająca, że sługą, a raczej powiernikiem i przyjacielem Pitta Hardfula, jest zbrodniarz, który odbył karę w więzieniu.
W społeczeństwie, które starannie udaje chrześcijan, zerwała się burza. Najbardziej szanowani w mieście obywatele z pianą na ustach krzyczeli:
— Teraz wszystko się wyjaśniło! Niezawodnie Pitt Hardful jest też aferzystą, którego czyny równają się zbrodni, zbrodni tymczasem jeszcze nie wykrytej. Boże wielki, co to za czasy, co za moralność, co za ludzie?!
— Jakież dowody posiadamy, aby nazywać pana Hardfula zbrodniarzem? — zapytał nagle jakiś adwokat.
— Dowody! — oburzył się pewien szanowny obywatel. — Dowody są jasne, niezbite! Nikomu nieznany człowiek przybywa do naszego miasta, otwiera w najsolidniejszym banku jakiś homeryczny rachunek, coś nabywa, z nikim nie nawiązuje stosunków i ma pomocnika — dawnego aresztanta! Co za czasy?! Co za czasy?!!
Adwokat chciał dowieść, że „dawny aresztant“ może być najgodniejszym zaufania i szacunku człowiekiem, że nikt nie ma moralnego prawa zarzucać mu przeszłości i otaczać pogardą.
— Sąd usprawiedliwia, lub oskarża obywatela i członka społeczeństwa, — mówił adwokat, zapalając się coraz bardziej, — jeżeli więc usprawiedliwił go, to wszystko pozostaje w porządku, podobnie jak przydarzyło się szanownemu panu, gdy prokurator oddał go pod sąd za nadużycie zaufania klientów. Prokurator pociągał pana do odpowiedzialności, lecz sąd nie znalazł dostatecznych dowodów zbrodni w działalności jego. Pan prezes został uniewinniony i dotąd piastuje swój wysoki urząd.
— Mój panie... — usiłował przerwać drażliwe rozumowanie adwokata czcigodny obywatel, lecz młody człowiek już nie mógł wstrzymać potoku swych myśli i mówił dalej.
— Jeżeli sąd wyznacza zbrodniarzowi karę, a ten ją odbędzie, wtedy tem samem wina jego zostaje zmazana, zmyta, a oczyszczony człowiek powinien stać się i być uznanym za normalnego obywatela społeczeństwa! Jeżeli tak jest, sąd ma rację bytu, jeżeli — inaczej, sąd musi być uważany za instytucję szkodliwą i niemoralną!
— Phi! — pogardliwie wzruszając ramionami, wtrącił czcigodny pan. — Poco tyle elokwencji i ta powódź strasznych słów!?
— Dlatego, żeby nauczyć ludzi oszczędzać dobre imię bliźniego i żadnych oskarżeń bez dowodów nie rzucać! — zawołał młody adwokat i, wykręciwszy się na pięcie, odszedł od czcigodnej osoby.
— Socjalista! — syknął pod nosem urażony prezes i nieskazitelny obywatel miasta.
Jednakże zajście w tawernie miało konsekwencje. Szczegół z życia rudego Miguela wskazał prasie brukowej drogę do wyjaśnienia drażniącej zagadki.
Prasa ta nosi, jak wiadomo, togę Katona.
Nikt (na szczęście dla prasy!) nie ośmiela się zajrzeć do zwojów tej wspaniałej togi. Tymczasem czai się tam złych duchów bez liku, a wśród nich najstraszniejszy — duch brutalności. Nie ma on dla siebie nic godnego szacunku i do jednej ogólnej kloaki ciska dobre i złe czyny, zbrodnie i cnoty, życie ohydnych legowisk rozpusty i cichy, spokojny nastrój ogniska domowego, bohaterstwo mężczyzn i serce kobiety, a wszystko to nie w imię jakichś haseł szczytnych lub świetlanych ideałów, lecz w imię rozgłosu, skandalu, współzawodnictwa i plotki, zręcznie puszczonej, a pożądliwie podchwytywanej przez ulicę, łakomą wypadków i nowych wieści, chociażby najwytworniejszych i najbardziej niewiarogodnych.
Prasa brukowa szybko i ściśle wywiązała się z zadania.
Na razie zjawiać się zaczęły artykuły o budzących zaciekawienie tytułach. „Zagadka podmiejskiej willi“, „Tajemniczy Biały Kapitan“, „Wspomnienia czcigodnego Alwina Swena“, „Zawrotna karjera“ i szereg innych, niemniej sensacyjnych. Po tym wstępie dzienniki, widząc, że osoba zainteresowana milczy i nie reaguje na wyraźnie rozpoczętą przeciw niej kampanję, postanowiły wyzyskać okazję w sposób szybki i niezawodny.
Znalazło się jednak kilkunastu przedsiębiorczych reporterów, którym mimo trudności udało się kolejno odwiedzić willę Pitta Hardfula i wyrobić sobie przyjęcie przez właściciela.
Po długim oczekiwaniu w holu, gdy nieproszonym gościom już do reszty się nudziło, a zniecierpliwienie rosło, rudy, piegowaty człowiek (był to Juljan Miguel, o którym każdy reporter, jak mu się zdawało, wiedział już wszystko), uśmiechając się filuternie, wchodził i oznajmiał uroczyście:
— Kapitan prosi pana!
Przeszedłszy długą amfiladę pokojów, dziennikarz stawał przed zamkniętemi drzwiami gabinetu właściciela willi, a rudy famulus, jeszcze bardziej roześmiany, szeptał tajemniczym głosem:
— Proszę wejść...
Naprzeciw takiego gościa wychodził średniego wzrostu, barczysty mężczyzna o twarzy ogorzałej i poważnej, jakgdyby nie znającej uśmiechu. Zlekka przymrużone oczy patrzyły twardo, mocno zaciśnięte wargi świadczyły, że umieją z całą niezłomną stanowczością wymawiać: „tak“ i „nie“. Szczególnie zaś budziły niepokój ruchy tego człowieka. Mimo, że lewa ręka wisiała mu bezwładnie, miał ruchy sprężyste i silne, a jednocześnie tak opanowane wewnętrznie, że nie mogły być am o tysiączną część sekundy szybsze, ani o jeden mikron szersze.
Jeden z reporterów, który rozpoczynał karjerę życiową, jako bokser, poznał się na tem i pomyślał:
— Ten człowiek potrafi w najmniejsze poruszenie swego ciała włożyć całą siłę...
Nic więc dziwnego, że spostrzeżenia tego rodzaju nie dodawały śmiałości i nie budziły dobrej nadziei w odwiedzających Pitta Hardfula dziennikarzach.
W istocie nikomu z nich nie udała się delikatna i poufna misja, z którą przybywali, oglądając się podejrzliwie i niespokojnie.
— Czemu zawdzięczam wizytę pana? — padało twarde, zimno-grzeczne pytanie gospodarza.
Gość, nieco zmieszany, odpowiadał niepewnym głosem:
— Pan z pewnością już wie, że wokoło jego osoby nagromadziło się tyle tajemniczości, że mój dziennik pragnąłby mieć wywiad z panem, kapitanie...
Gospodarz obojętnie wzruszał ramionami i oświadczał spokojnie:
— Jutro tajemniczość może otoczyć osobę pana, panie redaktorze, lecz to nie daje powodu obcym ludziom nachodzić go w jego prywatnym domu!
— No, tak, rzeczywiście, lecz musi się pan zgodzić, że w tym wypadku sprawa przedstawia się całkiem inaczej i to właśnie prasie poniekąd daje prawo... — mruczał dziennikarz, zbity z tropu.
— Prasa nie ma żadnego prawa mieszać się do życia prywatnych osób do czasu, aż to ich życie nie zacznie zawadzać innym, lub czemś zagrażać, — przerywał Hardful.
— Po mieście właśnie krążą zdumiewające pogłoski, plotki, powiedziałbym oszczerstwa, przed któremi moje pismo chciałoby obronić pana! — ożywiał się nagle redaktor lub reporter.
Pitt Hardful zaczynał cicho się śmiać, a wtedy gościowi wydawało się, że ten dziwny człowiek wnet wybuchnie niepohamowanym gniewem.
Pitt Hardful urywał nagle śmiech i, patrząc na gościa przenikliwie, zadawał pytanie:
— Czy nie mam wyglądu człowieka, który wie, czego chce i umie upomnieć się o swoje prawa?
— No, tak, tak... — bełkotał dziennikarz, — jednak wiemy, że pismo „Głos gawiedzi“ przygotowuje sensacyjny, nie oszczędzający czci pana artykuł trzyszpaltowy... Należałoby zapobiec temu, zatrzymać druk tych enuncjacyj, uniknąć skandalicznego wręcz rozgłosu...
— Ile szpalt posiada „Glos gawiedzi“? — spytał Hardful, mrużąc oczy i mocniej zaciskając usta.
— Odliczając ogłoszenia i telegramy polityczne, — szesnaście — informował zdumiony dziennikarz.
— Mój panie redaktorze, — ze śmiechem pochylając się ku niemu, mówił gospodarz: — gdyby chciano o mnie pisać, to nawet tych szesnastu szpalt nie starczyłoby, a cóż dopiero mówić o trzyszpaltowym artykule? Drobne szczegóły, nic nieznaczące epizody, najwyżej jakiś moment z mojej dość barwnej biografji!
Tak to, nic nie wskórawszy, jeden po drugim wychodzili z willi tajemniczego kapitana redaktorzy i reporterzy, klnąc w duchu i odgrażając się brzydko.
Po wizycie u Pitta Hardfula i obejrzeniu jego osoby prasa brukowa jednak nie bardzo się kwapiła z sensacyjnemi artykułami o „białym kapitanie“ i karmiła czytelników staremi, sto razy przepitraszonemi, odegrzanemi, podsolonemi i podpieprzonemi szczegółami.
Pitt Hardful milczał i przestał przyjmować dziennikarzy, chociaż ta niespokojna brać z innych nawet miast zjeżdżać się zaczęła.
Wtedy to wybuchnęła bomba.
Lont jej podpalił jakiś nieznany, „uczciwy, śmiały pracownik pióra“ w małej, nikomu też nieznanej gazetce prowincjonalnej, noszącej pretensjonalną, jakgdyby dla pośmiewiska wynalezioną nazwę: „Prawda z lewego brzegu“.
Świstek ten, drukujący się na szarej bibule, używanej do zawijania solonych sztokfiszów i śledzi, wystąpił z sensacyjnym artykułem, zapowiadanym od trzech dni.
Artykuł nieznanego autora, podpisanego inicjałami, miał tytuł istotnie śmiały i niezwykły:
„Miljoner-kajdaniarz“ — czyż nie był to arcy-sensacyjny tytuł?! W tym to artykule nieznany bandyta pióra opisywał Pitta Hardfula, jako młodego człowieka z dobrej, szanowanej rodziny, lecz o instynktach zbrodniczych, które doprowadziły go do więzienia za okradzenie ciotki. Złoczyńca, zarejestrowany pod nr. 13, odsiedział karę w więzieniu i, wyszedłszy na wolność, zniknął bez śladu. Nikt nic o nim nie słyszał do chwili, aż zamieszkał w rodzinnem mieście, powróciwszy po kilku latach włóczęgi po świecie. Dalsze szczegóły należały już do kategorji domysłów, opartych na oświadczeniu rudego Miguela w tawernie portowej. Autor artykułu rozpowiadał, że prawdopodobnie Pitt Hardful pływał jako sztorman na statku.
— Jakiż to mógł był okręt? — zadawała pytanie „Prawda z lewego brzegu“ i natychmiast dodawała:
— Ze ściśle poufnych źródeł dowiadujemy się, że statek, dowodzony przez Pitta Hardfula, był żaglowym kutrem, trudniącym się procederem przemytniczym oraz handlem żywym towarem, dostarczanym z zapadłych portów Europy do Argentyny i Brazylji.
Bomba pękła i w mieście zawrzało, jak w ulu.
Gdyby Pitt Hardful był istotą wszystko widzącą i słyszącą, ogarnęłoby go zapewne zdumienie.
Bez wątpienia ogarnęłoby, ponieważ w całem opisywanym mieście, jak okiem sięgnąć, nie znalazłby Pitt Hardful człowieka, któryby nie dał wiary rewelacyjnemu odkryciu „Prawdy z lewego brzegu“. Należy jednak dodać, że różni obywatele różnie się do osoby Hardfula ustosunkowali.
Po tawernach, spelunkach portowych i barłogach ludu roboczego, cuchnącego potem, smołą lin, targanem pokładowej posadzki, cebulą i wódką, z uśmiechem dumy szeptano do siebie:
— Patrz — no go! Więzienna szmata, a wybił się i do zaszczytów doszedł, bo nawet gazety o nim piszą i miljonerem nazywają! Eh, gdybyśmy też tak potrafili!
Na eleganckich „fajfach“, na giełdzie, w gabinetach różnych „businessmenów“, w teatrach mówiono inaczej:
— Pitt Hardful, podejrzany kapitan jakiegoś statku mieszka wśród nas, jak równy z równymi, ba! — nawet wyższy, bo nie zaszczyca nas znajomością! Jakiś tam aresztant, galernik, który dorobił się na ciemnych sprawach olbrzymiej fortuny, śmie wywyższać się nad społeczeństwo, unikać towarzystwa! Takie typy muszą być wycofane z obiegu.
Wycofać go było jednak rzeczą trudną, bo kapitan Hardful „w obiegu“ właśnie nie był, unikając styczności ze „społeczeństwem“ i z „towarzystwem“.
Jednak ten i ów z „towarzystwa“ próbował „wycofać“ — kajdaniarza-miljonera.
Atak rozpoczął dyrektor banku, oświadczając Hardfulowi, że nie może mieć go w gronie stałych klientów swej instytucji, cieszącej się zaufaniem publiczności.
Pitt Hardful odpowiedział spokojnie i krótko:
— Doskonale, że pan dyrektor mnie uprzedził, bo właśnie wkrótce oczekuję znacznej sumy, muszę więc zawczasu dobrze ją ulokować.
Słowa kapitana posłyszał siedzący w pokoju klerk i natychmiast, zagwarantowawszy sobie komisowe wynagrodzenie, o tak ważnej rozmowie powiadomił bank współzawodniczący. Dyrektor tegoż bez zwłoki zatelefonował do Hardfula i przyjął jego wkład na lepszych warunkach, zastrzegłszy sobie dyskrecję nowego klienta.
Drugi atak przeprowadził znów dyrektor przedsiębiorstwa, którego akcje nabył był Pitt Hardful.
— Panie — rzekł uroczystym głosem dyrektor — wiadome panu okoliczności wykluczają możliwość naszej dalszej współpracy...
— Jaka szkoda! — przerwał mu Hardful. — Lecz cóż zrobić, muszę się z tem pogodzić! Proszę więc zwołać akcjonarjuszów, a ja, jako posiadacz przeważającej części udziałów, podtrzymam dymisję pana dyrektora.
Prasa, która z wszelkiemi zastrzeżeniami przedrukowała artykuł „Prawdy z lewego brzegu“, zaczaiła się, czekając na wystąpienie Pitta Hardfula.
On zaś milczał, prowadził dawny tryb życia, zachowując zupełną obojętność wobec tego, co piszą o nim dzienniki, co myśli „społeczeństwo“ i jak reagują na to wszystko „sfery towarzyskie“.
Wtedy to „Głos gawiedzi“ zadał kapitanowi nowy cios, zmuszając go do zabrania głosu.
Jakiś zacietrzewiony, głupkowaty i rozzuchwalony reporter umieścił artykuł, powtarzający rewelacje „Prawdy z lewego brzegu“ i zakończył pisaninę z patosem niezwykłym:
— Dość tego! Rzućmy rękawicę w twarz naszej przegniłej burżuazji! Biały kapitan, kajdaniarz-miljoner, Pitt Hardful, więzienna trzynastka, posiada inne nazwisko i imię: Eryk Stefan. Jeżeli wszystko, co o nim pisała prasa, stojąca na straży prawa i moralności socjalnej nie jest zgodne z prawdą, niech obali to pan Eryk Stefan, ukrywający się pod przybranem nazwiskiem „Pitt Hardful“.
Rzucono rękawicę, a ten, któremu ją ciśnięto, wlot pochwycił wyzwanie.
Cale miasto z wytężoną uwagą śledziło przebieg sprawy sądowej, wytoczonej przez Pitta Hardfula contra „Prawdzie z lewego brzegu“ i „Głosu Gawiedzi“.
Sprowadzony z Anglji znakomity adwokat bardzo logicznie oddzielił prawdę od obrażających jego klienta domysłów i, stwierdził, że Pitt Hardful, a raczej Eryk Stefan, odpokutowawszy za kratami, winę swoją odkupił rzetelnie i powrócił na łono społeczeństwa, jako zwykły jego członek[1]. Obrońca żądał wymierzenia surowej kary dziennikarzom za oszczercze wieści co do źródeł bogactwa jego klienta i za złą wolę autorów hańbiących artykułów.
Sąd okazał się na wysokości powołania i skazał pięciu pismaków na karę więzienia.
Po ogłoszeniu wyroku, który oszołomił wszystkich, adwokat wniósł nową sprawę, dowodząc, że Eryk Stefan na skutek oszczerstwa, rzuconego nań poniósł ciężkie straty materjalne i moralne.
Sąd uznał dowody adwokata i wyznaczył pokaźną sumę, którą musiały wypłacić poszkodowanemu redakcje „Prawdy z lewego brzegu“ i „Głos Gawiedzi“.
Jednak był to wyrok, rzucony w próżnię, albowiem obadwa pisma niezwłocznie ogłosiły plajtę i przerwały nić swego nędznego i nieczystego żywota.
Tak powrócił do „społeczeństwa“ i „towarzystwa“ tajemniczy „biały kapitan“, Pitt Hardful, a gdy po raz pierwszy padło jego prawdziwe imię — Eryk Stefan, wszystkim się wydało, że zagadka została wyświetlona, a tajemniczość rozwiała się na zawsze.
Późniejsze dzieje, „białego kapitana“ dowiodły, że „społeczeństwo“ i „towarzystwo“ zbytnio się pośpieszyło i że wrażenia ich były powierzchowne i nieuzasadnione.


Przypisy

  1. Młodość Eryka Hardfula została opisana w powieści „Biały Kapitan“, wydanej w Polsce, a przełożonej na 8 języków obcych. (Przyp. wydawcy).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.