Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Proszę wejść...
Naprzeciw takiego gościa wychodził średniego wzrostu, barczysty mężczyzna o twarzy ogorzałej i poważnej, jakgdyby nie znającej uśmiechu. Zlekka przymrużone oczy patrzyły twardo, mocno zaciśnięte wargi świadczyły, że umieją z całą niezłomną stanowczością wymawiać: „tak“ i „nie“. Szczególnie zaś budziły niepokój ruchy tego człowieka. Mimo, że lewa ręka wisiała mu bezwładnie, miał ruchy sprężyste i silne, a jednocześnie tak opanowane wewnętrznie, że nie mogły być ani o tysiączną część sekundy szybsze, ani o jeden mikron szersze.
Jeden z reporterów, który rozpoczynał karjerę życiową, jako bokser, poznał się na tem i pomyślał:
— Ten człowiek potrafi w najmniejsze poruszenie swego ciała włożyć całą siłę...
Nic więc dziwnego, że spostrzeżenia tego rodzaju nie dodawały śmiałości i nie budziły dobrej nadziei w odwiedzających Pitta Hardfula dziennikarzach.
W istocie nikomu z nich nie udała się delikatna i poufna misja, z którą przybywali, oglądając się podejrzliwie i niespokojnie.
— Czemu zawdzięczam wizytę pana? — padało twarde, zimno-grzeczne pytanie gospodarza.
Gość, nieco zmieszany, odpowiadał niepewnym głosem:
— Pan z pewnością już wie, że wokoło jego osoby nagromadziło się tyle tajemniczości, że mój dziennik pragnąłby mieć wywiad z panem, kapitanie...
Gospodarz obojętnie wzruszał ramionami i oświadczał spokojnie:
— Jutro tajemniczość może otoczyć osobę pana, pa-