Okręty zbłąkane/Rozdział II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Okręty zbłąkane
Wydawca Udziałowa Spółka Wydawnicza
Data wydania 1932
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział II.
W WILLI PODMIEJSKIEJ.

Po obszernej sali, oświetlonej jedyną lampą, stojącą w rogu, szybkim krokiem przechadzał się Eryk Stefan, a za nim, jak cień, sunął rudy Miguel.
Dziwne wrażenie sprawiały te dwie postacie, szybko i prawie bez szmeru poruszające się, bo gruby kobierzec zagłuszał odgłosy ich kroków.
Długo tak chodził kapitan, a tuż na nim wpatrzony w jego plecy nieodstępny sługa i przyjaciel.
Na twarzy Eryka Stefana malowała się zimna wesołość, jakieś jakgdyby drapieżne, potężne rozradowanie, lecz oczy nie zdradzały tego uczucia. Spokojne, niemal obojętne, zapatrzone były w im tylko znaną dal.
Potarłszy prawą ręką zwisające bez ruchu lewe ramię, kapitan stanął nagle, obejrzał się na stojącego tuż za nim Miguela i szepnął:
— Well! Jak widzisz, przyjacielu, powróciłem już całkowicie na łono swego społeczeństwa. Wszystko już ludziska wiedzą o mnie — i to, że okradłem ciotkę... i że nazywano mię niegdyś Erykiem Stefanem!
— Nie mogę w to uwierzyć! — także szeptem odparł rudy Juljan. — Wy, sztormanie, nie moglibyście okraść nikogo! Wasi nawet wrogowie na „Witeziu“ przezwali was „białym kapitanem“. Sam Olaf Nilsen (świeć Boże, nad jego duszą ponurą), ba nawet Ikonen, Mito, jak mi opowiadał bosman, Mikołaj Skalny, uznali was za „białego“ kapitana...
Kapitan westchnął ciężko i odparł:
— A jednak okradłem... Cóż chcesz, mój stary, w mojej sferze istnieją pewne przesądy, których ty chyba nie zrozumiesz! Było to tak! Pędząc życie lekkomyślne i, dodam, bezmyślne, zgrałem się w karty i musiałem oddać dług, który jest uważany za honorowy. Nie oddać nie mogłem, bo niema w tej sferze zwyczaju prosić o zwłokę, o spłatę częściami. Gdybym był nie oddał, wyrzuconoby mnie poza nawias „towarzystwa“. W tym okresie myśl moja była pełną przesądów i nie umiała rozstrzygnąć palących spraw stanowczo i prosto. Uważałem, że honorowy dług jest dla dżentelmena ważniejszą sprawą od moralności i ludzkiego honoru, więc ukradłem ciotce znaczną sumę, o której wiedziałem, że się znajduje w toalecie, dług spłaciłem, lecz za to właśnie trafiłem do więzienia, trafiłem zupełnie sprawiedliwie, mój kochany Migu!
— Nic o tem nie gadaliście nam, sztormanie, w więzieniu, ani na pokładzie „Witezia“! — zawołał Juljan. — Jakżeż to się stało? To ciotka wpakowała was do ula?
— Eh, nie! — mruknął kapitan. — Służąca, obawiając się zupełnie słusznie, że ciotka może ją posądzić o rabunek, doniosła policji. Wszystko zostało odrazu wykryte i — przesiedziałem wtedy razem z wami spory szmat życia za kratą, mój stary...
— No, tak, tak — to już wiem!... — szepnął Miguel. — Myślałem, że życie biedoty nie jest łatwe i proste, a teraz widzę, że i bogacze mają swoje kłopoty...
— I jakie jeszcze! — kiwnął głową, Eryk Stefan. — Można, naprzykład, wyrzucić na ulicę tysiące robotników, lecz nie wolno pozbyć się drogiego samochodu, bo to skandal, źle widziany w towarzystwie i na giełdzie.
— E — e! — przeciągnął Miguel, — tego to już nigdy nie zrozumiem...
Kapitan na nowo chodzić zaczął po sali, a za nim sunął Miguel, krok w krok, jak cień, lub jak pies przy nodze.
Eryk Stefan nie odzywał się więcej.
Zamyślił się nad czemś, a zmarszczki, jak węże leniwe, pełzły po jego ogorzałem czole.
Gdyby ludzie, którzy tak surowo oskarżali Eryka Stefana wiedzieli, o czem myślał w tej chwili, zdumieliby się bardzo i baczniej przyjrzeliby się jego obojętnej twarzy, oczom badawczym, sprężystej, barczystej postaci i tej bezwładnej ręce, którą kapitan od czasu do czasu pocierał, mocniej zaciskając wargi, bo, snać, bolała go.
Życie ludzkie jest niezgłębione i niezbadane, jak ocean.
O, może, nawet trudniej zbadać je, niż największą otchłań przepaścistą, a to dlatego, że na ocean wszyscy bidzie spoglądają jednakowo, tymczasem na życie bliźniego, a nawet najbliższego sobie człowieka, patrzy każdy inaczej, najczęściej zaś tak, jakgdyby posiadacz tego życia z innej był ulepiony gliny, stanowił istotę, pozbawioną cech ludzkich, i w każdym razie nie mogącą myśleć, czuć i cierpieć tak, jak inny bliźni ten, który zamierza poznać i zrozumieć jej życie!
Tymczasem w tej samej chwili Eryk Stefan robił rachunek sumienia, twardy i nielitościwy, nic nie ukrywający, pozbawiony krętactwa i pobłażliwości.
Zdawaćby się mogło, że oto ciężko chory człowiek sam nad sobą dokonywa niebezpiecznej operacji, zagląda do swego wnętrza, szuka źródła choroby, bada cierpienie pacjenta i jednocześnie czuje ból, nieznośny, potworny, przeszywający całe ciało i niemal pozbawiający go przytomności.
W tem mieście przeżył dwadzieścia siedem lat i, jak mu się wydawało, bezcelowo i bezdusznie. Wychował się w zamożnym domu, otoczony zbytkiem, w warunkach, które uważał teraz za wręcz zbrodnicze w swej bezmyślności i egoizmie.
Przez dwadzieścia siedem lat poznał był zaledwie środek miasta. Przedmieścia za to i brudne, wąskie, zamieszkałe przez nieznanych ludzi uliczki i zaułki, pozostawały poza granicami wiedzy i zainteresowania Eryka Stefana. Wspaniały, błyskotliwy, dobrze ułożony młodzieniec, należał do klasy, która z rokiem każdym stanowiła coraz mniejszą, ale też coraz bardziej niedostępną wysepkę w morzu ludzkiem, wyrzucającem fale z tych właśnie barłogów, przedmieść, z zakopconych, odrapanych z tynku ubogich kamienic, z wąskich, krętych uliczek, pozbawionych przewiewu świeżego powietrza i promieni słonecznych.
Widział to wszystko strojny, gładko ogolony Eryk w przelocie, ale było mu to tak obce i obojętne, że wzrok jego ślizgał się, na niczem się nie zatrzymując. Nie słyszał wrzasków dzieci obdartych, bladych, urągających mu, gdy samochód jego obryzgał je błotem, lub zasypał kurzem. Tak też było i z życiem. Znał zaledwie szczyt jego, dostępny wyłącznie dla ludzi z jego sfery.
Ludzie z małej wysepki bogaczy nie umieją wglądać w mgłę, pianę i warkliwą zwarę, kotłującą się dokoła. Z jakimś uporem myślą, że skalisty brzeg ich siedziby wstrzyma rozpęd tych rozbestwionych potęg, ryczących, powiewających rozwichrzonemi grzywami, syczących nienawiścią i smaganych wichrem ślepej i tępej zemsty.
Eryk Stefan uśmiechnął się i wzruszył ramionami.
Przyszło mu nagle do głowy, że zamożne klasy wytworzyły dla siebie osobny kodeks życiowy, stosowany tylko w sferze wybrańców. Kodeks często przyjemny, broniący indywidualnej swobody, lecz chwilami cięższy i bardziej krępujący niż najsurowsze prawo karne, stosowane do tych tam obywateli drugiego i trzeciego gatunku, do tych ponurych typów wyniszczonych mężczyzn, niechlujnych kobiet, zawsze złych i wrzaskliwych.
Kodeks klasy zamożnej stawał się chwilami jednak tak bezwzględnym i nieubłaganym, że człowiek, zamierzający zrzucić z siebie jego więzy, nie mógł znaleźć współczucia i pomocy, albowiem w ten sposób mała wysepka walczyła o swój byt, zewsząd niemal zagrożony.
Na przedmieściach panowały inne obyczaje, a z nich najlepszy — praktyczna myśl i stanowczość w jej wykonaniu.
Dobrze uposażony mechanik kolejowy, lub majster z fabryki chemicznej, tracąc posadę, nie rozpaczał, nie utyskiwał długo, lecz rozglądał się dokoła i szukał nie dogodzenia swej ambicji, lecz pracy. Mechanik stawał się rolnikiem, majster chemiczny górnikiem w kopalni fosforytów lub węgla.
Tymczasem Eryk Stefan mógł grać w karty, nie rozporządzając w tym czasie dużą sumą pieniędzy, a, przegrawszy, nie pomyślał o załatwieniu sprawy metodami nie wskazanemi w kodeksie swej klasy, nie poszedł do szczęśliwego partnera, nie ułożył się z nim o sposoby spłacenia długu, nie zaczął pracować, aby zarobić pieniądze, lecz myślał jedynie o ratowaniu honoru człowieka swej klasy i nienaruszalności jej kodeksu. Wolał się zakraść do pokoju ciotki i, wiedząc, że staruszka nie odważy się na śmiały krok, wyciągnąć z mahoniowej toaletki potrzebne dla ratowania honoru pieniążki.
Przypomniał sobie Eryk Stefan dziada swego, słynnego adwokata i radcę prawnego wielkiej światowej firmy, eksploatującej plantacje bawełny w Gabonie. Czcigodny ten starzec, wyrocznia dla całej rodziny i dla towarzystwa, przez całe życie łamał sobie głowę nad zwiększeniem zysków firmy i zwalczaniem konkurentów. Siwobrody Alfred Stefan wynalazł ciekawy sposób, który później był szeroko praktykowany. Do Gabonu zaczęto przesiedlać murzynów z Gwinei i Sudanu i zmuszać ich do zakładania drobnych plantacyj bawełny, a gdy te zaczynały prosperować, skuszono czarnych właścicieli pieniędzmi i za śmiesznie niską cenę skupiono wszystkie plantacje murzyńskie. Czarni ludzie nie wiedzieli, co mają zrobić z kilkoma setkami papierowych franków, chodzili po mieście, skupywali wodę kolońską, gramofony, mechaniczne zabawki dziecinne, które im usłużnie podsuwali biali kupcy aż, wydawszy pieniądze do ostatniego centyma, związali wszystko w tłomok, umieścili go na głowie i ruszyli do domu, mając przed sobą tysiąc lub dwa tysiące kilometrów pieszej drogi.
Alfred Stefan słynął jako „tęga głowa finansowa“, lecz Erykowi, który dawniej, mieszkając w domu rodzicielskim, tradycyjnie uwielbiał i szanował dziada, teraz wydało się, że nie mógłby bez zażenowania a nawet niechęci spojrzeć w surowe, jasne oczy starca.
Przed kapitanem stanęła, wynurzająca się z mgły przeszłości, potężna postać norweskiego sztormana — Olafa Nilsena. Był to wprawdzie dziki człowiek morza, lecz w sercu nosił poczucie prawdy i miłości, która żyła w nim, jak instynkt, podświadoma a władna.
— Olaf Nilsen! — westchnął kapitan. — Stary, wypróbowany, dziwny druh!
Eryk Stefan zmrużył oczy i wyraźnie ujrzał ogromnego Norwega, który, patrząc na niego badawczo, mówił:
— Biorę was na „Witezia“, bo potrzebny nam jest człowiek, który umiałby obronić nas przed wyzyskiem i źle stosowanem prawem...
A później?... Później z jakąż łatwością przyszło Erykowi odwieść Nilsena od nieuczciwych i sprzeciwiających się prawu pływanek półkaperskich, półbandyckich. Później on — mieszczuch, Eryk Stefan, świeżo wypuszczony z więzienia, zawładnął wszak duszą i wolą dzikiego, ponurego sztormana i właściciela „Witezia“...
Gdyby nie tajemnica tego kutra, cała załoga stałaby się posłusznem narzędziem w rękach Eryka Stefana, właśnie dlatego, że działał prosto i uczciwie.
Niestety, wśród majtków znajdowała się ukrywająca się przed mężem, starym garbusem i katem, młoda rybaczka.
Olaf Nilsen i wszyscy marynarze załogi „Witezia“ kochali się w niej, a nawet pokraczny Japończyk — Mito i „Kuk“ — Chińczyk Tun-Lee, wyciągali ku niej chciwe ręce.
Ten pęd silnych mężczyzn do młodej i pięknej kobiety zwalczył wszystko. Wybuchnął bunt...
O tak! Gdyby nie przypadkowo wynajęci w Wardo ciurowie, jacyś inteligentni i uczciwi Polacy, z pewnością Olaf Nilsen przedwcześnie poszedłby był na strawę dla ryb północnych, a i on — Pitt Hardful też, bo leżał wtedy bezwładny i nieprzytomny z przestrzelonemi płucami.
Westchnienie podniosło pierś kapitana, a wzburzona pamięć snuła przed oczyma dalsze wizje przeszłości.
Dalej wszystko poszło dobrze... prawie wszystko...
Eryk sprowadził na „Witezia“ Miguela z towarzyszami.
— Cha, cha! — zaśmiał się głośno kapitan. — Cudaczny „Kula Bilardowa“, ogromny, tatuowany Falkonet, piękny Bezimienny i wesoły, zuchwały wyrostek — Lark.. Wszyscy oni uważali go za „białego kapitana“, wierzyli mu bez zastrzeżeń, a on poprowadził ich na daleki Tajmyr po złoto i wolność. On sam, a z nim Polacy. Miguel, Kula Bilardowa, Mikołaj Skalny, ponury Olaf Nilsen i... Elza Tornwalsen bogaczami powrócili do świata cywilizowanego... Niektórzy z nich, ci, co zechcieli odkupić swoje zbrodnicze życie męką nocy polarnej i ciężką pracą, pozostali tam jeszcze i wyrywają teraz zmarzłej na kamień ziemi żółty, drogocenny metal, szacunkiem dla ludzi i uznaniem praw ludzkich budząc dla siebie uznanie wśród dzikich mongołów północnych... Olafie Nilsen, hej, Olafie Nilsen... Pocóżeś zginął, bracie?
Krew zalała twarz Eryka Stefana.
— To kolejna zbrodnia moja — mignęła mu myśl, ostra, jak cios sztyletu. — Byłem bezwzględny... zapomniałem o męce Olafa i nie chciałem myśleć o losie Elzy... Śpieszno mi było powrócić tu oto i mścić się, mścić!... A tymczasem należało dać wolność Elzie Tornwalsen, należało, bom przyrzekł to jej i Nilsenowi. Powinienem był to uczynić, bo była bezbronna! Pocóż pokochała mnie? To wikłało sprawę... Śpieszyłem się z odjazdem... Olaf, chcąc mnie wyręczyć po swojemu, jak umiał, postanowił raz na zawsze dać Elzie wolność... Widziałem go leżącego na skałach pod złomem granitowym... Fale okrywały go białą pianą, jak płaszczem bohatera.. a tuż czerniał, przywarłszy mu do nóg, potworny, kudłaty garbus... który napadł był Olafa z zasadzki i razem z nim z urwiska runął na rafy fjordu... Olafie Nilsen!... Olafie szlachetny i potężny jak skała!... Dlaczego, dlaczego zginąłeś, nie przemówiwszy do mego sumienia? Bracie!
W przedpokoju rozległ się cichy, nerwowy dzwonek.
Kapitan drgnął i natychmiast prysnęły wspomnienia.
Podniósł głowę i nadsłuchiwał.
Dzwonek odezwał się raz jeszcze, słabo, bojaźliwie.
— Idź, Migu i otwórz — szepnął Eryk. — Jeżeli to znów jakiś dziennikarz, powiedz mu, że wyjechałem do Południowej Ameryki.
— Już ja mu tam powiem! — mruknął rudy Juljan i z cichym śmiechem wybiegł z salonu.
Z przedpokoju doniosły się wkrótce urywki rozmowy. Kapitan ze zdziwieniem nadsłuchiwał. Wyraźnie słyszał głos Miguela i inny — należący niezawodnie do kobiety.
Po chwili Miguel powrócił i stanąwszy przy kapitanie, szepnął:
— Jakaś starsza pani prosi o widzenie się ze sztormanem... Powiada, że ma pilny interes i bardzo poufny...
— Starsza pani? — powtórzy Eryk. — Wprowadź ją tu... Cóż to znów za pilny i poufny interes?
Stanął na środku sali i czekał.
Po chwili weszła dama w ciemnej sukni i z czarnym welonem, opuszczonym na twarz.
Zatrzymała się na progu i drżącym głosem rzekła:
— Chciałabym widzieć pana Eryka Stefana... kapitana Pitta Hardfula...
— Do usług pani... Jestem kapitan Pitt Hardful, — odparł Eryk.
— Eryku, jakżeś się zmienił do niepoznania... zmężniał, spoważniał! — wybuchnęła dama, wyciągając ku niemu ręce.
— Od wypuszczenia z więzienia minęło sporo lat, szanowna pani, — syczącym głosem rzucił kapitan. — Życie pędziłem ciężkie i niebezpieczne... chociaż nikogo nie okradałem, ani też nie handlowałem kontrabandą lub kobietami, jak to pisały wasze dzienniki.
— Pocóż o tem wspominasz, Eryku? — zatrzepotała rękami dama. — Ja o wszystkiem zapomniałam... Nie zrobiłabym ci była nigdy przykrości, mój drogi, lecz to ta wstrętna Katarzyna udała się natychmiast do policji...
— Ciotka Iza!... — wyrwało się kapitanowi. — Przepraszam... pani Izabella Duvergne?
— Tak przyszłam powiedzieć ci, że jestem oburzona na twoją rodzinę, która żywi obawę, że zechcesz zbliżyć się do niej i nawiązać stosunki... Ja... ja gotowa jestem przyjąć ciebie, gdybyś zechciał — mówiła pani Duvergne, podnosząc welon.
— Dziękuję... pani! — syknął Eryk. — Chciałbym najpierw przeprosić panią za mój nikczemny, podły występek wtedy, gdy to wyciągnąłem z jej toalety te nieszczęśliwe pieniądze... Dotąd nie mogłem tego uczynić osobiście... Błagałem panią o przebaczenie, posyłając do niej list z więzienia...
— A jakże, a jakże! — potwierdzała stara dama. — List ten doręczono mi i natychmiast przebaczyłam ci, dowiedziawszy się, że musiałeś spłacić dług honorowy... Nie odpisałam ci, gdyż nie chciałam, aby mój list figurował na rozprawie sądowej...
— Tak... — mruknął Eryk. — Przepraszam panią, że zapytam o rzecz, mającą dla mnie pierwszorzędne i zasadnicze znaczenie...
— Ależ pytaj, kochany Eryku! — zawołała dama. — Tylko... dlaczego nie nazywasz mnie ciotką Izą?
— Objaśnię po chwili... — odpowiedział kapitan. — Najpierw muszę wiedzieć...
Potarł silnie bezwładne ramię i, marszcząc czoło, zapytał:
— O ile pamięć mnie nie myli, przed sześciu laty we wrześniu wysłałem pani z Londynu całą sumę, skradzioną przezemnie. Czy pani otrzymała przekaz, wystawiony przez Lloyd Bank?
— Istotnie! — potwierdziła natychmiast pani Duvergne. — Bank przesłał mi czek na całą sumę z procentami za ubiegłe lata.
— Doskonale! — ciągnął Eryk. — A czy pani poinformowała kogoś o tem?
— Niezawodnie! Pokazałam czek i załączony do niego twój list całej rodzinie naszej.
— No, i cóż powiedzieli ojciec i matka? — dopytywał się kapitan, zaciskając wargi.
— Powiedzieli, że bądź co bądź postąpiłeś jak dżentelmen...
— A co rzekł na to dziadek, Alfred Stefan?
Pani Duvergne pochyliła głowę i odparła tak cicho, że Eryk z trudem posłyszał odpowiedź:
— Dziadek Alfred posiada niewzruszone zasady moralne, więc okazał się nieprzejednanym.
— Cóż powiedział? — rzucił natarczywe pytanie Eryk.
— Powiedział... powiedział... że tym postępkiem nie oczyściłeś jednak rodziny z hańby, która z twej przyczyny spadła na nią, a potem dodał jeszcze: — kto wie, czy pieniądze te pochodzą z uczciwego źródła...
— Hm... hm... — mruknął kapitan. — Pochodziły z zupełnie uczciwego źródła, bo ja nie rabowałem murzynów, tylko sam pracowałem ciężko, nie oszczędzając ani zdrowia, ani własnego życia... No, ale kogo to teraz może obchodzić?! Chciałbym jeszcze wiedzieć, czy poza najbliższą rodziną, nikt nie wie, że Eryk Stefan zwrócił poszkodowanej ciotce Izabelli Duvergne zrabowane jej pieniądze?
— Nie! Na radzie rodzinnej postanowiliśmy nie rozgłaszać tego, aby nie wywlekać powtórnie tej ciężkiej sprawy, zadającej cios naszej ambicji i honorowi, — żywo odparła pani Duvergne.
— A o mojej ambicji i o moim honorze nie pomyśleliście państwo? — z suchym śmiechem zapytał kapitan, zbliżając się do sędziwej damy.
— Uważaliśmy ciebie za zgubionego dla nas na zawsze — wyjąkała pani Izabella.
Kapitan zaczął chodzić po sali. Gdy w chwilę potem zatrzymał się, twarz jego była spokojna i obojętna, oczy bez blasku i tylko usta krzywiły się chwilami w nieuchwytnym, szyderczym uśmiechu.
— Rozumiem... — rzucił dobitnie, — mieliście rację postąpić właśnie tak... wtedy... Zresztą sam, wyrzekłem się rodziny, do której już nigdy, pani Duvergne, nie powrócę. Niech tam nikt z was żadnych obaw nie żywi! Zmieniłem nazwisko... Jestem Pitt Hardful... Tak opiewają wszystkie moje, zupełnie legalne dokumenty. Nie chciałem, aby moje incognito zostało wykryte. Stało się to pomimo mojej chęci i zamiaru, lecz skoro się już stało, skoro nie jestem zgubiony na zawsze, a nawet mam zamiar odbudować własne życie, prosiłbym o umieszczenie w dziennikach stwierdzenia faktu spłacenia pani przezemnie mego długu ze wskazaniem daty tego wypadku. Proszę o to, gdyż w przeciwnym razie byłbym zmuszony uczynić to sam, a forma tego, być może, uraziłaby całą rodzinę, czego pragnąłbym uniknąć... Na tem wszystko się skończy pomiędzy nami... Teraz pani widzi, że nie mogę nazywać jej „ciotką Izą“ bo nie jest nią pani dla kapitana Pitta Hardfula!...
Kapitan nisko się skłonił przed sędziwą damą i, spojrzawszy porozumiewawczo na Miguela, wyszedł z sali, mrużąc oczy i gryząc wargi.
Gdy pozostał sam, wyprężył pierś i rozprostował barki, jak gdyby zrzucając z nich niewidzialne, ciężkie brzemię.
Szeptał do siebie, ledwie poruszając ustami:
— Nareszcie! Eryk Stefan naprawdę umarł, zginął na zawsze...
Wszedł rudy Juljan i ze śmiechem zawołał:
— Sztormanie! Ta siwa dama wypytywała mnie, czy jesteście przy zdrowym umyśle?
— A to znowu co nowego! — zdziwił się kapitan.
— Powiedziała mi pani Duvergne, że wyrzec się nazwiska Stefan może tylko pomylony — opowiadał Miguel.
— Hę? — mruknął Pitt Hardful. — Ta dama powiedziała ci to, co myślą wszyscy Stefanowie, co myśli całe miasto... Pozostaw mnie teraz, przyjacielu, samego... Muszę sobie porządnie nałamać głowę nad tem, co mam dalej robić.
Miguel bez słowa wyślizgnął się z pokoju.
Kapitan usiadł na kanapie i, zamiast pogrążyć się w myślach i rozważaniach, zaczął cicho pogwizdywać, coraz bardziej oddalając się od rzeczywistości. Zniknęły, roztopiły się w falach nieskończoności ściany domu, zanurzyło się w jakiejś cichej, nieruchomej otchłani życie całe ze wszystkiem, co je stanowiło i zamykało w stałych, twardych ramach, a więc przepadło bez śladu więzienie, włóczęga, czarny kadłub otulonego dymem „Witezia“, ohydne artykuły „Prawdy z lewego brzegu“, wystraszone oblicza pociągniętych do sądu pismaków, czarny welon „ciotki Izy“... Jeszcze chwila i łagodny bezwład duszy i ciała ogarnąłby go niezawodnie, nadpłynęłoby uczucie cichej, kojącej szczęśliwości...
Jeszcze jakieś odłamki, okruszyny, szczątki wrażeń i przeżyć krążyły przed oczami Pitta Hardfula, jeszcze jakieś szmery, przygłuszone, zamierające echa głosów tłukły się w świadomości, gdy z tych resztek wrażeń leniwie formować się zaczęły słowa i układać, w posępną pieśń, a pierwsze jej wyrazy wnet obudziły wspomnienia.
Walą w czarne, zżarte przez morze spychy — fale nigdy niesyte, ciskają się z sykiem pustynne chochoły pienne... Wyspa Lango... uśpiony, zaczajony Hadsefiord, gdzie na dnie leżą wśród raf skamieniałe korabie wikingów, gdzie rdzewieją ich ciężkie miecze, tarcze posiekane stokrotnie i zbroice walecznych najeźdźców, którzy stali się nasieniem człowieczem, zarodki honoru, żądzy i dumy rozrzucającem hojnie po ziemi całej — hen — od ujścia Senegalu aż po pustynne łachy okrytego lodowym pancerzem oceanu i po ubogie, szare i smętne pustkowia nadbałtyckich mierzei i piachów.

„Zniknęły w mgle dalekiej białe żagle wikingowej łodzi.
„Już nie słychać grania rogów i skrzypu długich, giętkich wioseł...
„Opustoszał zamek, zawarły się podwoje i umilkł mieczów szczęk...
„Na krużgankach — pustka i na szczycie baszty — cisza...“

Kapitan Pitt Hardful westchnął ciężko i czoło zmarszczył.
Słyszał tę pieśń, spokojną i posępną.
Śpiewała ją... Elza Tornwalsen, bo pieśni tej nauczyła ją siwa, wiekowa starucha Lilit, przezwana Eddą-prababką; śpiewała, bo pieśń ta była głosem jej duszy smętnej, cichej, jak toń Hadsefiordu z ukrytemi na dnie skarbami, które porwały ludziom zwara pienna, kipiel podstępna, strąd otchłanny i rafy zębate, zaczajone tam i sam.
Kapitan skrzywił się, bo za drzwiami rozległy się kroki służącego — wesołego, gadatliwego Francuza.
— Kapitanie, terminowy telegram do pana! — zawołał, wbiegając do pokoju.
Pitt Hardful rozerwał złożony blankiet i odczytał:

„Dziś zakotwiczyłem „Witezia“ w Hawrze po północnej ryzie. Jutro przyjeżdżam — sprawy ważne.
Mikołaj Skalny“.

— Natychmiast zawołać tu Miguela! — krzyknął kapitan.
— Pan Juljan Miguel wyszedł na miasto, panie kapitanie, — odparł sługa i bez przyczyny zachichotał poufale.
— Do stu porwanych żagli, szukaj go tedy! — syknął Pitt Hardful, zrywając się z miejsca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.