Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wienia sobie tej przyjemności, aby złożyć wieniec na grobie tak czcigodnej i wielce pożytecznej osoby.
Chudy jegomość uśmiechnął się uprzejmie i poruszył cienkiemi wargami, szepcząc jakgdyby w zachwycie:
— Poznałbym pana zawsze, Juljanie Miguel, chociażbym dreptał na tym padole jeszcze sto lat, ma pan...
— Tak, czerwoną czuprynę — wtrącił Miguel.
— Nie! Ma pan tyle szczerej wesołości w głosie, ruchach i w błyskach oczu — objaśnił chudy jegomość, składając ręce tak, jakgdyby miał zamiar uciąć sobie dłuższą pogawędkę z dobrym znajomym.
W tej chwili jednak, Miguel pochylił mu się do ucha i szepnął:
— Poznałeś mnie, stary filarze więzienny? Opowiedz swemu pryncypałowi — temu opasłemu Alwinowi Swenowi, żeś spotkał jego dawnego pupila, Juljana Miguela, który w więzieniu waszem znany był jako nr. 253, a nie stulaj pyska, bo możesz gadać, kogoś dziś poznał w tawernie „Czarnej Mewy“. Papiery, sumienie i ręce mam czyste, a do tego książeczkę czekową na własne nazwisko, panie Pink, więc ani granatowe mundury, ani dozorcy więzienni nic już na mnie nie zarobią. Gadaj, gadajże sobie, ile się zmieści, dżentelmenie!
— Hm... hm... — mruczał Pink, macając wzrokiem każdą zmarszczkę na twarzy Miguela, każdy włos i każdy guzik jego tużurka. — Jeżeli pan już tak łaskaw dla mnie, to chciałbym wiedzieć, kim jest ów tajemniczy Pitt Hardful?
— Zawołaj pan kata i każ się powiesić! — zaśmiał się Miguel i jął żegnać marynarzy, nie skinąwszy nawet w stronę wpatrującego się weń chudego, posępnego jegomościa.