Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan prezes został uniewinniony i dotąd piastuje swój wysoki urząd.
— Mój panie... — usiłował przerwać drażliwe rozumowanie adwokata czcigodny obywatel, lecz młody człowiek już nie mógł wstrzymać potoku swych myśli i mówił dalej.
— Jeżeli sąd wyznacza zbrodniarzowi karę, a ten ją odbędzie, wtedy tem samem wina jego zostaje zmazana, zmyta, a oczyszczony człowiek powinien stać się i być uznanym za normalnego obywatela społeczeństwa! Jeżeli tak jest, sąd ma rację bytu, jeżeli — inaczej, sąd musi być uważany za instytucję szkodliwą i niemoralną!
— Phi! — pogardliwie wzruszając ramionami, wtrącił czcigodny pan. — Poco tyle elokwencji i ta powódź strasznych słów!?
— Dlatego, żeby nauczyć ludzi oszczędzać dobre imię bliźniego i żadnych oskarżeń bez dowodów nie rzucać! — zawołał młody adwokat i, wykręciwszy się na pięcie, odszedł od czcigodnej osoby.
— Socjalista! — syknął pod nosem urażony prezes i nieskazitelny obywatel miasta.
Jednakże zajście w tawernie miało konsekwencje. Szczegół z życia rudego Miguela wskazał prasie brukowej drogę do wyjaśnienia drażniącej zagadki.
Prasa ta nosi, jak wiadomo, togę Katona.
Nikt (na szczęście dla prasy!) nie ośmiela się zajrzeć do zwojów tej wspaniałej togi. Tymczasem czai się tam złych duchów bez liku, a wśród nich najstraszniejszy — duch brutalności. Nie ma on dla siebie nic godnego szacunku i do jednej ogólnej kloaki ciska dobre i złe czyny, zbrodnie i cnoty, życie ohydnych legowisk