Ogień wykrzesany/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ VI.

Tej nocy Nesser nie mógł usnąć. Nie rozbierając się, usiadł na kanapie i długo pozostawał bez ruchu i bez myśli. Ocknął się, ponieważ lampa elektryczna nagle migać zaczęła. Widocznie w centrali naprawiano maszynę. Odrazu myśl jego na nowo pracować zaczęła. Jakiś mechanik coś tam odkręcił w prądnicy, a natychmiast tysiące lampek, rozrzuconych po całej dzielnicy, odpowiedziały miganiem lub nawet zgasły. Kto wie czy mechanik potrzebował koniecznie odkręcić tę lub ową część maszyny, czy może dostał nagle obłędu? Ileż przykrości, szkody, a nawet nieszczęścia mógł był spowodować taki czyn! Nikt się jednak prawdy nie dowie, bo po pierwszym już alarmie wnet wszystko zostanie naprawione — śruby podciągnięte, zużyta albo uszkodzona część zastąpiona nową. Od czegóż jest technika, doskonała, współczesna wynalazczość, ujarzmiająca niemal całą naturę?! Chełpi się tem pyszny i dumny człowiek — zdobywca!
Czcin się jednak chełpi? Chodzi, jak paw z rozpuszczonym ogonem, jakgdyby nic tej tęczowej ozdoby tknąć i zniszczyć nie mogło. Nie myśli o tem, że którejkolwiek nocy ogarnięci nienawiścią i żądzą posiadania robotnicy postanowią ogłosić czynny sabotaż. Popsute, zniszczone kolosy o żelaznych cielskach i duszy ognistej, wykonają ostatnie, gwałtowne ruchy, niby drgawki potwornych kadłubów, i — znieruchomieją. Ha! W przeciągu miesiąca już nigdzie się nie da naprawić rewolwerów policji ani też karabinów pomagających jej wojsk. Czyż nie może powstać jakiś spisek sprzysiężonych ideologów lub obłąkańców, którzy potrafią wstrzymać bieg maszyn? Niezawodnie — nawet kultura mechaniczna nie jest zabezpieczoną od katastrofy! Istnieje ona do czasu, aż ludzkość wierzy w zbawienną rolę tego rogu obfitości wszelkiego dostatku.
O ileż bardziej należy się troskać i niepokoić o żywą olbrzymią maszynę ludzkości, złożoną z dwóch miljardów misternych, kruchych i wrażliwych kółeczek — ludzi. Wojna hula po Europie, po tym małym szmacie naszej planety, a w Indjach, w Chinach, na wyspach Melanezji, w Ameryce Południowej, w Abisynji, w murzyńskich wioskach Sudanu każdy wstrząs daje się boleśnie odczuwać. Mieszkańcy tych krajów nie znajdują już potrzebnych towarów, do których przyzwyczaił ich szukający rynków zbytu biały kupiec; w Indjach i Australji wymierają całe szczepy od dżumy i cholery, bo Berlin, Paryż i Londyn nie są w stanie dostarczyć niezbędnej ilości surowicy i środków leczniczych, a nawet część lekarzy odwołano na front, aby tam zaszywali wyprute wnętrzności, piłowali zmiażdżone nogi i ręce, wyjmowali z mózgu drzazgi kości; w Sudanie i na Hindustanie kolorowymi ludziom zagraża głód, bo najlepsi pracownicy dostali czerwone fezy i pasy, złote guziki, szare kurty i — z karabinami w ręku, śpiewając „Marsyljankę“ lub „God, save the King“, pomaszerowali do Szampanji i Flandrji, aby się stać nawozem, użyźniającym rolę białych ludzi...
— Popsuła się maszyna ludzka, zaczęła nagle pracować w innym kierunku! — ze strachem myślał Nesser. — Rozpędowe koła zawarczały niezgodnem tętnem. Zgrzytnęły, szczęknęły, wydały jęk małe, świszczące w pędzie szalonym kółeczka! Coraz więcej ich wypadać zaczęło, rozpryskiwać się i załamywać! Wspaniała maszyna, swoim turkotem od stu przeszło lat wbijająca w głowy ludzkie hasło: „nie śpij, nie wypoczywaj, pracuj!“ — zmieniła obroty swych kół, nie wytwarza już, lecz burzy, druzgocze, w pył rozbija, w nicość wtłacza. Poraniła wesołego Bergeta; zamiast wywiercać perforatorem otwory w stalowych płytach, — przedziurawiła w trzech miejscach pierś chłopaka. Kółko natychmiast wypadło, zaprzepaściło się na zawsze... Wypadając z maszyny, ostatnim obrotem zahaczyło o inne, co bezszelestnie, zgodnie sunęło obok. Usiłowało ono przez chwilę utrzymać się na swej kruchej, cienkiej, jak włosek, osi, lecz nie zdołało. Miarowy, a coraz gwałtowniejszy ruch wytrącił je z łożyska, złamał oś i wypchnął. Potoczyło się bez szmeru, jak zawsze, — pokorne i szare, aż wpadło do ciemnej czołówki na zboczach Ardennów. Tam runął na małe, zagubione kółko ciężki młot wojny. Bez jęku i zgrzytu przepadło bez śladu pośród odłamków i drzazg belek, sypkiego piasku, brudnych szmat, szańcowych faszyn, skrawków mięsa i mózgu ludzkiego. To Marja Louge... malutkie, bezszmerne, pokorne kółko, które skolei zaczepiło o tryb jego życia i nadało mu nowy, nieznany ruch. Nesserowi wydało się, że również wypada z potężnego, uzgodnionego systemu harmonijnego pędu.
Niedawno jeszcze czuł się dobrze i spokojnie, aż tu właśnie w chwili największego powodzenia los rzucił na jego drogę Marję Louge. Stała się ona dla Nessera pociskiem, nie wybuchającym, lecz przez niewidoczne kanały sączącym gaz trujący.
Udzieliła mu lęku przed samotnością. Rozumiał teraz, że nie było to ścisłem określeniem. Obawiać się zaczął nie samotności, bo przywykł już do niej i lubił ten stan, gwarantujący mu spokój. Od czasu znajomości z Marją począł się obawiać czegoś innego. Uczuł lęk przed myślą, którą oderwane, krótkie powiedzenie dziewczyny ożywiło. Stanowczo ta blada, zazwyczaj małomówna hafciarka skazała go na ciągłe myślenie, które w warunkach samotności stawało się torturą. Zastanawiało go wszystko, na co przedtem nie zwracał uwagi. Potem nie mógł już przejść obojętnie obok pozornie drobnych nawet zjawisk, jeśli kojarzyły się one w jakikolwiek sposób z tem, co podświadomie zajmowało jego umysł. Stawało się to przekleństwem, męką nie do zniesienia.
Nesser coraz częściej zamyślał się nad ostatniemi wypadkami swego życia. Niebawem zakończony został proces syntezy dwóch okresów z odłamków przeżyć i odruchów psychicznych. Niezawodnie twórcami nowego stanu duszy jego stali się pleban wiejski, ks. Chambrun, i uboga, spracowana hafciarka — Marja Louge. Ksiądz bez słów dowiódł mu, że złośliwe, cyniczne, napiętnowane szyderstwem myśli reportera, być może ujęte w innej formie i uduchowione szczerym porywem miłosierdzia, bólu i rozpaczy, istnieją w umysłach i sercach całkiem obcych mu i niepodobnych do niego ludzi, jak naprzykład, ks. Chambrun’a lub dziwacznego sanskrytologa — Gramaud’a. Gdy Nesser przyszedł do tego przekonania, same myśli jego, ustalone i sprecyzowane oddawna, nabrały nagle cech magicznych, cudownych. Zdawało mu się chwilami, że były one żywemi istotami, zakradającemi się do mózgu innych ludzi, lub też, że były jakiemiś zarodkami, spadającemi z kosmosu. Tak niespodziewane odkrycie podniosło Nessera we własnej opinji, zbliżyło go do ludzi i zmusiło do dalszych obserwacyj i dociekań.
Marja Louge mimo woli przekonała go, że nie jest on ani wybrańcem, ani też twórcą własnego życia w dowolnych jego fazach. Zrozumiał, że co, co uważał za szczęście, stanowiło źródło cierpienia dla innych. Samotność epikurejczyka — egoisty i samotność ubogiej, brzydkiej hafciarki — jednakie w przejawach zewnętrznych — były dwoma biegunami. Szczęście i nieszczęście, samolubna rozkosz spokoju i — ucieczka przed samotnością do prostytucji lub samobójstwa. Rozwiał się wówczas urok samotności, a potem zjawiła się chęć ochronienia przed nią Marji i początkowo słabe, a wkrótce — coraz wyraźniejsze poczucie ciężaru jałowego, nędznego samolubstwa. Instynktownie zaczął szukać ludzi, przyglądać im się bacznie, chociaż wciąż jeszcze — podejrzliwie. Zdumiał się, uświadomiwszy sobie, że wrodzone mu zdolności analityczne i obserwacyjne nagle się przytępiły. Na przeszkodzie stawało mu zwykle jakieś cierpienie, ciążące nad życiem badanej ofiary, a myśl tymczasem kreśliła coraz szerszy krąg, ogarniając całokształt zjawiska, aż dochodziła do najodleglejszych kresów państwa, społeczeństwa, nawet ludzkości, w której już wszystko się zgubiło.
Swoją mękę i nieustającą pracę mózgu zawdzięczał więc Marji Louge i księdzu Chambrun! To oni popchnęli go na niebezpieczny, wystawiony na ogień artylerji niemieckiej obserwacyjny punkt, ażeby naocznie się przekonać i sprawdzić, czy kapitan Langlois mówił prawdę; to oni podszepnęli mu, aby pod kulami wynosił z bitwy brodatych Bawarczyków; oni też zmusili go, aby, spoliczkowawszy kozaka, stał potem spokojnie wprost przed lufą jego rewolweru! O! Oni byli dla niego ziemi chyba genjuszami, nauczywszy go sztuki współczucia, miłosierdzia, przekształcenia myśli w czyn, którego chciałby uniknąć, lecz teraz już nie mógł, bo w nieznanych skrytkach jego serca znalazły się resztki łez, które dławiły go i paliły przed trupem pułkownika Brice’a! Oni jedni potrafili wywołać w nim namiętną rozpacz na zoranem polu, gdzie pomiędzy odwalonemi skibami tak wygodnie ułożył się rudy Wells, zapatrzony zimnym wzrokiem w niebo, choć ono mętne było, a na niem wykwitały białe obłoczki pękających szrapneli.
Ksiądz Chambrun i Marja jakgdyby ujęli go za rękę, podprowadzili do całej ludzkości i z uśmiechem łagodnym szepnęli mu do ucha:
— Patrz, to — rodzina twoja! Nie jesteś samotny!
Powoli doszedł był do zrozumienia, że każdy człowiek, czy to arystokratyczni Langlois i Brice, czy syndykaliści Mollin i Bluot, czy oszalała z rozpaczy matka niemieckiego oficera i stary robotnik w dziurawym kapeluszu, czy olbrzymi Senegalczyk i ten mały, jak dziecko, cieszący się ze swej ciężkiej rany, piechur rosyjski — wszyscy mogą w równej z nim mierze, odczuwać radość i cierpienie, myśleć o tych samych rzeczach i do jednego z nim dochodzić wniosku. Przerażała go ta mnogość jednakich uczuć i myśli, czyniła z niego część jakiegoś niezmiernego ogromu, posiadającego siłę tytanów i więzy tytanów. Gdzieś w głębi świadomości płonąć zaczęła i drażnić go łuna protestu, aż wyłoniły się z niego poczucie jakiegoś obowiązku i mgliste jeszcze, ale żądające już czynu, nieustępliwe pragnienia.
Myśli jego przerwał zegar. Wybiła godzina 6-ta.
Nesser wstał, obmył głowę i twarz zimną wodą, przebrał się i wyszedł na miasto.
Zdziwiona portjerka spytała go o zdrowie.
— Dziękuję — odparł — czuję się zdrów, lecz nie mogłem usnąć. Muszę się przejść...
Ociężałym krokiem doszedł do parku Luksemburskiego.
Przed bramą wyprzedziła go gromada chłopaków. Z wesołemi okrzykami biegli, niosąc dużą piłkę nożną. Przyszli sportsmeni zamierzali oddać się treningowi przed rozpoczęciem lekcji.
Na widok chłopców Nesser przystanął. Namyśliwszy się, poszedł dalej ulicą Vaugirard.
Przypomniał sobie małego chłopaka z żałobną opaską na rękawie. Nie mógłby przecież odpowiedzieć na natarczywe, niemal groźne pytanie jego, dlaczego nie zabija lub nie pada ranny na froncie, gdzie już świeżą trawą porósł kopiec nad pułkownikiem — ojcem chłopca.
Machnął ręką i przystanął. Nie wiedział, co ma dalej ze sobą począć. W pobliskich kawiarniach kelnerzy ustawiali stoły i zamiatali podłogę. Spostrzegł otwartą mleczarnię. Usiadł przy stoliku, okrytym papierem, wypił miseczkę kawy i kazał podać sobie dzienniki. W małej salce oprócz Nessera i woźnych z banku, nikogo już nie było. Stałą klientelę zakładu stanowili robotnicy, udający się przed 6-tą do roboty. W południe wpadały tu midinetki na szklankę mleka i omlet, wieczorem — pracownice większych zakładów i sklepów znów na mleko, omlet, czasem — na porcję szynki z marynowanemi jarzynami dla dekoracji. Przerzuciwszy „Matin“ i jeszcze jakiś bulwarowy świstek, Nesser wiedział już, co się dzieje na wojnie.
Obie gazety omawiały bohaterski atak 152-go pułku piechoty francuskiej pod Vieil-Armand i powodzenie Anglików na odcinku Neuve-Chapelle. Wymienione bitwy miały jednak lokalne znaczenie i nie stanowiły żadnego zwrotu w ogólnej sytuacji. Wojna nie wychodziła z fazy okopowej, gdzie wszystko zależało od ilości żelaza, ciskanego przez artylerję.
— Jeden z kawałków tego żelaza zabił Marję Louge... — przypomniał sobie Nesser.
Zapłaciwszy za śniadanie, wyszedł na Boulevard St. Michel i na rogu placu de la Sorbonne skinął na taksówkę.
Narazie wymienił adres fabryki „Astra“, lecz rzucił okiem na zegar. Było kilka minut po ósmej. Julja Martin już od godziny była przy pracy.
— W hali, gdzie zapewne wmurowano wreszcie tablicę pamiątkową z nazwiskiem Marji Louge — podszepnęła natychmiast usłużna, a ciągle jątrząca go myśl.
— Proszę jechać do redakcji „Hałasu Ulicy“ — krzyknął Nesser, gdy auto przejeżdżało koło „Bullier“.
Stary szofer ze zdziwieniem się obejrzał i, mrucząc coś pod nosem, zmienił kierunek.
— Pan Benjamin Rumeur przychodzi dopiero koło południa — poinformował nowy woźny, który nie znał korespondenta. Był to stary niedołęga — kulawy i jąkający się. Młody, tęgi George poszedł niezawodnie na front.
— Chciałbym widzieć sekretarza Chalupe, — rzekł Nesser.
— Nikogo jeszcze niema! — odparł woźny, bryzgając śliną i zabawnie marszcząc twarz, jak to nieraz czynią jąkały. — Pan sekretarz przyjmuje od 11-ej dopiero. Jeżeli pan chce uzyskać audjencję u naczelnego redaktora, to proszę wpisać na tej kartce nazwisko, adres i telefon. Redakcja powiadomi pana o dniu i godzinie przyjęcia.
Nesser nie wytrzymał i parsknął głośnym śmiechem.
— Żółty „Figaro“! — zawołał i podszedł do telefonu. — Hallo! Proszę Passy N 720-31.
Po chwili Nesser mówił:
— Hallo, Rumeur! Melduje się pański syn marnotrawny — Henryk Nesser. Niech pan naczelny redaktor przyjeżdża natychmiast. Pozwalam sobie fatygować go, gdyż „nie — naczelnego“ redaktora nie zastałem w redakcji, a nawet ten hultaj Chalupe spóźnia się! Czekam na pana w redakcji!
Ogłupiały woźny stał, jak posąg zdumienia i przestrachu.
W kwadrans po tej rozmowie, wtoczył się już do holu zdyszany, spocony pan Rumeur i z jakimś jękiem padł na pierś korespondenta.
— Nareszcie! Nareszcie! — bełkotał. — Żyję od kilku miesięcy w czarnej rozpaczy! Żadnej sensacji! Wojna pozycyjna i — basta! Ani jednej wielkiej bitwy, ani jednej ofenzywy, ani nawet przesunięcia wojsk! Moje bałwany — korespondenci nic z tego zrobić nie potrafią. Przepisują raporty dowództwa, dodają najgłupsze na świecie „ach“, „och“, „o“ — to wszystko na co stać tych kretynów! Jeżeli który z nich wywali artykuł patrjotyczny, krew mnie poprostu zalewa — taka głupia, chamska, nieszczera pisanina!
— A drogi redaktor woli obstawać za szczerością? — zapytał z uśmiechem Nesser.
— Cóż mi innego pozostaje? — wzruszył ramionami Rumeur. — Taki już ton nadał pan „Hałasowi“ i należy go się trzymać!
— Bo to się wam dobrze opłaci, redaktorze?
Rumeur mrugnął oczami, wskazując na woźnego, i szepnął:
— Nie mówmy lepiej o tem, co obaj wiemy...
— Ja jestem szczery nie dla pieniędzy i orderu, mój redaktorze — odpowiedział cichym głosem Nesser. — Na dowód przytoczę swoje feljetony ze Sztokholmu. Nie mogły one spodobać się rządowi i stojącej u władzy warstwie społecznej!
— Ach! — załamując ręce, zawrołał Rumeur. — Co panu w tej Szwecji strzeliło do głowy?! Napisać tak horendalne rzeczy! Myślałem, że pan oszalał, albo się stał anarchistą! Mój drogi, nie mogłem umieścić tych korespondencyj w „Hałasie Ulicy“. Zdobyliśmy sobie pierwszorzędną pozycję w prasie i wpływy...
Nesser milczał i uważnie przyglądał się redaktorowi. Wreszcie strzepnął palcami i powiedział z westchnieniem:
— Teraz rozumiem, że pan jest zwolennikiem szczerości... Nie będziemy już jednak więcej o tem mówić! Miałem na pana pewne widoki, myślałem, że zajdziemy razem jeszcze wyżej, niż do godności „naczelnego redaktora“ i kawalera Legji Honorowej...
— Dokąd? Dokąd? — jął skwapliwie dopytywać się Rumeur.
Korespondent spojrzał na niego pogardliwie i mruknął:
— Do Panteonu!
Rumeur zrozumiał szyderstwo i zaczął krótkiemi raczkami głaskać się po spoconej, czerwonej łysinie.
— Chodźmy do mnie, musimy porozmawiać poważnie, — mruknął.
— Ja rozmawiam tylko poważnie! — odpowiedział Nesser, idąc za nim.
We wspaniałym gabinecie naczelnego redaktora przybyło kilka mahoniowych antyków i nowy portret.
— Polegałem zawsze na panu, na jego takcie i wyczuciu rzeczywistości — zwrócił się Rumeur do korespondenta tonem wyrzutu. — Wszystko, co pan kiedykolwiek napisał, — drukowałem, nie czytając nawet. Każde słowo pana było dla mnie święte, nie podlegające krytyce. Tymczasem feljetony z Rosji, nacechowane beznadziejnym sceptycyzmem i zarzutami, skierowanemi przeciwko najpotężniejszemu aljantowi Francji, przysporzyły mi przykrości bez miary. Wdała się w tę sprawę ambasada rosyjska i wojenna misja, wzywano mnie do sztabu i, jak żakowi, kiwano palcem pod nosem. Niewiele brakowało, żeby zamknęli mój „Hałas“! W taką to chryję wpakowałeś mnie, drogi Henryku!
— Nie zamknęli jednak, jak widzę! — zauważył korespondent. — Musi pan wiedzieć, że mój raport, ostrzegający dowództwo przed zbytniemi nadziejami na Rosję, dowodził wybuchu nieuniknionej rewolucji przeciwko carowi, a potem wojny domowej przeciwko panującemu ustrojowi społecznemu. Ziści się to, o czem śpiewają w Moabicie robotnicy niemieccy: „Nikt nie pomoże wam i nic nie uratuje!“ Raport ten odesłał do Paryża nie kto inny, tylko nasz ambasador. Nie martwcie się, szefie, bo sztab, czy rząd są wam napewno wdzięczni, a te awantury i kiwanie palcem pod nosem demonstrowano jedynie dla satysfakcji rosyjskich dyplomatów.
— Och! — jęknął z jakąś ulgą redaktor. — Tylko pan, drogi Nesser, umiesz mię zawsze uspokoić, dodać prawdziwej otuchy, bo ten stary wyga Chalupe chciałby, aby mię jaknajprędzej szlag trafił, do czego, zresztą, mało brakuje!
— E-e, pożyje jeszcze redaktor, a czeka na pana nowy wydatek... — zaśmiał się Nesser.
— Jaki wydatek? — przeraził się Rumeur.
— Kolejny portret z oficerskim krzyżem, redaktorze naczelny! — odpowiedział korespondent, klepiąc szefa po kolanie.
Pan Benjamin radośnie i dobrodusznie zarechotał i, podnosząc oczy, w zachwycie szeptał:
— Mam już przyrzeczony, mam już solennie przyrzeczony... ale jeżeli... to każę tylko przemalować order, a nie siebie!
Zarechotał jeszcze głośniej, spocił się straszliwie i zatrzepotał rękami, niby zrywające się do lotu pisklę nieopierzone.
— Kiedyż będziemy mówili poważnie? — przerwał mu Nesser.
— Ach — prawda! — zawołał redaktor. — Chciałem zapytać, co pan zamierza robić dalej? Musimy za wszelką cenę ożywić „Hałas“, podtrzymać go na dawnym, wysokim poziomie!
Nesser nie odrazu odpowiedział. Namyślał się długo, a, widać, że staczał wewnętrzną walkę, czuł męczącą rozterkę, bo przybladł i pozostawał długo milczący, nasępiony.
— Chciałem wypocząć trochę, ale przekonałem się, że był to poroniony pomysł. Już nie mogę żyć bez pracy, bo opadają mię nieznośne myśli... Pojadę na front, redaktorze...
— Doskonale! — ucieszył się Rumeur. — Natychmiast odwołam swoich wałkoniów, bez pożytku pętających się po sztabach! Pan jeden odrobi za wszystkich i coś tam upatrzy dla „Hałasu Ulicy“, — jakąś bombę, racę niezwykłej jaskrawości!
— Nie wiem — szepnął Nesser. — Muszę się rozejrzeć, pomyśleć, skombinować, co wam tu potrzeba, a co ja mogę dać, bo widzicie, redaktorze, zaszły pewne... zmiany...
Urwał nagle i znowu zmarszczki zaczęły bruździć jego blade czoło.
— Co za zmiany? Przerażasz mnie, mój drogi!
— Niech się redaktor uspokoi! Myślałem w tej chwili o sprawach prywatnych.
— Może chciałbyś podwyżki honorarjów? — szepnął Rumeur. — Chociaż przeżywamy kryzys, jednak czegobym ja dla ciebie nie zrobił!...
— Nic! Nie! — zaprzeczył korespondent. — Tu nie o pieniądze chodzi... Ale pan, poczciwy Rumeur, i tak mnie nie zrozumiesz! Zapomnij pan o tem! Pojadę na front i będę się starał dawać wam „bomby“ i „race“...
Westchnął i wstał.
— Odjadę jutro wieczorem — rzekł cichym głosem, żegnając redaktora.
Cały dzień spędził na mieście. Naradzał się z oficerami w sztabie, przeglądał mapy frontów, starając się przeniknąć zamiary Niemców na najbliższe czasy. Otrzymawszy niezbędne dokumenty i listy polecające do dowódców armji, jeździł po mieście, robił zakupy potrzebnych mu na froncie rzeczy. Podczas obiadu napisał i wyprawił przez pocztę pneumatyczną kartkę do Julji Martin, prosząc ją, aby przyszła na kolację do znanej jej restauracji, gdzie bywali niegdyś z Marją. Powróciwszy do domu, przygotował się do podróży, ostatecznie ustaliwszy plan pracy i spakowawszy walizki. Wypoczywał, bo nie nurtowały go już żadne niepokojące myśli.
O ósmej spotkał się z Julją w restauracji. Dziewczyna nie mogła ukryć swego wzruszenia. Nie podnosiła oczu, usta jej drżały, a wybujała pierś falowała gwałtownie. Nesser usiłował podtrzymywać wesoły nastrój i nie wspominał o Marji Louge. Opowiadał Julji o swoim pobycie w Niemczech i Rosji, sypał anegdotkami i żarcikami. Śmiała się urwanym, krótkim śmiechem, lecz natychmiast milkła i mocniej zaciskała drżące wargi. Wreszcie przyjrzała się uważnie Nesserowi i spytała:
— Pan znów odjeżdża? Chciał się pan pożegnać ze mną?
— Tak! — odparł. — Redakcja wysyła mnie na front. Właśnie chciałem przed odjazdem zobaczyć się z panią, panno Martin.
Kiwnęła głową i znowu szepnęła:
— Wiedziałem o tem... Marja przyszła do mnie we śnie i uprzedziła...
— Stała się pani przesądną, wierzy pani w sny? — usiłował Nesser obrócić w żart powiedzenie Julji.
Znowu spojrzała na niego przenikliwie i długo.
— Przecież i pan ją widział... — powiedziała z przekonaniem. — Marja umarła z wdzięcznością w sercu dla pana i dla mnie, a teraz krąży koło nas.
— Nie czuję tego... — odpowiedział wymijająco. — W każdym razie dziękuję, że czasami myśli pani o mnie.
— Myślę o panu ciągle — rzekła, nie spuszczając z niego wzroku.
— Czemżeż na to zasłużyłem? — uśmiechnął się Nesser. — Nic dla pani nie uczyniłem... Ach, już wiem! Wdzięczną mi pani jest za to, że chcę ją koniecznie wydać zamąż i zostać wreszcie wujkiem? Na nieszczęście, wojna przeszkadza mi w zajęciu się sprawą!
Zaśmiał się wesoło i uścisnął dłoń dziewczyny. Nie cofnęła jej i patrzyła na Nessera przenikliwie, jakgdyby z wyrzutem.
— Mówi pan nie to, co potrzeba — szepnęła. — Tu przecież obok nas stoi Marja...
Nesser mimowoli się obejrzał. W małej salce nikogo już nie było, tylko właścicielka restauracji, pochylona nad kantorkiem, szeleściła banknotami, sprawdzając kasę. Milczeli długo. Wreszcie Nesser puścił dłoń dziewczyny i zapalił cygaro.
— Ech! — westchnął. — Szkoda tej biednej Marji! Jeszcze tak niedawno siedzieliśmy tu wszyscy razem...
Julja długo nie odzywała się wcale. Wreszcie złożyła ręce na stole i szepnęła:
— Często rozmawiałyśmy z nią o panu... Często... daleko częściej niż nawet o nieboszczyku Janku, za jego życia jeszcze...
Nesser spojrzał na nią pytająco.
— Tak! — potrząsnęła rudą czupryną. — Mówiłyśmy, że pan był jedynym człowiekiem, który przekonał nas, że na świecie nie jest jeszcze tak beznadziejnie podle...
Korespondent wzruszył ramionami zmieszany.
— No, wie pani! Powiedzieć coś podobnego o mnie — zawołał. — Przecież spowiadałem się już przed paniami, że jestem najpotworniejszym z ludzi — ani Bogu świeczka, ani djabłu ogarek!
Julja znowu potrząsnęła głową.
— Już ja tam wiem, co myśleć! — mruknęła — I Marja wiedziała... Ona się codzień za pana modliła... Jestem pewna, że jeżeli panu wszystko się udało — jej to sprawiła modlitwa!
— A pani to napewno nigdy nie westchnęła do Bozi na moją intencję? — zażartował.
— Ja tam nie jestem do modłów, bo nie mam w sobie pokory. Nawet Boga nie mogłabym o nic prosić — odpowiedziała poważnie, zapinając płaszczyk.
Wyszli na ulicę.
— Odprowadzę pana do domu — rzekła Julja.
Skinął głową w milczeniu i ujął ją pod ramię.
— Wie pan, dlaczego opiekowałam się Marją? — spytała.
— Z dobrego serca chyba... — odpowiedział Nesser.
— Nie! Dobre serce to — furda! Dziś — dobre, jutro — złe, zupełnie tak, jak pogoda. Opiekowałam się Marją i byłam dla niej dobrą, aby na świecie działo się sprawiedliwie.
— Nie rozumiem... — przyznał się dziennikarz.
— Bo to tak bywa... Jednemu — wszystko, innemu — nic! — rzekła. — Ja tam coś — niecoś od życia już urwałam, a ta smętna trusia nigdy nic nie miała. Pragnęłam, aby zaznała tego, co się nazywa po głupiemu — szczęściem. Bez tego nie mogłabym była Marji w oczy spojrzeć! Zdawało mi się, że ją okradłam. Każdy człowiek musi doznać szczęścia, aby w chwili skonania nie złorzeczyć, nie przeklinać...
Nesser zamienił się w słuch. Sam miewał podobne myśli. Wreszcie zauważył:
— Dawniej wesoła, figlarna panna Martin o takich rzeczach nie mówiła...
— Nie mówiłam, a nawet nie myślałam o nich — zgodziła się. — Ale nikt z nas o sobie nic nie wie! Nie wiemy dokładnie, co jest złe, lub dobre, co — prawdziwe, a co — fałszywe, oszukańcze... Każda rzecz staje się nagle dobrą i prawdziwą, jeżeli się w nią wierzy... Czasami widzę jasno, że na świecie istnieje tyle prawd — ile ludzi, choć tymczasem nie mogę się z tem pogodzić!
Dziennikarz ze zdumieniem patrzył na smutną, zamyśloną twarz dziewczyny, a w głębi czuł już zrywającą się burzę myśli, tych najistotniejszych, żądnych niezłomnego postanowienia i szczerości czynu. Pohamował się jednak i, zaglądając w oczy Julji, rzekł z cichym śmiechem:
— Z pani to, zamiast hafciarki, — najprawdziwszy filozof!
— Pan się śmieje, — odparła, odsuwając się od ntego, — a tymczasem należałoby raczej płakać nad tem, że człowiek tak głupio żyje, nic nie widząc, nie słysząc i nie czując, niby kawał drewna lub kamień!
— Mający oczy — niech widzą, mający uszy — niech słyszą, — wtrącił Nesser. — Tak niedawno pewien ksiądz pouczał wieśniaka, gdy ten nie chciał oddać na wojnę swego syna — wesołego, pucołowatego chłopaka!
— A no, prawda! — zgodziła się dziewczyna. — Mamy uszy, oczy i jakieś tam uczucia, a wszystko śpi! Trzeba dopiero, ażeby się podwinęło coś niezwykłego, wtedy dopiero budzimy się, zaczynamy słyszeć, widzieć, rozumieć i...
— I co? — szeptem zapytał Nesser, czując dreszcz, przebiegający mu po grzbiecie.
— I — stajemy się nagle bardzo nieszczęśliwi — zakończyła Julja i westchnęła ciężko.
Nesser ścisnął jej ramię tak mocno, że aż syknęła z bólu. Z przerażeniem podniosła na niego oczy. Zbladł straszliwie, źrenice jego miotały gorące blaski, usta mu drżały.
Urywanym głosem spytał, nie patrząc na Julję:
— Ach, to i pani też?!... Cha, cha! Ileż to tej przeklętej trucizny pozostawiła nam w spadku Marja?
Opamiętał się i spojrzał na dziewczynę.
— Przepraszam panią, panno Martin!... — szepnął. — Uniosłem się, bo ja rozumiem tę mękę przejrzenia... Ot tu głęboko pali ona i gryzie!
Uderzył się pięścią w piersi i zamilknął. Po chwili jednak, zatrzymując się pośrodku chodnika, proszącym głosem mówił:
— Panno Martin! Jutro wyjeżdżam i, doprawdy, nie mógłbym pani zaręczyć, że powrócę — Noszę się z pewnemi myślami i zamiarami, czuję jakieś pragnienia — niewyraźne jeszcze i jakieś bardzo szalone... Może się tak stać, że dziś — to nasze ostatnie spotkanie... Nie mam na całym świecie nikogo, ktoby mi uwierzył, posłyszawszy o mojej udręce. Pani mnie zrozumie, bo, jak widzę, to i pani zapadła już na tę samą chorobę...
— Chorobę?...
— No, tak! — zawołał. — Czemże, jak nie chorobą, jest ta męka grzebania się we własnej duszy, szukania w nagromadzonej w niej kupie śmieci prawdziwej perły? Staliśmy się podobni do złodziei, którzy wtargnęli do garderoby teatralnej. Tysiąc przeróżnych łachmanów wsi dokoła, — płaszczów królewskich, mundurów ministrów i generałów, szat biskupich, — blichtr, szych, — jakieś ubiory nieprawdziwe, na jeden tylko raz uszyte, a tymczasem nadzy złodzieje szukają zwykłych portek, dobrej, ciepłej bluzy, pary trzewików i — nie znajdują! Chciałem prosić panią... Doprawdy, niech mi pani nie odmówi!... Pani bez obawy może wstąpić do mnie zaraz... Nie wyśpi się pani przed pracą — to prawda, ale zato przyrządzę mocnej kawy... i nagadamy się może po raz ostatni.
Silił się na uśmiech, lecz usta natychmiast skrzywiły mu się w bolesny grymas, a w oczach pojawiły się łzy, takie dziwne, obce tej twarzy zawsze szyderczej i pewnej siebie.
Skinęła głową i, nic już do siebie nie mówiąc, poszli szybko.
W hotelu Nesser usadowił Julję na kanapie i postawił kawiarkę na elektrycznym piecyku. Dziewczyna siedziała cicho i nie ruszała się. W pokoju panowało milczenie, tylko woda syczała w maszynce. Nesser wyjął z walizki dwa niklowe kubki podróżne i nalał kawy. Siadł na kanapie i bez wstępu jął rzucać gnębiące i niepokojące go myśli, nie czekając na zaprzeczenie lub potwierdzenie ich śpiesząc się i ciężko oddychając, jakgdyby doniósł wreszcie do umówionego miejsca ciężar ponad siły.
Zegar na pobliskiej wieży wybił godzinę drugą. Oprzytomniał i spojrzał na Julję. Z szeroko otwartemi oczami słuchała go, zaciskając na kolanach duże, piękne ręce.
— I cóż pani powie na to? — spytał z wyrazem zawstydzenia na twarzy. — Co pani myśli o tem wszystkiem, panno Martin?
Pokrywając swoje zmieszanie ironicznym śmiechem, dorzucił:
— Zasypałem panią lawiną swoich, zdaje się, niedorzecznych myśli i planów...
Julja milczała.
— Panno Martin! — szepnął Nesser w namiętnem prawie oczekiwaniu.
Dziewczyna wstała i zbliżyła się do niego. Ruchem łagodnym, nieśmiałym, tak niezwykłym dla jej rozrosłej, kipiącej życiem postaci, położyła mu rękę na ramieniu.
— Jutro się rozstaniemy, pewno, na długo... Chcę powiedzieć... Gdyby pan kiedyś potrzebował oddanego sobie człowieka, przygotowanego na wszystko, nie obawiającego się niczego, niech pan mi każe przyjść do siebie... Przysięgam, że nie cofnę się nigdy!...
Nesser cicho się roześmiał. Może oczekiwał innej odpowiedzi, a może nie zrozumiał znaczenia słów Julji? Mrużąc oczy, spytał:
— Czy pani powiedziała to, aby wkońcu nie zostać w samotności? Ażeby, czego się najwięcej obawiała Marja Louge, nie wyjść na ulicę?
Julja drgnęła. Twarz jej okryła się rumieńcem, oczy cisnęły iskry gniewu. Jednak stłumiła w sobie oburzenie i odparła spokojnie:
— Nie, nie dlatego! W każdej chwili mogę nie być samotną, jeżeli o to tylko chodzi. Jestem przystojna, mogłabym się dawno „urządzić“ porządnie, ba, nawet na „artystkę“ do rewji ciągnął mnie pewien facet — tam przecież potrzebne są zdrowe dziewczyska, które mogą się pochwalić pięknem ciałem. Doprawdy — nie byłabym odrzucona...
— Więc dlaczego pani to powiedziała i jeszcze jak — z przysięgą?! — spytał dziennikarz.
— Dlatego, że kocham pana... — odpowiedziała cichym głosem. — Niech pan tylko nie myśli, że chcę się panu narzucić!... Powiem jedno: gdybym nawet nie była Julją Martin — hafciarką, lecz panną z towarzystwa, to i wtedy nie zgodziłabym się nawet być żoną pana.
— Masz tobie! — zawołał zdumiony Nesser. — A toż dlaczego?
— Pan nie zna siebie! — odparła natchnionym głosem. — Pan jest takim człowiekiem, którego należy kochać, jak świętość... A cóż ja?
— A gdybym prosił panią, ażebyś została moją kochanką? — zadał nagle pytanie Nesser.
Julja śmiałym ruchem podniosła głowę i, patrząc mu wprost w oczy, odpowiedziała:
— Zgodziłabym się... Byłabym jedną z tych, którychby pan potrzebował, jako zwykły mężczyzna... Widzę przecież na toalecie szpilki od włosów i zapomnianą rękawiczkę...
Nesser nagle się zmieszał.
Wziął Julję za rękę i mówił:
— Niech pani nic myśli o mnie źle!... Powiedziałem to wszystko bardzo niemądrze. Wcale tak nie myślałem! Ja jestem tak bardzo pani wdzięczny, panno Martin, chociaż nie wart jestem dobroci pani... tymczasem... być może, wkrótce... kiedyś zasłużę na nią... Dziękuję pani z całego serca!
Pomógł jej się ubrać i odwiózł do domu. Gdy, powróciwszy, przechodził koło starego portjera, ten uśmiechnął się chytrze i zauważył:
— Piękny kawał kobiety, hm, hm!... Żeteż pan, panie Nesser, na tak krótko zatrzymał ją u siebie!
— Głupiś, mój Robercie! — odpowiedział mu dziennikarz. — Coraz bardziej się przekonywam, że siwy włos nie jest towarzyszem mądrości i cnoty...
Nazajutrz wieczorem, po różnych kłopotach, wizytach i naradach w redakcji, Nesser przyjechał na dworzec. Na peronie stała Julja Martin. Trzymała jakieś zawiniątko i bukiecik narcyzów. Dziennikarz powitał ją serdecznie i, zapłaciwszy tragarza, przechadzał się z nią po peronie. Rozmawiali o rzeczach codziennych, w okresie wojny wszystkich żywo obchodzących. Nagle Julja dotknęła ramienia Nessera i rzekła cicho:
— Nie jestem wierzącą i nie wiem, co pan o tem myśli, ale Marja — ta wierzyła w miłosierdzie Boże!... W jej pokoju pozostał obrazek Matki Boskiej, przed którym się zwykle modliła wieczorami. Przyniosłam go, niech pan zabierze ten obrazek ze sobą! Spoczywały wszak na nim oczy Marji, gdy się modliła za nas... może ochroni on pana w niebezpiecznej chwili, naprzykład podczas wynoszenia rannych z pola bitwy, która się jeszcze nie skończyła, jak to było z tymi Bawarczykami...
— Skądżebym znowu popełniał takie szaleństwo! — wzruszył ramionami Nesser.
— Ja nic nie wiem i pan też nie wie, — odparła. — Weźmie pan sobie obrazek Marji?
— Ależ naturalnie! Bardzo dziękuję pani, panno Martin! Będę go nosił w pugilaresie, a nuż przysporzy mi pieniędzy! — zażartował.
Nic nie odpowiedziała i tylko uśmiechnęła się lekkiem drgnieniem warg.
— Mam cię tu! — rozległ się raptem donośny głos i pan Benjamin Rumeur rzucił się do swego korespondenta, odciągając go na stronę. — Przyłapałem was na gorącym uczynku? Randka na dworcu, w ostatniej chwili? To rozumiem — temperament! Stara gwardja umiera, lecz nie poddaje się? Ho — ho!
Bezczelnie oglądał piękną dziewczynę. Zdawało się, że małemi, zawsze przekrwionemi i łzawiącemi się oczami zdzierał z niej płaszcz, suknię, obnażał i szacował.
— Hm! — zamruczał z zadowoleniem. — Chwat z pana! Wygrzebał gdzieś takie cacko! I możesz ze spokojnem sercem porzucić tę rudą Wenus? Wyobrażam sobie...
Pochylił się do ucha korespondenta i, szczypiąc go w udo, coś szeptał, śmiejąc się obleśnie.
Nesser odtrącił Rumeura i rzekł głośno z wyrazem wstrętu na twarzy:
— Redaktorze, dziś zrana coś podobnego powiedział mój portjer. Nazwałem go głupcem i zauważyłem, że siwy włos nie zawsze bywa towarzyszem mądrości i cnoty... Nie powiedziałbym tego o panu, drogi Rumeur...
— No, myślę... — zaczął redaktor.
— Ale jedynie dlatego, że jesteś tak bezgranicznie łysy — dokończył dziennikarz i podszedł do Julji.
— Odjazd! Odjazd! Zająć miejsca! — krzyknął konduktor.
Julja podała Nesserowi bukiecik.
— To ode mnie. Niech pan myśli o mnie dopóki nie zwiędną te kwiaty! — szepnęła.
Nesser pochylił się i, zanim się spostrzegła, pocałował ją w rękę.
— Będę pamiętać znacznie dłużej i przypomnę sobie panią w tej samej chwili, kiedy obrazek Marji mógłby mnie ustrzec od złej przygody! — zawołał szczerym głosem.
Klepnął Rumeura po ramieniu i, wskakując do ruszającego już wagonu, krzyknął:
— Czekaj, redaktorze, na bomby i race!
Dym i para zasłoniły przed nim cały peron, tłum, odprowadzający żołnierzy i oficerów, grubego Rumeura i wyniosłą, zgrabną postać Julji Martin. Pociąg odrazu nabrał pędu i ze zgrzytem kół i szczękiem zwrotnic wytoczył się z oszklonej hali dworca. Pan Benjamin Rumeur nie mógł ochłonąć ze zdumienia. Henryk Nesser, niepoprawny cynik, z szacunkiem całujący rękę tej rudej pani? Nic innego — tylko musiała to być, jakaś ważna osoba, elegancka dama, może nawet żona generała, z którym korespondent zaprzyjaźnił się zapewne na froncie...
Pan Benjamin Rumeur z całą wytwornością ukłonił się Julji, żegnając ją pełnem zachwytu szeptem:
— Madame!...
Julja Martin nie odpowiedziała na jego ukłon. Szła zgnębiona, z opuszczoną głową i bez dźwięku łkała, ukrywając łzy przed setkami obcych oczu. Nie widziała, że i one prawie wszystkie również były zapłakane i zrozpaczone. Przed chwilą rzuciły, być może, ostatnie w życiu spojrzenia na najdroższe istoty. Huczący, rozdygotany pociąg, głucho, złośliwie warczący kołami, unosił je ku straszliwym polom i górom, gdzie wzbierała coraz wyżej krwawa fala wojny, tajemnicza i groźna.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.