Ogień wykrzesany/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Ogień wykrzesany
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.

Paryż spotkał Nessera rozradowanem, wiosennem słońcem. Kasztany bulwarów okryły się jaskrawo zielonemi, młodemi liśćmi, rozległe gazony parku luksemburskiego mieniły się, jak malarska paleta, plamami różnobarwnych kwiatów. Nawet niebo, to paryskie niebo, przesiąknięte dymem i niewidzialnemi wyziewami miasta — olbrzyma, połyskiwało błękitem, jakgdyby odlanym z turkusowej emalji. Ślady wojny zacierała i ukrywała za odnawianemi niemal codziennie dekoracjami jakaś skrzętna, gospodarna i mądra ręka. Zdawało się, że nic się w Paryżu nie zmieniło. Ten sam zawrotny, wesoło-kłopotliwy ruch samochodów i autobusów; te same okrzyki sprzedawców dzienników; ten sam połyskujący asfalt; ustalona na zawsze estetyka i powaga gmachów, prąd tysiącznych tłumów, płynących ulicami; te same symboliczne figury na Place de la Concorde i świeże na nich wieńce, ozdobione wstęgami o barwach narodowych, które z dniem każdym nabierały znaczenia wyraźnego hasła, ożywiającej idei.
Napozór żadnych zmian nie można było dostrzec w Paryżu. Napozór tylko, bo zwykle ciemno ubrany tłum kobiet sczerniał ostatecznie, a żałobne welony i białe ozdoby na sukniach przemawiały nieuchwytnym szeptem wielkiego nieszczęścia i smutku bez ukojenia; w kawiarniach po dawnemu grały orkiestry, lecz składały się wyłącznie z kobiet; kobiety również usługiwały w restauracjach; pracowały jako konduktorki autobusów i szoferki taksówek; wczesnym rankiem znacznie większa liczba urzędniczek biegła do biur i urzędów.
Wojna spowodowała niewidoczne narazie, a bardzo zasadnicze przesunięcie sił. Kobieta stanęła twardą stopą na placówkach, opuszczonych przez mężczyzn, których powołano do szeregów. Wyszła ona nazawsze z mikrokosmu rodzinnego na szeroką widownię, przestała być poszukiwaną jedynie, jako kochanka, żona i matka, jako istota odrębna i prawie całkowicie bierna; byt państwa zażądał od niej przejawu ukrytych zdolności i sił; oderwał ją od domu, rodziny, nawyknień i obyczajów, utrwalonych od wieków, postawił jako równą obok niedawnego władcy — mężczyzny i nieznacznie zatarł na jej postaci i obliczu rysy, nadające urok płci, budzące pożądanie i namiętną ciekawość. Kobieta z dniem każdym przeistaczała się w zwykłego człowieka pracy ciężkiej, myśli upartej, znużenia i wytrwałości.
Zwykle tajemnicza, otoczona marzeniami męskiemi, ukryta za murami domu i tylko zrzadka ukazująca się tłumowi, a strzeżona i broniona przed życiem, kobieta otarła się nagle i śmiało ramieniem o ramię mężczyzny, stanęła obok niego we wszystkich dziedzinach pracy i obowiązku, dobrowolnie zrzuciła z siebie zasłonę tajemniczości, sztukę wzbudzenia żądzy, wyzbywając się pociągającej odrębności psychicznej, właściwej jej płci, i śmiało, prosto spojrzała w oczy życiu i niebezpieczeństwu, przed którem ostrzegano ją, a o którem, jako o nieznanym owocu, każda marzyła potajemnie. Mężczyzna ujrzał ją przy sobie, gdy przy ciężkiej pracy, codzień w tej samej sukni zapominała o starannem ufryzowaniu włosów, o różu i szkarłatnej pomadce do warg, gdy poczuł, zamiast aromatu perfum i pudru, ostry zapach potu znużonego ciała, gdy w przelocie, nie kryjąc się bynajmniej, w zapomnieniu drapała się w głowę lub podciągała obluźnione pończochy, — zaczął patrzeć na towarzyszkę spokojnie, bez dawnej podniety, lecz z prawdziwym szacunkiem i uznaniem, nauczył się teraz cenić w niej nie tylko samicę, która ukrywała w sobie moc sycenia żądz, lecz także istotę, posiadającą wolę, siłę i rozum. Upadał cynizm i pierzchała spłoszona nagłą odmianą rozpusta. Wojna spowodowała nową wielką rewolucję pod dawnemi hasłami: wolność, braterstwo i równość, — rewolucję zwycięską, z której bezpośrednio miały skorzystać kobiety, moralnie i społecznie wyzwolone, pośrednio zaś mężczyźni — w różnych wypadkach życia.
Nesser, przybywszy do Paryża, nie kwapił się z wizytą do redakcji „Hałasu Ulicy“, chociaż właściwie pierwszym odruchem jego był zamiar pojechać natychmiast do Rumeura. Gdy przebierał się w pokoju hotelowym, przyszło mu nagle na myśl, że od dziś już wejdzie w dawny tryb, rozejrzy się w notatkach i zasiądzie do pisania artykułów dla „Hałasu Ulicy“. Układał w głowie kolejność ich i obmyślał ton, jakim mają być napisane. Wkrótce przyłapał się na tem, że podświadomie rozmyśla o zjawiskach, niepokojących go i nurtujących nawałem gorących myśli, od pewnego czasu wzbudzających w nim troskę i rozpacz. Zrozumiał odrazu, że nie są to tematy dla żółtego dziennika, wydawanego przez pana Benjamina Rumeura. Był przekonany, że nie tylko we Francji czy w innych wojujących państwach, lecz nawet na całym święcie w tym okresie nie znalazłby dla siebie pisma, które śmiało, bez zastrzeżeń podjęłoby się drukowania jego rozumowań i niejasnych teoryj, płynnych jeszcze, chaotycznych i buntowniczych.
Nesser poczuł w duszy bezkształtną mgławicę; jakieś ognie, węże błyskawic; jakgdyby łuny dalekie wstawały nad ziemią, lecz majaczyły przez jedną nieuchwytnie krótką chwilę i gasły, tonąc w zwojach i zwałach mglistych. Coś mówiło mu, że w łonie tych tumanów niezgłębionych i nierozproszonych, które nosił w sobie może od pół roku, a może i przez całe życie, czego nie spostrzegał poza korowodem wypadków i wrażeń, niby przez mętne obłoki, skłębione dokoła, stoi ni to w mroku „deiru“ świątyni Salomonowej drogocenna skrzynia ze „świętem świętych“, osłonięty tajemnicą przybytek jedynego zakonu, ukryty nieprzejrzanemi zasłonami posąg Isztary w ciemnej nawie Emah babilońskiej. Widział te tajemne, ukryte przed wzrokiem człowieczym skorupy, chroniące zamkniętą w nich Prawdę, te księgi zawarte i bronione siedmiu pieczęciami; domyślał się, że musi uderzyć w tę skrzynię i w te świątynie, zedrzeć i stargać zasłony i pieczęcie, aby dotrzeć do „świętego świętych“, do niewidzianego, być może, straszniejszego od głowy Meduzy oblicza i Prawdy. Przez deski cedrowe, przez jedwab, wisson i złotogłowie, przez bloki twardego kamienia, po przez kształty bazaltowego posągu majaczyła przed nim, połyskując i mamiąc miljonem błysków diamentowych, naga prawda, prosta, piękna, nieznająca wstydu dziewica, która w godzinie przedświtu wynurza się z mgieł porannych, z mieniących się promieni zorzy, jako jutrzenka radosna. Przypomniał sobie przeczytaną w Szwecji „Chronik der Sperlingsgasse“, w której Raabe nawoływał energicznie:
— O wy, poeci i pisarze Germanji, nie mówcie i nie piszcie nic takiego, cohy pozbawiało naród wasz odwagi, jak to nieraz czynią najbardziej słynni przedstawiciele poezji i nauki. Złorzeczcie, drwijcie, biczujcie, lecz wystrzegajcie się wzbudzać słabowolną pokorę, za którą, jak cień, kroczy obojętność!
Nesser tarł czoło i rozmyślał nad tem, że rozdzieranie zasłon, za któremi ludzie ukryli przed sobą jedyną prawdę, może spowodować upadek chęci do podtrzymywania istniejącego porządku, a więc i odwagi, która w chwili obecnej stała się ideałem społeczeństwa. Z pewnością jednak nikt ze współczesnych nie podejrzewa, iż przyszłe pokolenia będą poczytywały, być może, ideał minionego wieku za zbrodnię przeciwko całej ludzkości. Któż ośmieli się w tej dobie, po bitwie nad Marną i we Flandrji, po dramacie w trzęsawiskach mazurskich i rzezi w Karpatach, podjąć się zadania rozbijania posągów starych bogów i zbutwiałych skrytek, nigdy nie otwieranych? Najmniej powołanym do tego byłby czerwony, apoplektyczny, zawsze spocony Rumeur ze wstążką Legji w klapie tużurka, z jego „Hałasem Ulicy“ — żółtą płachtą, drukującą niegdyś z zachwytem obmierzłym „Dobre obyczaje rodziny Sauvier“, które wyszły z pod pióra Henryka Nessera. Prasa, żyjąca w chwili obecnej podsycaniem najdzikszych, zwierzęcych instynktów ludzkich, przekupywana na każdym kroku, hołdująca tym sanym ideałom, przeciwko którym powstawała przed wojną, i o co tak samo nieszczerze będzie walczyła po jej zakończeniu, nie mogła otworzyć mu swoich łamów. Gdyby zechciał i mógł wydawać własne pismo, lub drukować i rozrzucać broszury, omawiając zagadnienia, wyłaniające się i kształtujące w jego głowie, ni to nowe planety — z mętnych mgławic dalekich, — opinja publiczna, władze i sąd wystąpiłyby przeciwko niemu z całą bezwzględnością; ogłoszonoby go za zdrajcę, kupionego przez Niemców, wśród których przebywał niedawno.
To też nie poszedł do redakcji „Hałasu Ulicy“ i nie myślał już więcej o tej wizycie. Był tam teraz niepotrzebny i czuł, że nie potrafiłby się zastosować do wymagań chwili i przełamać nastroju, ogarniającego go coraz potężniej.
Krążył więc po Paryżu, przyglądał się życiu tego dziwnego miasta, wchłaniał w siebie myśli jego, nadzieje i porywy, smutki i radości, upadki ducha i niebywałe w swej potędze wzloty. Imponował mu Paryż, wzbudzał zachwyt i szacunek. Nesser zastanawiał się chwilami nad zagadką, trudną do rozstrzygnięcia, a mianowicie — czy jest możliwem, ażeby Paryż posiadł głębszą tajemnicę czynu, niż ta, która od niedawna nurtowała jego samego? Być może, Francuzi są ruchliwym, błyskotliwym i pozornie tylko lekkomyślnym narodem jedynie dlatego, że zgłębili jakąś jedną, najżywotniejszą dla nich prawdę i, poznawszy ją, osiągnęli spokój i radość. Być może, wiedzą, że w chwili najważniejszej potrafią rzucić tę prawdę pod nogi ludzkości i znajdą w sobie siły, aby w imię nowego hasła czynić i zdobywać? Być może, pewni są, że osiągną to, czy na polu krwawej walki, czy też spokojnie budując nową, wspaniałą świątynię, której ostre, przepiękne iglice gotyckie, pełne polotu mistycznego, dotrą do nieba nie w zuchwałym, bluźnierczym sporze z bóstwem, lecz w natchnionem dążeniu ku nieznanym dotąd wyżynom — ku Królestwu Syna Człowieczego, którego Ojcem był Bóg.
Przyłapał się odrazu na tych podświadomych rozważaniach. Przypomniał sobie, że już kilka razy myśl jego sięgała idei bóstwa. Przedtem nigdy nie czuł potrzeby posługiwania się tak bardzo transcedentalną istotą. Dlaczegóż teraz coraz częściej zagłębia się w nieznaną mu dziedzinę? Nesser nie znajdywał odpowiedzi i porzucił swoje dociekania. Wyciągnął jednak wniosek, zgodny z ogólnie uznanem mniemaniem, że wzrost powszechnej cywilizacji osłabia wpływ „narkotyku“, jakim jest „teologiczna religja“, ponieważ dla współczesnego postępu i łagodzące środki kościoła stają się nieznośnym i szkodliwym balastem.
— Tyle o to połamano piór i wylano atramentu! — myślał Nesser. — Sam Müller-Lyer, tak bardzo oryginalny socjolog i filozof kultury, kategorycznie dowodził tego postulatu, tymczasem pozornie tylko wydaje się zrozumiałym. Na otwartem, spokojnem morzu wystarcza dobry kompas, aby prowadzić okręt do celu. W cieśninie, najeżonej rafami, najsłabszy ogień latarni morskiej może nieraz uratować żeglarzy od zguby i wyprowadzić z labiryntu skał i ukrytych w pianie kamieni podwodnych skuteczniej, niż najbardziej współczesny przyrząd astronomiczny.
Znużyły go te myśli, coraz częściej i ze wzmożoną siłą zaprzątające mu mózg. Ubrał się, wyszedł z domu i, skinąwszy na taksówkę, kazał się zawieźć do fabryki „Astra“. Dochodziła godzina 7-ma — czas, gdy robotnice opuszczały warsztaty. Stanął przed bramą i czekał. Wkrótce z ciemnego otworu furty zaczęły się wynurzać pojedyncze postacie robotnic, potem większe ich grupy, aż wkoncu wylał się nieprzerwany potok ludzki. Płynął wartko, poruszał się gwałtownie, jakgdyby tworząc tu i ówdzie spiętrzone fale. Cichy pomruk stał nad tłumem, opuszczającym fabrykę; chwilami zrywały się głośniejsze okrzyki; wybuchał śmiech, zbyt głośny i zbyt syczący, ażeby mógł wyrażać szczerą radość. Raczej szyderstwo brzmiało w nim, czaiła się ukryta zazdrośnie boleść; dusza w ten sposób walczyła z obojętnością martwoty, zmagała się z rozpaczą. Tyle razy widział Nesser porzucających pracę robotników fabrycznych; słyszał ten sam pomruk, gwar, krzyki i śmiech, lecz dopiero teraz, gdy cały pod brzemieniem nieodstępnej myśli, dręczony niejasnym nakazem i ciężkiem zwątpieniem, sprężył się i zaczaił, zmieniony w jakiś wrażliwy aparat, który odpowiadał na pokrewne dźwięki i odruchy zzewnątrz, — dopiero teraz rozumiał ukryty sens każdej najsłabszej nawet, nieuchwytnej nuty w mowie ludzkiej. Niewiadomo skąd przyszły mu na pamięć słowa Goethego, że w istocie badanie nad ludzkością jest niczem innem, jak tylko badaniem człowieka. Przecież, gdyby w tej oto chwili skinął na którąkolwiek z wyrobnic, zmordowanych jednostajną pracą i zajrzał jej do duszy, — znalazłby w niej wszystkie pierwiastki ludzkości. Odruchy uduchowienia w chwilach cierpienia lub głębszej radości; wybuchy zwierzęcych instynktów — w nienawiści i nędzy; spokojne przejawy własnej woli w warunkach dobrobytu i skłonność do poświęceń i męczeństwa, gdy dusza zapanuje nad ciałem i oderwie myśl od ziemi. Wszystko, czem żyła ludzkość setki tysięcy, lub miljony lat, co kształtowało historję jej, znalazłby w każdej z robotnic „Astry“, przygarbionych od długiego ślęczenia nad małemi, złośliwie warczącemi maszynkami, okrytych kurzem, pachnących potem, naftą i pyłem bawełnianym. Ten i ów z ludzi — zresztą zupełnie do siebie duchowo niepodobnych — zajrzał w głąb wielkiej prawdy: uczony Darwin i św. Augustyn; zapatrzeni tylko w bieżący dzień życia ludzkiego Marks i Engels, genjalny, wnikliwy Goethe, natchniony Ruskin i moraliści chrześcijańscy, surowi, przejęci im tylko dostępną istotą nauki nie z tego świata... Któż jednak i kiedy połączy te wielkie objawienia w niezłomny kryształ, jaśniejący gdzieś wysoko i daleko, pociągający ku sobie wzrok, pożądania i marzenia, smagający wolę tysiącami biczy promiennych? Ludzkość dążyła oddawna do poznania Prawdy, lecz nieraz zbaczała z prostej drogi. Przecież nawet posłańca bogów, Hermesa, starożytni w dobie upadku wyobrażali sobie jako bóstwo, trzymające w ręku sakwę ze złotem; na pjedestale króla Sardanapala-Asyryjczyka, ubóstwianego jako słońce, widniał napis: „Jedz, pij, poznawaj wszelką rozkosz, gdyż poza tem nic nie istnieje!“ Ale historja zna też okresy, przemijające pod sokratesowskiem hasłem: „Poznaj samego siebie!“ Nadawali im głębię wtajemniczeni w treść kultu dążącego do doskonałości i poczucia miary Apollina, i obok — Dionizosa, oszałamiającego, porywającego, jako źródła natchnionego szaleństwa. Stary kaznodzieja w Sztokholmie opowiadał o dwóch ewangelistach — Szymonie i Janie. — Pierwszy z nich stał się Piotrem — Kamieniem, na którym zbudowano kościół chrześcijański; był to kamień niezłomny, kamień ołtarza Syna Bożego. Drugiego sam Zbawiciel nazywał „Synem Gromu“; był on przyjacielem Chrystusa-człowieka, jego apostoł i piewca, pełen potęgi i patosu niedoścignionego. Wszystko to czai się pod grubą powłoką słabego i chwiejnego ciała ludzkiego...
Rozmyślania Nessera przerwała jakaś robotnica. Poznała go.
— Oho! — zawołała. — Powrócił pan? To się ucieszy ruda Julka! Zaraz skoczę po nią...
Nie czekając na odpowiedź Nessera, pomknęła ku bramie. Długo nie powracała, wreszcie zjawiła się, prowadząc Julję za rękę. Dziewczyna szła, wpatrzona przed siebie wylękłym wzrokiem i ciężko oddychając. Nesser zdjął kapelusz i rzekł wesołym głosem:
— Jak się mamy, panno Martin? Poznaje mnie pani?
Julja wpatrywała się w jego twarz, a w rozszerzonych źrenicach dziewczyny migotały iskry strachu i współczucia.
— Co panu jest? Był pan chory?
— Pani pyta o to z pewnością dlatego, że długo nie pisałem do „Hałasu Ulicy“? Byłem w Szwecji, skąd trudno o komunikację!
— Nie!... — szepnęła. — Ma pan taki dziwny... bolesny wyraz oczu...
Nesser wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
— Każdy ma swego mola, co go gryzie! — odparł. — Zresztą znudził i znużył mnie pobyt w Szwecji. Nastały teraz, moja pani, takie podłe czasy, że, patrząc na ohydę ludzką, nie chce się żyć, — chyba tylko w takiej pracy, która pochłaniałaby cały czas, nie pozostawiając ani chwili na rozmyślania. Trzeba być maszyną ze stali, wtedy jako-tako... Ale mówimy o mnie! To — nie ciekawe! Co się dzieje z panną Louge? A może w merostwie zarejestrowano już poczciwe stadło Berget? Czy przypadkiem nie stałem się już wujkiem, w projekcie chociażby?
Julja westchnęła i opuściła oczy, a towarzyszka jej zaczęła opowiadać smutnym głosem:
— Ten biedny Berget nie powrócił z południa... Kule „boszów“ zrobiły swoje... Gruźlica... Umarł chłopak...
— Berget umarł?! — szepnął Nesser.
Robotnica kiwnęła głową i mówiła dalej:
— Marja pojechała do niego, pogrzebała go i powróciła...
— Była bardzo zrozpaczona, przybita? — tymże szeptem spytał Nesser.
— A kto ją wie?! — odparła. — Taka sama cicha, milcząca, pokorna... „Mokra kura“, jak ją nazywaliśmy zawsze... Zaczęła była pracować, lecz po tygodniu (dziś właśnie wspominaliśmy, że to już minął trzeci miesiąc!) zgłosiła się do biura i zażądała rozrachunku... Wyszła bez pożegnania, tylko odźwierny, który kontroluje numerki, opowiadał, że płakała... Długo nic o niej nie wiedziałyśmy. Przepadła, jak kamień w morzu! Aż tu jedna z towarzyszek przeczytała w gazecie o Marji. Zapisała się na pielęgniarkę na czołówkach sanitaryjnych i po jakiejś bitwie dostała medal.
— No, to bardzo szczęśliwie się stało! — zawołał Nesser, szczerze uradowany. — Taka niebezpieczna i ciężka praca przywróci jej spokój!
Julja Martin podniosła nagle głowę i rzuciła surowym głosem:
— Marja Louge nie żyje...
— Nie żyje — jak echo powtórzył korespondent.
— Zginęła na froncie. Gdzieś... w Ardennach... Padł tam granat niemiecki — dodała robotnica i otarła oczy. — Dyrekcja obiecała wmurować w ścianie wielkiej hali tablicę na cześć poległej. Biedaczka — cicha, pokorna, milcząca trusia!...
Zaległo ciężkie milczenie. Nikt z tych trojga ludzi nie miał sił rozpocząć rozmowy. Zdawało się, że cień Marji Louge stanął przed nimi, patrzył i żądał odpowiedzi na pytanie, od którego zależał czyjś los.
Nesser w milczeniu pożegnał dziewczyny i odszedł.
Marja Louge nie żyje... Powtórzył te słowa kilka razy, a coraz głośniej, tak, że ten i ów z przechodniów obejrzał się za nim. Szedł z pochyloną głową, patrzył sobie pod nogi i postukiwał laską, ciężko opierając się na niej. Myśl pracowała w zgiełkliwym popłochu.
— Istniała na świecie Marja Louge. W wielkiem, bogatem mieście, wśród niemilknącego zgiełku, w tłumie pięciomiljonowym żyła ona — pokorna, milcząca, cicha... „Błogosławieni cisi i czystego serca“... Zawsze czuła samotność, bała się jej lękiem przerażającym... Niczego nie pragnęła oprócz jednego tylko — nie być samotną, znaleźć pokrewne serce, rozumiejącą, dobrotliwą duszę, jakie-takie ciepło uczucia, ale, pragnąc, nie poddawała się ułudzie, że trwać to może niezmiennie. Takie skromne, pokorne miała pragnienia milcząca, cicha Marja! Ktoś bezmiernie litościwy i dobry dał jej wymarzone, drobne szczęście, lecz po chwili odwrócił od niej oblicze swoje i wszystko się odmieniło nagle, niemiłosiernie, niemal potwornie...
Nesser długo krążył w labiryncie nieznajomych uliczek, machinalnie odczytując ich nazwy, dwa razy przeszedł przez zaułek Roly, aż wkońcu skręcił na lewo i ujrzał przed sobą sztachety dużego parku. Na najbliższym rogu wisiała tablica — „Boulevard Jourdan“. Myśl jego, jakgdyby przytłoczona nadmiernym ciężarem, pozostawała bezwładną. Zorjentował się wreszcie, że zabrnął w okolice parku Montsouris. Czuł się niezwykle znużony i osłabiony. Usiadł na pobliskiej ławce bulwaru i zapalił fajkę. Jakiś człowiek w welwetowych portkach murarza i w nasuniętej na czoło pasiastej kaskietce natychmiast przysiadł się z drugiego końca.
Nesser oddawna znał tych ludzi, myszkujących wpobliżu zewnętrznych bulwarów, więc wmig spostrzegł manewr nieznajomego i obrzucił go badawczem spojrzeniem. Ten, widocznie, nie zauważył czujnego wzroku Nessera, bo posunął się bliżej i mruknął:
— Prosiłbym litościwą osobę o papierosa lub szczyptę tabaki...
Nesser uśmiechnął się. Jak dotąd, wszystko odbywało się podług zwykłej reguły w takim wypadku.
Szybko włożył rękę do kieszeni i odparł spokojnie:
— Przyjacielu, jak tam was wabią: „Wilk“, „Kruk“ czy „Czerwony Paweł“, wyjmijcie — no natychmiast łapy z portek. Macie tam z pewnością „pióro“, a ja tego nie lubię! Skoro postanowiliście żebrać, to pocóż wam nóż? Papierosa dam, ale nastraszyć mnie wam się nie uda. Pugilares, tudzież zegarek zostaną przy mnie, bo widzicie tu oto tę fraszkę, którą nagminnie nazywają „browningiem“, takie zaś ptaszki, jak wy, — „puszczykiem“, czy też „szpajerem“... No, tak, — teraz w porządku! Macie papierosa!...
Zdumiony drab zdjął kasketkę i drapał się w głowę.
— A toście mi nagadali! — mruknął. — Cóż to? Czyście wy — nasz, czy może „numerowy hrabia“?
— Nie jestem ani opryszkiem, ani przebranym policjantem — odparł swobodnie Nesser. — No, a teraz, przyjacielu, siedźcie cicho, bo nie jestem ochoczy do rozmów, albo najlepiej zrobicie, jeżeli pójdziecie swoją drogą! Tam widzę wolną ławkę. Jazda, bracie!
— Hm... jeżeli tak, to pójdę — zamruczał drab i, ciężko przewalając się na krótkich, krzywych nogach, poszedł przez jezdnię.
— Stójcie! — zawołał nagle Nesser. — A czemuż to wolicie grasować tu i w końcu ugrzęznąć w ulu, niż iść na front? Takie szerokie macie bary i krzepkie nogi — w sam raz do piechoty...
Drab zaśmiał się szyderczo.
— Gadacie od rzeczy, a ja myślałem — człek rozumny! Ja do okopów?! A niechby ich morowa zaraza wydławiła... Za kogo i za co mam się bić, narażać się na niewygody i niebezpieczeństwo?... Może każecie podstawiać głowę w obronie „granatowych mundurów“? Za miłą ojczyznę, która nic mi nie daje, a, gdy jako-tako radzę sobie, nakłada mi wnet stalowe bransoletki i każe udawać kanarka w żelaznej klatce? Nieostrożne wam, przepraszam, głupie nawet wymknęło się słowo! Cha, cha, cha!
— Jesteście tak bardzo pewni tego, co mówicie? — spytał Nesser, pykając fajkę. — Bo to widzicie, różne na tę materję istnieją poglądy.
— Ech! — machnął ręką opryszek. — Jeżeli różne, to znaczy, że każdy zosobna i wszystkie razem zrodziły się w burżuazyjnych łepetynach, psia ich krew!
— Nie zgadliście! — zaprzeczył Nesser poważnie, zapominając, z kim wszczyna rozmowę o rzeczach, oddawna już zaprzątających jego myśl. — Nie zgadliście, bo oto, widzicie, znałem pewną dziewczynę, wyrobnicę fabryczną — takie biedactwo, milczące, ciche, bojące się samotności! Straciła przyjaciela... Dzielny był to chłopak, ale niemieckie kule na sito urobiły mu pierś. Popluł biedaczyna krwią, a gdy wypluł wszystką do reszty, wyniósł się na zawsze.
— O, widzicie?! A osoba na taką hecę wyprawia mnie z lekkiem sercem! — rzekł z drwiącym wyrzutem drab.
Nesser, jakgdyby nie słyszał uwagi opryszka. Patrzył na ciemne grupy drzew w parku. Klony, dęby i platany stały tajemnicze, nieruchome, czarne; gałęzie ich ciągnęły się wwyż, ni to błagając nieba o nieznaną ludziom łaskę, ni to składając uroczystą przysięgę. Konary przechodziły w sieć drobniejszych, cieńszych gałązek, a kończyły się nikłemi, do drutów czarnych podobnemi pędami. Odcinały się od nich bladą zielenią, prawie bielą pęki młodych liści, a, gdy padały na nie niebieskie promienie latarni, — połyskiwały srebrem, bo lepkie jeszcze, namaszczone świeżemi sokami były te listki słabe, wpółrozwarte, niedawno z powijaków wypadłe.
Ciemnoszafirowe i fioletowe głębie wyzierały z pomiędzy pni nagich, gdzie-niegdzie mchem zielonym opasanych; tam i sam w świetle latarni bielał, jak zwida, posąg z kamienia. Z parku po przez korony drzew — płynęło senne krakanie wron, które z wieczora zapadły tu na nocleg...
Wspaniały, rozległy park... Wypieszczone, wyhodowane przez ogrodników kasztany i klony... Jakżeż inne są one od dębów tego lasku w Ardennach!... Ach, tam padł arystokrata Langlois, wili się, niby rozgniecione robaki, lub czołgali się ranni sankiuloci!...
Nesser zaczął myśleć na głos. Przed oczami jego sunęła daleka, zasnuta mamiącą mgiełką nieskończenie długa panorama.
— Ardenny... — szeptał. — Długie rowy strzeleckie, niby węże, opasują lesiste pagórki... Zgrzytają kulomioty i rzygają ogniem salwy, rozdzierając raz po raz powietrze, buchają słupy ognia, ziemi, kamieni. Padają ciężkie pociski, nadlatujące nie wiedzieć skąd. Łamią drzewa, pokotem kładą całe lasy, odłupują kawały skał, szarpią i rozrzucają wokół szmaty darniny, szczapy i skrwawione szmaty ludzkie... Któż to wytrzyma, któż nie drgnie i w obłędzie przerażenia nie wybiegnie z tych zawiłych, połamanych w zygzaki nor krecich, aby się ukryć w miejscu bezpiecznem? Byłem tam, widziałem wszystko!... Nikt się stamtąd nie ruszył. Sprawnie działa maszyna ludzka! Maszyna... i niema już tam człowieka! Stał się kółkiem, kręcącem się zgodnie z wolą sprężyny, której nikt nie widzi, a tymczasem każde kółko maszyny, każdy atom metalu wyczuwa ją na sobie... Jedne wypadają, inne same, jakgdyby w automacie, trafiają do ich łożyska, i — turkocze, huczy, zgrzyta, ryczy maszyna... Tuż — tuż za ostatnim okopem przylepił się schowek podziemny, — tam ukryła się pod stosem zwalonych drzwi i worków z ziemią czołówka szpitalna... W półmroku przy latarkach pracuje lekarz w zakrwawionym fartuchu, krzątają się sanitarjusze... Skądżeż się tu wzięła w tem miejscu piekielnem blada, smętna i cicha Marja Louge?!... Pozostała znowu samotna i już niczego nie pragnie... chyba zapomnienia w zgiełku bitwy i spokoju w rozszalałym pędzie śmierci... Jakoś się tu dostała i teraz schyla się nad umierającym... Może w myślach odtwarza ostatnie minuty Berget’a, zagląda w szklące się już nieżywym połyskiem oczy nieznajomego żołnierza... Mówić nie umie bojaźliwa Marja, pocieszyć silnem słowem nie potrafi, ani też nie znajdzie w sobie siły, aby zapalić w konającym promyk nadziei... Patrzeć tylko może dobremi, pokornemi oczami, a czasem zdobyć się na uśmiech — uśmiech samemi tylko wargami, łagodny, o, jakżeż łagodny! Pewno, tak było tam w Ardennach, gdy to nadleciał granat, rozmiotął pokrywę czołówki, przebił obelkowanie i wpadł do środka... Ogień, huk, dym, żelazny, straszny deszcz, kurz czarny, nieznośny... A po chwili cisza. Leży na ziemi potrzaskana latarka, a z pomiędzy pni, gruzów i porwanych worów wyzierają szmaty ludzkie, sączące krew, łachmany jelit i płuc, poplamione drgającemi kawałkami mózgu... Niema tu już nikogo i nic!... Ani granatu, ani lekarza w białym fartuchu, ani jęczących, szczękających zębami rannych i umierających żołnierzy, ani milczącej, bladej pielęgniarki z czołówki, Marji Louge, ani medalu zasługi na jej płaskiej piersi, ani nawet cichego, łagodnego uśmiechu na ustach, takiego cichego, że lada podmuch, najlżejszy dźwięk mógłby go spłoszyć i zgasić... spłoszyć i zgasić...
Opryszek stał przed Nesserem i słuchał, nie ruszając się z miejsca.
Wreszcie zaklął ohydnie i, wymachując czerwonemi łapami, mruczał:
— Do stu djabłów rogatych! Poco ta wasza cicha Marja zadawała się z wojną?! Siedziałaby lepiej w Paryżu i szukała innego przyjaciela. Przecież wielu jeszcze chłopów błąka się samopas... Ale nie! Gdzież tam? Takie chuchro półżywe, nikomu nie drogie, już się zaraziło od burżujów, już, jak na jawie, słyszę, że bełkotała tam coś o „wysokich obowiązkach“, „bohaterstwie“, „szlachetności“ — psia ich mać! Nie wiedziała, że ci burżuje, nie przymierzając, jak i obecna tu czcigodna osoba z browningiem w kieszonce, jadaczki mają wygadane, umieją poruszyć serca głupiej Marji, a sami wnet po takiem kazaniu — hyc — w krzaki! Cholerne to lisy! Prawią o godności ludzkiej, o moralności, o miłości do ojczyzny, a cóż to sami noszą w swojem wnętrzu cuchnącem? Zgóry — tęczowy, połyskliwy płaszcz przesławnej kultury, a pod nią, za pozwoleniem, jak u tego syfilityka, głęboka, ropiąca się rana wszelakiej podłości. Znamy się my na tem!... Powiem ja wam, że przeżywamy najohydniejsze czasy, takie plugawe i podłe, że chyba wybiła godzina, aby zacząć wycinać wszystkich w pień! Wy w upodleniu żyjecie, a to upodlenie ukrywacie pod bogatemi szatkami, wasza podłość zaraża nas, tylko, że temi oto wyświechtanemi portkami ukryć jej nie można, więc przez wszystkie dziury, cery i łaty wyłazi, jak gnój...
Nesser słuchał uważnie. Drab powtarzał jego własne słowa! Pochylił więc głowę i, jak niegdyś ksiądz Chambrun, cicho poruszał ustami, powtarzając:
— Prawda! Wszystko — prawda!
Drab posłyszał to. Ośmielony ostatecznie, usiadł obok na ławce i dalej rzucał zdanie po zdaniu, zacinając usta i mrużąc biegające, zezowate oczy:
— Przecież do takich nikczemnych czasów dożyliśmy, że aż się rzygać chce! „Wolność, braterstwo, równość“ — biją, niech im kat w oczy zaświeci, z każdego gmachu rządowego, z ponad każdych drzwi biura policyjnego, a tymczasem cóż widzimy? Rząd, nasz rząd, przez nas niby postawiony, ma prawo jednym zamachem pióra podzielić nas na zbrodniarzy, których policja nie śmie tknąć, i na takich, któremi wypycha po brzegi więzienia! Nie mogłem nigdy zrozumieć, dlaczego pierwszy, lepszy bankier ma prawo wycyganić od szlachetnej osoby pieniądze na przepadły interes, a ja nie mogę wyciągnąć tej samej osobie sakiewki z kilkoma marnemi frankami? Rząd panoszy się nad nami, popycha to tu, to tam, podług swego widzimisię, ogranicza nasze prawa, nakłada kary po sądach, pozbawia wolności, przez co wydziera nam prawo do życia, łupi ze skóry podatkami, aż burżuje nawet piszczą! Dobrze byłoby, gdyby te podatki szły na coś mądrego i pożytecznego, ale gdzież tam! Połowę, powiadają, rzuca rząd na karabiny, armaty, pancerniki, pociski, które pewnego pięknego poranku przepadną bez śladu, bo, niech szanowna osoba zmiarkuje, że gdy rząd zechce, — każe, jak tej Marji Louge, czy jak jej tam — „szukać zapomnienia w zgiełku bitwy“, a „spokoju — w rozszalałym pędzie śmierci!“ Idźcie — gardłuje wtedy — i zdychajcie bez hałasu i skandalu! O, zarazo morowa! I to mówi tak zuchwale garstka ludzi, których (bywały czasy!) wleczono na latarnię lub wmig na sieczkę rąbano na pierwszym, lepszym placu! A my pokorni, jak barany, idziemy do szlachtuza, śpiewając na cały głos hymny narodowe! Skąd ta pokora, psia wasza krew?! To od was przyszedł ten zapowietrzony posłuch!! Oby was — burżujów...
Opryszek cisnął czapkę o ziemię i w gniewie kopnął ją ciężkim trzewikiem. Nesser oprzytomniał i wstał.
— Bywajcie zdrowi... — mruknął.
Drab, przestępując z nogi na nogę, skamlał proszącym głosem, w którym brzmiało bezczelne szyderstwo:
— Może litościwa osoba da coś biedakowi? Chora żona, dzieci...
Nesser wyjął z kieszeni jakąś monetę i, uśmiechając się, rzekł:
— Napijcie się absyntu, lub anyżówki, filozofie!
Opryszek zajrzał mu w oczy i spytał urągliwie:
— Przepraszam, że się ośmielam zapytać: czemuż to tak szlachetny i tkliwy gość sam nie wyruszył dotąd na „pole chwały“? Bary macie też szerokie i nogasy, jak się widzi? Hę?
— Mój czas nie przyszedł jeszcze... — odpowiedział Nesser cicho i pokornie.
— To niby rocznik? — dopytywał drab coraz bardziej drwiącym głosem.
— Nie! Czas, mój czas... — szepnął korespondent.
— Rozumiem, mon vieux, ale tez zapisz sobie, że i moja godzina nie wybiła jeszcze!
Wypluwszy te słowa, schylił się po czapkę, głębiej nacisnął ją na czoło, włożył ręce w kieszenie portek i poszedł. Po chwili zaczął wygwizdywać „Madelon“.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.