Na oku

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Na „oku“
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


NA OKU“ [1]
— Co widać? — rzuciłem pytanie skulonej koło
 bugszprytu postaci poprzedniego wartownika.

Postać na dźwięk mego głosu wyprysnęła z pod
 wełny kożucha i, rzucając mi go na ramiona, ra
dośnie zaszeptała: — Nareszcie przylazł; myślałem
 już, że zatrułeś się tem solonem mięsem, coś je tak 
zręcznie „świsnął“ wczoraj z magazynu...
Mówiąc to, figura przeszła obok mnie, kierując
 się do schodków, prowadzących na śródokręcie; 
gdy mijała latarnię, w świetle zarysowała się w pełni
 okazała tusza mówiącego. Był to największy z całej 
załogi żarłok, marzący dwadzieścia cztery godziny
 na dobę o tem, jakby tu ściągnąć z magazynu trochę 
więcej, niż zwykle, prowiantu.
— Ej, gruby! — zawołałem — co widać?
— Też pytanie! — oburzył się gruby — co można
 zobaczyć na samym środku Atlantyku? Dwie flądry 
widziałem, oczko do mnie sypały. Czy kucharz jest
 w kuchni? Możeby się dało trochę sucharów mu
 ukraść, co?
Nie czekając na odpowiedź, zbiegł po schodkach, kierując się w stronę kuchni, skąd po upływie minuty rozległy się przekleństwa i lamenty kucharza; widać złodziejskie poczynania grubasa osiągnęły cel.
Otuliłem się szczelnie kożuchem, gdyż pomimo, że znajdowaliśmy się na szerokości Hiszpanji, chłody, zwłaszcza w nocy, były przejmujące. Spojrzałem przed siebie. Na zalanej światłem księżyca powierzchni oceanu nie widać było ani jednego światła parowca, ani jeden żagiel nie bielił się na horyzoncie. Nic dziwnego: „Lwów“ płynął środkiem oceanu, zdala od uczęszczanych przez statki dróg.
Noc była gwiezdna, księżycowa. Lekki wiaterek łopotał nad moją głową płótniskami kliwrów. Od czasu do czasu zaszemrała głośniej fala, rozpieniona sztabą „Lwowa“. Cisza zresztą panowała na oceanie i na pokładzie; umilkły nawet wymysły rozpaczającego po stracie sucharów kucharza.
Oparłem się wygodnie o windę kotwiczną i wpatrzyłem w księżycową dal. Nic. Pusta, bezmierna płaszczyzna oceanu otaczała mnie ze wszystkich stron. Sen począł zwierać powieki. Poranne, generalne, a męczące szorowanie pokładu działało teraz, jak potężny środek nasenny.
No, no — rzekłem do swojej sennej osoby — ze spaniem lepiej dać spokój — kara dwie godziny stania na salingu[2], „jak w banku“.
Lecz fale tak cichutko szemrały za burtą, tak łagodnie poklaskiwały kliwry nade mną, że znów głowa zwisła na piersi. Już nie próbowałem jej podnieść — i tak tu żadnego statku nie spotkamy — zaświtała leniwa myśl w sennej głowie.
Półdrzemiąc, kołysany równomiernym oddechem oceanu, unoszącym rytmiczne wgórę lśniące w poświacie księżyca pieniste grzbiety fal, nuciłem w głębi duszy piosenkę naszego starego bosmana: »Żagle łopoczą na masztach i fale szumią za burtą. W ich szmerze, w ich szumie słyszę wyraźnie... Kochanki płacz, co została tam, hen, wśród zieleni tych pagórków ojczystych, co już giną woddali... Sznury fal szumiących, pienistych oddzielają mnie od nich.
„Bywaj mi zdrowa, kochanko, nie płacz, jak ja nie płaczę, łzy otrzyj i oczy swe cudne skieruj na morze, skąd nowy płynie okręt, a z nim nowy kochanek. Zapomnij, jak ja zapomnę, nową miłością zapałaj i głowę kochanka marynarza z okrętu, co płynie naprzeciw, do ciepłego, żarem płonącego łona przyciśnij. Bądź zdrowa! Zapomnij!
„Żagle łopoczą i fale szumią...
„W ich szmerze, w ich szumie znów słyszę...
„Nowych kochanek zaklęcia miłosne, pieszczot czar i obietnice rozkoszy wciąż nowych.
„O kochanki, kochanki moje!
„Morze szumi za burtą i stalowo, zimnym połyskiem świecą fal grzbiety.
„Nowe porty oczyma duszy widzę i czuję już ich tchnienie, tchnienie szynków, zła i rozpusty.
„Porty, porty, zła siedliska i zbrodni!
„Kiedyż przestanę obijać się w spelunkach waszych i w ciemnych zaułkach czekać, aż nałożnica przygodna grosz ciężko zapracowany zabierze i przepije z innym?
„Morze, morze szare, kiedyż przestanę kołysać się na grzbietach twych fal pienistych, wiatrem pędzon w krainy wciąż nowe, kiedyż znajdę śmierć wreszcie wśród wód twych rozległej płaszczyzny, wśród fal twych zimnych, szumiących?
„Kochanki moje różnych ziem, różnych portów, kiedyż tulić mnie przestaniecie w ramionach swych miłości niesytych?
„Kiedyż przestanę zabójczo, krwawo pracować na morzu, kiedyż przestanę zabójczo i krwawo hulać na brzegu — życie, życie me twarde i słodkie?!
„Kapitanie, kapitanie, panie i władco na morzu, czy dobrze kierujesz okrętem?
„Co widzą twe oczy stalowe — drogę pomyślną, czy zgubę wśród wód bezmiaru?
„Czy nie drgnie twa ręka twarda, gdy koło skał przepływać będziemy, czy nie ukażesz załodze strwożonej twarzy, przerażeniem szarej, i nie zawołasz białemi usty: Giniemy!
„Kapitanie, kapitanie, mój panie i władco?!
„Żagle łopoczą na masztach i fale szumią za burtą...
„I znów szept słyszę, lecz nietylko swój — marynarzy wszystkich, memi mówiących ustami... słyszę, słyszę wyraźnie...
„Jeśli nie zginę na morzu, szaremi pochłonion falami, morski mi pogrzeb wyprawcie.
„Nie potrzeba księdza, klechy, niech kapitan pacierz zmówi. W białą płachtę mnie owińcie, a do nóg przywiążcie kamień.
„Mej kochance, co na brzegu po mnie oczy wypłakuje, powiedzcie, niech nie czeka, jam już w morzu, na dnie morza.
„Rzućcie w głębie moje ciało, niech żałośnie wiatr zawyje, całun pienistych fal mnie okryje, dwunasty wał „Requiem in pace“ zaszumi...“
Szumiały fale za burtą „Lwowa“, a nade mną łopotały kliwry. Skłoniłem głowę jeszcze bardziej na piersi. Stanowczo sen zaczął mnie zwyciężać.
Raptem... skądś zprzodu doleciał mnie gromki, śpiewny okrzyk: Hej! Polski okręt na kursie!
Uniosłem zdumiony głowę.
Przede mną tuż, wprost na dziób „Lwowa“, płynęła pod pełnemi żaglami wspaniała fregata. Na bezań-maszcie fregaty powiewała czerwona bandera z białem ramieniem, dzierżącem obnażony miecz w dłoni.
Była to bandera marynarki polskiej z czasów Stefana Batorego.
Zdumienie przykuło mnie do pokładu.
Dopiero po chwili oprzytomniawszy, chciałem krzyknąć, uprzedzić o grożącem niebezpieczeństwie rozbicia się, ale już było za późno.
Bugszpryt fregaty dosięgnął dziobu „Lwowa“ i statki zderzyły się.
Lecz nie było wstrząsu, ani trzasku. Obydwa statki wjechały poprostu jeden w drugi.
W jednej chwili znalazłem się na pokładzie fregaty. Otoczyły mnie jakieś surowe, wąsate twarze, jakieś postacie w krótkich kubrakach z zatkniętemi za pasem krócicami. — Gdzie jestem? — spytałem. Z tłumu wystąpił jakiś srogi wąsal, postacią i kosztowniejszym ubiorem wyróżniający się od reszty tłumu, i rzekł: — Znajdujesz się na pokładzie fregaty Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego, płynącej pod memi rozkazami!
— Kim jesteś, kapitanie? — spytałem, prostując się.
— Jestem kapitanem Wąsowiczem, kaprem Stefana Batorego, Króla Polskiego.
— Kimże ty jesteś, młody marynarzu?
— Jestem uczniem Szkoły Morskiej — odrzekłem.
— Chłopcze — rzekł wąsal — gdy wrócisz do siebie na statek i przypłyniesz zpowrotem do Polski, powiedz, że my, dawno zmarli marynarze polskiej floty królewskiej, krążymy wiecznie po wszystkich morzach świata, czuwając nad statkami polskiemi, odpędzając burze i sztormy, bronimy je przed wichrami i niepogodą i zginąć im nigdy nie damy...
— Tak jest, nie damy! — zawołali chórem wąsacze, stojący za swym kapitanem.
— Lecz wy, obecne pokolenie polskie, — mówił dalej kapitan — nie składajcie rąk, pokładając nadzieję w Bogu i w nas. Sami budujcie i umacniajcie flotę! Sami dbajcie o zabezpieczenie jej od burz i nawałnic. Powiększajcie, twórzcie flotę polską prędzej i lepiej, niż dotychczas. Podczas gdy wrogowie wasi z zachodu i wschodu zbroją się na morzu, budują coraz nowe okręty wojenne, wy, potomkowie nasi, jesteście bezczynni, wy śpicie. Tak, wy śpicie!
— Śpicie! — zawołał tłum marynarzy.
Kapitan podszedł do mnie, wziął za ramię i silnie potrząsnął: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie ze snu!
Kapitan wciąż nie puszczał mojego ramienia, trzęsąc coraz silniej krzycząc coraz głośniej: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie się, obudźcie!
Szarpanie stawało się coraz natarczywsze i gwałtowniejsze. Aż po jednem takiem silniejszem szarpnięciu kapitan Wąsowicz, wąsaty tłum marynarzy i fregata z banderą Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego gdzieś znikła, przepadła, a zamiast tego ujrzałem przed sobą oficera wachtowego, który szarpał mnie za ramię, przypuszczalnie już od dłuższego czasu, gdyż głos, jakim wołał: obudźcie się, obudźcie! — zlekka zachrypł.
Drgnąłem i stanąłem na baczność, zupełnie już obudzony.
— Cóż to, wy na „oko“ spać przychodzicie, czy służbę pełnić? — pytał się porucznik. — Postoicie sobie jutro za karę dwie godziny na salingu, to was na przyszłość oduczy spać podczas służby.
— Nie widzieliście nic? — pytał jeszcze porucznik, odchodząc.
— Melduję, panie poruczniku — odrzekłem, — że widziałem fregatę Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego.
— Czyyyyją? — zatrzymał się porucznik.
— Króla Jegomości Stefana Batorego, panie poruczniku.
— Postoicie sobie jutro zamiast dwóch, cztery godziny na salingu — rzekł obrażonym tonem porucznik; — nie wolno drwić z przełożonego.
— A samego Króla nie widzieliście? — spytał jeszcze, odchodząc parę kroków.
— Nie, panie poruczniku, ale byłem zato na pokładzie fregaty i rozmawiałem z kaprem królewskim, kapitanem Wąsowiczem.
— Warjat! — mruknął porucznik, schodząc z baku na śródokręcie.


Przypisy

  1. Warta na przodzie okrętu.
  2. Saling — jedno z najwyższych miejsc na maszcie, coś w rodzaju bocianiego gniazda.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.