Lynch

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Szarecki
Tytuł Lynch
Pochodzenie Na pokładzie „Lwowa“
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


LYNCH
Beznadziejny, już od trzech dni trwający sztil[1] przykuł nas do wód zatoki Biskajskiej. Skwarnego powietrza nie orzeźwiał najlżejszy nawet podmuch wiatru. Pomimo, że na masztach stały, a właściwie wisiały wszystkie żagle, „Lwów“ nie robił i ćwierć węzła. Dosłownie staliśmy w miejscu. Wyrzucone przez kucharza za burtę blaszane pudełko od konserwów po upływie dwóch dni zauważyliśmy pływające w odległości czterech metrów od rufy. W dwie doby wiec zrobiliśmy cztery metry drogi.

Rozpaczliwa ta sytuacja fatalnie oddziaływała na humory załogi. Nie mając ustawicznego zwijania i rozwijania żagli, brasowania i podbrasowywania rej, społeczność „Lwowa“ gnuśniała, wpadała w melancholję i grążyła się w otchłań niedbalstwa.
Dochodziło do tego, że uczniowie, pełniący służbę przy sterze, zbaczali z kursu o dziesięć stopni, róża kompasowa kręciła się, jak ruleta, a prochy babek i prababek niedbałych sterników spoczywały, o dziwo, w spokoju i blasku chwały, nietknięte brudnym pamfletem przekleństw oficera wachtowego.
Jedynie klubowi „śmierdzącej bulwy“ bezrobocie to wychodziło na dobre, sprzyjało rozwojowi i werbowało nowych członków. Klub ten zawiązany został przez miłośników czosnku i cebuli, kradzionej w wielkich ilościach z magazynu i najulubieńszą grą jego członków była gra, polegająca na tem, kto w najkrótszym czasie zje największą ilość bulw cebuli i czosnku.
Wynikiem tych szlachetnych gier, nikomu prócz magazyniera nie szkodzących, był zabójczy smród w międzypokładzie, buchający z ust każdego grającego.
W czasie sztilu niemiły ten zapach tak się wzmocnił i wżarł we wszystko, co było na statku, że reszta załogi, nie należąca do klubu, zawiązała konfederacje, mającą na celu zwalczanie „śmierdzącej bulwy“.
Konfederacja dążyła do wykorzenienia „śmierdzącej bulwy“ dwiema drogami: drogą zbrojną i pokojową.
Walka zbrojna polegała na tem, że stawiano przy magazynie warty, mające na celu wspomaganie magazyniera w walce z rabusiami czosnku, oraz na tem, że skradzione już, złowonne bulwy odbierano nieprawym właścicielom i wyrzucano za burtę.
Walka pokojowa polegała na propagandzie, potępiającej smród, unoszący się w powietrzu, i na skierowywaniu uwagi członków klubu „śmierdzącej bulwy“ na inne zajęcie i gry.
Wynoszono pod niebiosa rzucanie nożem do celu, szachy, oraz „salonowca“, którego istota polega na zgadywaniu, który z uczestników zabawy uderzył najmocniej wybraną na ten cel ofiarę, w miejsce, którego przy spotkaniu nigdy zprzodu nie widać.
Najskuteczniejszą jednak bronią w ręku konfederacji okazał się „szmendok“, czyli chemin de fer, oraz oczko.
Czwartego dnia sztilu do leżących i śmierdzących na baku klubowców zbliżył się „konfederat“, uczeń pierwszego kursu Żuciński i, pokazując im talję kart, spytał swym grubym, z poznańskim akcentem, głosem: Zagrocie?
Klubowcy spojrzeli po sobie: zagrać, czy nie zagrać?
Pokusa była wielka. Sześciu z nich po chwili namysłu dźwignęło się ociężale z miejsca. — Idziemy grać — rzekł jeden z nich do Żucińskiego — cebula i czosnek precz! Do pierona! — zakomenderował konfederat.
Śmierdzące bulwy powędrowały do zatoki Biskajskiej, żegnane smutnemi spojrzeniami klubowców.
— Ej, wy! — zawołał za odchodzącym stary praktyk w kartach, uczeń trzeciego kursu Aloszta — uważajcie, żeby was komendant nie nakrył; za grę trzy dni paki pewne, jak solone mięso na obiad!
Po chwili całe towarzystwo już leżało w mrocznym kącie międzypokładu, zapamiętale rżnąc w oczko.
Dookoła zgromadził się tłum widzów.
Stawki, zpoczątku niewielkie, wzrastały z każdą chwilą. Po półgodzinie gry nikomu już do głowy nie przychodziła myśl postawić do banku dwie bibułki do kręcenia papierosów. Grano na całe książeczki bibułek. Gdy zaś szczęście, sprzyjające Żucińskiemu od samego początku, zgromadziło w jego banku dwie paczki holenderskiego tytuniu i kilka rozpórek do hamaków — wąsaty Januszek, ulubieniec całej załogi, wyciągnął z kieszeni wspaniałą, żółtą cytrynę i drżącym głosem oznajmił: Va banque!
Cytryny ze względu na kojące właściwości, ujawniające się w pełni w czasie grasowania epidemji morskiej choroby, stały najwyżej ze wszystkich artykułów spożywczych na giełdzie okrętowej.
Tłum widzów zaczął nawet powątpiewać, czy rozpórki do hamaków i holenderski tytuń dorównywają wartością drogocennej cytrynie.
— Niech będzie! — krzyknął Januszek do tłumu — trzeba mu nareszcie rozbić ten bank. Dawaj jeszcze! — zwrócił się do Żucińskiego, który podał mu kartę.
Niepewność odmalowała się na wąsatem obliczu Januszka. Wraz z kartą poprzednią miał piętnaście oczek.
— Dawaj — rzucił krótko.
Żuciński dał i patrzał z lękiem na przeciwnika. Lecz na twarzy tego ostatniego znów się rozlało wahanie. Miał siedemnaście. Ciągnąć jeszcze, czy stanąć? — pytał się swej palonej niepewnością duszy. W karciarskiem natchnieniu prosząc Boga o pomoc w walce z niepewnością, wzniósł oczy ku górze i... skamieniał z przerażenia.
W otworze grota luku, odbijając się ostro od błękitu nieba, czerniały wąsiki komendanta i złociły się laurowe liście jego czapki.
Idąc za wzrokiem Januszka, reszta grających spojrzała ku górze i również znieruchomiała.
Niedługo jednak trwał ten bezruch. Towarzystwo rychło odzyskało przytomność.
Jeden z graczy, chłop sprytny i przebiegły (warszawiak oczywiście), ruchem, zdawałoby się, niedbałym, lecz szybkim, jak myśl, pociągnął ręką po powierzchni pokładu, na którym były rozrzucone karty, i groźne „corpus delicti“ znikło w jego rękawie, jak senne marzenie.
Lecz równie błyskawicznym był czyn komendanta. Jednym, tygrysim zaiste skokiem bóg życia i śmierci załogi spadł zgóry w międzypokład tu wśród grających wybuchł, jak granat:
— W karty grrrrrrracie!? Nie wiecie, że nie wolno? Do paki wszyscy!
— Tu nie wszyscy grali, panie komendancie — odezwał się ktoś z tłumu patrzących.
— Nie wszyscy? — piorunował komendant — więc niech zaraz każdy z grających zamelduje, że grał. No, już! Żywo!
Z ciężkiem westchnieniem karciarze ustawili się w szereg przed komendantem. Brakowało tylko Żucińskiego.
Komendant ochłonął z pierwszego gniewu.
— Widzicie — odezwał się już spokojnie — jak to niedobrze grać w karty — do paki teraz pójdziecie. A w pace gorzej, jak na pokładzie, prawda, Pytek?
— Tak jest, panie komendancie! — odpowiedział z uśmiechem uczeń Pytek, stały lokator w areszcie.
— No, ot widzicie. A i wogóle niedobrze jest grać w karty, zawsze kłótnie jakieś wśród załogi powstają. No, ot, pójdziecie teraz, znaczy, do paki. A cóż to wy, Żuciński, nie stanęliście w szeregu, graliście przecie?
Wszyscy spojrzeli na Żucińskiego. Żuciński stał ztyłu za plecami kolegów.
— Graliście przecie? — powtórzył pytanie komendant.
Żuciński wystąpił naprzód.
— Ja ne grołem, pane komendance — rzekł swym gardłowo-brzusznym głosem.
— Jakto nie graliście, widziałem was przecie wśród grających!
— Ja ne grołem, ja se tylko przyglądołem.
Koledzy spojrzeli na niego zdumieni i oburzeni.
— Przyglądając się, mieliście jednak karty w ręku?
— Ja ne grołem, ja se tylko przyglądołem — powtórzył uparcie Żuciński.
Komendant rzucił nań pogardliwe spojrzenie i zwrócił się do reszty: — Do paki marsz!
W kwadrans potem towarzystwo karciarzy już siedziało w mrokach okrętowego aresztu.
Żuciński został na wolności w posiadaniu dwóch paczek holenderskiego tytuniu i kilku rozpórek do hamaku. Nie wyszło to mu jednak na dobre.
Wkrótce sprawdziły się słowa komendanta, że z powodu kart powstają niesnaski wśród załogi.
Po zamknięciu kolegów w pace, zaczęto omawiać szeroko postępek Żucińskiego.
Wyrok zapadł szybko i wyraził się w jednem tylko słowie: Podlec!
Zaraz po wyroku zapadła decyzja ukarać winnego za brak poczucia koleżeństwa i honoru.
Wykonanie wyroku zawieszono, do czasu, gdy mrok zapadnie.
I oto gdy zapadła noc i w ciemnym międzypokładzie zamigotały rzadkie latarnie, oświecając mdłem światłem gęste rzędy wiszących hamaków, w miejscu, gdzie spał Żuciński, zaczęły się dziać rzeczy niesamowite.
Gdy dzwon okrętowy wybił północ, sąsiadujący z Żucińskim hamak poruszył się niespokojnie.
Ze środka jego wysunęła się ręka i zaczęła macać wokoło. Trafiła na sznur, którym przymocowany był hamak Żucińskiego do jagsztagu przy pułapie. Cofnęła się. Po chwili ukazała się znowu uzbrojona w nóż. Jeden błysk dobrze wyostrzonej klingi, skrzyp podciętego sznura, i hamak wraz z sennym i bezwładnym Żucińskim stuknął głucho o deski pokładu.
W tejże samej chwili z masy wiszących hamaków runęła wdół kupa nagich ciał.
Przytłoczyły one leżącego i zaplątanego w pościeli Żucińskiego. Grube, metrowe rozpórki od hamaków wznosić się zaczęły do góry i opadać wdół, jak cepy.
Rozległy się odgłosy uderzeń i przytłumione kneblem poduszki jęki bitego.
Odbywał się samosąd. Ofiara starała się wyrwać z rąk oprawców, szarpała się i kąsała, ale, dławiona zgóry rękami, kolanami i zasypywana gradem ciosów, już po kilku chwilach osłabła i zacichła.
Gdy przebrzmiał ostatni jęk, jeden z bijących odtrącił resztę i szepnął: — Dość! Do hamaków!
Spiskowcy rozbiegli się we wszystkie strony i na miejscu, gdzie się odbył lynch, został tylko leżący bezwładnie Żuciński.
Po dwóch minutach zbity odzyskał przytomność, otarł krew z rozkwaszonego uderzeniem rozpórki nosa i stłuczonych ust. Zaklął przez zęby, zwinął rozrzucony hamak i powlókł się spać w kąt międzypokładu.
— Świnie — mruknął poznaniak, zasypiając i postękując od dotkliwego bólu w żebrach — świnie, coprawda, ja też jestem świnia. Komendant też świnia, że nas nakrył z temi kartami. — Świnia. Wszyscy świnie jednem słowem. Świnie...
Z tem słowem na skrwawionych ustach Żuciński zasnął.
„Koc“ ten jednak był dopiero początkiem nieszczęść, jakie się posypały na niefortunnego gracza.
Nazajutrz koledzy powitali go ozięble i wrogo. Po spojrzeniach ich, jakie rzucali w jego stronę, wywnioskował, że „kocowanie“ w nocy było tylko wstępem do dalszych znęcań się. Podejrzewał, że następnej nocy znów się powtórzy seans z podcięciem hamaku i rozpórkami.
— Jak tylko mrok zapadnie, schowam się do żagielkoi — postanowił — tam mnie nie znajdą.
Gorzej jednak przedstawiała się sprawa z władzą (kurs drugi i trzeci). Ci zaczęli się czepiać na służbie.
Na samym początku wachty Aloszta dał Żucińskiemu szczotkę i kazał wyszorować „kancelarję“ czyli tak zwane po lądowemu dwa zera. Później musiał leźć na bom-bram-reje luzować już zluzowane sejzingi. Ledwo zdążył zejść z want, już go zapędzono do opukiwania młotkiem rdzy w środkowym triumie.
Gdy zziajany i spocony, ledwo nie uduszony smrodliwem powietrzem triumu, wychynął na pokład, zastał liny brasów, gejtaw i gordingów rozrzucone po pokładzie i musiał je oczywiście sam jeden sklarować.
Na nocną wachtę wlepiono mu dwie godziny służby na sterze i dwie godziny na „oku“. Żuciński spochmurniał. Nawet jego pracowita poznańska natura zaczęła się buntować przeciwko tej orgji pracy.
Drugiego dnia było jeszcze gorzej, a gdy trzeciego półprzytomny od ciągłego pompowania wody do zbiorników dostał jeszcze w triumie żelazną skrobaczką w łeb, aż mu iskry posypały się z oczu — postanowił coś przedsięwziąć.
Na zbiórce porannej, gdy komendant wstąpił na grota luk, by powiedzieć zwykłe: Cześć, uczniowie! — Żuciński wystąpił przed szereg.
— Pane komendancie — zameldował — ja też wtenczas grołem!
Komendant spojrzał na niego przenikliwie.
— Lepiej późno, niż nigdy — rzekł — jak tamci odsiedzą swoje, pójdziecie do paki. A teraz za to, żeście się odrazu nie przyznali — na saling!
Żuciński wdrapał się na wanty i za chwilę sylwetka jego ukazała się na salingu nad fok-obermars-reją.
Kolegom spodobał się postępek Żucińskiego. Po porannej modlitwie poruszono jego sprawę.
— Pies mu mordę lizał! — orzekła wyrocznia załogi Aloszta — postąpił wprawdzie po świńsku, ale już dostał za swoje i od nas i od komendanta. Nie przyfajdalać się więcej do niego. Morowy chłop, że się przyznał!
Gdy Żuciński po wystaniu dwóch godzin zeszedł na pokład dla odpoczynku, rozmawiano już z nim przyjaźnie.
Zaś później, w ciągu dalszego odbywania kary, pod fok-masztem zbierała się kompanja kolegów z pierwszego kursu i, zadzierając głowy do góry, wołała:
— Hej, na salingu! Żuciński, grałeś?!
— Grooooołem! — dolatywał z wyżyn ledwo dosłyszalny głos Żucińskiego.



Przypisy

  1. Bezwietrze.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Szarecki.