Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Beznadziejny, już od trzech dni trwający sztil[1] przykuł nas do wód zatoki Biskajskiej. Skwarnego powietrza nie orzeźwiał najlżejszy nawet podmuch wiatru. Pomimo, że na masztach stały, a właściwie wisiały wszystkie żagle, „Lwów“ nie robił i ćwierć węzła. Dosłownie staliśmy w miejscu. Wyrzucone przez kucharza za burtę blaszane pudełko od konserwów po upływie dwóch dni zauważyliśmy pływające w odległości czterech metrów od rufy. W dwie doby wiec zrobiliśmy cztery metry drogi.
Rozpaczliwa ta sytuacja fatalnie oddziaływała na humory załogi. Nie mając ustawicznego zwijania i rozwijania żagli, brasowania i podbrasowywania rej, społeczność „Lwowa“ gnuśniała, wpadała w melancholję i grążyła się w otchłań niedbalstwa.

Dochodziło do tego, że uczniowie, pełniący służbę przy sterze, zbaczali z kursu o dziesięć stopni, róża kompasowa kręciła się, jak ruleta, a prochy babek i prababek niedbałych sterników spoczywały, o dzi-

  1. Bezwietrze.