Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świnia, że nas nakrył z temi kartami. — Świnia. Wszyscy świnie jednem słowem. Świnie...
Z tem słowem na skrwawionych ustach Żuciński zasnął.
„Koc“ ten jednak był dopiero początkiem nieszczęść, jakie się posypały na niefortunnego gracza.
Nazajutrz koledzy powitali go ozięble i wrogo. Po spojrzeniach ich, jakie rzucali w jego stronę, wywnioskował, że „kocowanie“ w nocy było tylko wstępem do dalszych znęcań się. Podejrzewał, że następnej nocy znów się powtórzy seans z podcięciem hamaku i rozpórkami.
— Jak tylko mrok zapadnie, schowam się do żagielkoi — postanowił — tam mnie nie znajdą.
Gorzej jednak przedstawiała się sprawa z władzą (kurs drugi i trzeci). Ci zaczęli się czepiać na służbie.
Na samym początku wachty Aloszta dał Żucińskiemu szczotkę i kazał wyszorować „kancelarję“ czyli tak zwane po lądowemu dwa zera. Później musiał leźć na bom-bram-reje luzować już zluzowane sejzingi. Ledwo zdążył zejść z want, już go zapędzono do opukiwania młotkiem rdzy w środkowym triumie.
Gdy zziajany i spocony, ledwo nie uduszony smrodliwem powietrzem triumu, wychynął na po-