Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kład, zastał liny brasów, gejtaw i gordingów rozrzucone po pokładzie i musiał je oczywiście sam jeden sklarować.
Na nocną wachtę wlepiono mu dwie godziny służby na sterze i dwie godziny na „oku“. Żuciński spochmurniał. Nawet jego pracowita poznańska natura zaczęła się buntować przeciwko tej orgji pracy.
Drugiego dnia było jeszcze gorzej, a gdy trzeciego półprzytomny od ciągłego pompowania wody do zbiorników dostał jeszcze w triumie żelazną skrobaczką w łeb, aż mu iskry posypały się z oczu — postanowił coś przedsięwziąć.
Na zbiórce porannej, gdy komendant wstąpił na grota luk, by powiedzieć zwykłe: Cześć, uczniowie! — Żuciński wystąpił przed szereg.
— Pane komendancie — zameldował — ja też wtenczas grołem!
Komendant spojrzał na niego przenikliwie.
— Lepiej późno, niż nigdy — rzekł — jak tamci odsiedzą swoje, pójdziecie do paki. A teraz za to, żeście się odrazu nie przyznali — na saling!
Żuciński wdrapał się na wanty i za chwilę sylwetka jego ukazała się na salingu nad fok-obermars-reją.
Kolegom spodobał się postępek Żucińskiego. Po porannej modlitwie poruszono jego sprawę.