Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pies mu mordę lizał! — orzekła wyrocznia załogi Aloszta — postąpił wprawdzie po świńsku, ale już dostał za swoje i od nas i od komendanta. Nie przyfajdalać się więcej do niego. Morowy chłop, że się przyznał!
Gdy Żuciński po wystaniu dwóch godzin zeszedł na pokład dla odpoczynku, rozmawiano już z nim przyjaźnie.
Zaś później, w ciągu dalszego odbywania kary, pod fok-masztem zbierała się kompanja kolegów z pierwszego kursu i, zadzierając głowy do góry, wołała:
— Hej, na salingu! Żuciński, grałeś?!
— Grooooołem! — dolatywał z wyżyn ledwo dosłyszalny głos Żucińskiego.