Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Co widzą twe oczy stalowe — drogę pomyślną, czy zgubę wśród wód bezmiaru?
„Czy nie drgnie twa ręka twarda, gdy koło skał przepływać będziemy, czy nie ukażesz załodze strwożonej twarzy, przerażeniem szarej, i nie zawołasz białemi usty: Giniemy!
„Kapitanie, kapitanie, mój panie i władco?!
„Żagle łopoczą na masztach i fale szumią za burtą...
„I znów szept słyszę, lecz nietylko swój — marynarzy wszystkich, memi mówiących ustami... słyszę, słyszę wyraźnie...
„Jeśli nie zginę na morzu, szaremi pochłonion falami, morski mi pogrzeb wyprawcie.
„Nie potrzeba księdza, klechy, niech kapitan pacierz zmówi. W białą płachtę mnie owińcie, a do nóg przywiążcie kamień.
„Mej kochance, co na brzegu po mnie oczy wypłakuje, powiedzcie, niech nie czeka, jam już w morzu, na dnie morza.
„Rzućcie w głębie moje ciało, niech żałośnie wiatr zawyje, całun pienistych fal mnie okryje, dwunasty wał „Requiem in pace“ zaszumi...“
Szumiały fale za burtą „Lwowa“, a nade mną łopotały kliwry. Skłoniłem głowę jeszcze bardziej na piersi. Stanowczo sen zaczął mnie zwyciężać.