Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dują coraz nowe okręty wojenne, wy, potomkowie nasi, jesteście bezczynni, wy śpicie. Tak, wy śpicie!
— Śpicie! — zawołał tłum marynarzy.
Kapitan podszedł do mnie, wziął za ramię i silnie potrząsnął: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie ze snu!
Kapitan wciąż nie puszczał mojego ramienia, trzęsąc coraz silniej krzycząc coraz głośniej: Obudźcież się nareszcie, rodacy, obudźcie się, obudźcie!
Szarpanie stawało się coraz natarczywsze i gwałtowniejsze. Aż po jednem takiem silniejszem szarpnięciu kapitan Wąsowicz, wąsaty tłum marynarzy i fregata z banderą Jego Królewskiej Mości Stefana Batorego gdzieś znikła, przepadła, a zamiast tego ujrzałem przed sobą oficera wachtowego, który szarpał mnie za ramię, przypuszczalnie już od dłuższego czasu, gdyż głos, jakim wołał: obudźcie się, obudźcie! — zlekka zachrypł.
Drgnąłem i stanąłem na baczność, zupełnie już obudzony.
— Cóż to, wy na „oko“ spać przychodzicie, czy służbę pełnić? — pytał się porucznik. — Postoicie sobie jutro za karę dwie godziny na salingu, to was na przyszłość oduczy spać podczas służby.