Strona:Jerzy Szarecki - Na pokładzie Lwowa.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kierując się w stronę kuchni, skąd po upływie minuty rozległy się przekleństwa i lamenty kucharza; widać złodziejskie poczynania grubasa osiągnęły cel.
Otuliłem się szczelnie kożuchem, gdyż pomimo, że znajdowaliśmy się na szerokości Hiszpanji, chłody, zwłaszcza w nocy, były przejmujące. Spojrzałem przed siebie. Na zalanej światłem księżyca powierzchni oceanu nie widać było ani jednego światła parowca, ani jeden żagiel nie bielił się na horyzoncie. Nic dziwnego: „Lwów“ płynął środkiem oceanu, zdala od uczęszczanych przez statki dróg.
Noc była gwiezdna, księżycowa. Lekki wiaterek łopotał nad moją głową płótniskami kliwrów. Od czasu do czasu zaszemrała głośniej fala, rozpieniona sztabą „Lwowa“. Cisza zresztą panowała na oceanie i na pokładzie; umilkły nawet wymysły rozpaczającego po stracie sucharów kucharza.
Oparłem się wygodnie o windę kotwiczną i wpatrzyłem w księżycową dal. Nic. Pusta, bezmierna płaszczyzna oceanu otaczała mnie ze wszystkich stron. Sen począł zwierać powieki. Poranne, generalne, a męczące szorowanie pokładu działało teraz, jak potężny środek nasenny.
No, no — rzekłem do swojej sennej osoby — ze