Marya (Kraszewski)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Marya
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
MARYA.


Pau Desaus siedział w swojéj izbie, przy ogromnym kominie, na którym palący się ogień resztę mieszkania oświecał.
Na zegarze kalwińskiego zboru wybiła już była dziewiąta, wiatr dojmował zimny, a kupiec chodził, chuchał w palce i ogrzewał się ze wszystkich stron przy kominie.
Izba była obszerna; dwa jéj okna na plac przed kościół Święto-Michalski wychodziły. Kilka sztychów: a między niemi Henryk IV i rzeź Ś. Bartłomieja zdobiły ściany; prócz tego stały dwie ogromne szafy, kilka stołów, stołków i łóżko, z firankami w niebieskie kwiaty.
Na jednym stole, tuż naprzeciw komina, leżała rozwarta księga, a przy niéj siedziała w milczeniu dziewica wysokiego wzrostu. Ciepła, długa, ciemnego koloru z galonem złotym, wedle ówczesnego zwyczaju, suknia okrywała ją. Blask ognia oświecał twarz jéj piękną, lecz napojoną wyrazem jakiéjś szczególniejszéj surowości, którą rzadko zobaczyć w kobiecie tego wieku; bo nieznajoma więcéj nad lat dwadzieścia miéć nie zdawała się. Oczy jéj, pełne ognia, rzucały wejrzenia do pogardliwych podobne, a usteczka wzniesione w górę, milcząc, zdawały się rozkazywać.
Była to panna Justyna Desaus.
Przy kominie siedział Mateuszek, z wielką księgą in folio na kolanach; czytał bardzo pilnie, a niekiedy ukradkiem rzucał wzrok szybki i przelotny na kupca i jego córkę... Panna Justyna poziewała szeroko, kupiec kaszlał i stękał, Mateuszek wzdychał półgłoskiem, zresztą zupełna cisza panowała wokoło. Nareszcie tonem oschłym i obojętnym odezwała się panna Justyna, wstając ze swego miejsca:
— Wszak-ci późno... możebyś się spać, panie ojcze, położył?
— I nie! — odpowiedział krótko kupiec — sen mnie coś nie bierze, jeszcze posiedzę.
— Jak ci się podoba — odpowiedziała Justyna. — Ale któż-to tak późno stuka do bramy? to chyba matka Marya przyszła przenocować: kilka dni jak już nie była.
— Może kto po wino — dodał kupiec — bo dość mocno stuka.
Nie śmiał jednak kazać otworzyć, póki Justyna, wyjrzawszy przez okno, nie odezwała się tonem nakazującym do chłopca:
— No! idź-że tam, otwórz.
Kupiec, który tylko wyroku córki czekał, bo jéj we wszystkiém ulegał i nic bez jéj wiedzy nie stanowił, powtórzył także za nią:
— No! a idź że, otwórz!
Chłopiec wyleciał jak opętany, i w chwilę drzwi się otworzyły i głos ponury ozwał się na progu:
— Niechże będzie pochwalony Jezus Chrystus! Sama sobie odpowiadać muszę: na wieki wieków amen! bo wy kalwini tego nie zrobicie.
Osoba, która te słowa wyrzekła, zasłoniona jeszcze była szerokim kapturem komina, lecz gdy parę kroków postąpiła, ukazała się przy blasku ognia kobieta wysokiego wzrostu i mocnéj ciała budowy.
Mateuszek poddmuchał przygasający ogień, a fantastyczna jéj postać błysnęła w całém świetle. Czarna wytarta suknia okrywała ją całkiem, a na głowie dumnie wzniesionéj unosiły się zeschłe kwiatów i krzewów gałązki; rysy jéj twarzy chociaż wiek zeszpecił, nosiły jednak cechę dawnéj piękności; oczy miała duże i czarne, nos mały, usta ściśnione i wpadłe, czoło wysokie, a nad niém zwijało się kilka puklów czarnych posiwiałych włosów. Wyraz jéj oczu i całéj postawy miał w sobie coś tak uderzającego, iż raz ją zobaczywszy, niepodobna było zapomniéć. Wejście jéj, długi olbrzymi cień postaci rysujący się na przeciwnéj ścianie, jéj słowa i mina stanowiły scenę godną lepszego pióra.
— Siadaj, matko — odezwała się Justyna — musiałaś zziębnąć na dworze, przyszłaś przenocować zapewne... wiatr być musi dojmujący na dworze.
— Dojmujący! — powtórzyła przybyła wyciągając długie, wyschłe ręce nad kominem — dojmujący; ale duszy nie przejmie, a kto ogień nosi w duszy, temu taki wiatr niczém!
Kiedy to mówiła, Francuz Desaus, zapewne do podobnych scen przywykły, mrugnął na chłopca i na palcach pocichu zgarbiony wyszedł z izby.
— Tak! zapewne — odpowiedziała Justyna Maryi — ale ten ogień duszy gaśnie z wiekiem.
— Może! może! — przerwała stara kiwając głową z powątpiewaniem — ale kiedyż moja młodość przeminie? O! moja panno — mówiła daléj — cóżbym nie dała, gdyby moje lice różowe na zmarszczone policzki kościelnéj baby zamienić i ten ogień na chłodne serce starości... a jednak nie mogę! bo Bóg za karę skazał mnie na młodość wieczną. Patrz! — dodała uśmiechając się okropnie — moje oczki, moje ząbki, moja kosa kruczych włosów, tak ładne jak przed laty! a serce tak młode jeszcze, jakbym dziś pierwszy raz kochać zacząć miała!... Nie dziw téż to, nie dziw, wszak dziewiętnasty mam roczek, ogień młodości napełnił piersi moje! pierwsza iskra zaświeciła w oczach, ale, ach! i to przeminąć musi.
Justyna słuchając téj mowy, ruszyła ramionami z politowania nad obłąkaną i odezwała się z cicha:
— Pójdź spać, matko!
— O! jeszcze nie czas — przerwała stara spoglądając wokoło. — Czekam na Stasia, przyjedzie koło północy, jak pierwszy kogut zapieje; usłałam jedno dla nas obojga łóżeczko, z pachnących ziółek zrobiłam posłanie, poduszkę z moich włosów, a to wszystko dla Stasia. Biedny! czy mróz, wicher czy słota, on zawsze przychodzi do mnie; a ogień, co przez dzień w sercu mojém przygaśnie, pocałunkami nanowo rozpali. Dobrze to miéć Stasia! dobrze to miéć dziewiętnasty roczek!...
Zegar zborowy dziesiątą w téj chwili uderzył, stara padła na kolana.
— Módl się, córko mojego serca — zawołała głośno — módl się! Bóg przypomina, że się modlić trzeba; ty się módl po swojemu, ja po swojemu; teraz, kiedy świat cały w cichości spoczywa, modły nasze polecą prosto do Boga!... W imię Ojca, i Syna, i...
Szelest jakiś dał się słyszéć na ulicy, stara porwała się z ziemi i zawołała:
— To mój Staś idzie! chwałaż Bogu! czekałam go tak długo, z nim razem zmówimy pacierze! on taki nabożny! zawsze mi o Bogu wspominał!...
— Kładnij się spać, matko! bo jutro zapewne rano, jak pierwszy dzwon się przebudzi, pójdziesz obchodzić kościoły swoim zwyczajem.
— Od północy do ranka — odpowiedziała stara poważnie — dwa wieki!... Można się urodzić, żyć i umrzéć w tym czasie! Jak się postarzejem, moja duszo, to będziem spać dłużéj... A ja, ja dziś ze Stasiem ślub brałam! Ach, żebyś wiedziała, sto świéc błyskało w kościele, muzyka brzmiała jak chór serafinów, pełno kobiet, rycerzy, kadzidła płyną w niebo niebieskiemi wstęgami. Ksiądz nas wiąże ze Stasiem: wiąże ręce... serca, kto inny powiązał przed laty, a tu... trumna w kościele a nieboszczyk w trumnie, jak miecz w pochwie rozciętéj na dwoje — na ustach znać jeszcze siny pocałunek śmierci, mróz na czole, oczy jak dwa wygasłe życia ogniska, w ręku jego krzyżyk matki... Ha! wesele, wesele! łoże nasze usiane, róże w głowach, w nogach róże, rozkosz ulata nad nami, aniołowie kołyszą nas w powietrzu. I grób zasypali, i garść ziemi pokryła ciało, które najpiękniejsza dziewica życiem swojém odżywićby chciała, i za nim zamknęła się ziemia na wieki, a na grobie... cóż na grobie? we dwa wieki stało łoże małżeńskie, a proszek z jego kości stał się pyłkiem różanym, a z jego oczu drogie kamienie, a z jego ciałka łodyga różana wyrosła, a z jego serca gałąź pokrzywy...


Dzień był pochmurny, niebo okryło się szarym płaszczem obłoków, silny wiatr zachodni łamał drzew gałęzie. Nad samą Wilią, niedaleko od Radziwiłłowskiego pałacu, stało kilka osób w długich płaszczach i czapkach nasuniętych na uszy, koło nóg uwijały się końce błyszczących szabel.
Zimno było dojmujące, a chociaż osoby stojące nad Wilią zdały się być z mowy i poruszeń nieco napiłe, zacierały jednak ręce i tuliły nosy pod płaszcze. Był to Zaranek z towarzyszami swemi, który wcale o swoich nie myśląc przygodach, śmiał się i rozmawiał obojętnie.
— Hola! — wołał on — a byłże kto z was na lekcyach w akademii, panowie akademicy?
— Ja posłałem skrypt księdzu Niedzielskiemu, żem chory — odezwał się jeden.
— Ja anim myślał!
— Ani ja téż!
— Ani ja!... — zawołał Zaranek, ale mnie chyba w ostatnim razie wyekskludują... Oho!... a wiecież panowie, że jest dawne postanowienie, że kto się trzy dni bez przyczyny na lekcye nie jawi, bywa ekskludowany. Ksiądz rektor nie sto razy nam to powtarzał.
— Pal ich trzysta dyabłów i z akademią i z rektorem! ona się nam na nic nie zdała. Potrzebna dla wojewódzkich, kasztelańskich synów, dla hetmaniców, podstoliców, starościców, ale nam urwipołciom lepsza nauka kolo kieliszka i dziewczyny.
— Chodźmy-no jeszcze się napić! mam trzy floreny...
— Ja nie pójdę — odpowiedział na wezwanie Zaranek — ja tu czekam... mają mi dać znać, jak najlepiéj tego kupca Francuza obyczyć... bo ja, och! ja jemu nie daruję! jego szkatułka musi się poznać ze mną... Ha! żebym ją miał, zarazbym sobie nowy żupan sprawił w kwiaty niebieskie, a kontusz piaskowy, jaki był u ś. p. ojca mego, szablę srebrem nabijaną i soboli kołpak i rysie... O! w rysiach wyglądałbym jak katedralny kanonik! szalałyby dziewki za mną!... U! ha!
— Ej, nie ciesz-no się tylko zawczasu, żebyś tego nie pożałował!...
— Tsyt!... — zawołał Zaranek, wskazując palcem na drogę do miasta z Antokola wiodącą; wszyscy zwrócili tam oczy, i ujrzeli jakąś czarną, długą figurę, sunącą się brzegiem drogi, owiniętą w suknię ciemną z futrem. Zaranek wlepił oczy i dodał pocichu: — To ksiądz rektor zborowy.
— Aha!... powtórzyli wszyscy, to on!
— Panowie bracia, schowajcie się za węgiel tego domu, ja mu zajdę drogę, a jak dam znak, przyjdziecie mi pomódz. Zabłocki, ty pilnuj się... trzeba się pomścić, rektor był u Desausa, kiedyśmy go napadli... on poduszcza na nas piechotę, on katolików prześladuje, on...
Nie dokończywszy Zaranek, wziął się pod boki, rozwinął płaszcz i gwiżdżąc pieśń kurkowych strzelców postąpił naprzód. Tymczasem zbliżał się ksiądz rektor, i spojrzawszy na jego zawadyacką minę, chciał ominąć, ale Zaranek, jakgdyby w téj chwili dopiero mu się przypatrzył, zawołał zdejmując czapkę i kłaniając się do saméj ziemi:
— Sługa i podnóżek księdza rektora!...
— Do nóg upadam!... Bóg z tobą!... — odpowiedział zaczepiony rzucając niespokojne wejrzenie i odskoczył na drugą stronę drogi, chcąc go ominąć.
Przebiegły Zaranek go uprzedził, znowu się ukłonił i zawołał:
— Sługa księdza rektora!...
— Najniższy!... najniższy!... — wybąknął rektor, wracając znowu na przeciwną stronę drogi, ale i tu nie miał pokoju. Zniecierpliwiony rektor, wyjął floren podwójny z kieszeni, nachmurzył czoło, rzucił go Zarankowi i dodał: — Dozwólże mi waszmość przejść! oto masz na podwieczorek.
— Ba! cha! cha! cha! wolne żarty! — przerwał Zaranek nakrywając głowę i zastępując ciągle tak zręcznie drogę księdzu, iż mu się wymknąć nie umiał. — To za mało! proszę o czerwony złoty!
— A toż co? czy napaść? — wykrzyknął kalwin oburzony. Nie jestem panem kopalni, w zborze nie płyną złote piaski, żebym tak pieniądze sypał po ulicy! Idź, idź, kontentuj się tém, co daję, bo krzyknę i piechota cię pochwyci.
— Nie trudź się darmo, księże rektorze — przerwał napastujący — szkoda ust twoich na próżne słowa, lepiéjbyś ich użył na... uwodzenie dziewcząt... rozumiész mnie!...
— Co!? — krzyknął obrażony do najwyższego stopnia kalwin. — Jak mi to śmiesz mówić!... mnie?... wiesz ty, kto ja jestem?... co ja mogę?
— Jesteś łotr i możesz wisiéć!... — odpowiedział bardzo spokojnie Zaranek.
Tu rektor, do tak szczerych wyznań nieprzywykły, chwycił go za piersi i zamierzał się dać mu policzek, gdy Zaranek wstrząsnął się, porwał go za szyję i zawołał:
— Hej!... bracia! chodźcie-no tu! ksiądz rektor zmęczył się przechadzką, pić mu się chce, zaniesiemy go do Wilii.
Na te słowa, posłuszna jego rozkazom wyszła reszta towarzyszów. Rektor pobladł jak trup i sięgając do kieszeni, zawołał pokorniejszym tonem, któremu starał się nadać wesołość i obojętność:
— Ale, mój panie, czy się to godzi tak sobie żartować... Na! proszę cię, weź ten czerwony złoty i napij się za moje zdrowie... ja pić nie chcę, śpieszę się do miasta, nie mam czasu. Bądź zdrów...
Chciał iść, ale Zaranek go nie puszczał i trzymał ciągle za szyję.
— Oj! nie tak to my się prędko pożegnamy, jak ci się zdaje, mój dobrodzieju, poczekaj-no trochę!... Ten czerwony złoty zda się, biorę go z najuniżeńszém podziękowaniem od wielce przewielebnego księdza rektora, który będzie łaskaw pójść ze mną jeszcze na chwilkę, ku brzegowi Wilii.
— No! no! dajże pokój! — zawołał struchlały kalwin, dobywając z kieszeni drugi czerwony złoty i dając go Zarankowi. — Proszę cię, nie żartuj, bo nie mam czasu.
— Drugim razem nie zejdziemy się tak paradnie jak dziś! — zawołał Zaranek — trzeba korzystać z pory... Co się tyczy tego czerwonego złotego, biorę go i wypiję za zdrowie wielce przewielebnego księdza rektora i dobrodzieja, a tymczasem chodźmy się ochłodzić... Widzę, zacny panie, pot, który zlewa twe świątobliwe skronie, widzę, że ci krew bije do głowy, rumienisz się i bledniejesz... a że praktykowałem przed kilku laty u doktora nadwornego księcia marszałka, domyślam się więc co to za choroba was dręczy, i troskliwy o wasze zdrowie, sam zajmę się przygotowaniem zimnéj wanny, która w tym razie jest nieodbicie potrzebna... hm!
— Ale no! no! daj pokój! — przerwał coraz niespokojniejszy rektor. Proszę cię, napij się sobie i puść mnie!...
To mówiąc, dał mu trzeciego dukata.
— Hm! — odezwał się niczém nieporuszony Zaranek — ja to biorę, to mi się przyda, to dobrze... wanna sobie pójdzie swoim porządkiem... Chory nigdy sam nie zna swojéj choroby; spuść się wasza wielebność na mnie... Ja ci ręczę, że to dla twego drogiego zdrowia koniecznie jest potrzebném... Śpieszmy się, towarzysze, weźcie pod ręce, bo sam z osłabienia widać, kroku się z miejsca nie ruszy.
— Ale... proszę mi dać pokój! — wrzasnął kalwin. — Cóż to? łotrze! śmiesz z mojéj powolności korzystać?... nie waż się postąpić krokiem... bo cię jutro powieszą na rynku, ciebie i twoich łotrów towarzyszy. Precz ode mnie, hołoto, bo krzyknę, piechota nadejdzie i...
— I!... tymczasem będziesz leżał w Wilii, nim tu kto nadbieży!... — rzekł Zaranek — o nas się nie turbuj... nie tak to łatwo wisiéć, jak się waszéj przewielebności marzy... Nie, nie, ja za siebie ręczę, że nie będę tańcował w powietrzu, jak nieboszczyk Absalon... i moi towarzysze także... Co się tyczy przywołania piechoty, to także uspokoić was muszę... możesz, księże, wrzeszczéć jak opętany, żywa dusza tu nie nadejdzie. Piechota przechadza się teraz po rynku!...
— No! puszczajcie, łotry!... — przerwał znowu kalwin — idę do wojewody... Wojewoda mnie czeka... wojewoda...
— Kiedy czeka, to nic! będzie jeszcze czas na wszystko! tym czasem umyć się nie zawadzi... Hrehory, weź pod rękę przewielebnego i ruszajmy; bo i ja i ksiądz rektor nie mamy czasu, trzeba się śpieszyć!...
Gdy to mówił, już Hrehory porwał go pod drugą rękę, i mimowoli pociągnęli go oba ku brzegowi Wilii.
Dreszcz śmiertelny przebiegł rektora, ale nie wiedział już sposobu uniknienia smutnego losu, który mu widocznie przeznaczono. Po groźbach nastąpiły znowu prośby, znowu do ostatniego grosza wyjął wszystko z kieszeni, i w zaklinaniach, w obietnicach dowlókł się do brzegu rzeki. Ale Zaranek zdawał się być niczém nieporuszony, z najzimniejszą krwią prowadził go do brzegu i zupełnie obojętnie słuchał najgorętszych jego modłów.
Za każdym dukatem, który przechodził do jego kieszeni, uśmiechał się wesoło, ale zresztą dary te nie wpływały ani trochę na zmianę jego zamiarów.
Stanęli nakoniec u samego brzegu rzeki, i tu ponowiły się prośby.
— Łaskawco! królu! weź, co chcesz, ale nie odbieraj mi życia!...
— A na cóżby mi się zdało?
— No! to puść!
— O! i tego także zrobić nie myślę, byłoby to wielkie głupstwo puścić cię z rąk naczczo. Dałeś nam na wino, my cię wodą napoim... Na co komu stanie! Ale woda naszéj Wilii, wierz mi, bardzo smaczna... decyduj się, panie rektorze. Hej! Hrehory! postronka!
Ledwie te słowa wymówił, z kieszeni kapoty wyjął Hrehory gruby postronek i chciał go zawiązać na szyi nieszczęśliwego, ale Zaranek go zatrzymał.
— Stój, co robisz! nie zawiązuj koło szyi... ksiądz łaskotek się boi!... pod ręce! pod ręce!
Wnet gruby postronek ścisnął drżącego kalwina, i głos jego wołał jeszcze nad brzegiem:
— Darujcie! puśćcie! — zostanę, czém sami chcecie!... katolikiem!
— Dla nas to całkiem obojętne, czém ty, psie niewierny, będziesz... Choćbyś i papieżem został, zgorzejesz w piekle za swoje łotrostwa, a ja o twoję duszę nie stoję ani odrobiny!
Już rektor był w rzece po kolana, groził, krzyczał, płakał, błagał, ale nic nie pomagało, nie miały żadnego skutku najgorętsze słowa, bo połowy nie słyszano, połowy słuchać nie chciano... Już tylko głowę nieszczęśliwego widać było nad powierzchnią wody; powiększył się krzyk rozpaczy z jednéj, śmiechy szyderskie z drugiéj strony.
Zaranek z barbarzyńską radością patrzał na swój tryumf i urągał się z nieszczęśliwego.
— Hej! rektorze! — wołał — póki jeszcze głowa nad wodą, krzycz na piechotę, wszak oni cię wyratować mogą, a nas łotrów powieszać... Czekają cię tam u wojewody na prymirę[1]. Hrehory! dajże mu się napić, widzisz, jak usta jego pragną wody... no!...
Na powierzchni rzeki pływały tylko poły, pod wodą słychać było targanie się i ostatnie wysilenia tonącego.
— Wyciągnijcie go!... zobaczym, jak wygląda! — zawołał Zaranek. O! ho!...
Tu pokazała się nad wodą obmokła, blada twarz kalwina, który pluł wodą, wrzeszczał i wyrywał się, wołając:
— A gdzież sprawiedliwość!... tfu! tfu!... takie bezprawia! kcha! tfu! ech!
— Wygląda jak nieboszczyk pies mój wierny Custos, którego raz rzucałem do wody, aby się wymył... ale mój pies był wierny, uczciwy pies, a ty!... do wody z nim!... do wody!...
— Zakli... — zawołał rektor, i nie mogąc dokończyć, ponurzył się w wodzie.
Po chwili wyciągniono go znowo, już mówić nie mógł, tylko bełkotał, woda płynęła z niego, oczy miał osłupiałe, otworzył usta, usiłował parę słów wymówić, lecz na znak nielitościwego swego oprawcy, po raz trzeci zanurzony został.
To trwało dłużéj niż pierwsze dwa razy; jeszcze jednakże rektor zupełnie zmysłów nie utracił. Wyciągnięto go na brzeg i rzucono nad drogą. Ów zmokły, wpół-umarły ze strachu i zimnéj kąpieli, z postronkiem pod rękoma, w stanie godnym politowania, został sam jeden na pustém przedmieściu, bezsilny, przy zbliżającéj się nocy.
Oprawcy oddalili się szybko, a męczennik ich za zmrokiem nie mógł nawet dostrzedz, w którą udali się stronę. Leżał bezsilny oczekując ratunku, bo sam nie wiedział, co miał począć z sobą. Wstać i z sznurem, którego sam odwiązać nie mógł, iść przez miasto? krzyczéć? czekać? Tak rozważał, gdy postać wielka, którą trudno było poznać po ciemku, staje przed nim i szyderskim głosem się odzywa:
— Ha! Stasiu! takiżto los cię spotkał! Ty, głowa różnowierców, jak ostatni winowajca przez oprawców w wodę trzykroć rzucony!... Kiedy tu leżysz i sapiesz, oni za twoje pieniądze piją w karczmie i ogłaszają przed światem hańbę twoję... a swoje zwycięstwo... Stasiu! Stasiu! do czegożeś przyszedł? Bóg cię za mnie karać zaczyna! tyś mnie zrobił nieszczęśliwą, o! bardzo, bardzo nieszczęśliwą... a jednak żal mi ciebie. Czy pamiętasz lat temu dwadzieścia, byłeś młody... ale serce twoje od urodzenia zepsutém być musiało! Tyś mnie zdradził, opuścił... i do czegoż przyprowadziła cię ta wielkość, któréj poświęciłeś wszystko!... Twoja wielkość leży z tobą razem w błocie!!
— Milcz! milcz! nie urągaj się memu nieszczęściu, straszna kobieto!
— Nie dość-że ci, mój drogi, że udaję wobec ludzi, iż cię nie znam, że między nami nigdy nic wspólnego nie było! Chcesz-że, abym i sam na sam zbliżyć się do ciebie nie mogła? Dziękuj jeszcze, że z litości nad tobą, któréj nie wart jesteś, w chwilach nawet, kiedy rozum boleść odgania, nie wspominam nigdy twych zbrodni!...
Rektor wstał powoli z ziemi i korzystając z powiększającego się zmroku, chciał umknąć, ale sznur, który miał na sobie, posłużył Maryi do zatrzymania go. Oczy jéj zaiskrzyły się, zapał dziki wyrył się na bladéj jéj twarzy.
— Stój!... — zawołała — posłuchaj! Muszę ci przypomniéć twoję zbrodnię... możeś zapomniał... ja ci ją odmaluję tak, jak ją noszę od lat dwudziestu w sercu mojém, żeby ten obraz utkwił na nowo w duszy twojéj i gryzł cię przez resztę życia!... Czy pamiętasz biedną Maryę... młodą, niewinną... kiedy mnie odmarli rodzice i powierzyli twojéj opiece? opiece wilka nad jagnięciem!... Dochowałżeś obietnic? oni i w grobie nie mają spoczynku...
— Kobieto! puść mnie...
— Pamiętasz, jak zdradnemi namowy, księgami, odwodziłeś mię od wiary przodków, od cnoty, których się sam zaparłeś?
— O! zlituj się!
— A miałżeś litość nade mną? Ty chwilę cierpisz! jam całe życie cierpieniem przeżyła... Czy pamiętasz tę Wilię... twój syn... moje dziecię... które-m ci powierzyła... popłynęło z tą wodą do nieba!... i ojciec własny...
— O Boże!... Maryo, puść mnie!...
— Tak, własny ojciec rzucił go w wodę i odebrał mu życie, którego nie dał bez Boga! A tym ojcem, zabójcą... ty jesteś, poczwaro!... Poczwaro! jam milczała długo... i po takiéj zbrodni, kiedy nazajutrz rybacy wyciągnęli martwe jego ciało, jam się nawet odezwać nie śmiała!... Alem wołała pomsty nieba, bom pomsty ludzkiéj nad tobą nie chciała... i stałam nad ciałem jego, wyzuta z uczuć matki... oczy moje były suche... ale serce!... o! nad męczarnię mego serca, w piekle większych nie znajdziesz, zbrodniarzu!...
Rektor szarpnął z wysileniem sznur i zniknął w ciemności; ona smutna poszła wzdłuż Wilii, spojrzała na miasto, siadła nad brzegiem i utonęła w myślach.


Przed kościołem bernardyńskim, na cmentarzu, w bramie kościołka świętéj Anny, kilku żołnierzy z wojewódzkiéj piechoty stało drżąc z przestrachu. Było ich sześciu i między niemi krył się Rakowski, sługa pana Piekarskiego, którego bojaźń wytrzeźwiła już nieco.
— No! chodźmy! — zawołał jeden wysokiego wzrostu i okropnéj twarzy. Wszyscy bernardyni pouciekali z klasztoru do dominikanów i franciszkanów... możem śmiało drzwi wyłamać i nieźle się pożywim.
— No! dobrze! ale cicho! tsyt! ostrożnie! bo jak kto posłyszy, ukamienują nas w kościele. A słyszycie! koło zboru jeszcze jak szturmowali, tak szturmują; lud, choć noc, nie odchodzi... No! prędzéj! podważyć! o! mocniéj! już i po zamku! My tu nic bez światła nie zrobimy, pójdźcie zapalcie latareńkę; drzwi zaprzyjmy, żeby tak na roścież nie stały, byle tylko wiatr nie otworzył.
Tak mówiąc weszli do bernardyńskiego kościoła i odgłos ich kroków obił się w oddaleniu o sklepienia, a każde słowo ich ust napełniało ich strachem, rozchodząc się po obszernym gmachu. Długo u drzwi czekali, aż jeden wszedł z latareńką i wszyscy z nim posunęli się na palcach ku wielkiemu ołtarzowi. Wtém jeden uderzył się o coś i stanął.
— A to co po środku?
— To trumna! — odpowiedział drugi podnosząc latarnię. — Wartoby obedrzéć trupa, jeśli jest co koło niego. Hej! panie bracie, wieko odejmij... latarnię postaw na ziemi!! Ho! co ja widzę? jakaś panienka! Ale co to za hałas koło zboru! Panie Boże! żeby nas tu te opętańce nie zeszli. Leży blada, jakby spała, a zimna jak kawał lodu! co to za paluszki w tych rączkach, białe, pulchne, musiała być bogata. Rączki te nie pracowały, bo bardzo ładne, jeszczem takich nie widział! o! otóż i zdobycz! pierścionek na palcu! przecież i to coś warto! ściągnę! a jucha! palce pobrzękły! ani weź! tfu! do dyabła!
To mówiąc, tak silnie pociągnął trupa za palec, że trumnę wywrócił i martwe ciało padło jak kawał drzewa opodal na posadzkę. Nie rozczulił się tém jednak bynajmniéj rabuś, posunął tylko bliżéj latarnię, uchwycił znowu za palec trupa, i targał nim silnie, póki nareszcie pierścienia nie zerwał.
— Ha! przecież! — zawołał z dzikim uśmiechem — pewno się nikt za życia tak nad tą panną nie wymęczył, jak ja po śmierci i to dla marnego pierścionka! a pierścionek... — rzekł zbliżając się do latarki — może i nie złoty, ale pewno go miała od kochanka, nieboraczka! na nim dwa serca i dwie rączyny! biedna! a teraz wala się po ziemi... Chodźmy, bracie Grzegorzu, nie traćmy czasu — dodał popchnąwszy nogą trupa, chodźmy do ołtarza i zakrystyi, tani więcéj złota znajdziemy.
I posunęli się ku wielkim drzwiom na lewo od wchodu w głębi będącym. Poodbijali szuflady, schowania, powyjmowali kielichy, patyny, monstrancye, wota; wszystko, co tylko w ich oczach jakąkolwiek miało cenę, nie uszło ich łapczywości. Kiedy się nareszcie przebrało, a powszednia cisza wróżyła, że bernardyni nie wracają lękając się napadu, bo od zboru lud jeszcze nie odchodził, jeden z nich zawołał:
— No! a gdybyć to jeszcze pójść do sklepów! nie jeden tam leży wojewoda, Pac, Radziwiłł, może jaki Sapieha! obedrzem pasy, buty, karabele, może znajdziem pierścienie, lub inne precyoza, to nie wadzi... Tędy łatwo odwaliwszy kamień!
— Tylko strach, żeby nas tu nieboszczyk jaki nie zatrzymał za kark i nie położył w trumnie na swojém miejscu.
— O! czyżeś ty takie dziecko, żebyś się bał upiora! Zresztą weźmiem święconéj wody, a do północy daleko, ledwie dziewiąta, uwiniem się i basta... o tu! tu! Chodźcie-no! pomóżcie mi kamień odwalić! tak! za ucho! weź z drugiéj strony! no!... mocniéj! pomóżcie no tam jemu, bo słaby jak gołąbek!... jeszcze! jeszcze! odwal na bok! powoli! nogi mi potłuczesz!... ot tak!
Kamień grobowy odwalił się z łoskotem, a jeden z łotrów, świecąc w otworze latarnią, zawołał:
— A czy są schody?... no! są! uważnie! chodźcie za mną, powoli, bo tu ślizko i zimno dyabelnie, zupełnie jakby w grobie!
— Pfe! co za smród! zgnilizna jakaś! dalibóg, gdyby nie pierścionki tych nieboszczyków, nigdybym tu za życia nie wlazł do téj dziury, a po śmierci jestem pewny że nie będę, bo bernardyni darmo do lochów nie wsadzą, a ja nie mam czém zapłacić! Powoli! to ostatni stopień, idźcie prosto za mną! Szelmy nietoperze! co ich tu lata nad głowami, a szczury... o tu im rozkosz! Hej! Mateusz, odemknij no wieko téj trumny! bogata! obita aksamitem pąsowym ze złotym galonem... nieboszczyk musi miéć choć pierścień lub spinkę, albo kawał złotogłowu!
— O! patrz jeno! sterczą czarne kościska jak pałki od maku, kiedy im główki pozrywają. Jaki łeb... a palce!... o! sygnet błyszczy na kościach. Jemu on nie potrzebny, daj go tu... zda się... poszukaj koło przegniłego kontusza, czy niéma tam spinki złotéj?
— Niéma!
— Szkoda!
— Nie zamykaj, niech się trupisko przewietrzy!
— Ot tu na prawo...
— Co?
— Jakaś błyszcząca trumna!
— Napisano coś na blasze!
— Podaj latarkę!
— Nie przeczytamy, bo nie umiemy, ale blacha srebrna, odedrzyjno ją; zobaczym, co w środku...
— Powoli! bo trumnę wywrócisz, a po ziemi trudno między kościskami szukać złota i drogich kamieni.
— Fiu! jaka gidya, rycht cepy te ręce! ale czółko ze złotogłowu... weź go...
— O! na ręku coś błyszczy... jeden, dwa, trzy pierścienie.
— Daj tu! tu! daj! ale jak poczerniała jéjmość nieboraczka! tfu! ktoby to uwierzył, że te kości i proch paskudny i śmierdzący był kiedyś kobietą, pewno ładną, kochaną... ktoś ją może nieraz w te ręczyska popróchniałe całował, aż mu po sercu chodziło! a teraz... ho! chodźmy daléj, panie Antoni!
Po pustych sklepieniach odbijały się kroki rabusiów, którzy tak od trumny do trumny się przechadzali i brali, co mogli, póki szelest jakiś na schodach prowadzących do lochów nie przerwał tego zatrudnienia.
— Tsyt! czy nie idzie kto?
Uciszyli się, ale prócz oddalonego gwaru ludu, który jeszcze zbór oblegał, bliżéj nic słychać nie było.
— No! chodźmy daléj! przywidziało się waszmości ze strachu! tu żywy duch nie zajrzy! możemy być spokojni, panie Marcinie!...
— Prosto! prosto przed siebie... do téj trumny trzeba zajrzéć.
— Hm! wieko zabite, nie oderwiem, bo jeszcze nie spróchniałe... niéma na co tracić czasu, a co tam?
— Tylko co nie padłem! czort mi pod nogi kości naniósł i jakąś głowę jak wiadro, pośliznąłem się na téj czaszce, i tylko co, żebym się za tę antabę nie chwycił, byłbym upadł szkaradnie, a co gorzéj zgasłaby nam latarnia!
— Ostrożnie! no! czy słyszysz? dalibóg, coś szeleści, jakgdyby kto chodził za nami... strach mię bierze!
Gdy to mówił, mimowolną przejęci bojaźnią, skupili się wszyscy sześciu między dwie trumny: najśmielszy wzniósł naprzód latarnią, spojrzeli i wzrok ich utonął w ciemnościach, a ucha doszły tylko oddalone, słabe głosy od zboru i nic więcéj...
— Próżno tylko straszysz nas, mosanie... to szczury chodzą, a tobie się zdaje, że ktoś idzie... Już ja ci ręczę, że tu nikt nie zajrzy...
— Zobaczymy jeszcze w téj trumnie... pięknie obita... napisy jakieś złocone... odwal wieko! ho! no! powoli, bo wyłamiesz! tak! rzuć go na bok... poświeć tu! jakiś zawadyaka! patrz no! nie spróchniał! biały jak wojewodzianka, która nigdy gołego słońca nie widzi, chyba przez zasłony. O! i ten dawno słońca nie musiał oglądać.
— Ale co za fatalna mina! wąsy! czupryna... oczy wpadłe... zobacz-no!... tam koło rąk i szyi... czy niéma nic... jest sygnet!
— A na czapce, którą dusi ten nieboszczyk pod pachą... spójrzno! hej! czy nie ma jakiéj spinki... jest! o! i pióro czaple!
— Mole objadły ze wszystkiém! szkoda! ale nieboszczyk nie był ubogi... a jak spokojnie leży... no! znowu coś słychać! dalibóg ktoś chodzi... uciekajmy! to upiór!
Gdy to mówił i z przestrachem toczył wzrok obłąkany po czarnych sklepieniach, na których gdzieniegdzie świecił błędny promyk latarki, od wchodu usłyszano wyraźnie czyjeś kroki; rabusie pobledli, włosy im stanęły na głowie.
Wtém postać biała błysnęła między trumnami, wszyscy krzyknęli i padli; latarka potoczyła się daleko między trumny i powoli błyskając jeszcze, oświeciła osobę jakąś wielką w bieli stojącą, błyszczące antaby i galony trumien, i zgasła.
— Czegoż się lękacie, bracia! — odezwał się głos od wchodu w téj chwili — czy nie znacie... matki Maryi? Weszłam tu za wami! ja tak lubię patrzéć na trupy!... szukam mojego synka między niemi!... Gdyby ludzie rośli w trumnach, onby był już dziś ładnym dwudziestoletnim... trupem! Nie bójcie się mnie!... ja przyszłam tylko popatrzyć na tych ludzi, co tu leżą, jakgdyby nigdy ludźmi nie byli! No! czegoż milczycie? odpowiadajcie przecie!... Jak tu chłodno!... ubrałam się w białą suknię téj panienki, co tam leży w kościele... a jéj oddałam moje... Jéj było tak chłodno w tych cienkich sukienkach tkanych z myśli i pajęczyny... a ja przywykłam... Wybrała się téż do grobu jak na tańce! byłaby uziębła nieboraczka! Trumna nie godowa sala... a ja przywykłam!... Ciemno!... gdzież się ci ludzie podzieli? musieli uciec! czego oni się boją? mój Boże! bezbronnéj kobiety, myśleli, żem upiór! Upiór! ach! czemuż upiór mego synka nie przyjdzie do mnie? Zmordowałam się! Och! dzisiejszy dzień wiele mnie kosztował! muszę usiąść.. Powoli! jakież tu piękne mam towarzystwo! ilu tu ludzi! jestto drugi świat... ale świat smutny, ciemny, ponury jak moja dusza! milczący!... to dla mnie, dla mnie świat! szkoda tylko, że nikt nie odpowie na moje pytania... Dawniéj, ach! dawniéj, młoda Marya nie chodziła w sukniach umarłych... nie szukała przyjaciół w grobach! bo ich miała na świecie! Stasiu! czémżeś zrobił moje życie?.. moje nieszczęście było twoją zabawą... biedny! jam myślała, że ty masz serce... a tyś miał tylko usta i mowę... O! prędzéj w jednym z tych spróchniałych trupów, od dwiestu lat rozsypane serce bić zacznie, niż twoje uderzy choć raz od litości!... Ale dość! czas pożegnać ten świat grobów!... Rabusie uciec musieli! I mnie już czas!... już północ!... pójdę do Justyny! Gdzież te schody! ha! znalazłam... Mój Boże! cóż to? oni poszli i z góry kamień zawalili! Jak ja stąd wyjdę?... Trzeba umrzéć, Maryo! włożyłaś białą suknię grobową! trzeba umrzéć! umrzéć! a cóż będzie po śmierci?... Po śmierci!... nie będzie Stasia, nie będzie syna, nie będzie świata.. cóż będzie, Maryo?... ach, te ręce niegdyś tak ładne, oczy, usta... w cóż się obrócą? w proch!... ha! a tym prochem wystrzelona dusza uleci... do nieba!... Chłodno! czyż ja stąd nigdy nie wyjdę? Nie!... bo któż mi ten kamień odwali! ten kamień jest moja śmierć... za tym kamieniem świat... Staś... syn... Wilia... za nim wszystko... a ja tu! tu same groby! tylko groby! pusto! głucho! bo dusze tych ciał poszły daleko... błądzą sobie po znajomych za życia miejscach!... A! ta trumna otwarta! jakgdyby dla mnie! Nie gniewaj się, nieboszczyku, że się koło ciebie położę!... Będzie dla nas dość miejsca dla obojga! Trzeba umrzéć! Ach! jak umrę, to mój duch poleci sobie nad Wilię, do domku, gdzie dawniéj młoda, ładna... ładna? czyż można piękność wspominać między trupami?... ale ja byłam ładna... byłam kochanką, biegałam po łąkach, za kwiatkiem, za motylkiem, za Stasiem... dziś leżę... w trumnie i cisnę do łona spróchniałe kości.. Czemuż umrzéć nie mogę! O! już umarłam! nie! mój Boże... Staś, mój syn!... usnę trochę, może śmierć we śnie mnie zaskoczy!... Przeklęty trup nie chce mi miejsca ustąpić! mnie tak ciasno!
Tu posunęła się matka Marya, wywróciła się trumna i potoczyła się w głębi. Jeden jęk tylko dał się słyszéć, a potém milczenie grobowe.

1832.





Przypisy

  1. Gra w karty


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.