Majster i czeladnik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Majster i czeladnik
Pochodzenie Nowele, Obrazki i Fantazye
Data wydania 1908
Wydawnictwo S. Lewenthal
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Majster i czeladnik.


Nie będzie uczeń nad mistrza.

Ogień palił się w piecu, przed nim siedział majster budowniczy Wojciech, sparłszy łokcie na kolanach, tuż przy nim na ławie pokrytéj kobiercem, zięć jego czeladnik Piotr i córka Marya. Cichość panowała uroczysta. Piotr czeladnik spuścił głowę, objął jedną ręką młodą swoję żonę, a druga trzymał maleńkiego synka. Stary Wojciech zdawał się ponury i gniewny.
— Słuchaj, Pietrze! — rzekł po chwili — ty mi tak drugi raz, jak dziś wobec ludzi, nie domawiaj! Szanuj moje siwe włosy! pamiętaj, że ta ręka i głowa wpoiły w ciebie to, co umiesz! Bo jak się drugi raz odważysz, won z moich oczu! precz! ty, żona twoja i dziecię! Wolę mieszkać sam jeden, jak widziéć cię pod bokiem urągającego się z mojéj starości!
— Jak ci tylko tu zawadzamy, panie teściu! — rzekł Piotr — tak najchętniéj się wyniesiem i choć zaraz! Nic na tom ci ja strawił pół wieku, ucząc się i starając, żebyście mnie potém mieli za partacza! A kiedy chcecie zobaczyć, co ja umiem, pozwólcie mi domurować tego nowego kościołka... wszakże ledwo fundamenta rzucono, niech przepadnę! jeśli jedna moja robota wszystkiéj waszéj nie zaćmi!...
— Ho! młokosie! łatwo gadać jak sroka, ale robić nie łatwo. Wierzaj staremu! — odezwał się majster Wojciech ze złośliwym uśmiechem. — Dobrze! odtąd ja i palcem nie tknę téj roboty... ani tam zajrzę nawet... jutro jadę do Smoleńska, i tam mnie czekają... a ty rób! to zobaczym, powrócę na sam koniec, powrócę śmiać się z ciebie, jak wyprowadzisz gołe ściany, krzywe okna i grube gzymsy. Oj! żebyś wówczas pełzał mi po nogach, żebrząc o pomoc, nic! nic! choćbyś się spiekł ze wstydu... lub we łzach utopił, nic! nic!
To mówiąc powstał stary i zamilkł, a Piotr czeladnik całując synka w czoło, odpowiedział:
— O tém, potém, panie teściu! ja o to tylko proszę, byś nie psował, a pomoc mi twoja nic nie nada.
— Zobaczym, kto w kunszcie sprawniejszy!
— Zobaczym!
— Mnie samo doświadczenie nauczyło! Spójrz, idź po miastach... wszędzie zdaleka czerwienieją mury mojéj roboty... a imię majstra Wojciecha Krzyżaka jest znane na Litwie i Rusi, jak drugie niczyje... Moje dzieci rozsypane są po wszystkich grodach wielkich... i prędzéj wymrze całe pokolenie twojego syna... niż jeden z tych kamiennych synów moich się powali!... Tyż to śmiesz się mierzyć ze mną, uczniu mizerny! ty chcesz mistrza ubiedz w sztuce?...
— Chcę — odparł żywo Piotr — i dopnę swego. — Przysięgam na moje Maryę drogą i na małe dziecię, że choćbym miał krwią własną wszystkie sklejać cegły, wystawię kościół, jakiego dotąd nie widziano. Będzie mały, ale mu wielkie ustąpią i twoja duma zawstydzona zostanie!
Pełen gniewu stary Wojciech wyszedł i drzwi za sobą drugiéj izby zatrzasnął; a Marya poprawując ogień na kominie, pocichu odezwała się do męża:
— A ty zawsze ze starym kłócić się musisz! fe! mój Pietrze! toć jemu niedługo żyć, na co truć jego ostatnie lata, on z twojéj przyczyny gryzie się bezustannie! A to ojciec mój, Pietrze! on cię tak kochał, on ci oddał mię wówczas, kiedy ty ubogi nic prócz rąk nie miałeś!
— A czémże ręce moje pośledniejsze od drugich? — zawołał Piotr. — Nie mogę znieść tego, aby moje imię ginęło ze mną razem, wówczas kiedy jego imię na szczytach zbudowanych kościołów idzie do przyszłych wieków! nie! nie! i ja, Maryo, muszę być sławny! choćby mi to życie kosztować miało! czuje, że mogę, że muszę pokazać, co umiem!
— Przed tobąż wszystko jeszcze, mój miły! — odpowiedziała Marya, grzejąc ręce u ognia — czego się śpieszyć? przyjdzie na każdego pora...
— A któż mi zaręczy — przerwał Piotr — że jutro nie umrę? dziś jest moje, jutro, Bóg wié!... Rad jestem, że mi roboty tego kościoła odstąpił!... Zawstydzi się stary, że mnie mało cenił. Piotr tyle wart, co i on! Bóg mi dopomoże!...
To mówiąc uściskał żonę, położył dziecię w kolebce i zaczął się szybko po izbie przechadzać.


∗             ∗

Był to smutny wieczór jesienny; mury nowego kościołka św. Anny, otoczone jeszcze rusztowaniem, zastanawiały już wszystkich. Tłumy ludu biegły, jak na zjawisko, mistrzowskiéj téj przypatrywać się budowie. Wszyscy wznosili pod niebiosa czeladnika Piotra i nie było tego, ktoby nie powiedział, że uczeń majstra przesadził. Radowała się dusza Piotra i oczy jego pasły się pochlebnym dlań widokiem, a w głowie snuły mu się już myśli sławy i nieśmiertelności.
Wieczór był chłodny; Piotr i Marya stali na smętarzu i poglądali oboje na kościołek. Piotr był wesół, ściskał żonę i wołał, ukazując jéj dzieło swoje:
— Patrz! czyś ty kiedy co takiego widziała? jutro rusztowania precz pójdą a wszystko błyśnie nową pięknością. O! żeby tylko stary jaknajprędzéj wrócił!... spojrzy on i dusza jego spadnie tak nizko, jak nizko moje sztukę cenił!...
Marya westchnęła i spuściła w dół oczy. Piotr pożerał wzrokiem kościołek; wtém zdala kroki czyjeś słyszéć się dały i nim się mieli czas obéjrzeć, stary Wojciech przyskoczył ku nim. Oczy jego iskrzące się od gniewu zwrócone były na nową budowę, usta sine drżały, trząsł się pełen złości i zaledwie zięcia i córkę zobaczył, zaczął wołać natychmiast:
— O! cieszycie się z mego upokorzenia, wyrodki! Toć to twoja wdzięczność, Pietrze! za to, żem ci dał dom i żonę wówczas, kiedyś ty nie miał gdzie położyć głowy?... Prawda! prawda! dwa razy już tu patrzéć kryjomo chodziłem! wyznaję, ja-m takiego nie postawił kościołka! cieszże się z wygranéj! Nie mógłżeś tego zrobić po mojéj śmierci?... wszak niedługo czekać było ci trzeba... chyli się już ta głowa do grobu... ale nie! obrzydłe stworzenie! chciało za życia mego jeszcze sławę moję wtrącić do grobu!
I starzec płakał, a przed nim w milczeniu stali zięć i córka. W oczach Piotra malowała się dzika radość, w oczach Maryi łzy połyskiwały.
— Przebacz, mój ojcze! — rzekła zcicha — wszakżeś mu sam budować kazał, a miałże źle budować?
— A na cóż tak budował, aby mnie zawstydzić? Nie! nie! ty psi synu! z dyabłem musiałeś miéć schadzki... on ci pomagał... a jak ksiądz święconą wodą ten mur pokropi... padną czartowskie gzymsy i łeb ci hardy rozbiją!...
To mówiąc starzec łzy otarł; gniew okropny wrzał w jego oczach, a Piotr i Marya spokojnie stali... W téj obwili z za chmur wszedł księżyc i oświecił tę scenę, przydając piękności nowemu kościołkowi.
Stary Wojciech zdawał się uspokajać i nagle głosem umiarkowanym rzekł do zięcia:
— Chodź, pokaż mi to zblizka... wejdziem na rusztowanie...
— Noc teraz, toć nie zobaczym! — rzekł Piotr — jutro rano obejrzéć będzie można.
— Nie bój się! moje oko i w nocy zobaczy to, nad czém wiek strawiło... Chodź, przypatrzę się twemu dziełu... pierwszemu i ostatniemu, bo ci czart pewno więcéj takich myśli nie nastarczy. Chodź!...
I oba poszli, a Marya, tuląc się od zimna w chustkę, patrzyła na nich, jak wdzierali się po drabinach na wierzch rusztowania. Księżyc świecił przepysznie, cisza panowała wokoło, słychać było każde słowo rozmawiających. Stary Wojciech im szedł daléj, tym groźniéj odzywał się do zięcia. Stanęli wreszcie na rusztowaniu przed frontem. Oczy starego zwróciły się na misterne okna, drobne gzymsy i ozdoby, zatrząsł się ze złości i obracając się do zięcia zawołał:
— Pietrze! przesadziłeś mnie... kiedyś tak zaczął, czy wiesz jak skończysz?
— Skończyłem tylko na upokorzeniu dumy, panie teściu! — a dawnoż to urągałeś się ze mnie? dawnoż to mówiłeś, że mi będzie potrzeba pomocy twojej?...
— Tak mówiłem! — krzyknął przeraźliwie majster — a teraz ci powiem, że ten, kto ci pomógł budować, niech cię przyjdzie ocalić!!
Nim wyrzekł te słowa, silną ręką chwycił Piotra za szyję i pchnął go uderzeniem nogi z rusztowania.
Krzyknął przeraźliwie biedny czeladnik i chwycił się jeszcze mocno rękoma za wiszącą u rusztowania deskę. Marya krzyknęła także i pobiegła jak szalona ku kościołowi, wołając:
— Ojcze! ojcze! to mąż mój! ojcze! ratuj!...
A Piotr chwiejącéj się deski trzymając, tracąc siły co chwila, wołał przytłumionym głosem:
— Ratuj! Maryo! ratujcie!...
Stary majster nic nie słyszał... nic nie chciał słyszéć... porwał ogromną cegłę z rusztowania, ugodził nią oburącz w głowę nieszczęśliwego, i ciało jego padło na kupę gruzów przed kościołkiem.

1833.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.