Listy z podróży po Ameryce/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Listy z podróży po Ameryce
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom II
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Całe Listy z podróży
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy z podróży jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Listy z podróży jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Listy z podróży jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
WSTĘP.



W życiu literackiém dzieje się wiele rzeczy tak nagłych a niespodziewanych, jak śmierć, od któréj zastrzegamy się w suplikacyach, lub assekurujemy w naszych towarzystwach ubezpieczeń. Co do mnie, jak prawdziwe dziecko wieku, nie zwykłem się dziwić lada czemu, i gdyby mi ktoś nawet powiedział, że:

„Był młody, który życie wstrzemięźliwe pędził,
Był stary, który nigdy nie łajał, nie zrzędził,“

wówczas kiwnąwszy głową, poprosiłbym tylko o dalszy ciąg téj dobréj bajki, lub co najwięcéj zakończyłbym ją tak jak sam Krasicki:

„Wszystko to być może,
Jednakże ja to między bajki włożę.“

Lecz gdyby ten sam ktoś przyszedł do mnie w lutym i rzekł mi, że przy końcu marca przejadę Niemcy, Francyą, całą długość Anglii; że przepłynę na wiosnę burzliwy Atlantyk, a następnie jak ptak na skrzydłach przelecę niezmierzone przestrzenie wielkiéj kolei od New-Yorku do San-Francisko, i strząsnę proch z obuwia mego na brzegach oceanu Spokojnego, temu odrzekłbym bez wahania:
— Przyjacielu! pisuj artykuły polemiczne do Kroniki Soblonowskiéj, albowiem widzę, że zmysły twoje nie są z tego świata.
Rzeczywiście: prędzéj przypuszczałbym, prędzéj uwierzyłbym, że wydadzą składkowy obiad dla mnie, na którym l’abbé Wylizalski powie mówkę na moją cześć i zamianuje mnie p. o. zelanta przy najmłodszéj i najprzystojniejszéj ze swoich owieczek; prędzéj uwierzyłbym, że Antychryst, jak mnie o tém zapewniała jedna z moich kuzynek z Wołynia, przyszedł już na świat: prędzéj nakoniec uwierzyłbym we wszystko, niż w moją wycieczkę do Ameryki.
A jednak: oto, jak się to stało.
Pewnego poranku przyszedłem do redakcyi i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych, począłem je czytać. Było to jakoś w owym czasie, w którym odcinek mój o zelantkach zjednał mi taką sympatyą w niektórych sferach naszego społeczeństwa, że stałem się dla nich polnym marszałkiem wszelkich zastępów piekielnych. Zewsząd groziły mi niebezpieczeństwa. Chevalier Zielonogłowski, który już nieraz poprzednio wołał w celu ukarania umie, o „szpadę ojców swoich,“ o mały włos nie zabił mnie w pojedynku, a nie zabił tylko dlatego, że nie wyzwał; hrabianka Pipi wydawała zawsze un petit cri, jak zraniony gołąb, ilekroć ujrzała nazwisko moje, drukowane w którémkolwiek z pism warszawskich; w ciszy zaś każdego poranku dochodził mnie płacz świątobliwego oburzenia Kroniki Soblonowskiéj.
Ach! nie piesek to zginął Kronice Milutek, ani ziarenko z różańca; żadne z jéj dzieci nie zbłąkało się w lesie grzechów Przeglądu Tygodniowego; a jednak płakała ciągle, jak owa panna, która

„Słuchać wcale nie chciała,
Tylko ciągle płakała:
Mój zielony dzban,
Stłukłci mi go pan!“

Niestety, nie mogę ukryć, że powodem owego płaczu byłem ja, a raczéj znów ten mój nieszczęśliwy odcinek o matkach chrześciańskich. Ja to stłukłem ów zielony dzban pełen słodkiéj wody wzajemnéj adoracyi; ale czyż ja wiedziałem, że jeżeli matki chrześciańskie cokolwiek czynią lub nie, to tylko dla dusznego ich zbawienia. Nie wiedziałem! mea culpa! za który żałuję tu nawet w Ameryce.
Nic więc dziwnego, że wobec takiego stanu rzeczy, i w owém piśmie, które zacząłem czytać wspomnionego poranku w redakcyi, znalazłem także artykuł, który był względem mnie mniéj więcéj tém, czém jest przysłowiowa koza względem pochyłego drzewa. Autor największéj (co do liczby stronnic) powieści polskiéj, spojrzał w owym artykule á vol d’oiseau na społeczeństwo i rozpłakał się rzewnie; potém siadłszy w swą łódkę pasterską, żeglował po falach własnych łez ku opinii publicznéj, i zyzując jedném okiem na Prusa, drugiém na mnie, wołał na ludzi, że koniec świata jest blizki, że apokaliptyczne potwory zaczęły nietylko chodzić po świecie, ale i pisywać odcinki, i że on pierwszy przepowiada to w swém piśmie, którego prenumerata wynosi: w Warszawie tyle a tyle, na prowincyi tyle a tyle, kwartalnie tyle, miesięcznie tyle, etc.
Nie jestem jeszcze tak zepsuty, abym nie miał żałować za grzechy; przejęła mnie więc skrucha, i począłem robić rachunek sumienia za siebie i za mego kolegę Prusa.
Ach! lista grzechów naszych była długa, jak „Bakałarze“ Adama Pługa. Namawialiśmy ludzi do zakładania straży ogniowych, szkółek, ochronek, jedwabnictwa, muzeów, resurs rzemieślniczych, ogrodów zoologicznych, spółek, banków, regulowania brzegów Wisły, do assenizacyi, kanalizacyi, giełd zbożowych. Nie dawaliśmy nikomu spokoju, jeździliśmy po komitetach; wołaliśmy o drogi bite; napadaliśmy na niewinne pograniczne spekulacye z okowitą, tak jak gdyby system wolnego handlu nie był wyższym od celnego; nie dawaliśmy ani chwili odpoczynku zalegającym w opłatach członkom rozmaitych towarzystw, tak jakby godziło się marnować grosz ciężko zapracowany na Bóg wié jakie niepewne cele. Słowem, daliśmy się we znaki najspokojniejszym obywatelom naszego kraju, obywatelom, którzy są hamulcem, nie dozwalającym aby wóz społeczny stoczył się w przepaść, hamulcem tak nawet silnym, że wóz społeczny nietylko nie druzgocze się w kawałki po nieznanych drogach, ale stoi w miejscu jak gdyby na cześć i chwałę komitetu szosowego zagrzązł w błocie na szosy pod Warszawą.
Rozmyślałem tak tedy długo, a żal coraz większy i coraz większa skrucha ogarniała serce moje, gdy nagle usłyszałem swoje nazwisko, wymówione w przedpokoju redakcyjnym. Ktoś pytał się woźnego, czy może widziéć się ze mną.
— Wielki Boże! — pomyślałem sobie. — To zapewne Chevalier Zielonogłowski ze „szpadą ojców swoich.“
I zdjął mnie strach przed „szpadą ojców“ kawalera Zielonogłowskiego. Co to będzie? co to będzie? — pytałem się sam siebie.
Tymczasem drzwi otworzyły się. Do redakcyi wszedł jakiś dżentelman, mający koło sześciu stóp wzrostu, ze wspaniałą jasną brodą.
— Czy z panem Litwosem mam honor mówić! — spytał nizkim basowym głosem, który przypomniał mi ryk lwa.
— Czém panu mogę służyć? — odpowiedziałem z uprzejmym pośpiechem, robiąc rękoma z tyłu rozpaczne wysilenia, aby dostać się do laski stojącéj w kącie, która jak na złość zsunęła się właśnie na ziemię.
— Czy to pan pisuje „Chwilę obecną?“
Stało się — pomyślałem.
— To jest... właściwie... Bo to widzi pan, czasami reporterowie przynoszą mi mylne fakta... Ale z kimże mam honor?
— Jestem X. z Poznańskiego?
Odetchnąłem, albowiem nigdy nic nie pisałem o Poznańskiém.
— A więc pan z Poznańskiego?
— Tak, panie.
— Ach! to właśnie cieszy mnie niewymownie.
— Widzę, że pan nie bardzo kocha warszawiaków.
— Owszem, panie. Tylko bez wzajemności.
— Otóż przyszedłem spytać, czy panowie macie jakie stosunki z Ameryką?
— Nie mogę panu ukryć — odpowiedziałem ze spuszczonemi oczyma — że nasza gazeta liczy tam kilka tysięcy prenumeratorów...
— Aż tylu?
— O, tak! między innymi prezydent Grant pilnie studyuje naszą politykę.
— Nie chodzi mi o tak wysokie stosunki. Ja, panie, wyjeżdżam do Stanów Zjednoczonych pojutrze, i chciałbym od panów dostać list do pana Horaina. Czy pan zna pana Horaina?
— Oh! doskonale... Od trzech lat.
Mówiąc nawiasem czytałem wszystkie listy pana Horaina, ale jego samego nie widziałem nigdy w życiu.
— Więc pan zna go od trzech lat? Ależ mnie się zdaje, że on od czterech lat mieszka w Ameryce?
— Omyliłem się: znam go od sześciu lat.
— Owóż prosiłbym panów o list do niego. Ja chcę tam kupić kawał gruntu i osiedlić się. Moja żona słaba, potrzebuje ciepłego klimatu, a tam słyszę ciepło.
— Jak gdzie. Ale przecież i we Włoszech ciepło.
— Ciepło, ale drogo: tymczasem tam, słyszę, ziemię darmo dają, tylko się trzeba strzedz, żeby nie okpili, bo to chytry naród. Owóż pan Horain, jako człowiek miejscowy, pomoże mi i powié komu ufać, komu nie. A przytém i ja się z nim potrafię rozmówić, bo to ja po angielsku... jakoś nie ten... tego...
— Dobrze. Damy panu listy do pana Horaina.
— A pan sam się na wystawę nie wybierze?
— Ja? poczekaj-no pan... jeszczem się nad tem nie zastanowił... Zaraz... Wybiorę się, nie wybiorę, wybiorę, nie wybiorę... wybiorę... Tak jest! jadę, panie.
— A to pan jedź teraz ze mną: będzie nam obudwom raźniéj.
— A która teraz godzina?
— Samo południe.
— O drugiéj jadam obiad, mam więc dwie godziny czasu do namysłu. Przyjdź pan na obiad, będę zdecydowany.
— Dobrze. Żegnam pana!
— Kłaniam się panu serdecznie. Pani dobrodzice moje uszanowanie!
Zostałem sam.
Godzina pierwsza po południu uderzyła na naszym zakatarzonym zegarze, a ja siedząc na tém samém miejscu, rozmyślałem jeszcze jechać, czy nie jechać, jak Hamlet nad swojém: „być czy nie być.“ Ale jeżeli nie pojadę, cóż będę robił? Będę pisywał po nocach?... Ależ i w Ameryce mogę pisywać także. Co więcéj, doktor zalecił mi, żebym nie pisywał po nocach; a ponieważ w Ameryce właśnie wtedy wypada noc, kiedy u nas dzień, zatém pisywać w Ameryce w nocy, jestto pisywać w Europie we dnie, czyli: jechać do Ameryki, jestto wypełniać polecenia swego doktora.
Daléj; jeśli pojadę, nie będę robił korrekty własnych utworów, czyli nie będę ich czytywał... To także coś znaczy.
Nakoniec: co mi tu pozostaje w Warszawie? Ożenić się? „Ach! na piramidzie, raz odebrałem list, że za mąż idzie!“ A przytém ów „un petit cri“ zranionego gołębia, który wydaje hrabianka Pipi, na widok mego nazwiska, odebrał mi wszelką nadzieję. Zresztą aplikowałem ja biedny człowiek o urząd i rangę męża dość długo; lecz cóż? Ofiarowywano mi czasem małe gratyfikacye, na stały jednak etat nigdy przejść nie mogłem. Nie! to nie dla mnie, zwłaszcza po owym ostatnim przeklętym odcinku, po którym, na samo wspomnienie o mnie wszystkie matki z bractwa przejmuje całkiem pozaświatowy dreszcz zgrozy, jak na wspomnienie węża, który namówił Ewę, żeby ściągnęła rękę, urwała jabłko i sama jadła i dała mężowi swemu.
Mój Boże! czyż ja kiedykolwiek w życiu namawiałem jaką Ewę, aby urwała jabłko i sama jadła, a zwłaszcza aby dała mężowi swemu! Ale stało się. Czynów dokonanych, z progu przeszłości, jak mówi Deotyma, sam Bóg nie odwoła. Stało się. Nie ożenię się nigdy.
Ergo, cóż mi więcéj pozostaje?
Majątek? nie zrobię go nigdy. Długi? narobiłem ich już. To ostatnie wspomnienie zdecydowało mnie. Eh! co tam! jadę do Ameryki.
W każdym razie, przecie nie wyjeżdżam na zawsze. Zobaczę morza, stepy, miasta, kraje, nowych ludzi, czerwonoskórnych Indyan, stada dzikich bawołów, niedźwiedzie, jaguary, amerykańskie humbugi, a przytém może jaka miss jasnowłosa... Wbrew opinii ogólnéj, zawsze utrzymywałem że jestem przystojny.
O godzinie drugiéj poszedłem na obiad. Nowy mój znajomy czekał już na mnie.
— No i cóżeś pan postanowił?
— Postanowiłem zjeść obiad.
— A potém?
— Potém udać się do gospodarza domu, aby wydał świadectwo paszportowe, że przeciw memu wyjazdowi nie zachodzą żadne przeszkody; następnie podać się o paszport, uzyskać zaświadczenie, że całe życie byłem spokojnym safandułą, który płaciłby najregularniéj podatki, gdyby posiadał jaką nieruchomość, i który prócz pewnych dość zresztą hałaśliwych zajść z gospodarzem domu, nie miał żadnych innych, że choćby jeszcze i dla tego, że jest nieżonaty.
— I czy pan uzyszcze paszport na czas?
— Pewno nie. W takim razie czekaj pan na mnie.
— Dobrze, ale w Bremie.
Po téj rozmowie, tegoż samego dnia jeszcze począłem robić starania o paszport. Człowiek, który wyjeżdża do Ameryki, jest jeszcze u nas rzadkością. Wyobrażam sobie nawet, że po powrocie, w powiecie Łukowskim, z którym łączą mnie liczne stosunki, przynajmniéj przez miesiąc będą mnie uważać za rodzaj powiatowego Ferdynanda Korteza. Mój dziad nieboszczyk, Panie świeć nad jego duszą, raz jeden tylko za dni swych był w Puławach, a raz w Królewcu, i miał o czém opowiadać przez całe życie. Dziś minęły te piękne dni Aranjuezu; ale Ameryka ma jeszcze swój urok, dlatego po biurach patrzono na mnie, jak na jakiś osobliwszy okaz zoologiczny; miejscami zaś zadawano mi nawet pytania, świadczące, że geografija należy u nas do nauk najbardziéj rozpowszechnionych.
— To, panie, przez morze się jedzie do Ameryki?
— Zdaje mi się: wiem że koléj jeszcze nieskończona.
Dzięki Ameryce i dzięki szczególniejszemu interesowi, jaki ta część świata budzi w naszych władzach municypalnych, uzyskałem paszport dość prędko. Pozostawało go tylko zaawizować u konsula.
— Nie potrzeba: — mówił mi jeden z moich przyjaciół.
Ale ja nie zaniechałem zamiaru. Jakto, jażbym miał pozbawiać przyjemności konsulat zaawizowania może pierwszego i ostatniego paszportu; miałbym mu stawać na przeszkodzie w wypełnieniu jedynéj może czynności urzędowéj. Wiedziałem wprawdzie, że za wizę trzeba płacić, ale wiedziałem również, że gdybym się bardzo uparł, to jeszcze konsulat byłby mi dopłacił, za rzadką sposobność, jakiéj mu dostarczyłem.
Udałem się tedy do konsula, którego szczęśliwie zastałem w biurze.
— Mego sekretarza niéma — rzekł mi — zechciéj pan potrudzić się po trzeciéj.
Schowałem paszport do kieszeni.
— Nie mogę — odpowiedziałem. Wyjeżdżam o drugiéj; muszę się tedy obejść bez wizy.
Mój interlokutor zbladł.
Pierwsza wiza dla konsula, to tak jak pierwsza długa suknia dla podlotka, jak pierwszy meszek nad ustami dla młodzieńca, jak pierwszy drukowany artykuł dla literackiego embriona, jak pierwsze szlify dla podoficera, jak pierwszy pocałunek i pierwsze „kocham ciebie“ dla pensyonarki.
A tu sposobność owéj pierwszéj wizy była i mogła przeminąć, może na zawsze.
— Panie — rzekł mi więc konsul — nie będę czekał na sekretarza, niech go tam dyabli wezmą: dawaj pan paszport, zaawizuję sam, byle prędzéj.
Dałem więc paszport.
Interlokutor mój wyciągnął z biurka ogromną szufladę i wydobył z niéj takie mnóstwo pieczęci, puszek z farbą, opłatków, laków, że wystarczyłoby tego dla zaawizowania wszystkich paszportów z całych Stanów Zjednoczonych.
Ale każdy debiut ma swoje strony rozkoszne, ma jednak i przykre! Nieraz gdy dwóch chłopców bawi się w woźnicę i w konia, woźnica nie umie powozić, koń musi go uczyć. Po niejakiéj chwili, konsul począł się namyślać i drapać w głowę.
— Panu o prostą wizę chodzi? — spytał.
— Tak, byle w dobrym gatunku.
— Hm!.!. Dyabli nadali tyle tych pieczęci.
— Palnij pan pierwszą lepszą.
— Ale to trzeba na końcu paszportu?
— Najlepiéj trzymać się środka. W Stanach Zjednoczonych są tylko dwie partye: demokratyczna i republikańska, a niéma trzeciéj, dlatego jest źle.
— A tak! tak!
— A pan do jakiéj partyi należy? — spytałem z nienacka.
— Ja?... tego... jakże się nazywa?... Mam przecie gdzieś zapisane, ale napamięć...
— A cóż wiza skończona?
— Zaraz, zaraz. Dyab... nadali te pieczęcie. E! wié pan co? kropniemy największą, zawsze to nie zawadzi.
— Kropnijmy największą.
Konsul wydobył z szuflady coś nakształt tarana do zabijania palów w Wiśle.
— A toż to prześcieradło możnaby tém zaawizować — rzekłem.
— To nic, poradzimy... O, dla Boga! a to istotnie ciężkie!
— Może panu pomódz? Raz, dwa, trzy... Hoop! siup!
Rozległ się głuchy łoskot stołu, na który padła pieczęć. Zdawało się, że mój paszport krzyknął: „O Jezu!“ Schowałem go do kieszeni i wyszedłem.
Była godzina dwunasta w południe, o wpół do trzeciéj miałem wyruszyć, ale przedtém musiałem iść na pożegnalny obiad, który za grosz wdowi wyprawiała dla mnie brać literacka. Wyznaję, że co do tego obiadu miałem pewne obawy. Chodziło mi o to, czy dobre serca koleżeńskie nie będą mnie kanonizować na wielkiego człowieka, i czy nie będzie czasem takich mówek, jak ta, którą raz słyszałem na cześć pewnego literata przybyłego z Poznania, któréj początek podaję:
„Panowie! Nie myślcie, żebym tu w gronie kolegów chciał mówić o Platonie lub Heraklicie. Nie wspomnę także o Nabuchodonozorze, ale... Co to ja chciałem mówić? (brawo!) ale od czasu jak te wieki okryte pleśnią wieków. (Głos z prawéj strony: „było już o wiekach“). Mówca: Ja panu nie przeszkadzam kiedy pan mówisz! O czém to mówiłem? Aha! o pleśni wieków! — Kiedy więc Plato już powiedział... że tego... panie... właśnie! nic więc dziwnego że wniosę toast za zdrowie Platona... nie! Chciałem powiedzieć: kolegi naszego Teodora, który... panowie! który... panowie! który... panowie!... To właśnie co chciałem wyrazić“... (brawo! brawo!).
Oczywista rzecz, że gdybym ja był panem Teodorem, przestraszony własną wielkością rozum mój nie zdobyłby się na równie wymowną odpowiedź i dowiódłbym swoim kolegom, że gorszym jeszcze jestem mówcą, niż literatem. Na szczęście jednak, na owym obiedzie, o którym wspomniałem, więcéj było wina niż mów; skutkiem czego, kiedym jechał po obiedzie na dworzec kolejowy, świat wydał mi się bardzo piękném zjawiskiem. Warszawa najczystszém i najporządniejszém miastem na świecie, kobiety szalenie ładne, bruki nadzwyczajnie wygodne, i gdyby nie przykre zajście, jakie miałem z własną torbą podróżną, wiszącą mi przez plecy, chwile owe policzyłbym do najpiękniejszych w mojém życiu.
Ale zajście to z własną torbą, popsuło mi trochę humor. Wiedziałem, że torba wisi na mnie i żem jéj nie zgubił, trzeba jednak było, że gdym chciał wydobyć z niéj pieniądze i przechyliłem się na lewą stronę, moja torba uciekła mi na prawą — gdy ja na prawą, moja torba na lewą. Gonić kogoś na własnych plecach jest fizyczném niepodobieństwem, dlatego opuściłem ręce i myślałem sobie: stało się! nie pojadę do Ameryki. Szczęściem dobre dusze pomogły mi i w tym kłopocie.
Wsiadłem wreszcie do wagonu, lokomotywa świsnęła i wkrótce przez mgłę i dym tylko widziałem kochane twarze, goniące mnie spojrzenia i ręce powiewające chustkami.
Pogoda była piękna, jakkolwiek luty jeszcze. Czuć było w powietrzu oddech wiosenny. Wkrótce w wagonach zrobiło się tak gorąco, że niepodobna było wysiedzieć.
Wagony nasze, jak wiadomo, ogrzewane są od spodu siedzeń, skutkiem czego, od czasu do czasu zdawało się, że jestem imbrykiem siedzącym na samowarze.
— Ciepło, panie? co? — rzekł do mnie nader okrągły staruszek, jedyny mój towarzysz w wagonie, który nie mogąc wytrzymać, unosił się ciągle na siedzeniu.
— O, ciepło!
— Pewno rozboli mnie głowa?
— Głowa? A to już chyba par esprit de contradiction — odparłem.
W Aleksandrowie zrobiła się noc, a wkrótce stała się tak ciemną, jak zakład p. Łojki w Warszawie, lub jak styl jednego z moich przyjaciół, którego nazwiska nie wymieniam, bo nie lubię nikogo chwalić w oczy. Towarzysz mój zasnął i sapał jak gumowa poduszka nadymana powietrzem, z któréj ktoś takowe wypuszcza. Ja usnąłem także, marząc o Warszawie i o tych których w niéj zostawiłem; usnąłem zaś tak dobrze, że nie obudziłem się aż w Toruniu, gdzie rewidują wagony.
— Pan ma parę nowych butów — rzekł do mnie pruski celny urzędnik.
— Czyż pan chciałeś, żeby wszyscy u nas w dziurawych już chodzili? — odpowiedziałem.
Niemiec pomyślał trochę. Może pomyślał: „przyjdzie czas i na to,“ i zamknął mój kuferek.
Wróciłem do wagonu i usnąwszy znowu, spałem aż do rana, t. j. aż do przybycia do Berlina.
Ranek był: dopiero świtanie. Na ulicach pustki. Tu i owdzie widać było wózki ciągnięte przez psy, które mimo tego, że spotykają się ciągle, nie pomijają żadnéj sposobności, aby oburzyć się wzajem na siebie nadzwyczajnie. Ogromne miasto, znane mi już zresztą, nawpół uśpione jeszcze, migało w różnych blaskach zorzy przed memi oczyma. Przejechałem ze wschodniego banhofu na Lehrter Bahn. Było blizko dwie godziny czasu do odejścia pociągu, wyszedłem więc przed dworzec i począłem rozglądać się na wszystkie strony. Zdaleka widziałem snujące się tu i owdzie małe oddziałki żołnierzy w hełmach ze złoconemi ostrzami, spokojnych i surowych jak dawni legioniści rzymscy. Patrząc na kroki ich miarowe i jednostajne, na mechaniczne poruszenia głów, rąk i nóg, możnaby wziąć ich za machiny bezwłasnowolne, ponakręcane jednym kluczem. Jakoż i są to machiny, dla których kluczem i motorem jest wola wyższa, nieodgadniona nigdy, groźna, chmurna, kryjąca w fałdach togi wojnę i pożogę.
Na prawo błyszczał w promieniach wschodzącego słońca posąg zwycięztwa, ciężki, niezgrabny, trywialny, podobny do wrony, która usiadła wypadkiem na słupie w Berlinie i gotuje się odlecieć.
Czy odleci i gdzie odleci?
Dwie godziny minęły szybko. Siadłem znowu do wagonu. Miałem jechać nie do Bremy, ale do Kolonii. Rozejrzałem się w wagonie: ani jednéj ładnej kobiéty; siedziało tylko kilku Niemców z twarzami mniéj więcéj głupiemi, nabrzękłemi piwem, i jakiś obcy jegomość.
Pociąg, którym jechałem nie dochodzi do saméj Kolonii, ale zatrzymuje się w Deutz, z prawéj strony Renu. Przyjechaliśmy o godzinie dziewiątéj w nocy. Byłem trochę zmęczony, więc udałem się do hotelu Belle-Vue, i kazałem dać sobie numer. Kelner zaprowadził mnie na drugie piętro i wskazał mi stancyą, w któréj miałem noc przepędzić. Zanim zapalił światło, zbliżyłem się do okna i podniosłem roletę, aby spojrzeć na leżącą na drugim brzegu Kolonię.
Spojrzawszy, poleciłem kelnerowi nie zapalać światła i zostawić mnie samego.
Przepyszny widok! Noc była śliczna, pogodna. Księżyc świecił tak jasno, że nieledwie czytaćby można przy potokach srebrnego światła. Pod nogami mojemi płynął Ren. Długie smugi światła odbijały się w przezroczéj toni na drugim brzegu. Bliżéj, mały parowiec sypał deszczem złotych iskier. Cała Kolonia widna była jak na dłoni: światła, spiętrzone grupy domów, ciemne sylwetki kominów, a nad wszystkiém tém wspaniała katedra, górująca nietylko wieżami ale i sklepieniem nad całém miastem, wyniosła, spokojna, urocza i milcząca.
Największe gmachy miejskie wydały mi się w obec niéj lepiankami, tulącemi się niby pod skrzydła potężnej matki. Księżyc oświecał jasno wysmukłe wiązania téj przedziwnéj gotyckiéj architektury; cienie łamały się ze światłem na łukach i wieżyczkach. Było w tém wszystkiém coś mistycznego, coś co przejmuje duszę tajemniczym dreszczem i wyobraźni przyprawia skrzydła. Uczucia religijne, wessane z mlékiem matki, choćby najbardziéj nawet rozproszone w zgiełkliwéj pogoni życia, odnajdują się na widok tego gmachu, oblanego światłem księżyca, jak pogubione perły: Nie są to łagodne i słodkie poruszenia serca, niby jakieś wewnętrzne głosy anielskie, budzące wspomnienia dzieciństwa, jakich doświadcza się naprzykład w naszych kościołach wiejskich w czasie nieszporów, kiedy siwy pleban czyta modlitwy litanii, chłopi odpowiadają mu chórem, jaskółki świegocą pod drewnianém sklepieniem, a brzoza cmentarna poruszana wiatrem, szeleści i dzwoni w okna. W obec tego mrocznego gmachu, w obec tych spiętrzonych jak góry sklepień, nie czujesz się zbłąkaném i zmęczoném dzieckiem w obec ojca, ale prochem w obec Majestatu. Mimowoli przychodzi ci na myśl, że nie masz tu miejsca na inne modlitwy, jak chyba na pieśń suplikacyjną: „Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny.“ Kościół wart pieśni a pieśń kościoła. Średnie wieki, z ich wiarą posępną, a stanowiącą chléb ówczesnego żywota, szeregi rycerzy w stal zakutych, owych groźnych drapieżników z nadreńskich burgów zmartwychpowstają przed twemi oczyma. Słyszysz, jak biskup w całym majestacie głosi gloria Dei, a dumne żelazne głowy, tych samych Arnsbergów, którzy dziś śpią kamiennym snem w kościelnéj nawie, korzą się i chylą przed jedném słowem, jak łany zbożowe pod wiatrem. Dziś to już wszystko minęło, ale zadumany wędrowiec, patrząc na milczące owych wieków pamiątki, mimowoli pyta się siebie: czy to wszystko, co wykołysało całe narody, utworzyło całą cywilizacyę, co było źródliskiem i osią całego żywota; czy to wszystko rzeczywiście, nie jest niczém więcéj, jak tylko olbrzymim zabobonem, drugiém smutném studyum illuzyi, jak mówi Hartman, studyum które dla tego tylko minęło, ażeby się zaczęło trzecie?
Nie wiem, czy nie pod wpływem tychże samych myśli, ktoś powiedział, że gdyby nawet Bóg rzeczywiście nie istniał, trzebaby było dla dobra ludzkości Go stworzyć.
Godzina czasu spłynęła mi w przeszłość na podobnych rozmyślaniach. Tymczasem wieczór stawał się coraz bardziéj romantyczny. Parowiec przybił do brzegu tuż pod oknami mego hotelu. W małém Deutz cicho było, bo całe miasto już spało. Tylko sternik siedzący na przodzie statku, śpiewał dość pięknym głosem: „Wacht am Rhein“, a od strony Kolonii dochodził uszu moich świst lokomotywy. Od czasu do czasu lekki wiatr przynosił zaledwie dosłyszalne odgłosy zgiełku i gwaru miejskiego. Żal mi było wstawać od okna, nagle jednak drzwi się otworzyły i ktoś wszedł do mego pokoju.
Był to mój towarzysz podróży.
— Dobry wieczór!
— I dobry i ładny.
— Przyszedłem spytać, czyby pan nie chciał przejść się po mieście?
— Nie, panie. Spodziewam się, że lada chwila nadejdzie tu ktoś, z kim może jeszcze dziś pojadę daléj. A zresztą dobrze mi tu przy oknie.
— Ach! pan patrzy na katedrę.
To mówiąc towarzysz mój zbliżył się do okna i spojrzał w stronę miasta. Księżyc oświecił jasno twarz jego. Zdawało mi się, że czytam całe szeregi myśli i marzeń na jego czole, jakoż po chwili pokiwał głową i rzekł:
— Wié pan co?
— Co? — spytałem ciekawy jego wrażeń.
— Ot, ja myślę, czybyśmy się koniaku nie napili. Wieczór chłodny.
Mimowoli przyszedł mi na myśl wierszyk, który kilkanaście lat temu powtarzał mój professor łaciny, gdy mimo usiłowań z jego strony, woleliśmy dawać sobie prztyki w uszy, niż zachwycać się pięknościami Horacyusza:

„Cóż po muzyce tępym osłom w stajni!
Graj im na lutni: tańczyć nie zwyczajni.“

Swoją drogą tak trzeźwy, lubo mający związek z koniakiem pogląd, okiełznał rozbieganą moją wyobraźnię.
— Dziękuję za koniak — odpowiedziałem — uważam jednak, że pan zdrowo na rzeczy patrzy, i winszuję panu tego szczerze.
— A cóż to — odrzekł, wskazując na oblaną światłem księżyca katedrę: — martwy kapitał i nic więcéj.
— Przyjm pan moje gorące uznanie i zarazem dobranoc panu!
Zostałem znowu sam, ale po chwili wszedł ów dżentelman z jasną brodą, z którym według pierwotnego planu miałem się zjechać w Bremie.
Wyznaję, że byłem trochę zmęczony, przejechawszy bez wytchnienia drogę z Warszawy do Kolonii i miałem szczerą chęć przenocowania w Deutz. Byłbym nawet objawił głośno tę chęć mojemu dżentelmanowi, ale on domyślając się widocznie o co idzie, uprzedził mnie i rzekł ironicznie:
— Pan już pewno ani ręką, ani nogą nie może ruszyć. Takieto dzisiejsze pokolenie. Co do mnie, jechałbym chętnie daléj.
Oburzona miłość własna odezwała się we mnie.
— A dokądby pan chciał jeszcze dojechać?
Hm! choćby do Brukseli!
— Ja zaś oświadczam panu, że jadę wprost do Londynu.
Wyznaję, iż mówiąc to, miałem w duszy trochę nadziei, że mój dżentelman nie zgodzi się na tę propozycyą. Myślałem, że go nią przerażę, że zacznie mi tłomaczyć, iż to zbyt daleko, i że oba zbytecznie się pomęczymy, ale ten okropny człowiek uśmiechnął się tylko i rzekł:
— Doskonale. Jedziemy więc do Londynu.
Nie było rady. Kazałem zabrać moje kufry i obaj udaliśmy się na centralny dworzec w Kolonii. Była już prawie północ; chciało mi się spać srodze, ale ruch panujący na dworcu wytrzeźwił mnie. Lubię ten ruch, gwar i wrzawę, panującą na wielkich dworcach kolejowych. Sale płonęły światłem; stoły były nakryte. Z zewnątrz dochodził nas świst i sapanie lokomotyw, pomięszane z odgłosem dzwonków i nawoływaniami konduktorów. Ludzie biegali na wszystkie strony, przenosząc kufry, pakunki. Przejeżdżający wołali wszystkiemi językami na garsonów. Siedzący obok nas jakiś anglik z wyciągniętą twarzą i wyciągniętemi nogami, badał starannie palcami wnętrze swego nosa, spoglądając przytém na ludzi tak, jak gdyby wszyscy wyłącznie po to byli zebrani, ażeby on miał się czemu przypatrywać.
Kazaliśmy podać sobie coś do zjedzenia. Zauważyłem wówczas pierwszy raz, że nasze palone buty, futrzane szuby i baranie czapki poczynają nam zjednywać popularność. Małe grupki ludzi przyglądali się nam ciekawie. Brano nas widocznie albo za jakichś rossyjskich książąt, albo za hercegowińskich posłów, wysłanych o pomoc przeciw Turkom. Skutkiem współczucia zapewne dla nieszczęśliwych męczenników tureckich, kazano nam płacić za wszystko dwa razy więcéj, niż się należało.
Wsiedliśmy wreszcie do wagonu. Wkrótce jadący z nami do Brukselli jakiś francuz począł nas wypytywać o nasze pochodzenie.
— Jesteśmy Polacy — odpowiedziałem.
Tu przysłowiowa francuzka znajomość geografii zabłysnęła z całą świetnością.
— Ach! to panowie tam blizko placu wojny — rzekł.
— Jakiéj wojny?
— Jakże się nazywa?... Hercegowiny i Turcyi.
— O! bardzo blizko, panie: tylko przez ścianę. Jak się biją, to u nas doskonale strzały słychać.
Tiens!
Poczém wpadliśmy w ocean wielkiéj polityki, wpadliśmy zaś tak głęboko, żeśmy żadną miarą nie mogli dostać się do brzegu. Swoją drogą, niespełna w pół godziny zmieniliśmy całkowicie kartę Europy. Nasz francuz zaś porobił takie podboje w Prusach, że musieliśmy wstawiać się za biednémi Niemcami, żeby im chociaż Berlin zostawił.
Non, messieurs! non! — odpowiadał, nie dając się uprosić.
Zaannektowawszy tedy i Berlin, wziąwszy do niewoli Bismarcka i przeznaczywszy mu na dożywotnie więzienie wyspę Oleron, strudzony tylu wojennemi czynami, nasz francuz zwinął się w kłębek około własnego środka, a raczéj zamknął się jak scyzoryk o dwóch ostrzach, jak mówi Prus, i usnął, a my poszliśmy za jego przykładem.
Ale tu mój towarzysz odkrył widocznie nowy sposób zjednywania sobie popularności, to jest począł chrapać po mazowiecku tak, że wszyscy, rozbudziwszy się, pytali przerażeni, co się stało?
Mon Dieu! qu’est-ce que ça veut dire? — pytał francuz, wytrzeszczywszy ogromne oczy.
— E, to nic! — odpowiadałem spokojnie: — on dort chez nous comme cela.
Tymczasem mój towarzysz, z otwartemi ustami z głową niżéj od nóg, świszczał, ryczał, sapał, rzał, gwizdał, — słowem: wydobywał z siebie tak nadludzkie, tak fantastyczne, a nagłe i niespodziewane odgłosy, że i mnie samego, jakkolwiek słyszałem już nieraz jak nasza szlachta chrapie, zaczęło ogarniać zdziwienie.
Wkrótce téż zauważyłem, że wagon nasz stawał się coraz pustszy. Co stacya, jaki taki zabierał swoje manatki i wynosił się do innych przedziałów. Na granicy belgijskiéj było już nas tylko dwóch. Pociąg zatrzymał się. Do wagonu wszedł, już nie mrukliwy pruski konduktor, ale belgijczyk, ubrany w czarne kepi; i poprosił nas po francuzku, ażebyśmy udali się do rewizyi rzeczy.
— Co to jest? — pytał rozbudzony mój towarzysz, wodząc na wszystkie strony oczyma.
— Granica belgijska, rewizya.
— Zdaje mi się żem się trochę zdrzymnął.
— Bardzo niewiele!
— A gdzież się reszta pasażerów podziała?
Oparłem rękę na jego ramieniu:
Galilee vicisti! żaden nie dotrzymał placu. Wszyscy drapnęli.
Rewizya zajęła nam bardzo niewiele czasu. Zjedliśmy wieczerzę, wypili po pół butelki wina i ruszyli daléj. Dzień już robił się dobry, gdy zbliżaliśmy się do Brukselli. Śliczne to miasto, po Paryżu najpiękniejsze ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem; otoczone wzgórzami pokrytemi lasem i cudnemi dolinami, otrząsało ze siebie białawe tumany nocy i z mgły wywijało się, skąpane w różowém świetle i niby uśmiechnięte po dobréj nocy i dobrym śnie. Pociąg wreszcie stanął. Znowu mieliśmy trzy godziny czasu, wyszedłem więc na miasto, aby odświeżyć wspomnienia z przed dwóch lat, przed którymto czasem byłem w Ostendzie. Na ulicach panował już ruch. Flamandki siedzące na małych wózkach, wiozły do miasta mleczywo, a twarze ich spokojne i uczciwe zdawały się do mnie uśmiechać. Domy jednak były jeszcze ciche, rolety w oknach pozapuszczane, złocenia na gzymsach domów połyskiwały łagodnie w poranném świetle. Wszystko było spokojne, schludne, harmonijne, ciche, szczęśliwe jakieś, a wszystko pamiątkowe i poetyczne. Z każdego złomu murów, z każdego kąta wieje tu na ciebie tradycya poważna, wielka, nauczająca bardzo. Myślisz, że to sen dawny a ogromny i złowróżbny niegdyś; który jakaś moc czarnoksięzka zaklęła, tak że skamieniał i patrzy teraz na ciebie szaremi murami Św. Guduli i kamiennemi oczyma pomnika Egmonta, i wieżami wszystkich zabytków z hiszpańskich czasów. Ale istotnie to sen tylko. Czasy Alby minęły i nie wrócą nigdy. Topór nie uderza tu już głucho o deski rusztowania, nie usłyszysz jak syczą płomienie stosów lub brzmią okrzyki wojenne, usłyszysz tylko odgłosy pracy i pokoju, bo ta błogosławiona para oddawna stałe tu sobie obrała siedlisko.
Bywa, że kiedy w pogodne letnie wieczory, taka cisza robi się w spokojnych wioskach flandryjskich, iż żaden listek nie zaszemrze na drzewie, wówczas starcy odkrywają posrebrzone głowy i mówią: „to Chrystus przechadza się po wiosce.“ Otóż, jak Belgia długa i szeroka, wszędzie tak jest spokojnie, tak jakoś cicho i szczęśliwie, że słusznie możnaby powiedzieć: Chrystus przechadza się po całym kraju. Bez przesady mówiąc, jestto najszczęśliwszy kraj na świecie.
Jest nim przynajmniéj dotychczas, ale któż może powiedzieć, jak długo będzie? Może za kilka lat nadejdą czasy, że śpiczaste hełmy nadciągną tu od strony Renu, spokojni dziś mieszkańcy będą słyszeć rżenia „konia Atylli,“ po nocach huk armat wystraszy słowiki z wiosek, skończą się przechadzki Chrystusa, a zamiast dzisiejszych pieśni przy pracy, zabrzmi inna, która zmąciła spokój równie szczęśliwéj Alzacyi: „Was ist des Deutschen Vaterland.
Trzy godziny czasu przeleciały mi na podobnych rozmyślaniach, według słów Skargi: „jak strzała i jako ptak na powietrzu.“ Czas było wracać na pociąg, ale nie mogłem się oprzeć jeszcze chęci odszukania pod murami katedry miejsca, na którém, według ślicznéj powieści Ouidy: „Deux Sabots,“ mała Bebée sprzedawała swoje róże mszyste; poczém trochę smutny, a trochę rozmarzony wróciłem na dworzec kolejowy. Towarzysz mój stał już na platformie i gorliwie pracował nad umieszczeniem w ustach ogromnego mięsnego pieroga, który z powodu swych rozmiarów, żadną miarą wleźć w nie nie chciał.
Wsiedliśmy do wagonu, a wkrótce za nami wsiadł, a raczéj wskoczył, pomijając schodki, jakiś gentleman nadzwyczajnéj otyłości, stanowiącéj dziwny kontrast z jego ruchami.
— Prawda, panie, że jestem lekki? — rzekł do mnie przymrużywszy jedno oko, jakby mnie znał od lat dziesięciu.
— Jak angielski kocz — odparłem.
— Jakto jak kocz? — spytał cokolwiek urażony.
— No, bo lekki a pakowny.
— O! doskonale, doskonale! — odparł, spoglądając z nieopisaną sympatyą na swój wydatny żołądek. Ja jestem nauczycielem tańca. Dwanaście lekcyi kosztuje u mnie 40 franków. Najładniejsze dziewczęta z całego Lille uczą się u mnie: lekcye są wspólne. Panowie jadą do Lille? Oto są moje bilety: Mr. Dunois. W czwartki i w soboty, od szóstéj do siódméj. Wszakże panowie mają te godziny wolne?
Towarzysz mój odpowiedział, że najchętniéj korzystalibyśmy z uprzejmości pana Dunois, gdyby nie to, że jedziemy do Ameryki, ale że z powrotem nieomieszkamy zatrzymać się umyślnie w Lille; dla wzięcia kilkunastu lekcyi. Pan Dunois dodał jeszcze, że uczy nietylko kontredansa, ale i uprzejméj rozmowy z damami w czasie tego tańca. Poczém w najlepszéj zgodzie ruszyliśmy w drogę.
Pociąg ku granicy francuzkiéj idzie krajem równym, nie obfitującym w malownicze widoki, ale uprawnym jak ogród. Wyjeżdżając z kraju, zostawiliśmy jeszcze śnieg na polach, tu zaś wiosna poczynała się wszędzie. Na łąkach zieleniła się trawa, a na polach ruń wszelkiego rodzaju zbóż. Grupy drzew stojących na równinach lub idących w kształcie alei wzdłuż rowów, dróg i kanałów, wypuszczały zielone pączki. Rzeki powylewały wszędzie, jako zwyczajnie na wiosnę; rowami płynęła z szelestem woda, powietrze było czyste, ale przesiąknięte wiosenną wilgocią, słońce zaś przygrzewało przez szyby wagonów tak silnie, iż musieliśmy pozrzucać futra.
Gdyby nie komora, nie rewizya rzeczy i nie długi przystanek pociągu, niktby się nie domyślił, że nareszcie wjeżdża z Belgii do Francyi. Krajobraz nie zmienia się w niczém. Tenże sam kraj uprawny jak ogród, też same chaty wieśniacze, kryte czerwoną dachówką, gontem lub nawet słomą, co przypomina Polskę, taż sama Flandrya, ciż sami ludzie, téż poczciwe flamandzkie twarze i bluzy niebieskie: słowem wszystko takie same. Gdy pociąg ruszył, obróciłem się, by przesłać ostatnie pożegnanie Belgii, temu krajowi, dla którego niepodobna nie czuć sympatyi, i o którym ile razy pomyślę, tyle razy pamięć przywodzi mi słowa Skargi, których część już przytoczyłem wyżéj: „Siejba była w płakaniu, ale żniwo w weselu; niedola ich minęła jako strzała i jako ptak na powietrzu, a rozkoszy, jakby morzem nieprzebrane trwają.“
Pikardya, przez którą przelatywaliśmy jakby na skrzydłach wiatru, jest krajem bogatym, żyznym, ale szczególniéj fabrycznym. Patrząc na ład i dostatek, jaki widać wszędzie, niktby nie pomyślał, że sześć lat zaledwie temu uwijały się tu tłumy żołdactwa pruskiego i uciekających do Belgii francuzkich maruderów.
Do Calais przybyliśmy około dwunastej w południe. Jestto dosyć nędzne i brudne miasto, jak wreszcie większa część miast portowych; znaczenie jego handlowe jednak jest ogromne. Niegdyś odgrywało znakomitą rolę w wojnach francuzko-angielskich. „Gdybyście wyjęli ze mnie serce i otworzyli je, mówiła umierając Marya Tudor, znaleźlibyście tam wypisany wyraz: Calais.“ Swoją drogą Anglia nigdy już nie odzyskała na stałe tego miasta. Dziś jest tam podobno jakaś forteca. Widzieliśmy żołnierzy francuzkich w szaro-niebieskich płaszczach, w czerwonych czapkach i w czerwonych (wybaczcie czyste dusze naszych arystokratycznych dam) majtkach. Patrząc na te postacie małe, godne prawdziwych pigmejczyków, przygarbione, brudne i dźwigające z trudnością ciężkie szaspoty, zrozumieliśmy łatwo, dlaczego podobni żołnierze nie mogli oprzeć się rosłym i silnym brandeburskim chłopom i dlaczego np. pułki poznańskie, rzuciwszy się z bagnetem pod Gravelotte na niezdobyte prawie pozycye francuzkie, nie zastały tam już nieprzyjaciela, chociaż nie powinna była z nich zostać żywa noga po ataku. Patrząc na tych żołnierzy, przykro się robi, zwłaszcza nam, mającym tyle sympatyi do tego najsympatyczniejszego zresztą narodu.
W Calais sale dworca kolejowego roiły się pasażerami, przejeżdżającymi do Anglii. Zrobiliśmy znajomość z pewnym komiwojażerem, który, jak mówił, przepływał już przez kanał więcéj razy, niż wszyscy obecni mieli włosów na głowie. Wypytywaliśmy się go, czy spodziewa się dobréj pogody.
— Kanał na wiosnę wypija zawsze zawiele dżinu i dlatego boksuje wściekle każdego kto po nim pływa — odpowiedział ów dżentelman, zagłębiwszy ręce w kieszeniach.
— Ale jednak pogoda jest piękna — rzekłem, starając się wydobyć zeń jaką taką pomyślną wiadomość.
— Tak, ale są krótkie fale.
— Krótkie fale? — spytałem tonem, jakbym wiedział co są krótkie fale, gdy tymczasem nie miałem o tém najmniejszego pojęcia.
— Tak jest — odrzekł komiwojażer, i zagłębiwszy prawie po łokcie ręce w kieszeniach, zaczął przypatrywać się końcom swych butów, gwiżdżąc przytém aryę z Balu maskowego:

„Ach! mów, czy życzliwe czekają mnie fale!“

Inny dżentelman, który przysłuchując się naszéj rozmowie, wkładał do ust i wyjmował z nich ustawicznie gałkę swéj laski, jakby dla przekonania się, czy usta jego mają dostateczny rozmiar, niezbędny w morskich podróżach, zwrócił się ku mnie i rzekł dogmatycznym tonem:
— Trzeba wypić butelkę portweinu i zjeść jak najwięcéj śliwek suszonych.
— Garson! — zawołałem — butelkę portweinu i jak najwięcéj śliwek suszonych.
Ale nim zdołaliśmy zjeść i wypić wszystko co nam podano, w sali zrobił się ruch i zamieszanie. Jedni chwytali swoje kuferki, inni wylewali z filiżanek gorący rosół na spodeczki, aby wypić go jak najprędzéj i pili z wytrzeszczonemi oczyma; inni nakoniec połykali gorące mięso w kawałach, których połknięcie przyniosłoby zaszczyt najtęższym wilkom; pewna dama zbladła nadzwyczajnie, i patrząc naokoło głupowatym wzrokiem, jakby szukając ratunku, powtarzała: „O, Boże! Boże! jakiś pan przewrócił się na progu przez własny kuferek.“ Wyszliśmy wreszcie na świeże powietrze; wzięto nasze rzeczy. Statek, który nas miał zawieźć do Douvru, stał tuż nad brzegiem przystani i świszczał przeraźliwie, jakby dla tém dokładniejszego przerażenia podróżnych; wiatr dął jakby to było obowiązkiem jego sumienia, ludzie niosący rzeczy krzyczeli i przeklinali sami nie wiedząc czego; morze ryczało jakby mu kto za to płacił: słowem, wszystko się składało na to, ażeby do reszty ogłupić podróżnych, którzy już i tak nie wiedzieli co się z nimi dzieje, a zwłaszcza, co się za pół godziny dziać będzie.
Nakoniec zszedłszy po pochyłym pomoście, weszliśmy na pokład statku. Para świszczała, koła poczęły obracać się lekko i zapieniać wodę, ale statek jeszcze nie ruszał. Skorzystałem z téj chwili, aby odetchnąć trochę i spojrzeć w sinawą dal, gdzie, jak okiem dojrzał, ciągnęła się wzburzona toń morska. Po chwili jakieś indywiduum ubrane w gumowy płaszcz zwróciło moją uwagę. Indywiduum to, stojąc niedaleko mnie, pogrążyło nagle ogromny tytuniowy zwitek w ustach, następnie zasunęło również gumowy kaptur na głowę, i wylazło po schodkach na wysoki mostek, stojący na przodzie statku i osłonięty żaglowém płótnem.
— Kto to jest — spytałem komiwojażera.
— Kapitan. — Wylazł na górę i ubrał się w swój płaszcz: Hm! zły znak, będziem mieli burzę.
— Niech pana dy.... — chciałem powiedzieć: — dziękuję panu ślicznie.
Nie był to jednak jedyny i ostatni zły znak. Wkrótce spostrzegłem jeszcze gorszy: oto z pod pokładu wydobył się majtek, niosąc w obu rękach białe fajansowe miski, które zaczął tu i owdzie rozstawiać po pokładzie.
— Neptunie! kupię ci dziesięć obiadów, ale tym jednym razem, pozwól zachować mi mój — rzekłem w duchu.
Nagle uczułem, że statek zakołysał się w prawo i w lewo, brzeg począł usuwać się z pod moich oczu. Ruszyliśmy w drogę.
Co się potém działo, o tém wiadomość schowam do następnych listów. Widziałem potém na oceanie podobne sceny, tylko podniesione do kwadratu, dlatego opis ich odkładam.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.