List Heloizy do Abelarda (Pope, 1816)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Alexander Pope
Tytuł List Heloizy do Abelarda
Data wydania 1816
Druk Drukarnia Wiktora Dąbrowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Konstanty Piotrowski
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LIST
HELOIZY do ABELARDA
DZIEŁO
Alexandra POPE
naśladowane
Przez P.....

w WARSZAWIE 1816.
Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 40px.svg Rule Segment - Wave - 20px.svg
w Drukarni Wiktora Dąbrowskiego.
Przemowa.

Abelard i Heloiza żyli w dwunastym wieku. Nauki, wdzięki i przymioty tych osób przynosiły im sławę i szacunek współczesnych, a ich nieszczęśliwa miłość zjednała im pamięć potomności. Po długiém paśmie niedoli i udręczeń, ci stroskani Kochankowie ponieśli opłakane życie w cienie Klasztorów, gdzie ostatnie dni swoie poswięcali obowiązkom Religii. Posępność murów zakonnych, głuche ich i wieczne milczenie, sama nawet swiętość powołania, niemogła zupełnie stłumić w Heloizie uczuć miłości. Wymowny list Abelarda pisany do przyiaciela, w którym się rozrzewniał nad swoiém cierpieniem, doszedł przypadkiem iey rąk, i rozniecił w sercu całą dawną żywość nieszczęsnych płomieni. Pismo to Abelarda, dało początek owym listóm Heloizy, w których się tak dzielnie maluie walka cnoty z naysilnieyszą namiętnością. Nieśmiertelney pamięci Pope zebrał tkliwe myśli tych listów, dodał ważnieysze wypadki życia Heloizy i Abelarda i ułożył dzieło które stało się roskoszą czytaiących. Wdzięki Poezyi Pope, naymocniey przezemnie cenione, nakłoniły mię do probowania młodych sił pióra w wolném naśladowaniu tego szacownego i przyiemnego dzieła. Czuię ile w moiey pracy żądaćby ieszcze należało, i pochlebiam sobie iż to przynaymiey wyznanie, da mi prawo do łaskawego pobłażania.



LIST
HELOIZY do ABELARDA.

W schronieniu niewinności, w tey ciemney zaciszy,
Gdzie rozmyślaniom wieczny pokoy towarzyszy,
Gdzie pobożność nieśmiały wzrok toczy po niebie,
Gdzie w smutkach i tęsknocie wiosnę życia grzebie;
Dokąd mię nędzną wiedzie zapęd obłąkany?
Czegoż myśl za te swięte wydziera się ściany?
Jakaż się niespokoyność w duszy moiey zrywa?
Czy się znowu odradza miłość nieszczęśliwa?
Tak, tak, kocham.... List iego ożywia zapały
Których ni czas, ni mieysce, stłumić niezdołały.
Dwakroć list ten całuię, dwakroć łzami roszę;
O! drogi Abelardzie...! lecz gdzież się unoszę?
Usta! którym przysięgi wiecznie milczéć każą,
Jakież niestety! imie wspominać się ważą?
Straszne imie kochanka! imie lube ieszcze!
Niech cię w serca moiego taynikach umieszczę;

Tam cię skryię, gdzie pamięć Abelarda droga,
Żyie dotąd z obrazem połączona Boga.
Ale iakiem uczuciem napełniam tę kartę?
Com napisała, łzami niech będzie zatarte.
Ah! próżne są łzy moie, walka moia próżna,
Silnym serca skłonnościom czyż oprzeć się można?

Groźne mury! o których posępne sklepienia,
Codzień się obijaią głosy udręczenia!
Ołtarze Naywyższego! Aniołów obrazy!
Marmury!; starte memi kolanami głazy;
Kiedy dotąd występnym goreię płomieniem,
Czemuż iak wy nieczułym nie iestem kamieniem?
Groby! gdzie tyle razy zalawszy się łzami,
Jęczałam otoczona umarłych cieniami,
Niezmienia serca mego ta posępność wasza;
Ni ta łza nieszczęśliwych ogniów nieprzygasza.

Ty! którego me usta z drzeniem nazwać śmieią,
Abelardzie! ty moia ostatnia nadziejo!
Miłość z tobą, iak lube przynosi roskosze!
Bez Ciebie, same srogie męczarnie ponoszę!
Nieszczęsna Heloiza chcąc ulżyć boleści,
Czasem mniema że ciebie na swem łonie pieści;
Lecz niedługo się cieszę tym wdzięcznym obrazem,
Staią mi na umyśle wszystkie ciosy razem;
Postrzegam w oczach twoich cierpienia wyryte,
Czoło wiekiem zorane, i kirem okryte.
W tęsknocie i boleściach, ciche pędząc lata,
Żyiesz w cieniu ołtarzy nieznany od świata.

Ah! tam i żona twoia ięczy, tam łzy leie,
Tam grzebać musi miłość, chwałę, i nadzieie.

Napisz do mnie, day ulgę smutkóm i cierpieniu,
Niech westchnienie, odpowié czułemu westchnieniu.
Wszak ni ludzie, ni losy niemogą nam wzbronić
Téy bolesnéy roskoszy, ięczeć i łzy ronić;
Każdy twóy wyraz, martwe nadzieie ożywi;
Znaydziemy udział szczęścia, choć się los przeciwi:
Dar pisania od niebios tym końcem nadany,
Żeby leczył miłości doymuiące rany.
Pismo karmi uczucia, tkliwe związki stęża,
Tęsknotę oddalenia, i smutki zwycięża.
W niem się serce otwiéra.... miłość nieszczęśliwa
Z roskoszą swe taiemne boleści odkrywa.
List kochanka tkliwego kogoż nieporusza?
Tam w nieczułym papierze żyie i tchnie dusza.

O! dniu pełen słodyczy! o miłe wspomnienie!
Kiedyś w mém sercu niecił miłości płomienie;
Wtenczas twe oczy, blaskiem łagodnym świeciły,
Na twém pieszczoném łonie niknęły me siły;
Myślałam, żeś podobną Aniołóm miał postać;
Błąd to był, lecz iak słodko w takim błędzie zostać.
Gdyś wielkość Boga usty wdzięcznemi opiewał,
Zdało mi się żeś nieba swym głosem zdumiewał.
Ah! prędko potrafiłeś w sercu wzbudzić tkliwość;
Przy twych lubych powabach, zniknęła wstydliwość.
Kochaiąc cię, miłości poznałam pieszczotę;
Poświęciłam niewinność tę naydroższą cnotę.

Upoiona rozkoszą mych ogniów bez granic,
Wszystkie uwagi ludzi, poczytałam za nic;
Obraz nawet wieczności, Heloizy oku
W słabym i oddalonym tlał tylko widoku.
Idąc drogą roskoszy usypaną kwiatem,
Stałeś się wtenczas dla mnie i niebem i światem.

Żądałeś abym ślubną paliła pochodnią;
Rzekłam ci Abelardzie: miłość nie iest zbrodnią,
Gdy cię kocham, gdy w duszy czuię ogień tkliwy,
Potrzebaż serca spaiać tęższemi ogniwy?
Czysta miłość, stworzona dla szczęścia Człowieka,
Żyie lubą wolnością, od więzów ucieka;
Śluby są dla tych tylko wierności przestrogą,
Ktorzy poznać powabów kochania niemogą,
Niechcę dostatków, sławy, niechcę dostoieństwa,
Gdy za nie trzeba w jarzmo wprzęgać się małżeństwa.
Sława, wielkość, i wszystkie bogactwa tey Ziemi,
W porównaniu z miłością iakże są błahemi!
Niech w nagrodę mey ręki, naypierwszy z Mocarzy
Sercem swoiém, potęgą i chwałą mię darzy;
Niech się zemną podzieli blaskiem maiestatu,
I niechay mi pozwala dawać prawa swiatu;
Wzgardzę iego ofiarą i iego obliczem;
Trony, berła, narody, przy tobie są niczem!
Tak, o wszystkie znikome zaszczyty nie stoię:
Miłość twoia, stanowi całą wielkość moię.
Inneby Heloizie blaski nieprzystały;
Bydź od ciebie kochaną, dosyć dla niey chwały.

Szczęśliwi kochankowie, co w stanie prostoty,
Liczą chwile miłości lubemi pieszczoty.
Nadzieią i roskoszą zawsze upoieni,
Używaią słodyczy wzaiemnych płomieni.
Gdy nieprzyiazne chmury szczęście im zakryią,
Niepamięć swoich cierpień z jedney czary piią.
Zaledwie ich trwożliwe oczy się spostrzegły,
Już się myśli zetknęły, iuż czucia się zbiegły;
Każdy moment roskoszy lubą tkliwość żywi:
Taki był nasz stan życia... Byliśmy szczęśliwi.

Wszystko dla mnie zniknęło... o srogie wspomnienie!
Dotąd ieszcze łez rzewnych nie oschły strumienie.
O dniu straszny! napada zgraia mordu chciwa;
Postrzegam ich... trwożę się... biegnę... nieszczęśliwa!
Może widząc Tyrani łzy i rospacz moię....
Ah! nie... tych Barbarzyńców łzami nie ukoię
Jęk moy nie mógł im z dłoni wytrącić oręża;
Karzcież i mnie okrutni! gdy karzecie męża.
Próżno zaklinam, próżno miłosierdzia wołam.....
Łkania głos mi tamuią... dokończyć niezdołam.

Nadszedł dzień, gdy spełniaiąc srogich losów karę,
Nieszczęśliwa ofiara, ciągnęła ofiarę.
Gdym przysięgała niebu, w samym wieku kwiecie,
Oprócz Boga, niekochać nikogo na świecie.
Niestety! próżne chęci... i w tey nawet dobie,
Niemyślałam o Bogu, myślałam o tobie,
W owey chwili, iak tylko twoie drzące dłonie
Osłoniły żałobą, Heloizy skronie,

Drzą mury... lampy bledną... słońce się zacienia...
Zaledwie głos moy w Niebios przedarł się sklepienia,
Bóg nayskrytszych mey duszy taiemnic świadomy,
Znieważenie Swiątyni chciał ukarać gromy;
Lecz postrzegłszy łzy moie, ięki, i zgryzoty,
Wstrzymał w litosney dłoni grożące mi groty.

Przychodź drogi Kochanku, zmnieyszyć moie męki!
Czyż miłość dla nas wszystkie utraciła wdzięki?
Czuię ieszcze iak ogień w mém sercu się zarzy;
Chodź, niech lubą truciznę z twoiey piię twarzy.
Niechay wzrok móy, napasą twe wdzięki pieszczone,
Niechay w łonie roskoszy z zachwyceniem tonę:
Ah! powłócz na mnie powłócz zemdloném weyrzeniem,
Pozwól ssać wdzięczne usta, oddychać twém tchnieniem,
Lecz co mówię? Niebaczna!... są inne roskosze;
Te cenić, Abelardzie, nauczay mnie proszę!
Prowadź mnie między smutne świątyni sklepienia!
Tam pokazuy iak ięczeć pod iarżmem zbawienia;
Swiętey miłości Nieba, wskaż mi prawą drogę,
I naucz iak nad Ciebie Boga przenieść mogę.

Pomnij, iż tych zakonnic nieszczęśliwe grono,
Na zawsze twey oycowskiey pieczy poruczono;
Obyś pilnem staraniem utrzymywał, krzepił,
Młodociane gałązki, któreś tu zaszczepił;
Swiątobliwey twey cnoty wiedzione przykładem
Te córy nieba, twoim winny stąpać śladem.
Ta budowa twą sprawą swóy początek wzięła;
Kościoł, ogród, mieszkanie, są to twoie dzieła.

Niemasz kosztownych ozdob w tey skromney Swiątyni;
Lecz ią czyste ubóstwo przyiemnieyszą czyni.
Nie widać tu bogatych obrazów, ni złota,
Sama wszędzie niewinna iaśnieje prostota.
Tak iest skromną w ozdobach, ta budowa cała,
Jak cnotliwa pobożność, co ią zamieszkała.
W murach tych, pod tey wieży niebotyczney cieniem,
Gdzie teraz blade światło przebiia się z drzeniem,
Gdzie wsrzód ciężkiey tęsknoty, ięków, i żałoby,
Leniwym krokiem, smutne postępuią doby;
Przy tobie wszystko będzie w weselszey postaci,
Przy tobie to ustronie swą posępność straci;
Łagodny blask twych oczu, naszę boleść zmnieyszy,
I w to schronienie, promyk doleci iaśnieyszy.
Dzisiay wszystkich nas smutku otoczyły cienie
Wszędy tylko łez zdroie, i wszędy ięczenie.

O! ty stałey miłości nieszczęśliwy celu,
Naydroższy mężu, oycze, bracie, przyiacielu!
Day ulge iarzmu co mię nieprzestannie gniecie,
Pomnij, że tyś mi ieden pozostał na świecie.
Te iodły których wierzchy niedostępne oku,
Zda się że w lazurowym znikaią obłoku;
Ta łąka co się wdzięczną świeżością zieleni,
Te różnofarbne kwiaty, lekki szmer strumieni,
Zefir co wonnem tchnieniem łagodnie powiewa,
Te posępne iaśkinie, te wspaniałe drzewa,
Cała zachwycaiąca piękność przyrodzenia,
Okrutnych duszy moiey udręczeń nie zmienia.
Dla mnie roskoszna wiosna napróżno iaśnieie;
Zniknęły oczom wdzięki iak sercu nadzieie.

Utraciła natura swą barwę ozdobną,
Wszystko teraz ma postać, do śmierci podobną;
Wszędzie ponura rospacz swym iadem oddycha,
Przez nię łąka więdnieie i roża usycha,
Echo milczy, Zefiry powiewać przestały,
Wody w głuchey cichości, smutne toczą wały.
Tu w żałości, w rozpaczy, życia będąc cieniem,
Jęczeć muszę nad srogiém moiém przeznaczeniem.
Ah! w śmierci tylko moia nadzieia iest cała;
Onaby srogie skończyć boleści zdołała.
Niestety! nim nadeydą upragnione chwile,
Nim złożę zwłoki moie w posępney mogile,
Przez ileż trzeba ieszcze przechodzić kolei,
Przez ile zgryzot, żalów, i płonnych nadziei,
Tłumić czucia, do których serce mię nakłania,
I wszystkiego zapomnieć, prócz celu kochania.

Co czynię? gdzież mnie błędne zapędy unoszą?
W tem mieyscu moię zbrodnią, wyiawiam z roskoszą!
Tu gdzie cnota sercami niewinnemi włada,
Miłość występnym ogniom ołtarze zakłada!
Niestety! iakież imie na siebie przybiorę?
Córka Nieba, płomieniem świętokradzkiem gorę!
Długoż zaciekła skłonność władać duszą będzie?
Zawsze błąd móy poznaiąc, będęż trwała w błędzie?
Serce stałey miłości uięte nałogiem,
Będzież się wahać, między człowiekiem i Bogiem?
Czemuż moc Religii zmienić mię niemoże?
Ty co znasz mą ułomność... wspieray mię o Boże!
Zdołałeś światy tworzyć wszechmocnością swoią.
Niechże się dłonie twoie potężnie uzbroią:

Niech naytrudnieysze dzieło spełnioném zostanie,
Oto masz we mnie zniszczyć występne kochanie;
Niech znikome uczucia z mey duszy wygładzę;
Nad burzą namiętności, niech otrzymam władzę,
A utracone cnoty odzyskawszy ieszcze,
Niech w sercu oczyszczoném Ciebie tylko mieszczę.

O! iak ta bogoboyna niewinność szczęśliwa,
Która na łonie cnoty swobody używa!
W sercu iey namiętności przykrych walk niewiodą;
W spoyrzeniach, zawsze lubą iaśnieie pogodą.
Miłość Boga, w niey wszystkie uczucia zagłusza,
Kosztuie dni tak czystych, iak czysta iey dusza.
Usypia Anielskiemi okryta skrzydłami;
Obraz ią we snie Ziemskiey miłości nie mami;
Widzi otwartych Niebios przybytek wspaniały,
I zachwyca się blaskiem nieskończoney chwały;
Dla niey to Herubinów orszak niezliczony,
Wite z róż nieśmiertelnych przeznacza korony.

Ah! iakże Heloiza tey doli zazdrości!
Nieszczęśliwa ofiara niezgasłey miłości,
Czy się ku zachodowi nachyli bieg słońca,
Czy ranne świecą żorze;... goreie bez końca.
Gdy noc i głucha cichość świat cały okryią,
Serce czuwa.... i rany niezgoione żyią.
Kiedy ten, który wszystkie uspakaia męki,
Sen, przyiaciel nieszczęsnych, stłumi moie ięki;
Wnet miłość ze mną wdzięcznym obrazem się pieści,
I ciebie Abelardzie na mem łonie mieści.

Oto głos luby słyszę... widzę cię... przychodzisz.
Ah! iakież zachwycenie w sercu moiem rodzisz!
Co moment czuię w sobie silnieysze zapały,
Roskosze potokami w duszy się rozlały....
Wtem promień światła niszczy te czucia pieszczone;
I błędnych wyobrażeń rozdziera zasłonę.
Daremnie szukam ciebie; wzywam cię daremnie!
Cień twoy iak ty okrutny ucieka odemnie.
Wy! obrazy roskoszy naydroższey na świecie,
Sny przyiemne! dla czegoż tak prędko nikniecie?

Niekiedy, nad wierzchołkiem niebotyczney skały,
Gdzie się zhukane morza roztrącaią wały,
Nad osią świata; ciebie postrzegać się zdaię,
Jak wstępuiesz w wieczności nieprzebyte kraie.
Ale okryty cieniem zawistnym obłoku,
Wnet ten zachwycaiący widok znika oku,
Huczą wichry szalone, wały morskie ryczą....
Obudzam się... i marę przeklinam zwodniczą.

Nieznasz tych cierpień; losu zawziętość nieczuła
Duszę twoię, z wzaiemney tkliwości wyzuła,
Nieznasz co są kochania srogie niepokoie,
Jako strumień nayczystszy płyną lata twoie;
Pozbawione miłości, ięków, i zgryzoty,
Życie twoie wystawia pogodny sen cnoty.

Przychodź Kochanku! przychodź duszo moiey duszy!
Czego się trwożysz? czyliż móy widok cię wzruszy?
Gdyś nayczystszą miłością ożywiony Boga,
Lękać się Heloizy iakaż płonna trwoga?

Natura w sercu twoiem gaśnie oniemiała,
Jam iednak ciebie kochać ieszcze nieprzestała!
Niestety! me nieszczęsne płomienie ku tobie,
Są iak posępne lampy, płonące przy grobie.

Ah! gdziekolwiek poniosę obłąkane kroki,
Jakież myśli i iakie spotykam widoki!
Czyli to Heloiza u progów Swiątyni,
Oblana łez potokiem, tkliwe modły czyni;
Czy bolesném uczuciem smutku przenikniona,
Na posępnych grobowcach omdlewa i kona,
Nie wygasłą miłością, w każdey zdięta dobie,
Wszędzie i czuie ciebie i widzi przy sobie;
Wsrzód pieśni pogrzebowych z zadziwieniem słyszę,
Jak się twóy głos zemdlony wpowietrzu kołysze;
Gdy ofiarne kadzidło ołtarze osłoni,
Widzę twóy żywy obraz w rozpierzchniętey woni;
Nasycić się nie mogąc tak lubym widokiem,
Stokrotnie go powłoczę konaiącym okiem,
Kiedy uszanowaniem przeięte kościoła,
Same Anioły z drzeniem uchylaią czoła,
I gdy wszystkich przenika boiaźń świątobliwa,
W tey chwili Heloiza ciebie tylko wzywa.

Lecz kiedy na kolanach z sercem ukorzoném
Przed potężnego Boga uniżam się tronem,
Gdy przeięta wieczności szczęściem doskonałem
Wzywam imienia Stwórcy moiego z zapałem;
Przychodź wtenczas w występne uzbroiony męstwo,
Nad chwieiącą się duszą otrzymać zwycięstwo!

Łagodnym blaskiem oczu, zagładź z mey pamięci
Ową szczęśliwość niebian, która duszę nęci;
I gdym cała wielkością Stwórcy przenikniona,
Przyidź! i z moiego Boga wyryway mię łona!

Com wyrzekła nieszczęsna? Ah! zostaw mię samę;
Niechay gòry położą nieprzebytą tamę;
Niech nas morza rozdzieli przestwór niezmierzony;
Dwie obszernego świata zamieszkaymy strony;
Gdy czysta miłość Boga, gasi ognie moie,
Jednem z tobą powietrzem oddychać się boię.
Wszystkie taiemne związki, niech się dziś rozprzęgą:
Zniszczmy węzeł, wzaiemną stwierdzony przysięgą;
Niech skryty w sercach ogień zgaszonym zostanie
I skończmy zapomnieniem nieszczęsne kochanie.

Wy uczucia pieszczone! roskoszne obrazy!
Przyiemne myśli, tyle powtòrzone razy!
Lube błędy miłości! żegnam was na zawsze.

A ty! iedyna cnoto! bóstwo nayłaskawsze!
Która nad przyiemności świata niestateczne
Przekładasz myśl o Bogu, i roskosze wieczne;
Twoia obecność szczęścia śmiertelnym udziela;
Córo nieba! i matko czystego wesela!
Niech cię ięk Heloizy konaiącey wzruszy!
Przybądź droga Istoto! zamieszkay w iey duszy!

Jakiż głos o te smutne obija się ściany?
Któż mnie wzywa do siebie? Ah! ten głos mi znany.
Raz gdy noc pogrążyła naturę w żałobie,
Samotna strzegłam lampy płonącey przy grobie;

Wszędzie sen, wszędzie groźne panowały cisze;
Wtem z łona smutnych grobów, ten straszny głos słyszę:
„Przybyway, rzecze do mnie, siostro nieszczęśliwa!
„Porzuć znikomość świata, wieczność ciebie wzywa;
„I ia nikłych roskoszy uwiedziona marą,
„Żyłam iak ty nieszczęsney miłości ofiarą;
„Lecz granice niedoli i kres udręczenia,
„Znalazłam w tym przybytku wiecznego milczenia;
„Tu nieszczęście nie ięczy, miłość nie narzeka,
„Tu koniec wszystkich cierpień i nędzy Człowieka.
„Występki twoie trwożyć ciebie niepowinny,
„Przebacza ułomnościom Stwórca dobroczynny;
„Sroga ludzi nienawiść krwawey zemsty woła:
„A iedna łza gniew Boga ułagodzić zdoła.„

Gotuycież Aniołowie swietne palmy swoie!
Otworzcie mi wspaniałe Syonu podwoie!
Idę oglądać Nieba, światłości wieczyste,
Idę dzielić roskosze Herubinów czyste.
Osłodź mi Abelardzie opuszczenie świata!
Patrz oto z ust zdrętwiałych drzący dech ulata,
Już mię okropne śmierci otoczyły cienie,
Ah! przyidź! usty twoiemi schwyć ostatnie tchnienie!
Nie — przywdziey raczey szaty Kapłana na siebie
Z krzyżem, z pochodnią w ręku, w nayświętszey potrzebie,
Przyidź głosem Religii, duszę moię wspierać!
Naucz mię, i odemnie naucz się umierać!
Przyidź, patrz na Heloizę, uyrzysz iak śmierć zmieni
Te wdzięki nieszczęśliwe, cel twoich płomieni;
Jak róże ust zwiędnieią, iak blask stracą oczy,
Jak się śmiertelna bladość po licach roztoczy;

Niedogasłego życia przypatrz się iskierce!
A kiedy raz ostatni poruszy się serce,
Wtenczas gdy iuż zupełnie czucia stracę władzę,
Z ostatniem ciebie tchnieniem z mey duszy wygładzę.

Śmierci! iakże potężna iesteś; twoia siła
Duszy moiey tę straszną prawdę wyświeciła,
Iż wszystkie te uczucia serca są błahemi,
Których tylko iest celem, licha garstka Ziemi.

A kiedy czas zagładzi, rysów twoich wdzięki,
Owe zrzodła obfitych łez moich i męki,
I kiedy śmierć iuż twoie cierpienia zakończy,
Niech ręka dobroczynna w grobie nas połączy!
Jeżeli w przyszłych wieków oddalonym kresie,
Miłość, wiernych Kochanków w to mieysce przyniesie;
Gdy na mogiłę naszę smutnem spoyrzą okiem,
Obleią lice swoie łez rzewnych potokiem;
I rzekną, przeniknieni uczuciem naytkliwszém:
„Oby nasze kochanie mogło bydź szczęśliwszém!„

Heloiza.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alexander Pope i tłumacza: Konstanty Piotrowski.