Legienda Tatr (Żuławski, 1913)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Legienda Tatr
Pochodzenie Szkice literackie
Wydawca Zakł. Graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Data wydania 1913
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



LEGIENDA TATR.


1911.


Tak się przedziwnie złożyło, że dzień w którym po raz pierwszy w Tatrach się znalazłem, był dla mnie zarazem dniem poznania Kazimierza Tetmajera, człowieka, który miał stać się tych Tatr duszą śpiewającą. Było to bodaj że w dziewięćdziesiątym piątym roku; kilkanaście już lat ubiegło od tej pory, a jednak tak żywo stoi mi w pamięci ów wieczór spotkania nad Morskiem Okiem, pełen wichru halnego, co łamał lasy pod Żabiem i gdzieś na stokach Opalonego, rozorywał w białe bruzdy pociemniałą wodę stawu i chłodził nam czoła młode, rozpalone bezwzględną i tak nad wyraz piękną wiarą w przyszłość.
Kilkanaście długich lat już ubiegło od tego czasu nad Tatrami i ponad czołami naszemi, co się zwolna ćmić poczynają i chylić...
Ale nie o wspomnienia osobiste chodzi w tej chwili. Ten dzień przypomina mi się jeno zawsze, ilekroć myślę, jaką dziwną drogę przeszedł Tetmajer, liryk z krwi i kości, nim stworzył ową niepożytą, granitową epopeję Tatr i jak szczególnie składało się wszystko na to, aby on ją właśnie stworzył, a nikt inny.
Urodzony i wychowany tuż u podnóża Tatr, choć nie pochodzący z podhalańskiego ludu, stykał się z nim od dziecka i miał go sposobność poznać, jak pewno żaden z naszych pisarzy, — a w czasie, gdym go poraz pierwszy w ów dzień spotkał nad Morskiem Okiem, był nie tylko znanym i uznanym piewcą drugiej Seryi swoich poezji, pierwszym w Polsce lirykiem, lecz także jednym z pierwszych i najdzielniej — i szych wówczas taterników.
Dzisiaj to miano traci pierwotne znaczenie, gubi niejako treść swoją pierwotną. Niebrak dziś tak zwanych taterników, którzy Tatr zupełne prawie nie znają, naprawdę nigdy wśród nich, ani z nimi nie żyli a tytuł swój zdobyli w kilku czy kilkunastu rzadkich dniach czysto sportowej spinaczki na tej lub owej zawrotnej grani przez tę lub ową niedostępną ścianę... Z każdym rokiem ten typ częściej się spotyka choć jeszcze i dzisiaj nie przeważa na szczęście. Umożliwia go jednak coraz łatwiejszy i szybszy dostęp do serca Tatr, coraz lepsze środki komunikacji, coraz liczniejsze i wygodniejsze schroniska.
Przy Morskiem Oku, przy Popradzkim Stawie, w Dolinie Zimnej wody nierzadko zobaczyć można wieczorem przy restauracyjnym stole wyperfumowanego eleganta, który miał czas zrobić za dnia w pobliżu jakieś niewielkie ale szalone przejście i przebrać się do wieczerzy w towarzyskie dam, aby nazajutrz wracać do miasta automobilem czy koleją. To niewątpliwie dzielni i doskonali sportsmeni ale zarazem ludzie naprawdę tak niesłychanie mało wiedzący o życiu w Tatrach, o tem co one dają i mogą dać, że mimowolny uśmiech na usta wykwita, gdy wymieniając bez omyłki quote'y mapy, prawią o swojej znajomości gór.
Takim górskim sportowcem Tetmajer nie był nigdy. Należał do tej nieuszczuplonej i dzisiaj rzeszy szczerych tatarników, którą idzie w górny świat, aby śród niego żyć. Na tygodnie całe w lasach spędzone, pod szczytami, w zawalonych rumowiskiem głazów w dolinach, nad stawów wodą błękitną, — na noclegi pod gwiazdami, przeglądającemi przez czarne gałęzie smreków o pniach łuną watry ozłoconych albo pod niebem kędyś na skalp żywej, gdzie niema nawet garści mchu pod głowę ani lichej gałązki na ogień, — na wschody słońca ze szczytów oglądane i na zachody krwawą purpurą czoła gór oblewające, — na znój dnia, wonnego aromatem przepalonym najrzadszych ziół, na ostre lśnienie słońca po świeżo spadłych śniegach, w którem ślepną oczy znużone — i jeszcze na dnie długie, mgliste, niewyraźnie z przedporannego świtu się poczynające i roztapiające się niewiadomo kiedy w zmroku wieczornym, gdy to skały jak duchy czarne w oczach majaczeją i wilgoć deszczowa ścieka po smętnej korze drzew... I znów na widnokręgi szerokie, zaczarowane, których źrenice z góry patrzące objąć po prostu nie mogą, na niepojętą, dziką swobodę, na zapomnienie o tem wszystkiem, co jest w dole, na walkę, na trud, na niebezpieczeństwo, na ufną w swe siły igraszkę na wązkiej granicy życia i śmierci, gdy palce skurczone, zamienione  w stal na gładkiej ścianie ledwo wyczuwalnych szczerb się chwytają, dźwigając ciało ponad przepaścią zawrotną wyżej i wyżej — i na rozkosz zwycięstwa obłędną,, się na szczycie dotąd niedostępnym po raz pierwszy stawia nogę a pierś jednem tchnieniem wciąga wiatr, od Dunaju kędyś po Wisłę nad górami przelatujący!
Znał to wszystko Tetmajer, przeszedł przeżył i dziś — patrzy zdala na góry, od lat już dla niego zamknięte.
Jedna z dziwnie gorzkich ironji życia: nie brak sił albo ochoty, ale przypadkowa choroba serca, które tam na szczytach zbyt potężnem tętnem biło, wyrzuciła go poza obręb zaczarowanego świata jego pierwszej młodości, zmuszając w latach najpełniejszego rozkwitu męskich sił poglądać z dołów bezczynnie na tylekroć zdobywane niegdyś granitowe baszty Tatr i śnić jeno we wspomnieniach, że są tam słoneczne hale zielone, lasy pachnące o południu żywicą, stawy błękitne zadumane i wichry między słońcem a szczytami…
Nie lubię porównań banalnych lub raczej zbanalizowanych nadużyciem, ale pamiętam jedno słoneczne, letnie przedwieczerze w Zakopanem, kiedy widząc Tetmajera, jak wśród rozmowy o Tatrach zamilkł nagle i wsparty o płot zapatrzył się jakąś kamienną, zmartwiałą twarzą, wśród której jeno oczy mocnym, stalowym blaskiem płonęły, na poszarpaną i purpurową od zachodu i siną piłę kamiennych gór — miałem na ustach mimowoli wyraz: orzeł spętany.
Ale ten orzeł był twórcą.
I snadź potrzeba było, aby go sobie Tatry w ten sposób wychowały; było trzeba, aby po latach na szczytach spędzonych przyszły owe lata spętania, kiedy to rwąca duszę tęsknota przezłaca i tęczuje wszystko, co było i w snach zmartwychwstawać każe w oczyszczonej postaci pomarłym godzinom.
Szły lata. I w tych dniach dorywczych, nielicznych, corocznie w dolinach pod Tatrami zamknionemi dlań już na siedm zamków spędzanych, i w tych długich tygodniach a miesiącach przeżytych gdzieś zdała, w miastach różnych, na innych ziemiach, wśród innych ludzi śniły mu się snadź często w godzinach zmroku wichry i szczyty i lasy limbowe nad przepaściami i szumiące zimne wodospady, wstawały w pamięci postacie przedziwne, w młodości, w dzieciństwie może jeszcze poznane: górale starzy, tak różni od nowego, zwyrodniałego pokolenia, koziarze owi zawołani o niechybnem oku i dłoni, strzelcy-niedźwiednicy, przy smolnej watrze z kosodrzewiny głosem powolnym, jednostajnym prawiący o walkach swych i leśnych przewagach, zbójnicy ostatni, tajemniczym uśmiechem i błyskiem oczu twardym na zbyt ciekawe pytania odpowiadający, dawni juhasi w wysokich pasach i czarnych koszulach z ogromnemi rąbanicami w żylastych rękach, gazdowie siwi, dostojni, parobcy śmiali, o piersi wzdętej dziką żądzą życia, słowem cały ten świat, już zamierający, umarły już, daleki w przestrzeni, w czasie coraz dalszy...
I powoli, powoli tęsknota za życiem, za młodością własną, za tem, co przeszło już niepowrotnie przeradzać się jęła w tą wielką tęsknotę twórczą, co własne niepożyte światy na zgliszczu rzeczywistości buduje. Wierzę niezłomnie, że legienda Tatr poczęła się w duszy poety na długo przed tem, nim pierwsze jej słowo napisał. Snuła się w nim, jak marzenie młodości najdroższe, tak zazdrośnie przed światem strzeżona, że lat trzeba było długich, aby się w słowach ludziom ukazała.
Tak rozumiem podhalańską działalność pisarską Tetmajera. Niema w niej nic przypadkowego; to nie fantazja poety, którego zajął temat jakiś ponętny, wczoraj dlań może jeszcze nie istniejący, pojutrze już zapomniany, ale konieczność jego życia, konieczność twórczej organizacji. W dalszym ciągu będę jeszcze miał sposobność zwrócić uwagę na tę cechę, wszystkim jego podhalańskim opowieściom właściwą a tak ogromnie wyróżniającą je z całej powodziróżnych ludowych opowiadań i „chłopskich epopei.“
Właściwą Legiendę Tatr, zamkniętą w dwóch powieściach, „Maryna z Hrubego“ i „Janosik Nędza Litmanowski,“ poprzedził Tetmajer kolejno wydawanemi pięcioma tomikami opowiadań „Na Skalnem Podhalu“. Zdaje mi się, że puszczając w świat te tomy nie miał on jeszcze jasno określonego zamiaru stworzenia z czasem tatrzańskiej legiendy; myśl ta drzemiąca w nim nieświadomie i prąca się przez lata całe ku urzeczywistnieniu, przyjęła wyraziste kształty prawdopodobnie znacznie później, może dopiero podczas pisania pierwszej powieści: „Maryna z Hrubego.“
W opowiadaniach „Na Skalnem Podhalu,“ pojawiających się w przeciągu lat siedmiu, od roku 1903 do 1910, nie wiela jeno ustępów przyszłą legiendę zapowiada. Zrazu zdaje się, że Tetmajer igra tu jeno z cudem języka niezrównanego, bawi się tylko, rznąc jakby w kamieniu te opowieści drobne, zwarte, przepiękne, wszystkie do jednego zakątka ziemi się odnoszące, a obejmujące tak ogromną skalę uczuć, typów, charakterów, postaci.
Przecudna, lasem i wonnemi ziołami gór tchnąca sielanka gra w opowiadaniu „Jak Jasiek z Ustupu, Hanusia od Królów i Marta Uherczykówna z Liptowa śpiewali w jedno słoneczne rano ku sobie“. Wszystko, co miłość pierwotna i nie kłamana ma w sobie pięknego, drży w tym cudnym poemacie o linjach jakichś greckich, a tak przedziwnie zestrojonym z górską przyrodą Tatr, z latem i słońcem. W „Krystce“ bezmierne miłosne oddanie dziewczyny i zemsta na współzawodniczce, zemsta co pociąga kochanka, jak haszysz, w nowe upojenie... Opowieść „Jak wzieni Wojtka Chrońca“, wypełniona już cała nieubłaganą mściwością wobec miłosnej zdrady, pachnie krwią i dzikiem rozpasaniem nieokiełzanej ludzkiej natury. Zemsta — to prawo, to bożyszcze ludzi pierwotnych, odczuwających straszliwiej krzywdę właśnie przez to, że duszę mają prostą. Mści się za wyrządzoną obelgę, własnego nawet mienia nie oszczędzając, „Szczepan bez ziemi“, odwet bierze potworny za zniewagę „rabszic“ Bartek Gronikowski. Obu charakteryzuje bezlitosna cierpliwi nie chwytając pierwszej sposobności odwetu doraźnego, lata całe czekają chwili, kiedy zemsta straszliwiej ugodzi, głębiej zaboli.
A dalej galerja nędzarzy, co tylko przeciw losowi się buntują, jak Michał Łojas, wieszający się na opuszczonej jak on sam jodle, — albo takich, co godząc się z „porządkiem świata“, który ich upośledził, nawet pięści przeciw niemu podnieść nie umieją: Wałek sietniak, szczęśliwy, że mu w chwili zgonu łyżkę ciepłej kapusty podano, Murzański śmiejący się skrwawioną twarzą pod razami gazdów rozwścieczonych za to, że im zimą siano kradł dla zgłodniałych saren. A nadewszystko dwa opowiadania mistrzowskie, proste, spokojne, a targające wnętrznościami bezlitosną, okrutną prawdą nędzy chłopskiego życia: „Jakie jest serce matki“ i „O ludzkiej biedzie“.
Jeżeliby wogóle mogła istnieć wątpliwość, że Tetmajer jest wielkim pisarzem, te dwie krótkie powiastki same by snadź wystarczyć powinny, aby sprawę rozstrzygnąć. Poeta jest tutaj tak niesłychanie pewny swej ręki, że odrzuca bez wahania wszystkie półśrodki pomocnicze, wszelki sentymentalizm, afektację, tragizm, nie stara się na pozór zgoła roztkliwić czytelnika am wywołać jego współczucia, lecz opowiada sobie tak zwyczajnie, prawie z śmiechem na ustach, jakby rzecz codzienną owe szare, proste  historyjki, któremi jednak do głębi wstrząsa duszę ludzką — dzięki jedynie nieporównanej szczerości i mocy własnego odczucia.
A przecież i śmiać się tutaj umie Tetmajer. Dość przeczytać taką opowieść, jak „Seliga mścił się na Panu Bogu“, psując dach na przydrożnej kapliczce, albo „O Pudrasowego Kuby zmartwychwstaniu“, czy „Jak baba djabła wyonacyła“, lub też „Bez co sie Święci dostali na kępe,“ aby mieć próbkę szczerego i niechybnego w efekcie swym humoru o charakterystycznej barwie podhalańskiej.
Ale nie o te wszystkie rzeczy chodzi mi właściwie. W tomikach „Na Skalnem Podhalu“ jest coś daleko więcej ponad te mistrzowskie, prawie że jedyne w swym rodzaju w piśmiennictwie naszem opowiadania... „z pod chłopskiej strzechy,“ jak się to obrzydliwie utartem wyrażeniem nazywa. Jest zapowiedź legiendy Tatr. Nie treść do niej przygotowuje sobie tutaj poeta, ale ludzi. Stwarza nową rasę. W opowiadaniach takich, jak na przykład o Jakubie Zychu, Józku Smasiu lub przecudnym Sobku Jaworcarzu, wyrastają przed nami postacie ze spiżu, chłopi jedyni, dostojni, twardzi, z własną godnością i własną etyką, nieubłagani a rycerscy, wierzący nadewszystko w swoją moc... Jeszcze bezimienni — idą w Wierchcichej Dolinie wydzierać staremu niedźwiedziowi królestwo lasów i hal („On“), szturm przypuszczają do murów cystersiego opactwa w Ludzimierzu („Rosicka“)całe ich pokolenia spotykamy w „Zbójeckiej chałupie“.
Może taka rasa istniała kiedyś naprawdę — przypuszczam tak, choć ja jej już na Podhalu nie spotkałem — może Tetmajer znał nawet w dzieciństwie ostatnie jej przeżytki: ale to nie zmienia zgoła postaci rzeczy. W piśmiennictwie została ona przez niego stworzona. Stworzona, a nie wprowadzoną, bo do sztuki wogóle nie wprowadza się niczego. Z jednej izby do drugiej można człowieka wprowadzić, wiodąc go za rękę takim, jaki jest. Ale sztuka drzwi nie ma. To dom z okiennemi jeno ścianami, przez które twórca ogląda świat; wewnątrz — jego dzieło może być wyłącznie. A to cecha poety prawdziwego, że umie dom swój zaludnić tworami żywemi, które nawet jeśli są podobne do tamtych, co po świece chodzą, mają jedną wyższość nad niemi: są nieśmiertelne.
Tomy opowiadań „Na Skalnem Podhalu,“ takich właśnie postaci pełne, poszły w świat bez echa. Mało kto je czytał. Zaledwie pierwszy tom w przeciągu lat siedmiu drugiego wydania się doczekał, dalsze — wedle wyznania samego autora — zalegają dotąd półki księgarskie. Charakterystyczny to objaw, zwłaszcza wobec tak poczytnego skądinąd pisarza, jakim jest Tetmajer. — „Skalne Podhale“ odbiega tak dalece od typu nowel en vogue, że okazało się poprostu niestrawnem dla czytelników, nie mających przedewszystkiem ochoty obeznać się — przez uważne przeczytanie kilku stron bodaj — z przewspaniałym a znakomicie przez autora owładniętym gwarowym językiem, mającym w sobie bogactwo, wyrazistość i dostojeństwo starej mowy polskiej. Zazwyczaj powiastki i powieści pisane „gwarą“ przypominają do złudzenia ów „włoski“ język piosenki: „Moja Wando, nie krzyczando, bo sąsiato usłyszato, będzie grando skandalato!“ Autor pochwytawszy uchem pewne pozornie charakterystyczne cechy jakiejś gwary, przyczepia je na chybił—trafił do swojego własnego języka literackiego, najświęciej przekonany, że pisze gwarą istotnie, a czytelnik lwowski czy warszawski jest rad, że  „gwarę“ rozumie.
Od tego rodzaju kucharstwa Tetmajer jest niesłychanie daleki. Na języku jego podhalańskim można by robić wprost studja filologiczne i... folklorystyczne; nie tylko słownictwo i składnia są tutaj rzetelne i niesfałszowane, lecz także sposób wyrażenia myśli, jędrne i dosadne obrazowanie. Bo na to trzeba zwrócić uwagę: nie tylko język każdy, lecz w równej mierze każda rozwinięta gwara w zakresie języka posiada swój własny zasób pojęć, zwrotów i obrazów i swoją własną mniej lub więcej odrębną logikę. Wypracowania literackie, tego nie uwzględniające, są zwykłem zepsuciem i sfałszowaniem gwary i mają się do niej tak, jak austryjacki żargon urzędowych „kawałków“ do prawdziwego polskiego języka literackiego.
Ale prawdziwa i sumiennie użyta gwara czytelnikowi, ledwie po polsku umiejącemu sprawia trud — i właśnie może przez to, że niesłychanie a istotnie sam język literacki wzbogaca, odstręcza od czytania książki. Po zatem ludzie dzisiaj przyzwyczaili się w „nowelkach“ do czego innego. Lubią tani efekt, wyszukaność, łezkę, sentyment, brawurę, słowem to wszystko, czem Tetmajer w „Skalnem Podhalu“ pogardza świadomie; opowiadania te są zbyt proste, zbyt szczere i nie waham się powiedzieć — zbyt wielkie, aby mogły znaleść u nas szerokie koło czytelników.
Dziw na pozór, że poeta losami pierwszych tomów niezrażony, dalsze jeszcze wydawał, nie wahając się robić to nawet własnym kosztem, gdy dla niektórych nie mógł znaleść nakładcy! Rzecz poprostu niesłychana u nas, gdzie tyle literackiego śmiecia corocznie nakładem poważnych firm się pojawia! Dowód to jeno, że Tetmajer w tym wypadku naprawdę „śpiewał sam sobie.“ Tym myślom czy wspomnieniom, tym obrazom i postaciom wystarczyło raz długo zamknione drzwi duszy otworzyć, aby szły już w świat nieprzerwanym ciągiem. Prężność w tym kierunku była poprostu zbyt wielka, by jej zewnętrzne okoliczności tamę mogły położyć; fantazja poety, począwszy tworzyć w umiłowanym zakresie, szła z nieodpartą koniecznością ku wyrzuceniu ostatecznego dzieła, ku zbudowaniu legiendy i epopei Tatr.
O epopeję tatrzańską dotąd nikt się nie kusił, — legiendy własnej Tatry wogóle nie miały. — Były podania i opowieści, dosyć zresztą skąpe, ale to jeszcze nie jest legienda we właściwem znaczeniu... Wyraz łaciński: legenda, to jest rzeczy, które mają być czytane (sc. z kazalnicy), dosyć w zastosowaniu przypadkowy, oznacza dzisiaj pewien rodzaj podanie o bardzo charakterystycznych cechach. Jest to zawsze pi keja ideałów jakiegoś ludu na postać, która, choćby nawet historyczna zrazu, w tem wyposażeniu bajeczny przybiera charakter. — Takie są wszystkie legiendy różnych ludów o bohaterach, — takie są nawet legiendy o świętych, którzy w tym wypadku stają się wyrazem i wcieleniem ideałów chrześcijańskich, tak jak je lud, tworzący legiendę, rozumie.
Trudno powiedzieć, dlaczego lud tatrzański dotąd nie miał swojej legiendy. To pewna, że przyczyną nie był tu brak zdecydowanego ideału bohaterstwa ani też postaci, któraby mogła stać się jego przedstawicielem. Widocznie życie było zbyt twarde, powszedni trud nazbyt ciężki, aby pozostał czas na tworzenie legiend, — a może poprostu lud potrzeby stwarzania takiej legiendy dla siebie nie odczuwał, wcielając codziennie w swem życiu ideał górności, mocy i bohaterstwa w swojem rozumieniu. Bo i o tem nie trzeba zapominać, że legiendy tworzą się w zasadzie tam, gdzie ideał, przez nie przedstawiony, Poczyna już należeć do przeszłości w czynie, a z pamięci i dążeń ludu jeszcze nie wygasł, legienda bywa wówczas niejako bodźcem i zachętą do podtrzymania bohaterskiej tradycji życiowej.
Dzisiaj okres bohaterski w życiu Podhala skończył się bezpowrotnie i — dodać trzeba — w zalewie niwelującej fali „cywilizacji“ tak nagle, że znowu dla wytworzenia legiendy zabrakło czasu ludowi, który zawsze i wszędzie myśh i tworzy powoli, — a także brakło i pobudki wobec tak szybkiego przecięcia nici tradycji, że usiłowanie podtrzymania jej nie przedstawiało już zgoła interesu.
I oto spotykamy się z faktem znamiennym a ciekawym: poeta zastępuje lud i w chwili przełomowej tworzy mu jego własną legiendę — ze swojej wyobraźni, ze swego umiłowania, ze swej tęsknoty za minionem a niedawnem pięknem. — Zrobił to Tetmajer, jak się już rzekło, w dwóch powieściach: Marynie z Hrubego i Janosiku Nędzy Litmanowskim.
Nie o powieściach, jako takich, mam zamiar pisać. Powieściom możnaby robić dosyć poważne zarzuty. Tetmajer z natury swego talentu, zdaje się, powieściopisarzem nie jest, a choć zbyt wybitnym jest pisarzem na to, aby wśród słabszych nie dawać rzeczy pierwszorzędnej wartości, to jednak, jak dotąd, w w utworach powieściowych zawsze uczuć się daje pewna nierównomierność wykonania.
W tym wypadku dotyczy to zwłaszcza w wysokim stopniu „Maryny z Hrubego. Tok powieki niezdecydowany, budowa fragmentaryczna, chciałoby się rzec: brak przemyślanego planu powieściowego w pisaniu. Do opowiadania wprowadzona postać Kostki Napierskiego ma rację bytu o tyle, że oznacza pewien ruch na Podhalu i może się doskonale stać punktem wyjścia; zgoła jednak niepotrzebne, a więc i szkodliwe jest rozdwojenie powieści, rozłamanie jej niejako na dwa światy, które się sobie nawet nie przeciwstawiają, i zbyt obszerne, szczegółowe zajmowanie się losami Kostki, Sieniawskiego, Herburtów tam, gdzie one z Podhalem wcale się już nie wiążą.
Ale po za tem wszystkiem budzi się w „Marynie z Hrubego“ od pierwszej stronnicy świat gór, przedstawiony z plastyką i potęgą suggiestywną nieporównaną. Zmartwychwstają przed oczyma czytelnika; postacie żywe, zdecydowaną i pewną ręką stawiane, prawdziwe tak, iż wierzyć się nie chce, że nie są historyczne, a wyciosane z granitu, z sękatych, żywicznych pni smreków wyrzezane. Wobec luźnego napozór związku poszczególnych scen i ustępów, mamy zrazu wrażenie, jakbyśmy otwarli nowy tom opowiadań ze „Skalnego Podhala,“ zwłaszcza że Tetmajer lubi zakończać epizody powieści tak, że stanowią one przeważnie zamkniętą całość dla siebie.
Możnaby też z książki wykroić cały szereg krótkich opowieści pierwszorzędnej i jedynej wartości. Przypomnę bodaj takie ustępy, jak: Maryna nad Czarnym Stawem, stary Topór i Krzyś przed progiem chałupy w ciepły wieczór wiosenny, wypędzenie owiec na halę, spotkanie Maryny z Sieniawskim, Herburtówna w pasterskim szałasie, chrzciny u Wojdyłów, spotkanie dwóch olbrzymów, Karkosa i Gałajdy, w karczmie poronińskiej a wreszcie przepotężny w swej prostocie i grozą przejmujący opis wyniesienia starej Sobcackuli na śmierć do lasu...
Wymieniam bez wyboru, co mi w tej chwili pamięć przywodzi; miejsc takich znalazłoby się daleko więcej, zwłaszcza gdyby dołączyć do nich wspaniałe, bardziej bohaterską nutą już dźwięczące epizody z „Janosika Nędzy Limanowskiego“.
Wspomniałem już, że związek między tymi ustępami jest na razie dosyć luźny; ich właściwą rację bytu, głębszy sens, a nawet artystyczną konieczność przy tym planie, jaki sobie Tetmajer — świadomie czy nieświadomie zakreślił, rozumiemy dopiero na końcu, po przeczytaniu obu powieści. — Tymczasem porywa tylko piękność poszczególnych scen, — i ma się uczucie, jakby ta piękność i poetę samego porywała, każąc mu korzystać z każdego nastręczającego się motywu i nieopuszczać go, dopóki skończonej i jak brylant błyszczącej całości zeń nie wykrzesze.
Po za tem książka o Marynie z Hrubego robi wrażenie, iż autor przygotowuje sobie tutaj mądrze świat i ludzi dla swojej legiendy. Gdy rzeźbi postacie, tak niesłychanie indywidualne i żywe, każde dotknięcie ręki świadczy, że żadna z nich nie jest mu obojętna, — z wyjątkiem może jakiegoś Kostki Napierskiego który mając być niby osią powieści, za punkt wyjścia jej jedynie posłużył, stawszy się niejako pochodnią, która właściwe światło na wypadki i ludzi rzucała, ale po zatem zgoła autora nie obchodzi.
Nie wiem, czy Tetmajer pisząc „Marynę z Hrubego“ miał już gotowy plan tatrzańskiej legiendy; jednak jeśli go nawet nie miał jeszcze w świadomości, to w przeczuciu musiał mu on już majaczeć i wywierał niejako nacisk na opisywane przypadki, że grupowały się i układały tak, iżby mogły dla tej liegendy właśnie szeroką a pewną stanowić podstawę.
Przyszły bohater legiendy, Janosik Nędza Litmanowski, poza nazwiskiem, w jakiejś kronice wyczytanem, cały wyobraźnią poety z niczego poprostu stworzony, ukazuje się tutaj dopiero, zaledwie z końcem powieści czynny udział biorąc w wypadkach...
Ale znamienne tu jest wszystko, co tej postaci dotyczy, nawet pierwsze pojawienie go oczom czytelnika.
Oto Maryna z Hrubego, juhaska urodziwa, stoi na Liljowem, wysoko na przełęczy, dzielącej uherską, południową stronę Tatr od polskiej. Po za nią w dole zostały szałasy, owce, cały gwarny i huczny obóz pasterski. A ona „w pierś chwytała wiatr z Wierchcichej Doliny po uboczy się ku niej pnący i chwytała w usta mgłę, co ją ku niej niósł, aż omgliło ją całą i świat jej a ona światu znikła“.
„Wtem na obcą jakąś, liptowską czy orawską nutę zahuczało poniżej we mgle, dwoma głosami śpiewane:

„E dy se Janosik twoje bile ruce
budom otwierały kupieckie truchlice,
kupieckie truchiice i kralewskie składy
budzies se odmykoł, Janosicku młady!'

„Pieśń, górnie, dumnie śpiewana przez jeden stary głos i drugi męzki, huczała we mgle.

„Janosicku polski, niebój się nicego,
madziarskich hajduków, Zomku orawskiego,
niebój się zupana pod rysiom bekiesom,
Janosicku polski, tobie (ciebie) wiatry niesom!“

„We mgle poniżej — w poprzek uboczy, trzymając wzajem zarzucone ręce na swoje karki, szli, snadź przynapici, stary Sablik i Janosik Nędza Litmanowski, z rusznicami na plecach. Snadź skądś z Cichej albo z Ciemnosmreczyńskiej Doliny — czy z polowania, czy z jakiejś dalszej wędrówki z Węgier przybywali. We mgle zaś za nimi ujrzała Maryna trzech chłopów z torbami na grzbietach, zbrojnych również w strzelby. Widać Jano Nędza ze zbójnickiej wyprawy na Węgry wracał.
„Zataczali się obaj ze Sablikiem, ale dzierżyli się na nogach mocno. I nie dostrzegłszy Haryny we mgle, przeszli dalej po uboczy i zginęli z widoku...“
Obraz rzucony jakby od niechcenia, prosty, naturalny, prawdziwy. Tak wyglądać musieli zbójnicy z Węgier powracający i nieraz z pewnością w ten sposób ukazywali się oczom juhasów na przełęczy. Mistrzostwo tu jest jednak wielkie i pewność ręki artysty, w tem nader powściągliwem a plastycznem pierwszem przedstawieniu bohaterskiej postaci Janosika czytelnikowi. Musi on utkwić w pamięci, choć nic jeszcze nadzwyczajności żadnej w nim nie zapowiada: chodził na zbój, przeszedł i zniknął we mgle. Niewiele już tylko wierszy dorzuca Tetmajer dla charakterystyki tego „zbójnickiego hetmana o białych rękach“, charakterystyki raczej zewnętrznej — i odwraca się odeń, jakby mu wogóle żadnej ważniejszej roli w powieści nie przeznaczał. W ten sposób z dużą miarą artystyczną uchyla on tę odruchową nieufność czytelnika wobec figur z góry już i na kredyt jako bohaterskie przez autora stawianych. Janosik jest na razie tem, czem były setki zbójników; niech dalsze czyny same  mówią za niego.
I przy drugim spotkaniu w powieści nie wyprowadza go Tetmajer jeszcze z roli zwykłego zbójeckiego hetmana, może tylko większą wyposażonego siłą, w większej sławie chodzącego od innych.
Ruchawka Kostki Napierskiego zapaliła całe Podhale; przychodzą posłowie i na Nędzów Gronik do Janosika, aby się ruszył. Daremne jednak wszelkie namowy i prośby, — to nie jego, nie zbójnicka rzecz, cóż go obchodzą panowie, którzy dotąd jego w skalnem gnieździe nie zaczepili, co go obchodzi los chłopów tam z dołu, „lachów“, których on nawet za pobratymców swoich zgoła nie uważa? Posłowie odchodzą z niczem; Janosik pójdzie jutro po staremu na Węgry rozbijać wraz ze starym Sablikiem i trzema wypróbowanymi towarzyszami, Gadeją, Mateją i Stopką Mocarnym...
Nie idealizuje go Tetmajer i tutaj, nie podsuwa mu motywów i uczuć, które musiały być obce chłopu na zbójectwie wychowanemu i szukającemu za Tatrami swej sławy — a narzucone mu, zrobiły by zeń postać nieprawdziwą. Korzysta jednak poeta ze sposobność“, aby pogłębić naszkicowaną dotąd zaledwie charakterystykę Janosika. Nie w bitwie wprawdzie, nie na szaleńczej zbójeckiej wyprawie spotykamy go, ale w domu, bezczynnym i odpoczywającym, w tych słowach jednak, które mówi do posłów, w królewskim gieście, z jakim ich przy pożegnaniu obdarza, jest coś naprawdę górnego, jakaś pewność siebie i siła spokojna, ukryta, że zadziwimy się już wcale, gdy w chwili klęski lud podhalański na niego właśnie zwróci oczy, jak na wybawiciela. Pora ku temu wkrótce nadeszła. Po upadku Napierskiego począł się straszny, krwawy odwet panów na zbuntowanem chłopstwie. „Rozpoczęły się pożary, gwałty, mordy, łupiestwa; co noc płonęły domy w wielu miejscach, łunę olbrzymią na niebo rzucając. Łunami pozdrawiali się wzajem komes Lanckoroński, później od chłopów zabity, rotmistrz Cichowski i Sulnicki sianiawczyk...“
I oto znowu idą do Janosika posłowie, jeno że tym razem już nie od „pułkownika“ Kostki, który go chciał w obcą mu sprawę pociągnąć, ale od prześladowanego ludu podhalańskiego. Stoi tłum chłopów i bab pod drzwiami domostwa, kędy Janosik po zbójeckich trudach na łożu odpoczywa. Czekają, nieśmiejąc budzić, rychło się ukaże...
„W tej chwili otwarły się drzwi i z sieni domu wyszedł Janosik Nędza w koszuli tylko i w portkach, boso — i odgarniając włosy z czoła, powiódł po obecnych pytającym, sennym jeszcze wzrokiem. Najbliżsi zaś chłopi, baby, dzieci do nóg mu padli z krzykiem i jękiem:
 — Ratujcie nas!
 — Prze co? — zapytał Janosik spokojnie.
 — Prze gwałt, prze ozbójstwo, prze ogień, prze katostwo!...
„Tłum ludu otoczył Janosika, on zaś dłonie położył na głowach dwóch kobiet, co u nóg mu klęczały szlochając, i rzekł:
 — Kie jo od Zelaznyk Bram na Dunaju z rabunku bez Żelazne Wrota w Tatrak do Polski seł, widzioł jo cyrwonom od ognia noc. Cy to bez to?
 — Bez to! Bez to! — krzyknęli ludzie...“
Teraz Janosik się ruszy. Zawołała na niego krew, zawołał jęk gnębionych jego braci. Dumę jego dotknięto, zaczepiono Podhalan w skalnych siedzibach, ci, których on w dołach nie szukał, przyszli doń sami i rozpoczęli wojnę. Ruszy się teraz i podejmie walkę, będzie się mścił jeszcze straszniej, jeszcze krwawiej i nieubłaganiej.
 A gdy się rozszedł lud, pocieszony obietnicą pomocy, Janosik kazał sobie grać staremu Sablikowi starą, za chłopięcych lat jeszcze na uherskiej stronie zasłyszaną piosnkę o Hanci, którą matka wydała za zbójeckiego hetmana... Zapachniał mu las, zapachniały wspomnienia, kiedy to w noc jedną letnią za Tatrami z ciała od lat niewidzianej Weronki brał miód „jako pscoła bez bezu...“ 
Imieniem Janosika kończy się powieść, ale kończy się niem jak piorunem. Janosik się ruszył i jak potok rozhukany spada z gór, panów bić.
I oto rozpoczynają się Janosikowe Nędzy Litmanowskiego legiendarne czyny. Na wstępie tomu drugiego Legiendy Tatr, co jego jest ochrzczony imieniem, spotykamy go w bitwie — prawdziwym bohaterem. Walczy jak lew, za dziesięciu olbrzymią siłą swą stając, ale wstrzymuje topór towarzysza, zawieszony nad bezbronną głową Sieniawskiego, a po bitwie zwycięskiej puszcza wolno niedobitki pańskich wojsk.
„— Icie sytka ślebodno — mówi do nich — i z panem wasym! Powicie światu, ze jo się rusył z pod Tater, Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki z Nędzowego Gronika w Polanak!... Wtóry zaś kie harnaś zbójecki tak sie zwiestuje, jako jo?“
Rzeczywiście postrach padł na okolicę.
„...chciał, aby mówiono, że znalazł swój swego i za okrucieństwa panów na poddanych z nawiązką płacił. Dwory i stodoły szlacheckie płonęły; często gęsto nazajutrz po napadnę — rano zgliszcza zabudowań, trupy szlacheckie w zgliszczach znajdowano. Były pochody nocne, były i walki ząb w ząb, oko w oko. Chłopi owisłe w rozpaczy głowy dźwigać poczęli, a imię Janosika powtarzać jak święte...“
Cztery lata Janosik już tak wojuje niepokonany, kiedy w zimie do rozłożonego obozem w lesie pod Babią Górą przyjeżdża biskup Pstrokoński, opat tyniecki, myślą zuchwałą natchniony, aby tego rozbójnika, będącego postrachem całego podtatrza, skłonić do przeprowadzenia ze Śląska w granice Polski króla Jana Kazimierza.
Zadanie nie jest łatwe ani proste. Tetmajer trzymając się wiernie raz nakreślonej, prawdziwej psychologji zbójeckiego „harnasia“, nie pozwala Janosikowi posłuchać odrazu namowy. Owszem, biskup Pstrokoński otrzymuje zrazu od niego odpowiedź podobną do tej, którę dał on był niegdyś wysłańcom Napierskiego:
„— A mnie do tego co?
— Jakto co?... Wszakżeś ty Polak, Polski,  Rzeczypospolitej syn!
—  Jo jest Polok, a hań, za Tatrami Luptocy i Węgrzy, a dołu Lafy.
— Jakie Lachy?
— Ze dy ci, co ku Krakowu iw Krakowie mieskajom.
—  To przecie właśnie Polacy, bracia twoi!
— Moi bracia, górole, w kyrpcach chodzom. Lafy to odmienny naród...
— Nie kochacie króla waszego?
— Jo go nie widzioł...“
I byłaby się prawdopodobnie szalona impreza tynieckiego opata na niczem skończyła, gdyby z pośród chłopów, słuchających o losach króla, nie był któryś rzucił przypadkiem: to tak, jakby gazdę z chałupy wygnali!
To zrozumiał Janosik, to odczuł. Podniósł głowę:
„— Gazdy nikto z chałupy wyścigać nie śmie!“
Pójdzie teraz z chłopami swoimi króla wspomóc, przez niebezpieczne od złych dróg i Szwedów wąwozy do ojcowizny sprowadzić, ratować go nie jak poddany pana, nie jak Polak swego króla, lecz jako gazda gazdę, któremu się krzywda stała. Jest w tem postawieniu rzeczy głęboka psychologja: obojętność chłopa na sprawy ogólne kraju i ojczyzny i równocześnie rys wielkoduszności i dumy zbójeckiego hetmana.
Od chwili, kiedy Janosik, ocaliwszy istotnie króla od szwedzkiego napadu w beskidzkich wąwozach, wraca spocząć do domu na Nędzowy Gronik, postać jego rysuje się już przed oczyma  czytelnika w zupełnem wykończeniu. Charakterystykę jego przeprowadzał Tetmajer powoli, w miarę postępu opowiadania dorzucał do niej szczegół po szczególe, wyrzeźbił mu ciało z kamienia, wypracował każdy odruch jego uczucia, każdy poryw myśli uzasadnił i w jedność związał prawdziwą a wspaniałą. — Janosik wyrósł niejako w naszych oczach, — z cienia, przesuwającego się we mgle po górskiej uboczy, stał się ciałem i krwią, i więcej: stał się nieznacznie wcieleniem tego wszystkiego, co dla Podhalan było siłą, wielkością, sławą.
Wskrzeszony z martwych dawny świat Podhala jest już gotowy, gotowi są ludzie i bohater tatrzański nad nimi: czas na legiendy słowo ostatnie, na bohatera wielką, własną myśl, na własny jego czyn.
Określiłem już pokrótce pojęcie legiendy, tutaj dodam jeszcze to, że w legiendach naczelnych jakiegoś ludu ujawnia zawsze myśl jego historyczna, najistotniejsze i powszechne dążenie jego żywotne. Naturalny ten objaw, którego konieczności poprostu nawet udowodniać nie potrzeba po tem, co się o istocie legiendy powiedziało, zilustrują najlepiej przykłady. W mitach greckich, nie będących niczem innem, jak tylko tak pojętemi legiendami, ba nawet w typowej legiendzie, jaką jest Ujada, wyraża się wszędzie zdobywczy i odkrywczy ruch przez morze ku wschodowi, który był warunkiem istnienia zamkniętego w ciasnych granicach greckiego narodu. Skandynawskie legiendy, najcharakterystyczniejsze może wśród europejskich, w taki sam sposób dają wyraz naturalnej prężności ludu ku łupieskim wyprawom, gdy na odwrót legiendy słowiańskie, a w szczególności polskie (n. p. o Piaście) charakteryzują raczej dążność do pokojowego rozwoju, będącą niewątpliwie w owym czasie przewodnią myślą narodu nieobronnego, a trapionego wciąż niemieckimi najazdami.
Otóż czy mógł Tetmajer u podhalańskiego ludu znaleść na osnowę legiendy swojej myśl taką dominującą, powszechną, ciągłą i charakterystyczną, taką ideję, taką dążność, której nieustannem wcielaniem niejako byłaby cała historja Podhala? — Niewątpliwie ma w sobie historja ta karty złotemi spisane zgłoskami: bili chłopi podhalańscy Tatarów i Szwedów, walczyli w wybranieckich pułkach z Batorym pod Smoleńskiem, zrywali się na obronę ojczyzny w chochołowskiem powstaniu, ale to wszystko były sporadyczne wypadki i tak samo nie  charakteryzują jeszcze życia tego ludu, jak go nie charakteryzuje z drugiej strony tak rozwielmożnione  przez wieki w Tatrach zbójectwo.
Co było, co musiało być odwiecznem, uporczywie w usiłowaniach urzeczywistnianem a nigdy nie spełnionem „zadaniem dziejowem“ (jeśli tak rzec można) polskich na Podhalu osiedleńców, zrozumie łatwo każdy, nawet bez szczegółowego badania historji, kto tylko raz w dniu wczesnego lata dostał się z północnej polskiej strony na graniczny grzbiet Tatr i spojrzał ku południu... Nie można sobie wyobrazić większego kontrastu. Wędrownik, który szedł z jałowych, kamienistych, zaledwie z pod śniegu wyszłych pól, na garść owsa siewnego czekających, przez lasy ponure, prawie bez podszycia, z drzewami o powykręcanych wichrem konarach, przez zimne, poczynające się dopiero zielenić hale i przez zbocza nad niemi skaliste, na których nawet kozice z rzadka się tylko pojawiają: ma naraz przed oczyma widok jak gdyby raju, który tem większe robi wrażenie, że nagle i niespodziewanie się jawi. Zbocza gór od przełęczy samych kwietnemi łąkami pokryte, bujna, soczysta trawa poniżej, wypasająca setki wołów i stada owiec, co na północy, w zagrodach zamknięte, lata jeszcze czekają, — a dalej, za ogromnem morzem czarnego lasu, przetykanem zielonemi wyspami buków i jaworów, ziemia jakaś obiecana, kraina mlekiem i miodem płynąca, coś, co poprostu na słodki sen, na baśń przedziwną, słoneczną, zdumionym oczom zakrawa. Aż tam, po siny mur Niżnych Tatr, po Fatra, po Matra złotozielone równie, szczodre i błogosławione, — wśród runi młodych łanów pszennych, wśród winnic świeżym liściem poróżowionych, nad żółtemi drogami bitemi miasta i wsie o białych domach murowanych, kraj słońca, dostatku i szczęśliwości, błękitną wstęgą Wagu przepasany.
Tam szła coroczna tęsknota polskich juhasów, gdy im śnieg przedwczesny skąpe hale zakurzył, tam poglądali z grani sępiemi oczyma strzelcy-koziarze, tam chodzili po chleb z kosą i siekierą polscy robotnicy, przynosząc nazad w ubogie swe osiedla wieści o domach bogatych, o  białem pszennem pieczywie, o winie złotem i  bujnych dziewkach z gorącemi usty i piersią nad wino słodszą... A za koziarzem, za drwalem i cieślą szli w ten kraj z północnej strony zbójnicy — po złoto, po wino, po chleb, po mięso i wszelki dobytek, po miłość, która ich często gubiła, albo li tylko po krew, aby dać ujście bujnym, w żyłach kipiącym siłom, zadowolić żądzę walki, pęd ku bohaterstwu.
To dążenie nieustanne na południe, w rozmaitych formach się objawiające, którego wynikiem jest fakt, że polska ludność szeroką strugą, zwłaszcza na Spiżu, już w przedhistorycznym czasie po „węgierskiej“, a raczej słowackiej stronie Tatr się rozlała, nie dopuszczając naodwrót żadnej kolonizacji z południa u siebie, było, a nawet jest poniekąd do dziś dnia naczelną, powszechną ideją i charakterystyczną cechą życia Podhalan.
Taki czarodziejski znawca Tatr, jak Tetmajer, nie mógł z tego naturalnego pędu nie skorzystać, budując tatrzańskiemu ludowi legiendę. Owszem, wzmaga on go jeszcze i do najwyższego napięcia doprowadza, opisując w pierwszej części książki o Janosiku Nędzy Litmanowskim lata strasznego utrapienia, jakie po wojnie chłopskiej spadły na Podhale. Czego nie dokazało morowe powietrze i głód, dokonała potwornie ostra zima i następująca po niej wilgotna wiosna z halnymi wichrami i straszliwą w całej Nowotarzczyźnie powodzią. Ludzie obłąkani od nędzy i nieszczęść, ginęli jak muchy, nie zdolni już nawet myśleć o ratunku, w jakiemś zapamiętałem, wściekłem, tępem poddaniu się losowi. Złe roki całą energję ludu złamały.
Czujemy to, widzimy to dosadnie w owych krótkich, indywidualnych opowiadaniach, z których u Tetmajera opis klęski jak ponura mozajka jest ułożony. Bo to podnieść trzeba, że poeta wybrał tutaj metodę niesłychanie suggiestywną: w poszczególnych, drobnych, niezmiernie żywych faktach całą otchłań klęski pokazuje, robiąc wrażenie, jakby notował wypadki rzeczywiste, znanych ludzi dotyczące; czytelnik niepotrzebuje wyobrażać sobie, jak to było, bo widzi wszystko z przeraźliwą, dreszczem przejmującą plastyką...
„Janosik Nędza Litmanowski rozdawał, co miał... Skarby swoje z pod buków, jabłonek i z pod głazów z miejsc klętych dobywał i ludziom dawał. Czuł on się do tego w obowiązku, w obowiązku do swojej pychy, swojej górności, swojej wyższości... Ale choć było tego mnogo, była to kropla w morzu nędzy i wyczerpało się wkońcu. Wówczas Janosik począł myśleć. Począł myśleć więcej i głębiej nad tem, co mu jeszcze w zimie w głowie błyskać jęło“.
Jego myśl, myśl Janosikowa, wielka, która miała uświadomić i w jedno zastrzelić odwieczne ludu polskiego na Podhalu dążenie, zamienić je w czyn teraz, w okresie największej nędzy, w chwili potrzeby największej.
„W noce bez spania on sobie Liptów dla polskich górali zdobyć umyślił... Spaść, jak orzeł z nieba na dolinę liptowską i dziedziny na niej — postanowił, węgierskich żołnierzy i hajduków wygnać, a przyjdą Węgry i cesarz odbierać — nie bał się. Ziemi na Liptowie i południowym Spiżu i dalej, w gemerskim, trenczyńskim komitacie i ku Koszycom było dość, — mieli się gdzie podziać i słowaccy i polscy górale, a słowaccy za wolność z pod straszliwego ucisku madziarskich panów z otwartemi rękami pobratymców z za Tatr powitają. Wyzwoleniem z pod madziarskiego bata z nawiązką wypłacą się krzywdy złodziejskie od Polski i w niepamięć pójdą dla niego nienawiści i współzawodnictwa myśliwskie“.
„W niespane noce śnił Janosik rzeczy wielkie i cudowne. Śnił krainę szczęścia, sytości powszechnej i dostatku, a by ludzie nie rdzewieli i duch w nich nie upadał, śnił wyprawy dalsze już nie za Tatry, ale za Nitrę, za NIżne Tatry, za Fatrę, Matrę, Hegyalę, na Morawy, na Śląsk, do Austrji, na równie węgierskie pod Komarno i Budę...“
Ogromny, bohaterski, legiendarny plan! a taki naturalny u zaufanego w siłę swą zbójeckiego hetmana. Czy nie myślał o czemś podobnem niejeden z „harnasiów“, których nazwiska nawet do nas nie doszły? czy nie śnił tak kiedy na przełęczy, patrząc na słoneczną węgierską ziemię? — Może tylko brakło siły, sposobności, może tylko czasy były zbyt spóźnione; w wiekach średnich taki Janosik byłby nowe państwo ufundował i inną kartę Europy pozostawił nam w puściźnie.
Tetmajer, tworząc legiendę, każe stać się czynem temu, co spało snadź tylko jako przeczucie w sercu dawnych, w sławie a mocy chodzących zbójników. Jego Janosik zbiera istotnie lud podhalański i w tysiąc chłopa wali Kościeliską Doliną i przez Przełęcz Kamienistą na liptowskie równiny... A kiedy z góry pojrzał na węgierską krainę, „mężne, bohaterskie serce wzbierało mu w piersiach. Czuł się jak orzeł nad światem. Ziemia leżało nizko, drzemiąc jeszcze o poranku, on zaś jako wiatr halny kłębił się w górach, wewnątrz Tatr, jako tuman chmur z za skał i wierchów się dobywał, by runąć na nią i zagarnąć w panowanie...“
I spadli rzeczywiście jak wicher, — nie przygotowana załoga w Hradku nie zdołała się oprzeć natarciu; w kilka godzin po świtaniu siedział już Janosik w kasztelańskiej sali na zamku i odprawiwszy sądy, pisać kazał list do cesarza do Wiednia, ofiarując do wyboru pokój lub wojnę... „Zbójnik świat równa“ wedle odwiecznego góralskiego przysłowia, począł go też równać Janosik po swojemu, sypiąc zrabowane pieniądze krzywdzonym pańską dłonią chłopom słowackim i notując w pamięci imiona madziarskich krzywdzicieli.
Tegoż samego dnia jednak, jak tylko wieść o wzięciu Hradka po okolicy się rozeszła, nadciągnęli w pośpiechu z Mikułasza węgierscy żołnierze, aby ukarać zuchwałego zbója. „Wypadł na nich Janosik, jak sokół łowczy na jastrzębie...“
Opis walki, jeden z najcudniejszych w tej książce, ma w sobie zaprawdę coś homeryckiego, blednie jednak poprostu wobec opisu zwycięskiego zbójnickiego tańca na krwawem pobojowisku. Nie będę się kusił nawet oddawać w słowach dzikiej, przedziwnej piękności tych kart, wypadałoby je chyba w całości tutaj przepisać. Upojenie zwycięstwem i walką, szał, rozpętanie bujnych sił, hucząca w żyłach krew i ognie watry na pociemniałych już nocą drzewach. Janosikowy taniec rozhukany, Janosikowej sławy i mocy szczyt!
Powieść, która dotąd powoli wzrastała, z nawpół historycznych opowiadań, z rodzajowych obrazów, z epizodów rozmaitych przechodząc w wielką legiendę o bohaterze bajecznym Podhala, spada teraz bystro jak potok górski ku końcowi. Już tylko ostatnie słowo należy dopowiedzieć, po wielkim czynie dać Janosikowi jak złotą na głowę koronę — wielką śmierć.
Wspomiał hetman zbójecki o Weronce z Rabsziku, którą przed dziesięciu laty w jedną pachnącą letnią noc był zalubił i zdawszy nazajutrz dowództwo nad chłopstwem swemu staremu Sablikowi, poszedł przypomnieć się jej pamięci. Cudny, krótki opis spotkania i wędrówki w przedporannym brzasku ku kamienistemu grobowi Janosikowego syna, o którego istnieniu on nawet nie wiedział... I ta rozmowa niezrównana, w której Janosik wyznaje Weronce, kim jest, a ona z lękiem i podziwem na niego patrząca, słuchając że iść musi na wojnę rozpoczętą „z panami, z biskupami, z cesarzem“, szepce za nim zmartwiałemi ustami: Zginiesz...
Nie bawił Janosik długo; z powrotem natknął się na trzech swoich towarzyszy, którzy mu powiedzieli, że wojny już nie będzie. Pod jego nieobecność wojska cesarskie z armatami nadciągnęły pod Hradek, a Sablik stary widząc ogromną przewagę i niemożliwość oporu, uciekł po krótkiej bitwie wraz z chłopami, objuczonymi łupem wszelakim. Skończyło się Janosikowe panowanie.
Pocieszają go towarzisia wierni, Gadeja, Mateja i Mocarny Stopkowie, że zdziałał, co mógł i nikt go ostatecznie przeklinał nie będzie, zwłaszcza że chłopów nie wielu zginęło, a ci co uszli dobra zdobycznego moc do domów przyniosą, ale Janosik ich nie słucha. Wyszedłszy nieco ku górze ponad lasy, każe z kosodrzewiny ułożyć stos i podpalić go. Sam wstępuje nań w pełnej zbroi zbójeckiego hetmana.
„Hlopy! wyście myśleli, ze mnie kie pobije wto. Jedna śmierzć, haj, ale więcyl na calućkim świecie nik... Jaby sie mioł do domu wrócić, cobyk sie pomiendzy ludzi hańbił iść, coby mi baby do ocu skakały ze zębami: a kiez pudziemy do Luptowa siedzieć? O mnie by sie cysorz przekwalać mioł, ize jo przed nim uciok? Ja, Janosik Nędza Litmanowski, hetman zbójecki, co u mnie po syćkik dziedzinak na sto mil w koło hyr seł? Jaby zyć mioł, kiejek nie dokonał, na co jek sie zebroł? Kiejek nie zrobił, cok namyśloł i przyrzók? U mnie jedno słowo, tak jako pierun. Kie grzmi, to grzmi. Bydźcie zdrowi. Skoda, co Sablika nima, bo by mi zagrał. Na ostatek...
„Ostatnie słowa już z dymu i żaru rzucił...“
Tu się kończy rdzeń powieściowy i to ostatni, potężny akord ulatającej gdzieś z dymem ponad wirchy legiendy, Tatrom i podhalańskiemu ludowi stworzonej. To co w książce następuje aż do końca, to już tylko przepiękne epizody, już to bezpośrednio z legiendarną postacią Janosika związane, jak ta niezrównana scena, gdy trzej jego towarzysze donoszą starym rodzicom, pojawieniem się pradziada, Jura Siumnego, ostrzeżonym, o śmierci ich syna, — już to więcej samoistne, jak opowiadanie, książkę zamykające, o ostatnim polowaniu i śmierci starego Sablika.
Zresztą i w „Janosiku Nędzy Litmanowskim“ nie odstępuje Tetmajer od metody w „Marynie z Hrubego“ przyjętej. Po za główną, legiendę budującą osnową, epizodów tu dość skończonych i zamkniętą całość stanowiących. Tak naprzykład opowiadanie o pobycie Marduły w więzieniu pana Rzeszowskiego i u sołtysa pod Kalwarją, o polowaniu Sablika na niedźwiedzia, będące wprost jednym hymnem, wielką pieśnią nad pieśniami na cześć gór i dzikiego, samotnego w nich życia, a dalej o  dziewkach Zubkosowych i najpiękniejsze może, z umiłowaniem jak osobna powieść dla siebie opracowane, jak Marduła, Krzyś i olbrzymi Gałajda, odbiwszy się samotrzeć od bandy Janosikowej, idą szukać przygód, uwalniając po drodze niedźwiedzia z oklepca, szaleją w karczmie i  budzą się wreszcie w więzieniu, z którego uwalnia ich Gałajda kosztem własnego życia.
Po za tem te dwie książki Tetmajera dają galerję typów tak przebogatą, jak żadna może inna ze znanych mi powieści. Ma się wrażenie, co raz już powiedziałem, że niema tutaj postaci, dla poety obojętnej; każda z nich, choćby na drugim tylko lub trzecim planie postawiona, zarysowana jest śmiało, indywidualnie, z tętniącem w żyłach życiem, z ogromną prawdą i wyrazistością Czasem aż podziw zbiera, jak Tetmajer umie kilkoma dotknięciami pióra wydobyć z chaosu żywego człowieka i postawić go w pamięci czytelnika nawet wtedy, gdy tylko raz i przelotnie oczom go pokazał. — Wspomnę dla przykładu o  Karkosu, o sławnych polowaczach, Wawrzku Nędzy i Jaśku Jarząbku, o wiekowym Krecie... Cóż dopiero mówić o ludziach, którym Tetmajer więcej poświęca uwagi i ważniejszą przeznacza rolę. Taki Sobek Topór, Gałajda, Krzyś, Marduła a już stary Sablik nadewszystko, to typy nieśmiertelne, o których z czasem niewątpliwie tak się będzie mówiło, jak o ludziach znanych i  żywych. Każdy z nich doprawdy wart jest osobnego studjum, jako postać i charakter, jako wyraz pewnego rysu podhalańskiego ludu. — Wszystko jednak co w tym ludu było wielkiego, górnego i bohaterskiego zestrzela się w samej postaci Janosika Nędzy Litmanowskiego, czyniąc zeń rzeczywiście legiendarną duszę Podhala.
Zdaje mi się, że nie mam potrzeby zatrzymywać się dłużej nad momentami samej legiendy ani wykazywać raz jeszcze cech jej charakterystycznych, o których wspominałem już kilkakrotnie na tych kartach. Zwrócę jednak uwagę na jedną jeszcze rzecz...
Mówiłem już, że budowa powieści jest dosyć luźna i mnóstwo w niej epizodów po za właściwym rdzeniem opowiadania, które na pozór prawie wcale się z nim nie wiążą. Początkowo okoliczność ta niemal zdumiewa i wywołuje posądzenie autora o brak przemyślanego planu, po przeczytaniu jednak całej powieści widzimy, że dzięki tym epizodom tak troskliwie opracowanym, właśnie staje się ona czemś daleko więcej niż zwykłą powieścią, dając nam jedyne i najwierniejsze odtworzenie świata i ludzi, obraz zamierzchłego życia na Podhalu, jak gdyby cudem we wszystkich szczegółach wskrzeszonego.
Nie wiem, czy Tetmajer miał ten zamiar wyraźny, ale to nie ulega wątpliwości, że w powieściach swych oprócz Tatrom stworzonej legiendy, dał prawdziwą epopeję życia chłopskiego, jakiej dotąd w Polsce nie napisał nikt. Legienda Janosikowa, głęboko w dziejowem dążeniu i charakterze ludu uzasadniona, stanowi tej epopei oś, około której owija się całokształt życia, w najdrobniejszych przedstawionego szczegółach. Opisy ludu, jego zwyczajów i obyczajów, domów, stroju i sprzętów, jakby mimochodem w opowiadaniu wtrącone, ożywiają je i podnoszą znamiennie plastykę obrazu. Życie domowe i pasterskie, praca, troski, zabawy, wierzenia, miłość! nieokiełzane poczucie sui generis honoru,  jakie dawnych Podhalan cechuje — wszystko to znalazło w epopei Tetmajera swój wyraz — i to tak doskonały, artystyczny i wierny zarazem że na jego opisach, z potężną iście siłą suggiestji umarłe już w tej postaci Podhale przed oczyma czytelnika wyczarowujących, można by z drugiej strony robić poprostu studja folklorystyczne.
Nie mówię już nawet o tem, co właściwy bohaterski czynnik epopei stanowi, jak swobodne i twarde życie myśliwskie, walki z Liptakami, a nadewszystko zbójectwo, będące w owych czasach i u owego ludu pierwotnego niczem innem, jak tylko nieustanną walką najlepszych o łup, która zresztą zaranie dziejów wszystkich ludów bez wyjątku charakteryzuje: to wszystko, z natury rzeczy musiało najwybitniej w powieści wystąpić. Nie pominął Tetmajer dla pełności obrazu nawet momentów ogólniejszych, stosunku górali do Rzeczypospolitej, ich zapatrywali na Węgry i na potęgę cesarza, znajdując sposobność zaakcentowania tego w miejscach właściwych.
A dodać trzeba na niezmierną autora pochwałę, że ten opis nie przestaje ani na chwilę być powieścią, nie wyradza się nigdzie w suchą, dydaktyczną niejako relację. Wynik to głębokiego przetrawienia momentów życia podhalańskiego, które Tetmajer przedstawia; nie operuje on materjałem zewnętrznym, zebranym i przygotowanym, wobec którego mógłby być w pewnych chwilach bezradnym, jako wobec czegoś, co samej powieści, jako pomysłowi twórczemu, jest obce i poniekąd forsownie ma być w nią wciśnięte, lecz raczej czerpie z zasobów, które z nim wzrosły i stały się nawet podścieliskiem dla pomysłu samego.
Mówiąc o epopei tetmajerowskiej nie mogę pominąć zestawienia jej z „Chłopami“ Reymonta, wobec tego jednak co powiem, zastrzec się muszę z góry, że nie myślę bynajmniej obniżać tego nadzwyczajnego w literaturze polskiej dzieła. „Chłopi“ jako powieść — pod względem konstrukcji, na wskroś przemyślanego i mądrze, umiejętnie przeprowadzonego planu, rozkładu treści i ugrupowania poszczególnych wypadków i opisów stoją bez porównania wyżej od „Legiendy Tatr“, którą to nazwę Tetmajer sam dla następnego wydania dwóch swych podhalańskich powieści przeznaczył. — Co do tego różnicy zdań być nie może. Inaczej się jednak rzecz przedstawia, jeśli się weźmie pod uwagę nie powieść samą, jako taką, lecz to, co ze względu na pretendowaną nazwę epopei ludowej nie jest w niej bez znaczenia, mianowicie o ile jest prawdziwem odtworzeniem życia chłopskiego. Tutaj mimo cały podziw dla ogromnego talentu Reymonta, pierwszeństwo bez wahania przyznam Tetmajerowi. omijam już okoliczność poniekąd zewnętrzną, Jak sposób opanowania gwary ludowej. Tetmajer pisze językiem, najdoskonalej sobie znanym, który nawet sam z przedziwną logiką wzbogaca; znać że myślenie i operowanie jemu właściwemi kategorjami nie sprawia mu żadnego trudu; Reymont nie ustrzega się nawet błędów (jak naprzykład często mu już wytykane używanie cechy aorystu pierwszej osoby — ch, podhalańskie — k, dla osoby trzeciej i t. p.) i wywiera często na znającym gwarę czytelniku wrażenie, jak gdyby myśli swe z literackiego języka na gwarę przekładał. Co do samej psychologji chłopa, to Tetmajer wie, jakim ten chłop jest, Reymont zaś jakim się on oczom „inteligienta“ wydaje; Tetmajer chłopów swoich stwarza, obojętny na to, co czytelnik powie; Reymont ich czytelnikowi pokazuje, a przez to niekiedy także — mimowoli może — udostępnia. Wynik stąd przedziwny: chłopi Reymonta wydają się czytelnikowi znacznie prawdziwszymi, niż prawdziwi chłopi Tetmajera. Zresztą nie robię tego, Rey montowi bynajmniej zarzutu; Intencje twórcze były tu także zupełnie różne i to przedewszystkiem wydając sąd należy uwzględnić.
Daleko ciekawszą i napozór dziwną wydaje się okoliczność, że najlepsze odtworzenie życia chłopskiego w Polsce dał pisarz, nie z chłopów pochodzący. Ale i to ma swoje głębokie psychologiczne uzasadnienie. Przedewszystkiem przykład: Wielu japończyków pisało o kraju swym dla Europy, ale najlepszą i najgłębszą książkę o Japonji wydal anglik Hearn, który tam zresztą spędził kilkanaście lat życia. Skąd to pochodzi? Anglik przybywający do Japonji z gotową swą europejską kulturą i z właściwościami swej rasy, zaraz na wstępie uderzony jest różnicami, stanowiącemi zarazem charakterystyczne cechy społeczeństwa, wśród którego się znalazł. Gdyby bawiąc niedługo, książkę wydał, zrobiłby to, co wielu podróżników, Loti’ego nawet nie wyłączając: dałby opis zewnętrzny, przedstawił by kraj tak, jak mu się on wydał, a nie takim, jaki jest w istocie. — Hearn jednak lata strawił w Japonii, zżył się, ze społeczeństwem, nauczył się czuć i myśleć tak, jak ono, a niezapomniawszy swojej kultury i pierwszego wrażenia różnicy dał w dziele swem obraz charakterystycznych cech narodu z najgłębszem ich zrozumieniem, z oświetleniem od wewnątrz niejako. Japończyk zaś o kraju swoim piszący, choćby znał dobrze kulturę europejską, myli się przeważnie w tem, co ma uważać za cechy charakterystyczne, naród jego wyróżniające, ponieważ sam ich wyjątkowości nie czuje (nie mówiąc już o mimowolnym popędzie do wysuwania tych właściwości, które mu się dodatniemi wydają), a następnie wobec suggiestji wyższości europejskiej kultury, skłonny jest raczej do wykazywania analogji i przedstawiania, na tle odrębności swych stosunków, wspólnych idei i czynników, zwłaszcza iż sądzić musi, że przez to opis jego będzie dla europejczyka zrozumialszy.
Z małą odmianą to samo powtarza się w wypadku, o którym zacząłem mówić. Pisarze nasi z krwi ludu o ludzie piszący (niech typem ich będzie najzdolniejszy może wśród nich Władysław Orkan) mimowolną mają, nieświadomą nawet a nader naturalną ambicję pokazywania w życiu chłopakiem tych samych motywów, tych dążeń, bolów i radości i konfliktów, które wypełniają życie tam na „szerokim świecie“. Ponieważ wspomniałem Orkana, wymienię jako typ tego rodzaju powieści jego, zresztą doskonałą; „W Roztokach II“.
Biegun przeciwny stanowią pisarze „z miasta“, którzy ludu nie znają wcale, a chwytając cechy jego zewnętrzne, przedstawiają je najzupełniej fałszywie. O tych niema co mówić.
Stanowisko Tetmajera jest zgoła wyjątkowe; sam z innej sfery rodem, od dziecka wśród ludu żył i poznał go znakomicie — a gdy się doda do tego jeszcze tę okoliczność, o której już wspomniałem, że „Legienda Tatr“, podobnie jak opowiadania „Na Skalnem Podhalu“, nie jest dziełem przypadkowem, lecz wykwitła poprostu z całego życia jego z nieodpartą koniecznością: zrozumieć łatwo, że on właśnie a nikt inny dał najlepszą epopeję życia chłopskiego, najwierniejszy jego obraz. To zaś, że obraz ten do ludu podhalańskiego się odnosi, a nie do krakowskiego naprzykład lub mazurskiego, jest już w ocenie rzeczą podrzędną i ma znaczenie tylko o tyle, że życie, tego ludu było niewątpliwie bujniejsze i w cechy właściwe bogatsze, niż gdzie indziej, a przeto i wdzięczniejszy stanowiło temat.
Reszta jest już dziełem ogromnego i tak często dzisiaj nieocenianego talentu Tetmajera. — Wobec jedniowych „chwał narodowych“, które jak grzyby po deszczu codziennie z róznych feldmaowskich i niefeldmanowskich „krytyk“ wykwitają, zapomina się niestety, że mamy w nim pisarza wielkiej miary, jednego z największych, jacy współcześnie żyją. Jeżeli przed laty kilkunastu Tetmajer przez pewien czas jako pierwszy w Polsce liryk był uwielbiany, to dzisiaj tem większy podziw mu się należy jako epikowi. „Na Skalnem Podhalu“ i „Legienda Tatr“ bowiem stanowią do dziś dnia niewątpliwie szczyt jego twórczości, a oceniane absolutnie, jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie u nas w ostatnich dziesiątkach lat wogóle zostały napisane.
I jeszcze jedno — na zakończenie.
Naprawdę nieśmiertelne w życiu jest tylko to, co znalazło swój wyraz artystyczny. Artystyczny mówię w najgłębszem i najwłaściwszem znaczeniu, to jest wyraz ostateczny i doskonały, formę niepożytą, przemijające i zmienne z natury swej życie w kryształ ścinającą, w którym trwać będzie wiecznie. Czyn nawet największy i najdonioślejszy po dokonaniu indywidualność niejako swoją zatraca, w skutkach swych się rozpraszając, przekazywany zaś w formie prostych wieści, zmienia się w czasie i w coraz słabszych echach ginie, lub w najlepszym wypadku jako martwa mumja w historycznych księgach bywa złożony.
Forma artystyczna istnienia jest jedyną formą żywą; Achilles musi znaleść swego Homera, aby być nieśmiertelnym.
W odniesieniu do jakiegoś ludu, lub raczej pewnego okresu jego życia, wszelkie zbiory i badania, pozornie zapomnieniu go wyrywające, są same dla siebie niestety zawsze rzeczą martwą. Nie pomogą najskrzętniej zestawiane słowniki, najzupełniejsze zbiory jego strojów, sprzętów, melodji, wytworów sztuki i tam dalej i tam dalej; to wszystko jest tylko materiał; z którego sobie co najwyżej intuicją obdarzony człowiek życie jego odtworzyć może, podczas gdy zwykły śmiertelnik bezradny będzie stał wobec tego wszystkiego, jak to zresztą zwykle w muzeach bywa.
W porównaniu z tym surowym materiałem artystyczne ujęcie jest wzniesieniem gmachu jednolitego i niezniszczalnego, który nadto objaśnia przez siebie, dając bezpośrednio wrażenie życia. — Mistral więcej zrobił dla nieśmiertelności Prowansji poematem swym Mirèio niż nawet założeniem Museon Arlaten.
Wobec Podhala, tego Podhala odrębnego i bohaterskiego, które w rzeczywistości istnieć już przestało, czynu tego dokonał Tetmajer w „Leglendach Tatr“. Wskrzesił je w całej bujności, krasie i mocy, zatrzymał je niejako władną dłonią twórcy w chwili, kiedy się już chyliło ku zapomnieniu i nadał mu życie wieczne. Mniejsza o to, czy dla Podhala pracował, czy nie; ja przypuszczam a nawet wierzę, że tworzył tylko dla siebie. Nie o zamiar tu chodzi, ale o czyn. I Homer nie miał zapewne na myśli utrwalenia w pieśni bohaterskiego okresu w dziejach Hellady, a jednak to uczynił.
I jeśli kiedyś Podhale zechce chwałom swym cześć oddać, to obok pomnika Tytusa Chałubińskiego, który pierwszy Tatry Polsce na rozścież otworzył i grającego pod nim na gęślikach spiżowego Sabały, obok zamierzonego wizerunku w granicie Klimka Bachledy, bohaterskiego przewodnika, co dał życie szukając zaginionego turysty, stanie przedewszystkiem w obliczu kamiennych Tatr pomnik Kazimierza Przerwy Tetmajera.
Dla Podhala on będzie i dla Polski; dla siebie wystawił już Tetmajer sam — monumentum aere perennius...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.