Krystka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Krystka
Pochodzenie Na Skalnem Podhalu T. 1
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KRYSTKA

Było takie przedpołudnie późnego września, kiedy Krystka poznała Jaśka.

Słońce się het po polach rozlało, zimne i czyste, na Tatrach zakwitł mróz białomodrym zalodniałym szronem, a światło od nich szło ostre, jak w zimie od szyb kościelnych. Na lasach światła mgła, a tak drży, jakby dzwoniła.
Po polach owsy w grzędy kładzione, pozłociste.
Od młodych rozsianych smreków pada zbity, potężny cień; od olszyn i brzóz polotny i świetlany. Gdzie biegnie płot, miejscami świeci się górną żerdzią, jak z polerownej stali; gdzie jedzie daleko fura ze zbożem, to jakby płynęła cicho na własnym cieniu. Gdzie wody strużka, to żywe dyamenty.
Cicho przelatują ptaki.
Po rżyskach, po żółtej ścierni bydło się pasie. Krowy włóczą za sobą swoje widmo, albo nagle stają w słońcu, jak z mosiądzu. Czasem krowa zaryczy, czasem cielę beknie. Tu owdzie pasterz, czy pasterka zaśpiewa. Po pod las dzieci ogień kładą, dym prosto w górę leci, siwobłękitny, płomieniem targany od dołu w czerwień jaskrawą.
Potoki szumią w dole w zagajach, jednogłośnie, wiekuiście.
Cisza zaszklona w powietrzu i słońce iskrzące zostrzone na zalodniałych, zamrożonych Tatrach, prześwietne, przebujne po świecie.
Krystce było wtedy szesnaście lat. Pasła krowy.
Leżała sobie na darniowym kopczyku granicznym w polu, między ściernią owsianą, zawinięta w chustę pasiatą, czerwoną i żółtą, trzymała se bicz w rękach i śmigała nad głową, na wznak leżąc nogami w dół, które jej się prawie do kolan z pod podwiniętej spódnicy wysunęły.
Dziwnie jej było koło serca, jakby ją coś łaskotało pod pazuchy, a razem piersi chciało rozerwać. Trze się raz po razu o darń plecami i posuwa się, poprawia się, nie może wygodnie ułożyć, coś jakby ją podrywało i wzruszało jej plecami to do góry, to na dół.
Aż sobie zaśpiewała na całe gardło:

»Kie ino dziéwcynie piętnoście lot minie,
Darmo jej pilnować, bo za hłopce ginie!...«

a tu coś zazberczy jej nad głową i odzywa się do niej ostry, męzki głos: Coz se ty tak śpiwos, dziwcę?

Ale Krystka nie odpowiedziała, bo jej się tak jak zalśniło w oczach. Stał nad nią chłop, parobek, jakby ze słońca zszedł. Świeci się na nim blacha na piersi, świeci opasek od klamer, świeci ciupaga w ręku i kółka przy niej przyprawione na toporzysku, świeci się biała czucha na ramionach i świecą się czerwone parzenice na portkach, a z pod czarnego skrzela świeci się twarz rumiana i takie oczy niebieskie, jak goryczki o rosie. Zapatrzyła się Krystka do znaku; on to widzi i uśmiecha się:
— Coz się tak przypatrzujes do mnie? hę?
Krystka była cięta z natury, otrząsa się z olśnienia.
— E boście mię zestrasyli — mówi.
On się znowu uśmiecha:
— Cy jek taki brzydźki? — pyta się.
— Coby ta! Aleście mi zezbyrceli nade głowom. Cysto pikniek się przelękła.
Chłopiec postał chwilę, widocznie mu się Krystka trochę spodobała. Popatrzyła na niego bystro, prosto w oczy.
— Daleko idziecie?
— E ta idem ka ta idem... A potem dodał: Ku Stawom. Som ta jest jesce owce.
— Ej, kiele to pióro macie! — mówi Krystka, bo się właśnie nachylił i od pióra cień padł na ścieni.
— Z orła. Fciałabyś je?
— Coz mi po nim? Kaz sobie przyprawiem? do smatki?
— Tu! — rzekł chłopiec i zawinął jej rękę około piersi.
— Siedźciez!
Odepchnęła go łokciem, aż mu ręka w tył poleciała, ale ją dreszcz przeszedł przez całe ciało, osobliwie przez plecy.
— Cyś poświęcano?
Nadrabiał miną, ale był zmieszany. Krystka zaczęła czuć się zupełnie śmiałą. Chciała mu powiedzieć coś, coby go ośmieszyło, ale gdy spoglądnęła na tę twarz rumianą pod czarnem skrzelem, z za którego sterczało pióro długie i pośmigłe na wietrze, nie chciało jej żadne słowo ostre wyjść z ust. On i to poznał i znowu się uśmiechnął:
— Myślołby wto, ześ tako zło.
I siadł przy niej na kopczyku.
— Mom cas — rzekł.
— E dy rano — odpowiedziała Krystka, czując, że jej tak jakby miękło ciało.
— Jakoś se to śpiwała, kiek haw seł?
Krystka zdziwiła się sama, bo uczuła, że się wstydzi, co jej się nigdy nie trafiało.
— Zejeście przecie słyseli.
— Jakoz to było?
— Zabacyłak.
— Cybyk ci nie przibacył?
— E jako? — i zapłoniła się Krystka i odchyliła głowę na bok.
— E tak! — i parobek objął ją wpół przez chustę pasiatą i przygarnął ku sobie.
— Zkądzeście? — spytała po chwili Krystka.
— Z Gronia.
— A coz wy macie przi Stawak za owce? Dy hań Zokopianie, nie Grońscy!
I nieufność przejęła jej umysł góralski.
— E takek ci ta ino pedzioł. Nimom jo hań owiec nijakik — rzekł Jasiek.
— Ba co?
— Ba ino przeńdem hańtędy, bez Liliowe.
— Ka?
— We Wirhcihom. Mom się ta z kimsi uwidzieć.
Oczy mu błysły chytrze i zawiesiście.
Popatrzała Krystka po nim: miał dwa noże wetknięte za pas i pistolet.
— Ej ha! — pomyślała — Dy to zbójnik!...
I zaraz wielki podziw i zachwyt weszły jej do serca.
— Kie zaś bedziecie wracać? — spytała.
— Moze tak o tydzień, abo o pięć dni. Bedzies haw paść?
— Bedem.
— A jakoz ci na imię?
— Krystka. A wom?
— Jano. Dos mi gęby?
Krystka się zarumieniła mocno i schyliła twarz ku piersiom, potem się uśmiechnęła i spojrzała z pod rzęs.
— Dos?
Sepnęła cicho: Dom.
Więc Jasiek objął ją wpół i pocałował; zaraz ogromna lubość wpłynęła jej w żyły.
A kiedy szedł od niej ku lasowi pod górę, prosty, wysoki, biały od świecącej czuchy, z długiem, pośmigłem na wietrze piórem za kapeluszem, zebrało jej coś w piersi i rzuciła mu w głos:

»Zol mi cię, zol mi cię, drogi aksamicie,
Jo cię nie odzolem, pokiel moje zycie!...«

On zaś jej odpowiedział już z lasu:

Nie płac freirecko, hoć jo na zbój pódę,
Ino proś u Boga, to jo twoim budę...«

I długo jeszcze głosił się z lasu jego śpiew, coraz dalszy, coraz cichszy, aż począł niknąć i topnieć w głuchości mroku drzewnego. Tak odszedł od niej gdzieś tam w osędziałe od szronu Tatry, w mróz, w pustkę, w samotnię straszną jesieni, wesoły, śpiewający, o rumianem licu, ubrany, jak na święto, świecący od mosiądzu i od zbroi na sobie.
Naokoło Krystki zrobiła się cisza.

∗                    ∗

W skwarne popołudnie czerwcowe szła Krystka w las smrekowy pod Wołoszynem, co nad halą rósł. Dzelęgały zdaleka spiżowe dzwonki owiec.
Szła Krystka i śpiewała:

»Wionku lelijowy spodeś z mojej głowy,
Pódzies dołu wodom — nie zejńdę się z tobą...«

— Ale nie żałujem — pomyślała w duszy. — i śpiewała dalej:

»Juhasy, Juhasy, dyć się Boga bójcie,
Zgubiłak wionecek, dyć mi go powróćcie...«

— Wrócilibyście! Psiogłowce zatracone! — rzekła półgłosem.

»Dyciek się taiła, taić się nie bedem,
Gotuj kołyseckę, jo pieluski bedem.
Gotuj kołyseckę z drzewa limbowego,
A jo pielusecki z rąbka bielonego...«

— Ej wiera! Ka zaś ta! Tak źle niéma! — zaśmiała się.

Posłuchała chwilę — zdaleka podzwaniały dzwonki w odstępach, rzadko i niegłośno. I zaśpiewała z czułością:

»Ino cię Janicku, siwe ocka zdobiom,
Ręce kata zjadły, nie rade nic robiom...«

— Edy mu ta nie trza. Mało to jest śrybła po orawskik miastak, po luptowskik sklepak?

»Cemuz ci się hłopce piórko nie migoce?
Dołeś je frairce za zółte warkoce...«

— Ej raty! Migotało mu się ta, migotało, kie my się pirsy roz ześli na pastwisku. Bedzie już trzy roki wnet, na jesień...

»Kohoj ze mnie, hłopce, jakoś mię zapocon,
Nick ci się za innom ocyska nie tocom!...«

— Dałaby jo jej! Sto djabłów zjadło! Tu jej smierzć!
Tupnęła nogą i znowu po chwili zawiodła przez tęsknotę słodką i wielką:

«Abo se przydź ku mnie, abo się mi przyśnij,
E bo ty nie wyjńdzies nigdy z mojej myśli...«

— Ka on téz? Maryjo, Maryjecko! Ka on téz? Miał tu dziś być przy sałasak...
A w ten czas z góry, z za turni, z leśnej pérci, którędy owce rano chadzają w upłazy, dał się słyszeć ostry, męzki, Jaśkowy głos:

»E dy jo se śpiwom, hocioz se nic nimom —
Ptoskowie śpiwajom, hocioz nic nimajom...«

— Jasiu! Jasicku! — krzyknęła Krystka — i z wyciągniętemi rękoma pobiegła ku pérci pod górę. A on śpiewał dalej:

»Hej wolny jo wolny, jako ptosek polny,
Hoć jo na ślebodzie, jak rybka we wodzie...
Uha!
Kiebyś miała rozum i po temu zdanie,
To byś mię howała za samo śpiwanie!« —

i wesoły, pyszny, dumny ze siebie i strojny, wynurzył się ze smrekowego boru, biały od stóp do głów i świecący.
— O mój Jasicek! — szepnęła zadyszana Krystka, rzucając mu się na szyję. — Nojmilsy! Złoty!
— Jak się mos? — odrzekł Jasiek. — Głodnyk jest. Jest ta zyntyca, abo kluska w sałasie?

∗                    ∗

Wieczór sierpniowy, pogodny, bezmiesięczny, nabity gwiazdami. Pod Wołoszynem kołysze się las śmigle, jednostajnie; szumią smreki w uboczy, jakby zaczarowane na szum.
Spojrzeć w górę: gwiazdy na nich, na gałęziach, jak złote ćmy, wyklęte na ten las z jakiegoś złotego świata. Spojrzeć wyżej, z polanek leśnych: gwiazdy na turniach, jakby góry w kamienie drogie czarowane: zakwitły.
Idzie Krystka przez las i ręce łamie.
Leją się jej łzy z oczu i warkocze stargane z pod szmatki jej na ramienia opadły; idzie a rozpacza.
A kiedy jej już serce pęknąć chciało od bólu, wtedy jej się otwarło, jak tama na grobli w czas powodzi, w piersi śpiewanie żałosne. I wydarł się jej głos:

Moje serce płace, ozpuknie się we mnie,
Co jo na Janicka cekom nadaremnie...
Moje serce płace, dobrze nie zamiro,
Co się moja krasa darmo poniewiro...

Echo szło; Krystka nie wiedziała, zkąd jej się biorą te niesłyszane nigdy słowa. Siadła na kamieniu, skryła twarz w ręce i zaczęła płakać. A potem, kiedy jej znowu pierś rozerwać chciało, wydarł się z niej znowu głos:

»Nie bedem, nie bedem syroko pościelać,
Bo się juz nie bedem Janicka spodziéwać.«
Siano na pościeli łzą by się rosiło,
Scęście odebrane by się mi przyśniło...
Scęście odebrane, niescęsno godzina,
Joby nie dozyła do biołego rana...

Echo szło przez las. Dźwignęła się Krystka i szła za niem. A w piersi jej wstały nienawiść, gniew. I zawyła jak las szeroki:

Kieby jo wiedziała, co mię to zaboli,
Prosiłabyk Boga, cobyś zgnił w niewoli!
Coby ci w noc ciemnom carty drogę zasły,
Coby ciało twoje kruki w polu znasły!
Kieby jo wiedziała, ze ty nie bedzies mój,
Samaby jo wiła na gardło strycek twój!

Echo jęczało po lesie, a Krystka wyła dalej, jak suka rozwścieczona:

Pockoj ty Jadwisiu, dziwce malowane,
Ino jo han zajńdę popod twoję ścianę!
Pockoj ty Jadwisiu, siwe ocka w tobie,
Ino jo hań zajńdem tej nocy ku tobie!
Pockoj ty Jadwisiu, siwe w tobie ocy,
Jako się krew z tobie po lesie potocy!
Potocy potokem, potocy się rzekom.
Jako cię do truhły bielućko oblekom!

Zacisnęła pięści, porwała się dalej iść, w las, w las!... Wilgotne paprocie biły jej o nogi, chrzęściał jej pod stopami chrust i wrzos.
Echo ryczało od jej śpiewu, a stary baca Michał Zwijac w Rusinowej Jaworzynie, któremu «bębnowało« za uchem i spać nie dawało w nocy, dźwignął głowę z pościeli, nadsłuchiwał i dziwował się sam do siebie: Kiz ta dyasi tak holofiom po lesie? Cy im się ukotwiło w piekle, cy jako?
Tymczasem Krystka wracała ku szałasom pod Wołoszynem. Grzmiały jej w piersi żal i zawziętość straszliwa. Nie szła, ale leciała przez las od Rusinowej Jaworzyny, ku której przybłądziła, w górę. Gięte ramionami i piersią gałęzie smreków, bita biodrami kosodrzewina po drodze, rozchylały się przed nią z szelestem i szuszczeniem; czasem chlupła woda w młaczysku. Gdzieś rogacz spłoszony zatętnił po gąszczu i przepadł. Krystka z wciętemi w wargę zębami gnała przez las ku hali. Świeciło się od szałasów, które tonęły w ciemności w potężnym mroku pniów i obwisłych ku ziemi szerokich konarów i gałęzi. Psy zaczuły Krystkę i przybiegły ku niej z wesołem ujadaniem i merdaniem ogonów; kopnęła najbliższego, aż zaskowyczał i przypadła ku szałasowi, zkąd się przez szpary w ścianach jarzyła watra.
— Jest hań wto? — krzyknęła ku drzwiom.
— Jo jest — odpowiedział z wnętrza Jasiek.
Stanęła we drzwiach. Z nizkiej, czarnej, od strony watry rozjaskrawionej izby szałaśnej buchnął ku niej dym i gęsta, duszna woń smolnego ognia, wilgotnych szmat i nabiału.
— Someś tu? — spytała, patrząc po ławkach w cieniu.
— Som. Sytka pośli na sopy spać.
Weszła przez wysoki próg. Jasiek siedział na ławce i ręce grzał nad ogniem.
— Zimno ci?
— Jakosi mi rence zmarzły, biéda ozgrzać.
— Cemuześ nie przi Jadwisi? Onaby cię ozegrzała wnet!
Jasiek uśmiechnął się szyderczo, spojrzał do góry na stojącą nad nim Krystkę i rzekł spokojnie:
— Bak ta fciał i na tobie zajżréć.
— Jo cię nie potrzebujem haw! — krzyknęła Krystka. — Słisys? Nie potrzebujem tobie haw!
— Ba ka? — uśmiechnął się Jasiek. — Na sopie?
Na Krystkę uderzył pons i oczy jej się zaszkliły łzami; chwyciła go za ramiona dłońmi.
— Jasiek!
Popatrzał na nią z flegmatyczną ironią z głupia frant i zapytał:
— Co?
Krystka rzuciła się przed nim na kolana. Trącona nogą gałąź we watrze prysła iskrami pod powałę.
— Jasiek! Nie kohałak cię?!
— E ta było, co ta było — odparł, poprawiając toporzyskiem od ciupagi sajty płonące; ogień wzburzony zawarczał i zapienił się zarzewiem.
— Nie kohałak cię? — mówiła Krystka, raczej jęcząc. — Nie byłak ci wierną za te trzy roki? Tyś był pirsy, tyś był ostatni. Nie goiłak cię, kie cię Wawrzek Miętusów zacion obuhe do głowy? Nie ratowałak cię, kie cię Dunajcanie przysiedli na weselu? Nie zastąpiłak we dźwirzak ziandarom, kie cię przyśli do nas sukać, coś pokrod piniondze w Hohołowie? Jesce mora niebieskie ciało, co mię wtorysi kolbom durknon, kimeś okne uciók do pola z komory. Nie sukałak cię, kieś odpod z kozom na grzybiecie z turnie w Miedzianém? Juześ cysto piéknie zamarźniony był. A dobrze mię wte kulka luptowsko nie przebiła. Jasiek!
— Co fces?
— Coz za to mom? Coz za to mom? Co?
— Korole i pięć dwaścia talarów.
— Ej kiebyk je haw miała! Tu byk ci je prasła w ten watrę!
— Zje toby się ziskrzyła.
Tu Jasiek wyjął z kieszonki od serdaka fajkę i zaczął z niej drutem wygrzebywać węgliki i popiół z tytoniu.
Krystka, klęcząc, objęła go wpół i przysunęła usta ku jego twarzy.
— Jasiu, Jasicku — rzekła boleśnie — źle ci było za té trzy roki?
Jasiek wytrząsł węgliki i popiół na dłoń, wydobył macharzynę z tytoniem i nakładł go ku nim.
Krystka patrzała mu w oczy:
— Jasiu!...
— Co? — rzekł Jasiek, splunął na tytoń i począł go mieszać na ręce.
— Nie pudzies więcyl ku niej? Prowda?
— Ze ka?...
— Ku Jadwidze...
Jasiek wepchnął tytoń, zmieszany z węglikami, do fajki, wsadził ją do ust, wyjął z watry płonący patyk, przytknął żar i przyklepał palcem, pyknął kilka razy, rzucił patyk we watrę i cyknął w ogień śliną. Krystka przysiadła przed nim na piętach i patrzała nań, jak w dziecko swoje.
— Jasiu — ozwała się półgłosem, — Co fces, to ci dom.
— E dyś mi juz héba syćko dała? — przyzadrwił Jasiek.
— Bedem cię opiekunować, jak matka. Nie bees nigda nic robił...
— Ej jo ta i teroz nie moc robujem.
— Bees mioł syćko tak, jak pon! Miso ci warzyć bedem dzień na dzień!
— Ej wiera! — I Jasiek znowu cyknął ze zębów śliną do ognia. — Coz mi dos jesce?
— Na zapowiedzi dom!
— Z kim-ze to?
— Jasiek? Nie bydź taki okrutny! Jak cort!
Jasiek wstał z ławki.
— Ka idzies?
— Ka mi się podobo — odrzekł spokojnie.
Krystka objęła go znowu przez pas.
— Nie kohałak cię? Nie bośkałak cię? Nie tuliłak cię? — mówiła pieszczotliwie półgłosem. — Kieś prziseł, toś był mój. Przisełeś w nocy, inoś malućko zburzył na oknie, abo popod ścianę, cyk ci kie nie otwarła? Przisełeś w zimie, hoć jak zimno było, cyk nie skocyła ku tobie w kosuli? boske? Wse jek cie witała, jak zbawienie! Jasiu!
I Krystka dotkęła mu czołem kolana i objęła nogi.
— Jasiu! Janicku!
Ale Jasiek się zniecierpliwił trochę, szarpnął i cofnął się ku drzwiom. Krystka nie puściła mu nogi i powlekła się na ziemię.
— Puść-ze mię!
— Nie puscem cię! Tyś mój! Tyś mój! Tyś mój!
— Jo jest tego, co mi wóla! — rzekł Jasiek niecierpliwie.
— Kyrpce ci bedem całować! Nie fces mię więcyl?
— Całuj! — odparł Jasiek. — Dycieś mię nie kupiła, cobyś mię wiązała jak bycka.
— Kupiłak cię! I na wieki!
— Cym?
— Sercem mojém!
— Baj to! — skinął Jasiek i zabierał się ku drzwiom.
Wówczas Krystka zerwała się na nogi i krzyknęła:
— Stój!
Głos był tak wściekły, oczy Krystki tak zapalone, że się Jasiek zatrzymał.
— Stój! — krzyczała Krystka. — Powidz mi! Co ci się więcyl zwidziało u tej warguli? Cy je jest bogatso jako jo? dziadula zatracona! Cy je gładso na licu? Cy je śumniejso? Co ci się w niej spodobało nade mnie? Inoś jom uwidzioł pirse to lato, juz cię ku niej ciągło! Inoś się hańbiéł zrazu! Ty! Cym cię ona zamamiła ku sobie? Ty! Cy jo nie jest dziwka, jak się patrzy? Co?
I stała przed nim z chustką opadniętą na ramiona, z roztarganemi włosami, ze świecącemi czarnemi oczyma i łuną na smagłej twarzy.
Jasiek w kapeluszu na bakier, z fajką w ustach, opierał się pod bok na ciupadze.
— Co ci się zwidziało w niéj nade mnie?!
— Siwe ocy.
— Ocy siwe?
— Haj.
Krystce zapaliła się jeszcze więcej twarz i tak, jak piorun, przyleciał i zawisł jej między brwiami czarnemi.
— Ocy?! — krzyknęła znowu.
— Haj — powtórzył Jasiek niedbale, a niecierpliwie.
Piorun prężył się między brwiami Krystki, ale twarz jej zmieniła się i w uśmiechu zabieliły jej się między wargami drobne, ostre zęby.
— I ty ku niej fces iść?!
— Jo hań idem, ka mi się fce.
— Pewnie! Na mój sto prawdu! Kiebyk se té ocy na siwo pomalować mogła! Coz im robić? Nie zesiwiom mi w głowie. Nimas rady nijakiej! Ale pockojze Jasiu, nie hodź, jo ci jom haw prziwiedem. Kieś mi tak do rozumu pedzioł, tok juz mądro. Siejdze haw w sałasie, prziwiedem ci jom doroz!
Porwała wielką żagiew palącą się z ogniska.
— Ciemno! Poświcem se!
Jasiek przekrzywił się na ciupadze i patrzał na Krystkę trochę zdumiony.
— Co fces zrobić, Krystka? — spytał.
— Prziwiedem ci jom! Bees jom haw mioł w sałasie.
— Krystka?
— Siedź! Doroz haw beemy obie. Kieś mi do rozumu przemówił, to jo juz mądro.
I z płonącą, ogromną żagwią, jak pochodnia, wybiegła z szałasu; przez szpary widział Jasiek po świetle, jak szła ku szopie Jadwigi, o kilkanaście kroków.
— Jadwiga lezy na sopie — pomyślał. — Cy jom bedzie wołać ku mnie, abo co?
I siadł spokojnie napowrót twarzą ku watrze.
Krystka dobiegła szopy Jadwigi. Pozberkiwały z niej dzwonki krów na noc zamkniętych. Jadwiga siedziała na progu od pola.
— Coz hań! — spytała, widząc ogień żagwi zbliżający się ku niej.
— Nie spis to jesce, Jadwiś? — ozwała się Krystka.
— Nié. To ty, Krystka?
— Jo.
— Po coześ haw przisła z tym ogniem?
— Po tobie.
— Na co?
— Pódzies se mnom.
— Zje ka? Kaz byk miała iść?
— Ku Jaśkowi.
— Ku Jaśkowi? On haw przydzie som — odcięła się Jadwiga.
Krystka pomilczała chwilę, potem rzekła dziwnym głosem:
— Siwe mos ocy, Jadwiś?
— Jakie mom, takie mom. Coz tobie do tego?
— Jadwiś! Siwe mos ocy?
— Kiz ci corci do moik ocu?! Siwe cy bure, coz ci po nik?!
— Jadwiś! Siwe twoje ocy?!
— E, to się im przypotrz!
— Pokoz!
— Idze, zkądeś przisła! Co ices ode mnie!?
— Pokoz ze je, té ocycki!
— Krystka! Cyś ogłupiała?! Co fces?!
I Jadwiga dźwignęła się z progu i stanęła twarz w twarz przed Krystką, czerwieniejąc od ognia nad sobą.
— Co fces?!
— Ocy twoje fcem! To! — krzyknęła Krystka i palnęła ją płomieniem żagwi po oczach.
Straszliwy, góry wstrząsający wrzask rozdarł mrok leśny i noc. Psy zaszczekały przeraźliwie, a echo wrzasku rozleciało się na przestrzeń, jakby skały zawyły naokoło. Za tym wrzaskiem poszedł drugi i trzeci; polanę napełnił jęk przeraźliwy, okropny, wytargany z wnętrzności.
Jasiek wyskoczył z szałasu i pobiegł ku szopie.
— Co się haw stało?! — wołał. — Krotni miliońscy! Coz się tak dre? Co...
Głos mu uwiązł w gardle. Krystka trzymała za rękę tarzającą się po ziemi i ryczącą Jadwigę, i świeciła nad nią wirem iskier z żagwi. Ujrzawszy Jaśka krzyknęła:
— Tu jom mos! Haw mos siwe ocy! Przypotrz się!
I machnęła ku niemu ogniem.
— Coś jéj zrobiła?! Niescęśnico?!
— Co?! Podpoliłak jéj ocy, jako mek! — zaśmiała się Krystka, aż zabrzmiało po lesie.
Pobudzeni ludzie zaczęli wynurzać się z budynków i biegli ku miejscu, zkąd słychać było jęki i krzyki i błyskał płomień w powietrzu. Ale Jadwiga nagle przestała jęczeć i miotać się po kamieniach i gnoju; musiała zemdleć z bólu.
— Podpoliłak siwe ocy, jako mek! — powtórzyła Krystka, puściła rękę Jadwigi i cisnęła dogasającą żagiew precz od siebie.
Stało się cicho i ciemno.
Wówczas podeszła ku Jaśkowi, który stał nieruchomy od grozy, owinęła oba ramiona około jego karku, mocno, sprężyście, przesilająco, i przygięła mu głowę ku sobie.
— Teroz ty bedzies mój! — rzekła dzikim półszeptem. — Teroz ty bedzies mój!
A on się pochylił ku niej, zniewolony, ale i nieoporny.
Krystka ujęła go za rękę i powlekła w ciemny, lekko szumiący las.


Na Skalnem Podhalu ornament (4).jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.