Jak wzieni Wojtka Chrońca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Jak wzieni Wojtka Chrońca
Pochodzenie Na Skalnem Podhalu T. 1
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
JAK WZIENI
WOJTKA CHROŃCA

Jakóbek Huciański dymał co tchu do góry, a pokrzykiwał sobie:

— Ej wiera! powiem mu! Ej wiera! powiem mu!
Jakóbek Huciański miał już czternaście lat i rozumiał doskonale, że tego, iż Wojtek Chroniec, który »dezenterował« z wojska, siedzi u nich na hali: nie należy nikomu opowiadać, ale również zdawał sobie z tego doskonale sprawę, że to, iż Kasia Pęckowska, Wojtka freirka, tańczy w karczmie z parobkami, Wojtkowi opowiedzieć należy. Pędził więc co tchu w górę, a pokrzykiwał sobie:
— Ej wiera! powiem mu! Ej wiera! powiem mu!
Pędził też co prawda i dlatego nader pośpiesznie w górę, że się ogromnie bał niedźwiedzia, który zeszłej nocy »narobił misa« na polanie.
Las się skończył, smreczki zaczęły rzednąć, prześwieciła polana, zalana światłem księżyca.
— No! tok juz haw — powiedział sobie Jakóbek.
Poczem zaczął wołać na psy: — Tu! tu! tu! tu! — a te, poznawszy głos, z hałasem pobiegły ku niemu, a że Waruj, wielki jak cielę, wsunął mu się pod nogi, Jakóbek go okraczył, łap za obrożę i z niezmiernem szczekaniem zajechał na nim przed bacowski szałas.
— Ej, ześ tyz wartki! — powiedział mu baca. — A przynióześ syćko?
Jakóbek wyjął z torbki paczki habryki, śwabliki i palenkę.
— Syćko jest coście kozeli.
— Naści — rzekł baca, dając mu wielkie miedziane cztery centy.
A w tej chwili dźwignął się Wojtek Chroniec, który leżał pod ścianą na cetynie, sięgnął w pas i dał mu srebrnego cwancygiera z Matką Boską.
Jakóbek zauważył, że dwa razy do Wojtka przyszedł jakiś nieznajomy chłop, okrutnie wielgi, że coś gwarzyli po cichu z bacą, poczem Wojtka nie było raz ino noc, dzień i noc, raz cosi śtyry dni, a po powrocie miał masę srebrnych pieniędzy, cwancygierów, talarów, nawet złote dukaty, z których dał po jednemu dwóm niemowom, juhasom z Muru, braciom Hajackom, Michałowi i Kubie, chłopom, z których każdy potrafił dwa centy żelaza w zębach udźwignąć, a na plecy choćby i po pięć centów. Ale to były chłopy spokojne i nic nikomu nie robiły złego. Jeszcze Kuba, choć był niemy, umiał na piszczałce grać do cudu, a na trombicie, aż echo grało.
Jakóbek tak uwazował, że Wojtek Chroniec zkąd innąd tego śrybła i złota nie przynosi, tylko z za Tatrów z Luptowa, a ów wielgi chłop nie kto inny musi być, tylko wysłannik zbójników, z którymi się Wojtek stowarzisył.
Ale o tem nie gadano. Uwazował tylko Jakóbek, że baca, jego stryk, w niezwykłej miał Wojtka estymie, chował go najlepiej, a czasem powiadał:
— Z tobie, Wojtek, bedzie kiesi cosi!...
Wiedział też Jakóbek, że się Wojtek z Kasią Pęckowską chciał żenić, nawet ona dwa razy u niego była na hali, bo Wojtkowi nieporada było iść do wsi, skrony tego dezynterunku.
Słyszał też Jakóbek, jak zaprzysięgała Wojtkowi, że do karczmy chodzić nie będzie, tańcować nie będzie, a zwłaszcza z Bronisławem Wałęcakiem z Kośnego Hamru.
Oburzyło się wielce serce Jakóbkowe, gdy kupując habrykę i palenkę, ujrzał Kaśkę tańcującą polkę z tymże Wałęcakiem, a nietylko to widział, ale i to, że ją Wałęcak objął w ciżbie w pół i dwa razy pobośkał w same usta, a raz w lice.
Jeszcze się więcej oburzyło serce Jakóbkowe, kiedy poczuł Wojtkowego cwancygiera w ręce. Stoi więc przed nim i powiada:
— Wojtek! Pedziołbyk ci cosi!
— Co?
— Kasia tońcy.
Wojtek jak się porwie z cetyny:
— Tońcy?!
— Tońcy.
— Ka?
— W karcymie pod kościołe.
— Widziołeś?
— Widziołek.
— Z kim?
— Z Wałęcoke.
Wojtek hop z posłania na równe nogi. Boso był, hipnął trochę na iskry z watry, ale nic na to nie uważa.
— Prowdę mówis? — chycił go za ramię.
— Na mój sto prawdu!
— Ne!
Cisnął mu Wojtek talara; Jakóbek schował. Potem Wojtek hip ku ścianie, łap za kierpce, obuwa się.
Dwa olbrzymie Hajacki, siedzące nieruchomo na niziutkiej ławeczce przy watrze, ze schylonemi ku ogniu głowami, w czarnych smolnych koszulach, z pasami nabitemi mosiądzem pod pachy, z włosami spadającemi ku ramionom, podnieśli głowy do góry i spojrzeli na siebie. Z czarnych osmolonych i ogorzałych twarzy błysnęły im tylko niebieskawe białka oczu.
Wojtek się obuł.
— Ka idzies? — spytał go baca.
— Hań.
— Waruj się! — przestrzegał baca.
— Nie starojcie się. Na rano bedem.
— Boze cię prowodz.
— Z Pane Boge.
Podali sobie ręce.
Wojtek wziął ciupagę i wyszedł z szałasu.
Dwa olbrzymie czarne Hajacki dźwignęły się z ławki i kiwnęli bacy głowami.
— Idziecie ś nim?
Skinęli potakująco.
— Jako fcecie.
Niemowy wyszli z szałasu, zabierając powcinane w ścianę ciupagi.
— Na kigoś dyaska mu to pedzioł? — zwrócił się baca ku Jakóbkowi.
— Jakzek ni miał pedzieć, kiek słisoł, jak ślubowała, co tońcyć nie bedzie? Jesce jom nobarzyj pytał skrony tego Wałęcoka.
— Hej, bedzie hań mąt! — rzekł baca półgłosem, i wygarnąwszy zapieczoną fajkę z węglików, począł z niej pykać i pogrążył się w zadumę.
Wojtek gnał, aż mu piarg z pod nóg fyrczał. Przeleciał polanę, przeleciał las, nie słyszał Hajacków za sobą, dopiero ich na gościńcu usłyszał. Ale się nawet nie obejrzał: gnał dalej.
Dopadł wsi, wartko ku karczmie, spojrzał oknem: tańczy Wałęcak dookoła, a Kasia mu boczkuje.
Wałęcak właśnie przystanął przed muzyką i śpiewa:

»Kiebyś ty tak za mnom, jako jo za tobom,
Bylibymy, Kasiu, kazdom nockę z sobom!«

A stary Bartłomiej Huciański, bardzo wesoły chłop, dośpiewuje mu z kąta:

E dy ona ino lewdwie temu rada,
Coby to słonecko nie świtało nigda!

A wszyscy w śmiech.
Wszedł Wojtek do sieni, z sieni we drzwi. Dwaj Hajacki za nim do sieni.
Trąca go ktoś.
— Jak się mos, Wojtuś?
Obejrzał się: Florek Francuz, niemłody, chuderlawy, mały, brzydki, bogaty chłop, który się ogromnie w Kasi kochał, a nie mając żadnych danych na rywalizacyę z Wałęcakiem, albo Wojtkiem Chrońcem, roznienawidził Wałęcaka. Kie ni móg on, niek jom biere Wojtek!
— Witojcie — powiada Wojtek.
— Is, co się hań dzieje!?
— Zje cozby się miało dziać?
— Kaśka tońcy z Wałęcoke.
— Po tok tyz haw prziseł.
— Ej przi sam Panu Bogu! Wojtuś!
— Bedzie ta jako bedzie.
— Tu mos mojom rękę! Hoćbyś trzy dni kcioł pić: pij! Krowę przedom, konia przedom — pij! Wojtuś! Serdecko moje! Na mój dusiu! Pij!!! A kiz to dyasi prziśli s tobom?
— Juhasi murzańscy. Hajocki. Niemowy.
— Ej wiera! Kieli som tyz! Kieby jo teli był! Sprościłby jo tyz Wałęcoka!
— Nie bójcie się! Mom go i jo sprościć.
— Ej raty przeraty, Wojtuś! Pij potę, kielo kces! Łąkę w Obłazie sprzedom, pole przedom, dom przedom: pij! Wojtuś! Serdecko moje! Ni mógek jo, bier ty! Bier, bier, bier! Wrrr!!!
Tu Florek Francuz warknął jak pies, aż się zapienił, wbił paznogcie w dłoń Wojtka i trząsł się cały, a przestępował z nogi na nogę, jak kogut.
— Is jom hań?
— Widzem.
— Bośkajom się, ściskajom się, shadzajom się! Wojtuś! Wrrr!...
Tu Florek Francuz schylił głowę i złapał zębami rękaw od koszuli Wojtkowej.
— Wojtuś!
— Co?
— Bedem ci syćkie dzieci do krztu trzymoł! Zapisem im cały majątek! Bedem im tak, jak ociec! Bij!!!
I popchnął go do izby. Dwa olbrzymie Hajacki przysunęły się ku drzwiom.
Wtem struna skrzypkowi pękła: przerwał się taniec. Kasia ujrzała Wojtka. Zmieszała się strasznie, zaczerwieniła, choć już od tańca czerwona. Nie wie: czy iść ku niemu, czy nie? co powiedzieć? Zbliża się nakoniec, wyciąga rękę i bąka:
— Wojtuś? Tuś?
— Hawek — odpowiada Wojtek.
Wałęcak pijany, rozgrzany, stoi obok; wyciąga on też rękę ku Wojtkowi.
— Zdróweś, bracie?
— Zdrów.
Wstrząsnęli sobie dłonie, aż trzasło.
Skrzypek pociągnął po strunach: może grać. Wojtek zdejmuje szerokim ruchem kapelusz przed Wałęcakiem, kłania mu się nizko, przyklęka przed nim na kolano, podnosi głowę do góry i powiada:
— Bracie, ustąp mi.
Wałęcak potrząsa głową hardo:
— Nie, bracie!
— Ustąp mi, pytom cię, bracie.
— Nié, bracie!
— Nie fces?
— Nie kcem.
— Zapłacem ci trzy tońce.
— Nie kcem.
— Bracie...
Ale Wałęcak już stoi przed muzyką i śpiewa:

»Nie próguj się, hłopce, w tyj karcmie nawrócić:
Jest haw lepsi hłopcy, mogliby cię skrócić!«

A Wojtek Chroniec odpowiada mu udając, że śpiewa wesoło:

»Abo mię zabijom, abo jo kogosi,
Bo się mi cuprina do góry podnosi!«

Przystanął Wałęcak, spojrzał na Wojtka, Wojtek na niego. Patrzą, uśmiechają się, a grożą sobie oczyma, aż z nich świeczki lecą. Chłopi już miarkują, że tu »cosi bedzie;« odsuwają się trochę, grupują między sobą. Już się baby porwały ku swoim chłopom, stają przy nich, dają sobie znaki, gotują się, bo cosi haw bedzie.
Muzyka gra, Wałęcak tańczy. Tańczy ozwodną nutę dookoła, ale mu jakoś nie idzie. Nie chce skończyć, choćby na złość i przez pychę, a jednak staje przed muzyką i ochrypłym głosem śpiewa do zwyrtu:

»Mój konicek kaśton
Podkowickom trzasnon
Na orawskim gościńcu;
Mnie się serce kraje,
Ohoty dodaje
Ku mojemu dziwcęciu!«

Puszcza Kasię popod rękę, chce objąć wpół i zakręcić w powietrzu na zakończenie, w tem Florek Francuz daje Wojtkowi kułaka w bok i szepce mu:

— Wojtuś!
Wojtek rzuca się naprzód, chwyta Kasię za warkocz, zawinął, jak rżnie o ziemię! Aż jękło, ani nie pisła nawet.
— Ty suko! Takie twoje śluby! — krzyczy Wojtek i kopie ją w piersi.
Wałęcak zgłupiał, gębę otworzył, oczy wybałuszył. Wtem przypadł Staszek Pęckowski, brat Kasi, z boku z krzykiem: »Bij! zabij« — i łap Wojtka za gardło. Oprzytomniał i Wałęcak: dalej do Wojtka.
Pięciu, czy sześciu parobków, przyjaciół i krewnych, jeden ze stołkiem, drugi z jakimś tłuczkiem, trzeci z dzbanem glinianym w ręku, lejąc sobie piwo na głowę, sypnęli się ku Wojtkowi, ale w tej chwili ludzie we drzwiach rozmietli się na dwie strony, jak otręby w żłobie, kiedy krowa na nie dmuchnie, i dwaj olbrzymi niemowy, czarni i świecący od nabitych mosiądzem pasów, podnieśli opalone, nagie po pachy w opadających juhaskich rękawach ramiona. Jak się młoty walą w kościeliskich kuźnicach, podnosząc się bez hałasu, a grzmocąc z łoskotem: tak się niemo dźwignęły i zachrzęściały na głowach ludzkich dwie ich pięście. Z ciżby wydobył się jęk i wrzask. Błyskając niebieskiemi białkami, murzańskie niemowy, i wydając jakieś gardłowe rzężenia, miotali chłopami naokoło siebie, jak snopami w polu.
Dobrze, że nie rąbali, bo Jezus Marya!
Wojtek Chroniec zaś przygniótł kolanami powalonego pod siebie Wałęcaka i dławił pod gardło; obok padła ciupaga.
Ludzie zaczęli się cofać i uciekać z karczmy; muzykanci stłoczyli się przerażeni w kąt ku ścianom. Murzańscy juhasi gnali ciżbę w sień i koło Wojtka zrobiło się wolniejsze miejsce. Wtedy przyśliznął się ku niemu Florek Francuz i trącił go w ramię.
— Wojtuś!
Potem warknął:
— Wrrr!!!
Wtedy Wojtek złapał za ciupagę, wstał, zamachnął się i rżnął obuchem w łeb Wałęcaka, aż mózg wyprysnął. Potem drugi, trzeci, czwarty raz, gdzie trafił.
A Florek Francuz za każdym ciosem podskakiwał w górę i skrzeczał jakimś nieludzkim, jastrzębim piskiem:
— Bij! Jo ci go na funty zapłacem!
Wojtek bił.
A w kącie piszczał Florek Francuz:
— Wojtuś! Wojtuś! Hi, hi, hi!... Podskakiwał i dreptał nogami.
Nagle Wojtek ustał się pastwić, porwał z szynkwasu flaszkę wódki, przechylił — wypił całą. Potem parsknął i spojrzał dookoła. Wałęcak, jak mięso, Kasia podeptana, pokaleczona, zaduszona, zagnieciona w tłumie, we krwi na ziemi. Muzycy w kącie nie mają którędy wyjść.
— Grojcie! — krzyczy ku nim Wojtek.
— Grojcie — powtarza i ciska im z pasa garść talarów.
— Grojcie! — Dźwignął ciupagę.
Skrzypek prędko przykręcił kołek, pociągnął smyczkiem. Wojtek staje przed nimi i śpiewa:

»Zagroj mi, muzycko, jak mi mos zagrać,
Bo po mojej śmierzci mozes sytko zabrać«!

Tańczy. Ślizga się we krwi. Kopnął na bok Wałęcaka. Kasię odwlókł Żyd zbielały ze strachu pod ławę. Z ciekącemi po twarzach podrapanych i potłuczonych strugami krwi, dwaj Hajackowie, dzierżąc ciupagi przy ramionach, stoją we drzwiach. Florek Francuz w kącie podryguje, pokrzykuje i pogwizduje.
Wojtek tańczy, przystanął, śpiewa:

»Gęślicki mi gnijom, basicki basujom,
Na moje nozecki racioski gotujom!«

Tańczy, ale krew go uchodzi, dostał i on niemało w bitce, chwieje się, zaśpiewał jeszcze:

Krzesajom siubienicę, krzesajom z jedliny,
Hej skróś tego kohanio, skróś jednyj dziéwcyny!

— i opadł na ławę. Siadł.
— Zydzie! — woła.
Żyd trzęsie się ze strachu.
— Co pon herśt kazom?
— Daj papir, pióro i tego, jako się to nazywo, co się pisa?
— Jatramynt?
— Rychtyk, jatramynt. Wartko. Naści za to!
Cisnął talara.
Przyniósł Żyd papier, atrament i pióro.
— Pisoj pon, bo jo nie umiem — powiada Wojtek.
Żyd zamaczał pióro.
— Pisoj pon, jako beem mówił:
Do pana postenfirera ziandarów w Nowym Targu. Jo Wojtek Chroniec Sobuścyn, dyzyntyr z pirsego pułku ułanów, meldujem, jakom zabiéł Kasię Pęckowskom skrony przeniewierstwa i Bronisława Wałęcoka Borkowskiego bez co mi sie garła hycił. I prosem, coby mie przyśli brać. Mogom przyńść śmiało, bronił się nie bedem.
Podpisojcie mie: Wojtek Chroniec Sobuścyn. Amen. Poślijcie to woze, coby się przywiezli wartko z miasta.
— A wy, hłopcy — zwrócił się do Hajacków — biercie się w pole, by wos tu nie zabili, abo nie hycili. Jest ta godnie śrybła we węzełku, a dwa kotliki newiućkik cwancygierów zakopane w Ozpadłej Dolinie, ka się z pod wanty woda leje, jako się od suhéj limby dwa strzelenia pudzie na prawo, a pote półtrzecio strzelenia dołu na lawom rękę. Podzielcie się, a rućcie ta ćwierć kotlika bacy, za co mię hował bez lato. Biercie się hore!
Wyciągnął ku nim rękę; uścisnęli się.
— Idźcie z Pane Boge!!
Niemowy popatrzyli na niego, wyszli.
— Zydu — powiada Wojtek — zywa je jesce?
— Wto?
— Kasia.
— Jo ani nie chcem patrzyć... Tyle krwi!...
— Ej, nie zyje, nie zyje! — zapiszczał Florek Francuz i zalał się łzami.
Potem rzucił się na ziemię, zaczął bić głową o podłogę, wydzierać sobie włosy, tarzać się, wić, wyć i jęczeć rozpaczliwie.
A Wojtek Chroniec opuścił głowę na piersi i szepnął:
— Morzy mię sen...
Potem jakby w półśnie zanucił z cicha:

Ej wiaterku od pola, wiaterku wirhowy,
Kie ci sie uhycem, sto buków przeskocem!
Ej wiaterku od pola, wiaterku z pod turnie,
Kie mie wisać pudom, postronek mi urwij!...

Opuścił głowę jeszcze niżej i zmorzył go sen.


Na Skalnem Podhalu ornament (4).jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.