Klub Pickwicka/Rozdział pięćdziesiąty trzeci

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział pięćdziesiąty trzeci,
opisujący ostateczne rozstanie się z panem Jingle i Hiobem Trotterem, zawierający opis pamiętnego poranka, poświęconego interesom w Gray’s Inn Square, a zakończony kilkakrotnem stukaniem do drzwi pana Perkera.

Gdy pan Pickwick po długiem przygotowaniu i licznych zapewnieniach zawiadomił Arabellę o niezadawalniającym wyniku jego wizyty u pana Winkle starszego w Birmingham, nadmieniając przytem, iż niema najmniejszego powodu, by oddawać się rozpaczy, biedna kobieta zalała się łzami, wyrzucając sobie, iż stała się powodem nieporozumienia między ojcem a synem.
„Moje dziecię“, rzekł z dobrocią pan Pickwick, „tyś tu nic nie winna. Trudno było przewidzieć, iż pan Winkle tak źle odniesie się do małżeństwa swego syna. A jestem pewny“, dodał, wpatrując się w jej piękną twarz, „iż nawet nie przypuszcza, jakiej sobie odmawia radości“.
„Ach! Kochany panie Pickwick, cóż my poczniemy, gdy on nie przestanie się na nas gniewać?“
„Będziemy cierpliwie czekać, aż się opamięta, moje kochane dziecię“, rzekł z zadowoleniem pan Pickwick.
„Ale cóż zrobi Nataniel, gdy ojciec odmówi mu swej pomocy?“
„W takim razie, moja droga, gotów jestem założyć się, iż znajdzie jakiego innego przyjaciela, który mu dopomoże do utorowania sobie drogi w świecie“, odparł filozof.
Znaczenie tej odpowiedzi było dość jasne, by Arabella zrozumiała ją. Rzuciła się więc panu Pickwickowi na szyję, serdecznie go ucałowała i zapłakała jeszcze mocniej.
„No, no, uspokój się pani“, rzekł filozof biorąc ją za obie ręce, „poczekamy jeszcze kilka dni i zobaczymy, czy odpisze, lub czy da Natanielowi jaką inną odpowiedź. Jeżeli nie da żadnej, to mam w głowie tuzin planów, z których każdy zapewni wam szczęście. Uspokój się, moja droga“.
To powiedziawszy, pan Pickwick uścisnął rękę Arabelli i poprosił ją, by przestała płakać, gdyż może tem zmartwić męża. Gdy tylko Arabella, najlepsza w świecie istota, usłyszała to, schowała chustkę; a gdy przyszedł pan Winkle, ukazała mu ten sam jaśniejący uśmiech i te same błyszczące oczy, które na początkach ich znajomości zawładnęły jego sercem.
„Przykre jest położenie tego młodego małżeństwa“, powiedział do siebie pan Pickwick na drugi dzień, ubierając się rano. „Muszę iść do Perkera i zasięgnąć jego rady!“
Ponieważ panu Pickwickowi bardzo się śpieszyło pomówić o tym interesie, jak również załatwić swoje rachunki z poczciwym panem Perkerem, kazał prędko podawać śniadanie i tak szybko wykonał swój zamiar, że jeszcze nie wybiła dziesiąta a już był w biurze.
Brakowało całych dziesięciu minut do tej godziny, a pan Pickwick szedł już po schodach, prowadzących do mieszkania adwokata. Dependenci jeszcze nie nadeszli, więc filozof nasz skracał sobie czas wyglądaniem przez okno.
Zdrowe światło październikowego poranka nawet starym domom nadawało wesoły wygląd: niektóre brudne okna miały wyraz prawie przyjemny, gdy padały na nie promienie słońca. Tłumy dependentów adwokackich pokazywały się i znikały w rozmaitych zaułkach. Każdy z nich patrzył na zegar ratuszowy i zwalniał lub przyśpieszał kroku w zależności od pory, w jakiej nominalnie zaczynały się jego godziny biurowe; panowie „od wpół do dziesiątej“ stawali się nagle bardzo ruchliwi, zaś panowie „od dziesiątej“ — bardzo arystokratycznie powolni. Zegar wydzwonił dziesiątą, urzędnicy przyśpieszyli kroku, jeden chciał wyminąć drugiego. Wszędzie rozlegało się echo odmykanych i zamykanych drzwi. W każdem oknie, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, pokazywały się głowy. Portjerzy zajmowali miejsca przy drzwiach. Gospodynie w przydeptanych pantoflach biegły na miasto. Pocztyljon szedł od domu do domu. Wszędzie zawrzało życie.
„Wczesny z pana ptak, panie Pickwick!“ zawołał jakiś głos.
„A, pan Lowten!“ powiedział filozof, oglądając się i poznając starego znajomego.
„Trochę za gorąco, by spacerować“, powiedział pan Lowten.
„Tak możnaby sądzić po panu“, powiedział pan Pickwick, patrząc na purpurowe oblicze dependenta.
„Miałem kawał drogi“, objaśnił pan Lowten. „Biło wpół, kiedy byłem jeszcze przy Polygonie! Ale zdążyłem przed nim, więc mniejsza o to!“
Pocieszywszy się tą refleksją, pan Lowten wyjął klucz, otworzył biuro, schował klucz do kieszeni i wyjął listy, które pocztyljon wrzucił do skrzynki, poczem wprowadził pana Pickwicka do biura. Tu w mgnieniu oka uwolnił się od marynarki, włożył stare ubranie, które chował w biurku, powiesił kapelusz, poukładał kilka stosów papierów i dokumentów w równoległe rzędy i, założywszy pióro za ucho, zatarł ręce z miną wielce zadowoloną.
„Jużem gotów, jak pan widzi“, powiedział. „Zdjąłem kurtkę spacerową, przebrałem się po biurowemu — jak chce, niech przychodzi! Ma pan przy sobie szczyptę tabaki?“
„Nie“, odpowiedział pan Pickwick.
„Mocno żałuję!“ powiedział pan Lowten. „Mniejsza o to! Skoczę po butelkę wody sodowej! Czy nie wyglądam trochę nie tego koło oczu?“
Indywiduum, do którego zwrócone były te słowa, przyjrzało się panu Lowtenowi z pewnej odległości, poczem stwierdziło, że koło oczu nie ma nic „nie tego“.
„Bardzom rad!“ zawołał pan Lowten. „Zabawiliśmy się wczoraj zbyt długo pod „Ogarkiem“ i zawsze na drugi dzień czuję się niewyraźnie... Pan Perker zajmuje się już pańską sprawą!“
„Jaką sprawą?“ zapytał pan Pickwick. „Kosztami procesu z panią Bardell?“
„Nie, sprawą tego jegomościa, za którego weksel płaciliśmy na pański rachunek po dziesięć szylingów za sto, aby, jak pan wie, wydobyć go z więzienia Fleet-street i wyprawić do Demeraru“.
„A! Pana Jingle!“ zawołał żywo pan Pickwick. „Jakże poszło?“
„Wszystko już ułożone. Nasz ajent w Liwerpoolu pisze, iż niejednokrotnie doznawał uprzejmości od pana, gdyś pan zajmował się jeszcze interesami, i że wyśle pana Jingle do Ameryki, jeżeli pan poleci“.
„Bardzo mię to cieszy“, rzekł pan Pickwick.
„Ale“, dodał pan Lowten, skrobiąc pióro na razie po drugiej stronie, by zrobić nowe nacięcie, „ale ten drugi, cóż to za wrażliwy pan?“
„Jaki drugi?“
„Ten służący, czy przyjaciel... ten... pan wie przecież: Trotter.“
„Ba!“ zawołał pan Pickwick, „o tym zawsze myślałem coś wprost przeciwnego“.
„I ja także. Sądziłem z tego tylko, co o nim wiedziałem. Ale to dowodzi tylko, jak łatwo można się mylić. Coby pan powiedział na to, gdyby i Trotter pojechał do Ameryki?“
„Co? Nie chce przyjąć tego, co mu tu daję?“ zawołał pan Pickwick.
„Nie chce. Propozycja pana Perkera, że da mu osiemnaście szylingów tygodniowo, z przyrzeczeniem podwyżki, jeżeli się będzie dobrze sprawował, nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia“, odparł pan Lowten. „Powiada, że musi jechać z tamtym. Namówili więc Perkera, by raz jeszcze napisał, no i wpakowaliśmy go również tam, gdzie, jak powiada pan Perker, ani w przybliżeniu nie będzie mu się powodzić tak dobrze, jak przestępcy w Nowej Walji, gdy staje przed sądem w nowem ubraniu“.
„Co za szaleństwo!“ zawołał pan Pickwick z rozpromienioną twardą. „Co za szaleństwo!“
„To, panie, gorzej niż szaleństwo!“ odrzekł pan Lowten pogardliwie. „To ciężka głupota. Mówi, że to jego jedyny przyjaciel, że całą duszą jest do niego przywiązany, i t. d. Przyjaźń, to piękna rzecz! Wszyscy jesteśmy przyjaciółmi pod „Ogarkiem“, zwłaszcza przy grogu i gdy każdy płaci za siebie! Ale djabłaby tam chciał się kto poświęcać za innych! Człowiek powinien mieć tylko dwa rodzaje przywiązania: pierwsze do zaimka osobowego w pierwszej osobie, drugie do dam w ogólności! Taki jest mój system! Ha, ha, ha!“ Pan Lowten zakończył śmiechem pół drwiącym, pół wesołym, który nagle urwał się na dźwięk kroków pana Perkera; na ten dźwięk bardzo zręcznie usiadł na krzesło i zaczął usilnie machać piórem.
Przywitanie pana Pickwicka z jego doradcą prawnym było serdeczne i ciepłe; zaledwie jednak klijent usiadł w fotelu adwokata, gdy jakiś głos spytał, czy pan Perker przyjmuje.
„To, panie, jeden z naszych wagabundów“, rzekł pan Perker, „czy chce pan go widzieć?“
„Jak pan myśli?“ rzekł pan Pickwick z wahaniem.
„Ja myślę, że tak będzie najlepiej. No, panie, jak się tam pan nazywa... proszę wejść“.
Na to swobodne zaproszenie weszli pan Jingle i Hiob Trotter, ale ujrzawszy pana Pickwicka, stanęli zmieszani.
„No?“ zapytał pan Perker, „poznajesz pan tego gentlemana?“
„O!“ zawołał pan Jingle, podchodząc, „niemało mam do tego powodów. Panie Pickwick; najszczersze dzięki; uratowany od śmierci; oswobodzony; wyzwolony. Nigdy pan nie pożałuje tego“.
„Miło mi to słyszeć od pana“, odrzekł pan Pickwick. „Teraz wygląda pan lepiej“.
„Wszystko z łaski pana. Wielka zmiana. Więzienie Jej Królewskiej Mości jest niezdrowe, bardzo niezdrowe“.
Pan Jingle był ubrany skromnie i przyzwoicie, również Hiob, stojący za nim i wpatrujący się w pana Pickwicka.
„Kiedy jedziecie do Liwerpoolu?“ zapytał pan Pickwick.
„Dziś, o siódmej wieczorem“, rzekł Hiob, występując naprzód; „dyliżansem pocztowym z City“.
„Macie już miejsca?“
„Tak jest“, rzekł Hiob.
„Więc stanowczo jesteś zdecydowany jechać?“ zapytał pan Pickwick.
„Zupełnie, proszę pana“.
„Co do pana Jingle“, rzekł pan Perker głośno, zwracając się do pana Pickwicka, „to ułożyliśmy się, że co trzy miesiące będzie mu się potrącać pewną kwotę z jego pensji, celem opłacenia wydatków, co nastąpi w ciągu roku. Jestem stanowczo przeciwko temu, byś pan robił coś dla niego, mój drogi panie, na co nie zasłużył pracowitością i dobrem prowadzeniem“.
„Rozumie się“, przerwał pan Jingle stanowczo. „Uwaga słuszna; człowiek praktyczny; sądzi zdrowo, bardzo zdrowo“.
„Zaspakajając wierzycieli, wykupując zastawione suknie, żywiąc w więzieniu, opłacając przejazd do Ameryki, stracił pan już około pięćdziesięciu funtów...“ mówił dalej pan Perker, nie zwracając uwagi na to, co powiedział pan Jingle.
„Nie stracił!“ zawołał energicznie pan Jingle; „wszystko będzie zapłacone. Będę pracował jak koń. Może żółta febra... to trudno... ale jeżeli nie...“
Tu pan Jingle zatrzymał się, uderzył mocno dłonią po kapeluszu, podniósł rękę do oczu, potem usiadł.
„Chce przez to powiedzieć“, dodał Hiob, „że jeżeli go nie zabierze żółta febra, to zapłaci wszystko. Jeżeli będzie żył, panie Pickwick, to dotrzyma słowa; daję na to moją rękę. Jestem pewny, że dotrzyma“, powtórzył Hiob z wielkim zapałem; „przysięgam“.
„Dobrze, dobrze“, odrzekł pan Pickwick, który rzucił Perkerowi kilkadziesiąt gniewnych spojrzeń, by dać mu do poznania, że nie życzy sobie wyliczania swych dobrodziejstw, na co jednak mały adwokat nie zwracał najmniejszej uwagi. „Radzę panu tylko“, dodał z uśmiechem, zwracając się do pana Jingle, „byś pan nie brał udziału w takich niezwykłych meczach krokietowych i nie zadawał się z sir Tomaszem Blazo. Wtenczas, nie wątpię, że nie straci pan zdrowia“.
Pan Jingle uśmiechnął się, ale miał minę trochę głupią, więc pan Pickwick zmienił temat rozmowy.
„Nie wie pan przypadkiem, co się stało z drugim naszym przyjacielem, tym skromniejszym, którego widziałem w Rochester?“
„Z ponurym Jemmy?“ spytał pan Jingle.
„Tak“.
Pan Jingle pokiwał głową.
„Mądry łotr, zabawny facet, genjalny kpiarz, brat Hioba“.
„Brat Hioba!“ zawołał pan Pickwick. „Tak, teraz nawet widzę podobieństwo!“
„Często biorą nas jednego za drugiego“, powiedział Hiob z chytrym uśmiechem w kątach ust. „Ale ja byłem zawsze poważniejszy od niego. Wyemigrował do Ameryki, proszę pana, zabardzo dał się tu we znaki, żeby mu pozwolili żyć spokojnie! I nie dał więcej o sobie znaku życia!“
„To tłumaczy, dlaczego nigdy nie otrzymałem obiecanych „Kartek z prawdziwego życia“, które miał mi dostarczyć w ów dzień, kiedy to podejrzewano, że popełnił samobójstwo“, powiedział pan Pickwick z uśmiechem. „Na Rochester Bridge! Nie potrzebuję pytać, czy jego posępne usposobienie było udane, czy szczere!“
„On potrafi wszystko udać“, powiedział Hiob. „Pańskie szczęście, proszę pana, że się pan tak tanio od niego wykupił! Przy bliższem poznaniu mógł być nawet niebezpieczniejszy od... od...“ Hiob spojrzał na pana Jingle, zawahał się i dodał: „ode mnie nawet!“
„Obiecująca rodzinka, panie Trotter“, powiedział pan Perker, zalakowując napisany właśnie list.
„Tak, panie“ odpowiedział Hiob. „I bardzo!“
„No“, powiedział mały adwokat z uśmiechem. „Mam nadzieję, że pan nie spełni nadziei pokładanej w panu! Proszę oddać ten list agentowi po przybyciu do Liverpoolu, i jeśli mi wolno radzić, nie dajcie się panowie zbyt szybko poznać w Indjach Zachodnich. Jeżeli zmarnujecie tę sposobność, zasługujecie obaj na stryczek, który, według mnie, słusznie wam się należy! A teraz zostawcie nas z panem Pickwickiem, mamy ze sobą jeszcze inne interesy, a czas jest drogi!“ To mówiąc, Perker spojrzał na drzwi, starając się jak można skrócić pożegnanie.
Ze strony pana Jingle nie trwało ono długo. W krótkich słowach podziękował adwokatowi za życzliwość i szybkość, z jaką pokierował jego interesami, potem, zwróciwszy się do swego dobroczyńcy, stał przez kilka chwil jakby niezdecydowany, co ma zrobić lub powiedzieć. Hiob zakończył tę niepewność, skłoniwszy się nisko i z wdzięcznością panu Pickwickowi, poczem uprzejmie ujął pod rękę swego przyjaciela i wyprowadził go.
„Godna siebie para!“ powiedział pan Perker, gdy drzwi zamknęły się za nimi.
„Mam nadzieję, że tem się staną“, odrzekł pan Pickwick. „Jak pan przypuszcza? Czy jest możliwe, że ich nawrócenie będzie stałe?“
Perker wzruszył ramionami z powątpiewaniem, ale widząc przerażone i rozczarowane spojrzenie pana Pickwicka, powiedział:
„Oczywiście, że jest to możliwe! W obecnej chwili są bezwzględnie skruszeni i dobrze pamiętają, co niedawno wycierpieli. Co się z nimi stanie, gdy pamięć tego osłabnie, tego nie możemy odgadnąć, ani pan, ani ja! W każdym razie, kochany panie“, dodał Perker, kładąc rękę na ramieniu pana Pickwicka, „pański czyn przynosi panu zaszczyt, bez względu na skutek, jaki przyniesie. Czy ten rodzaj uczynności, tak dalekowzroczny i wspaniałomyślny, że aż rzadko stosowany, może być nazwany prawdziwem miłosierdziem, czy omamieniem siebie samego, pozostawiam do rozstrzygnięcia mądrzejszym ode mnie. Ale nawet gdyby te dwa daraby zaraz jutro dokonały napadu bandyckiego, sąd mój o pańskim czynie nie zmieni się przez to!“
Wypowiedziawszy powyższe uwagi w ów uroczysty i natchniony sposób, właściwy gentlemanom jego profesji, pan Perker przysunął sobie krzesło do biurka i wysłuchał opowieści pana Pickwicka o tem, jak się uparł pan Winkle.
„Dajcie mu tydzień do namysłu!“ rzekł mały adwokat, proroczo kiwając głową.
„Czy myśli pan, że ustąpi?“
„Rozumie się. Jeżeli nie, uciekniemy się do zdolności przekonywania, jakie posiada ta młoda dama, od czego każdy inny, a nie pan, byłby zaczął zaraz na początku“, odparł pan Perker.
Po wynurzeniu takiego zdania, pan Perker zażył ogromną szczyptę tabaki, wzruszając ramionami na dowód, jak wysoce ceni przekonywawcze zdolności młodych dam. Wtem, w pierwszym pokoju dały się słyszeć głosy, a następnie pan Lowten zapukał.
„Proszę wejść!“ rzekł mały adwokat.
Dependent wszedł i zamknął za sobą drzwi z miną tajemniczą.
„Co tam?“ zapytał pan Perker.
„Pytają o pana“.
„Kto?“
Lowten spojrzał na pana Pickwicka i kaszlnął.
„Mów pan, kto o mnie pyta?“
„Panowie Dodson i Fogg“.
„Ach prawda!“ zawołał pan Perker spoglądając na zegarek; „umówiłem się z nimi, by przyszli tu o pół do dwunastej, celem zakończenia pańskiej sprawy, panie Pickwick. Dałem im rewers, za który przysłali mi pańskie zwolnienie z więzienia. Przychodzą mi teraz bardzo nie w porę; cóż pan zrobi teraz ze sobą, drogi panie? Może zechce pan przejść do drugiego pokoju?“
Pan Pickwick z wyraźnie powstrzymywanem wzruszeniem oświadczył, iż zostanie tam gdzie jest; że to panowie Dodson i Fogg powinni wstydzić się spojrzeć mu w twarz, ale że on może patrzeć na nich nie rumieniąc się. Z rumieńcami na twarzy i wszystkiemi oznakami oburzenia prosił pana Perkera, by zechciał o tem nie zapominać.
„Bardzo dobrze, panie“, odrzekł pan Perker. „Ale muszę panu powiedzieć: jeżeli pan przypuszcza, że Dodson i Fogg okażą jakąkolwiek skruchę i żal, ponieważ przyszło panu czy komu innemu spojrzeć w twarz, to jest pan w swoich przypuszczeniach największym optymistą, jakiego kiedykolwiek widziałem. Lowten! Niech ci panowie wejdą“.
Lowten znikł, uśmiechając się, a po chwili wrócił, by, według obowiązujących form, wprowadzić firmę, najpierw Dodsona, potem Fogga.
„Sądzę, że panowie znacie już pana Pickwicka“, rzekł pan Perker, wskazując piórem w kierunku, gdzie siedział filozof.
„Jak się pan ma, panie Pickwick!“ zawołał Dodson donośnym głosem.
„Jak się pan ma?“ powtórzył Fogg. „Przypuszczam, że dobrze. Mam wrażenie, że znam pana“, dodał, biorąc krzesło i oglądając się dokoła z uśmiechem.
Pan Pickwick bardzo lekko kiwnął głową, potem, widząc, że Fogg wyjmuje z kieszeni papiery, cofnął się we wnękę okna.
„Pan Pickwick nie potrzebuje się oddalać“, rzekł Fogg do pana Perkera, uwalniając papiery z czerwonego sznurka i uśmiechając się jeszcze przyjemniej; „pan Pickwick zna tę sprawę dość dokładnie; między nami niema tajemnic, ha, ha, ha!“
„Niema“, dodał Dodson, „ha, ha, ha!“
Potem obaj sprzymierzeni roześmiali się razem z zadowoleniem i wesoło, jak zazwyczaj czynią to ludzie, gdy mają otrzymać pieniądze.
„Pan Pickwick będzie musiał żałować swej ciekawości“, rzekł pan Fogg z bardzo swobodnym humorem, gdy porządkował papiery. „Suma kosztów wynosi sto trzydzieści trzy funty, sześć szylingów i cztery pensy, panie Perker“.
Podczas gdy panowie Perker i Fogg zajęli się sprawdzaniem rachunków celem ustalenia zysków i strat, i obracali kartki, pan Dodson odezwał się z wielką uprzejmością do pana Pickwicka:
„Nie wygląda pan obecnie tak dobrze, jak wówczas, gdy miałem zaszczyt widzieć pana ostatni raz“.
„Bardzo być może“, odrzekł pan Pickwick, który już rzucił na obydwóch łobuzów tysiące spojrzeń pełnych oburzenia, co jednak nie sprawiło najmniejszego wrażenia; „w ostatnich czasach byłem prześladowany przez łotrów“.
Pan Perker kaszlnął głośno i spytał pana Pickwicka, czyby nie zechciał przeczytać porannych gazet? Ale pan Pickwick stanowczo odmówił.
„Racja!“ powiedział pan Dodson. „Założę się, żeś pan miał wiele przykrości w więzieniu! Straszne tam towarzystwo! Gdzie pan mieszkał, panie Pickwick?“
„Miałem pokój na tem samem piętrze, co kawiarnia!“ objaśnił nie posiadający się z oburzenia pan Pickwick.
„Naprawdę? Zdaje się, że to najsympatyczniejsza część gmachu“.
„Rzeczywiście“, sucho odpowiedział pan Pickwick.
Zimna krew tego nędznika na gentlemana o wybuchowym temperamencie mogła podziałać dość podniecająco. Pan Pickwick nadludzkim wysiłkiem powstrzymywał swój gniew. Ale gdy pan Perker wypisał przekaz na całą sumę, a Fogg schował go do kieszonki od kamizelki z triumfalnym uśmiechem na swojem obleśnem obliczu, który to uśmiech natychmiast znalazł odzwierciadlenie na twarzy pana Dodsona, filozof poczuł, że krew uderza mu do głowy.
„Panie Dodson!“ powiedział pan Fogg, chowając notes i naciągając rękawiczki, „jestem na pańskie rozkazy!“
„Służę panu“, odpowiedział pan Dodson wstając.
„Jestem bardzo rad“, powiedział pan Fogg, złagodzony nieco posiadaniem przekazu, „że miałem sposobność poznać pana, panie Pickwick! Przypuszczam, że nie myśli pan już o nas tak nieżyczliwie jak wtedy, gdyśmy się po raz pierwszy widzieli!“
„Mam nadzieję!“ powiedział pan Dodson tonem obrażonej cnoty. „Pan Pickwick miał sposobność poznać nas lepiej! Bez względu na to, co pan sądzi o ludziach naszej profesji, zapewniam pana, że nie czuję żalu ani chęci zemsty za uczucia, jakie uważał pan za stosowne okazać nam w naszem biurze na Freeman Courts, Cornhill, o czem raczył wspomnieć mój wspólnik“.
„Nie, nie! I ja!“ dodał pan Fogg, tonem wybaczającym.
„Postępowanie nasze mówi za siebie i usprawiedliwi nasze stanowisko jak w tym tak w każdym wypadku. Pracujemy w naszym zawodzie od lat już kilku, szanowny panie, i cieszymy się poważaniem wielu bardzo szanownych klijentów. Dowidzenia panu!“
„Dowidzenia panu, panie Pickwick!“ powiedział pan Fogg. To mówiąc, włożył parasol pod pachę, zdjął rękawiczkę z prawej ręki i wyciągnął dłoń do gotującego się z gniewu pana Pickwicka. Filozof natychmiast schował obie ręce do kieszeni i obrzucił go wzrokiem pełnym bezgranicznej pogardy.
„Lowten!“ zawołał w tej chwili pan Perker. „Otwórz pan drzwi!“
„Zatrzymaj się pani“ zawołał pan Pickwick. „Teraz ja chcę mówić!“
„Mój kochany panie“, przerwał mały adwokat, który przez cały ten czas stał jak na rozżarzonych węglach, „niech już będzie temu koniec; proszę pana, panie Pickwick...“
„Panie!“ odpowiedział żywo pan Pickwick; „nikt mię nie zmusi do milczenia! — Panie Dodson“, mówił dalej, „pan zwrócił się do mnie z pewnemi uwagami...“
Dodson odwrócił się, pochylił grzecznie głowę i uśmiechnął się.
„Tak, z pewnemi uwagami...“ ciągnął dalej pan Pickwick zadyszany, „wspólnik pana podał mi rękę, a obaj panowie stosowaliście do mnie wybaczający, wspaniałomyślny ton, co jest taką bezczelnością, jakiej nawet u panów nie spodziewałem się“.
„Co, panie?“ zapytali razem Dodson i Fogg.
„Czy wiecie, że padłem ofiarą waszych haniebnych sposobów i sztuczek? Czy wiecie, iż jestem właśnie tym, którego uwięziliście i ograbiliście? Czy wiecie, iż jesteście pełnomocnikami pani Bardell?“
„Wszystko to jest nam wiadome“, odrzekł Dodson.
„Wiadome!“ dodał Fogg, uderzając się — może przypadkiem — po kieszeni...
„Widzę, że pamięć o tem miła jest panom“, powiedział pan Pickwick, usiłując uśmiechnąć się z goryczą, co mu się zresztą nie udało. „Chociaż dawno chciałem panom w słowach dobitnych wytłumaczyć, co o panach myślę, wyrzekłbym się tej przyjemności przez wzgląd na mego przyjaciela, Perkera, gdyby nie trudny do zniesienia ton panów i ta bezczelna poufałość!... Powtarzam: bezczelna poufałość!“ dodał, odwracając się do pana Fogga ruchem tak gniewnym, że Fogg uważał aż za stosowne jak najszybciej cofnąć się w kierunku drzwi.
„Zastanów się pan, co mówisz!“ zawołał pan Dodson, który, aczkolwiek ważniejsza osobistość od swego towarzysza, przezornie ukrył się za plecami pana Fogga i mówił nad jego głową, blady jak kreda. „Pozwól mu, niech cię obraża, Fogg! Nie przeszkadzaj mu!“
„Nie mam tego zamiaru“, odpowiedział pan Fogg, cofając się trochę dalej jeszcze, ku wielkiemu zadowoleniu swego partnera, który w ten sposób znalazł się poza obrębem biura.
„Jesteście“, mówił dalej pan Pickwick, podchwytując nić przerwanej mowy, „jesteście dwaj doskonale dobrani złodzieje, łotry, oszuści!“
„Czy to już wszystko?“ wmieszał się pan Perker.
„Wszystko się w tem zawiera!“ odrzekł pan Pickwick. „Łotry, oszuści!“
„Dobrze, dobrze“, powiedział adwokat pojednawczym tonem. „Moi kochani panowie, pan Pickwick powiedział wszystko, co miał do powiedzenia! Teraz proszę, byście wyszli. — Czy drzwi otwarte, Lowten?“
Lowten uśmiechem odpowiedział, że tak jest.
„Więc żegnam panów, dowidzenia, dowidzenia, proszę panów, proszę panów! Panie Lowten! Drzwi!“ mówił mały adwokat, wypychając Dodsona i Fogga za drzwi. „Tędy, kochani panowie, tędy, proszę, nie zatrzymujcie się, tędy, Lowten, drzwi, dlaczego nie otwiera pan drzwi?!“
„Jeżeli jest prawo w Anglji“, powiedział pan Dodson, patrząc na pana Pickwicka i nakładając kapelusz, „zapłaci nam pan za to!“
„Złodzieje!“ krzyknął pan Pickwick.
„Pamiętaj pan! Drogo za to zapłacisz!“
„...Łotry! Oszuści!“ wołał za nimi pan Pickwick, nie zwracając najmniejszej uwagi na groźby.
„Bandyci!“ zawołał pan Pickwick, wybiegając na schody, któremi schodzili obaj adwokaci.
„Bandyci!“ wołał pan Pickwick, wyrywając się panu Perkerowi, oraz panu Lowtenowi i biegnąc do okna.
Gdy cofnął swą głowę od okna, twarz jego była uśmiechnięta, rozpromieniona i pogodna. Spokojnie wszedł do biura i oświadczył, że wielki kamień spadł mu z serca i obecnie czuje się bardzo zadowolony.
Perker milczał z początku, potem wziął niuch tabaki z tabakierki, posłał Lowtena po nowy zapas tabaki, i dopiero wtedy wybuchnął śmiechem, który wstrząsał nim przez dobre pięć minut. Gdy się wreszcie uspokoił, oznajmił, że czuje, iż powinien bardzo się gniewać, ale nie może o tej sprawie myśleć poważnie, a jak będzie mógł, to pomyśli!
„Teraz, kochany panie“, powiedział pan Pickwick, „musimy załatwić ze sobą rachunki!“
„W taki sam sposób jak tamte?“ zapytał pan Perker, na nowo wybuchając śmiechem.
„Niezupełnie“, powiedział pan Pickwick, wyciągając notes i serdecznie ściskając dłoń plenipotenta. „Miałem na myśli rachunki finansowe. Zrobił pan dla mnie bardzo wiele — nigdy panu za to nie będę w stanie zapłacić! I nie chcę zapłacić! Wolę być pańskim dłużnikiem!“
Po tej rozmowie dwaj przyjaciele zagłębili się w bardzo poważne i zawiłe rachunki, które przedstawił pan Perker, a pan Pickwick natychmiast uregulował z oznakami wielkiej wdzięczności i życzliwości.
Zaledwie skończyli, rozległo się silne pukanie do drzwi. Nie było to zwykle podwójne pukanie, ale nieprzerwany szereg jednostajnych uderzeń, jak gdyby pukający bez przerwy ruszał rękami lub zapomniał co robi.
„A to co takiego?“ zdumiał się Perker.
„Zdaje mi się, że pukają do drzwi!“ odrzekł pan Pickwick, jak gdyby ktoś mógł mieć co do tego najmniejszą wątpliwość.
Pukający dał odpowiedź głośniejszą niż dać mógł jakiemikolwiek słowami, nie przestając pukać — coraz głośniej i coraz mocniej.
„Słowo daję!“ zawołał pan Perker, chwytając za dzwonek. „Poruszymy cały gmach! Panie Lowten, słyszy pan pukanie?“
„Zaraz otworzę, proszę pana!“ odpowiedział dependent.
Zdawało się, że pukający słyszy odpowiedź i pragnie dać dowód, że nie może czekać tak długo. Wyraził to z niemożliwym hałasem.
„To niemożliwe!“ zawołał pan Pickwick, zatykając sobie uszy.
„Spiesz się pan, panie, Lowten, bo nałożą nam karę!“ zawołał Perker.
Pan Lowten, który właśnie mył ręce w ciemnej alkowie, pobiegł do drzwi i, otworzywszy je, ujrzał to, co opiszemy w następnym rozdziale.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.