Klub Pickwicka/Rozdział pięćdziesiąty drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo J. Przeworskiego
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział pięćdziesiąty drugi,
opisujący ważną zmianę w rodzinie Wellerów i przedwczesny upadek czerwonosego.

Uważając, że jest rzeczą delikatności nie przedstawiać młodej pary panu Benowi Allenowi i panu Bobowi Sawyerowi bez uprzedniego przygotowania, i chcąc równocześnie oszczędzać Arabellę, pan Pickwick zaproponował, by on i Sam zatrzymali się w pobliżu oberży pod „Jerzym i Jastrzębiem“, zaś młodzi ludzie poszukali sobie kwatery gdzieindziej. Wszyscy zgodzili się na ten układ; pan Ben i pan Bob udali się do wiadomej sobie garkuchni na krańcach Borough, gdzie za dawnych czasów nazwiska ich nieraz figurowały na szczycie długich i zawiłych rachunków, zapisywanych kredą.
„Ach, to pan panie Weller! Dzień dobry, panie Weller!“ zawołała piękna pokojówka, spotkawszy Sama w korytarzu.
„Dla mnie zawsze jest dzień dobry, gdy pannę widzę“, odpowiedział Sam, zostając nieco wtyle, by pan jego nic nie słyszał. „O! Jakie z panny śliczne stworzenie!“
„No! Panie Weller! Co też pan mówi? I daj mi pan pokój, panie Weller!“
„Czemu mam dać pokój, moja droga?“
„A temu, co pan robisz!... Puśćże mnie pan!“ dodała piękna dziewczyna, uśmiechając się, a odpychając Sama do ściany, oświadczyła, że pomiął jej czepek i potargał włosy. „Nie daje pan sobie powiedzieć“, dodała, „że od trzech dni czeka tu na pana list. Przysłano go zaraz po pańskim wyjeździe, a na kopercie napisano: pilno“.
„Gdzież ten list, moja droga?“
„Wzięłam go, inaczej pewnoby zaginął. Ale doprawdy, nie jest pan wart tego“.
Po tych słowach i po wielu małych, zalotnych, miłych wątpliwościach i obawach, czy aby nie zgubiła go, Mary wydobyła z za prześlicznego swego gorsu list i podała Samuelowi; ten naprzód ucałował go z wielką galanterją i szacunkiem.
„Oho!“ zawołała Mary, poprawiając sobie chustkę na gorsie i udając, że nie wie o co chodzi, „czy nie zakochał się pan w tym liście?“
Sam odpowiedział tylko wzrokiem, o którego wyrazie żaden opis nie może dać najsłabszego nawet wyobrażenia, potem, usiadłszy koło Mary pod oknem, otworzył list i przejrzał jego treść.
„Oho!“ zawołał, „a to co znaczy?“
„Spodziewam się, że nic złego?“ rzekła Mary, zaglądając mu przez ramię.
„Niech Bóg błogosławi twoje piękne oczy!“ rzekł Sam, odwracając się.
„Nie troszcz się pan o moje oczy, a lepiej czytaj, co tam piszą!“ odparła piękna pokojówka, rzucając przy tem tak zalotnie oczyma, że nie podobna było oprzeć się temu.
Sam orzeźwił się pocałunkiem i począł czytać co następuje:

„Markiz Granby obok Darken. Środa.

„Mój kochany Samuelu!
„Przykro mi, iż mam przyjemność uwiadomić cię o złych wiadomościach. Twoja macocha dostała kataru a wskutek tego była o tyle nieostrożna, że długo siedziała na wilgotnej łące podczas deszczu, ażeby czekać na pasterza, który pokazał się bardzo późno w nocy, gdyż upił się grogiem i nie mógł prędko wytrzeźwieć. Doktor mówi, że gdyby wtenczas napiła się grogu gorącego a nie przedtem, toby jej nie zaszkodziło. Koła jej zostały zaraz posmarowane i zrobiono, co tylko można było, by się dalej toczyły. Twój ojciec spodziewał się, że będzie toczyła się jak zwykle, ale właśnie na skręcie, mój synu, pojechała złą drogą i potoczyła się z góry z wielką szybkością i chociaż doktor chciał ją zahamować, ale to się na nic nie zdało i odjechała do ostatniej stacji wczoraj wieczorem o godzinie szóstej bez dwudziestu minut ukończywszy podróż daleko prędzej niż zwykle, może dlatego, że nie brała wielu pakunków w drogę. Ojciec twój mówi, że jeżeli chcesz mnie odwiedzić, Sammy, to będzie bardzo kontent, bo jestem bardzo samotny, Samiwelu. N. B. Chce, żeby ci mógł coś powiedzieć, bo inaczej nie będzie dobrze, a ponieważ wiele jest rzeczy do załatwienia, jest pewny, że gubernator nie odmówi. Pewno, że nie odmówi Sammy, bo ja go znam dobrze, więc posyłam mu moje uszanowanie, do którego przyłączam się na całe życie piekielnie przywiązany Twój ojciec

Tony Weller“.
„Dziwny list“, rzekł Sam. „Kto tu z tego może być mądry? To nie jego ręka, wyjąwszy podpis. To nabazgrał sam, bo litery, jak konie“.

„Może kazał napisać komu, a potem podpisał“, zauważyła piękna pokojówka.
„Zaczekajno panna trochę“, odpowiedział Sam, raz jeszcze przeglądając list. „Tak, tak, ma panna słuszność. Gentleman, który to pisał, pisał o tem nieszczęściu jak należy, ale nadszedł mój ojciec, zaczął mu zaglądać przez ramię i wszystko pomieszał przez swoje dodatki. On tak zawsze robi. Masz słuszność, kochana Mary“.
Uspokoiwszy się i co do tego punktu, Sam jeszcze raz odczytał list i teraz dopiero zrozumiawszy dokładnie jego treść, złożył go i powiedział smutno:
„A więc biedna kobiecina umarła. Szkoda; nie miałaby złego charakteru, gdyby ci pasterze dali jej spokój. Bardzo mię to zasmuciło“.
Sam powiedział te słowa tak poważnie, iż piękna Mary spuściła oczy i także bardzo spoważniała.
„No“, zawołał wkońcu Sam, kładąc list do kieszeni z lekkiem westchnieniem, „tak stać się musiało i teraz stało się; niema na to rady, jak powiedziała pewna stara dama, poślubiwszy swego lokaja. Nieprawdaż, Mary?“
Mary pochyliła głowę i westchnęła.
„Teraz muszę prosić imperatora o urlop“.
Mary znów westchnęła; list tak był rozczulający.
„Adieu!“ rzekł Sam.
„Adieu!“ odpowiedziała piękna pokojówka, odwracając głowę.
„Podasz mi przecież rękę na pożegnanie?“
Piękna dziewczyna podała mu rękę, bardzo drobną, chociaż była to ręka pokojówki. Potem wstała, by odejść.
„Niedługo zabawię“, rzekł Sam.
„Pana nigdy niema w domu“ odpowiedziała Mary, trochę niechętnie rzucając głowę. „Zaledwie pan wróci, zaraz znów wyjeżdża“.
Sam pociągnął ku sobie garderobianą piękność i począł jej coś szeptać; nie trwało długo a Mary przestała odwracać twarz i znów zaczęła na niego patrzeć. Gdy się rozstali, musiała zajść do swego pokoiku, by tam poprawić sobie po raz drugi czepek i włosy, zanim pokaże się swej rozkazodawczyni. Gdy w tym celu wchodziła po schodach, lekko stąpając, uszczęśliwiła Sama mnóstwem pozdrowień i uśmiechów, rzucanych przez barjerę.
„Zabawię najwyżej dzień lub dwa, panie“, powiedział Sam do pana Pickwicka, zawiadomiwszy go o stracie, jaką poniósł jego ojciec.
„Zabaw ile wypadnie, mój kochany“, odrzekł filozof; „zgóry pozwalam ci na to“.
Sam ukłonił się.
„Powiedz twemu ojcu, że jeżeli mogę mu się jakoś przydać w obecnem jego położeniu, to gotów jestem zrobić wszystko, co będzie w mojej mocy“, dodał pan Pickwick.
„Bardzo dziękuję panu; powiem mu“.
Po takich oświadczeniach obustronnej przychylności i obustronnego zrozumienia, pan i sługa rozstali się.
Była siódma wieczorem, gdy Samuel Weller wysiadł z dyliżansu, idącego przez Dorking, o kilkaset kroków od „Markiza Granby“. Wieczór był zimny i smutny, mała ulica ciemna i pusta, i nawet mahoniowa twarz szlachetnego i mężnego markiza, kołysanego przez wiatr, miała wyraz jakby bardziej niż zwykle ponury i melancholijny. Firanki w oberży były pozapuszczane, okiennice w części pozamykane; przed drzwiami nie było ani śladu próżniaków, którzy zwykle się tu gromadzili; wszystko było smutne i puste.
Widząc, że niema nikogo, kogoby się można zapytać, jak i co się stało, Sam wszedł pocichu do domu i wkrótce ujrzał szanownego swego ojca.
Wdowiec siedział przy niewielkim, okrągłym stole, w pokoiku za bufetem, i palił fajkę z oczyma wlepionemi w ogień. Widocznie pogrzeb odbył się w dniu dzisiejszym, gdyż krepowa szarfa, długa na półtora łokcia, zdobiła jeszcze kapelusz, który pan Weller miał na głowie i niedbale spadała na oparcie krzesła. Weller był tak głęboko zamyślony, iż Sam napróżno wołał go kilkakrotnie po imieniu. Stary ciągle palił fajkę z nieruchomą i spokojną twarzą i obejrzał się dopiero wówczas, gdy syn położył mu wkońcu rękę na ramieniu.
„Sammy“, rzekł wtedy, „dobrze, żeś przyszedł“.
„Odzywałem się już kilka razy“, odparł Sam, wieszając kapelusz, „aleś mię nie słyszał“.
„Tak“, odrzekł stangret, znów w zamyśleniu wpatrując się w ogień; „byłem w marzeniu, Sammy“.
„A o czemże tak myślałeś?“ zapytał syn, przysuwając sobie krzesło do kominka.
„Myślałem o niej“, odparł wdowiec i zwrócił głowę w stronę cmentarza w Dorking, by dać tem do zrozumienia, iż słowa jego odnoszą się do zmarłej pani Weller.
„Nie spodziewałem się“, mówił dalej, z wielką powagą wpatrując się w syna, jakby chciał zapewnić, iż to, co powie, chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, jest jednak całkowicie prawdą; „nie spodziewałem się, by, pomimo wszystko, tak mię to obeszło, że odjechała“.
„Powinno cię też obejść“, rzekł Sam.
Weller kiwnął głową i znów utkwił oczy w ogień, otoczył się obłokiem dymu i zapadł w głębokie rozmyślania. Po długiem milczeniu zaczął znów, ręką odganiając dym.
„Ach, mówiła jeszcze tak mądrze, Sammy“.
„Co mówiła?“
„Myślę wówczas, kiedy leżała chora“, odparł stary.
„Ale co takiego?“
„Zaraz ci powiem. „Weller“, powiedziała mi, „obawiam się, iż nie byłam dla ciebie taka, jaka być powinnam. Ty jesteś dobry człowiek, z najlepszem sercem — mogłam zrobić dom twój daleko przyjemniejszym dla ciebie. Teraz, kiedy już zapóźno“, powiedziała, „przekonywam się, iż jeżeli kobieta zamężna chce być miłą Bogu, to naprzód powinna wypełniać wszystkie swe obowiązki w domu, aby tym, którzy ją otaczają, uczynić życie szczęśliwem i przyjemnem. Może wprawdzie chodziła do kościoła, do kaplicy, czy gdzie tam, ale nie może uważać, że w ten sposób opłacze swe lenistwo, albo sobkostwo, ale coś jeszcze gorszego. Ja postępowałam przeciwnie i straciłam czas i pieniądze dla ludzi, używających czasu i pieniędzy na jeszcze gorsze cele. Ale gdy mnie już nie stanie, Wellerze, sądzę, że pozostanę w tej pamięci taka, jaka byłam z natury, przed poznaniem tych ludzi“. „Zuzanno“, powiedziałem jej. Właściwie nie wiedziałem, co powiedzieć, Samiwelu, bo byłem bardzo wzruszony; niema co temu przeczyć. „Zuzanno“, powiedziałem, „jedno z drugiem wziąwszy, byłaś bardzo dobrą żoną, więc nie mówmy o tem. Nabierz odwagi, moja kochana, a dożyjesz jeszcze tego, że rozwalę głowę temu Stigginsowi“. „Uśmiechnęła się na te słowa, Samiwelu“, rzekł stary stangret, tłumiąc fajką westchnienie, „ale pomimo to umarła“.
Po trzech czy czterech minutach, podczas których zacny pan Weller senjor nieustannie kiwał powoli głową, uroczyście paląc przytem fajkę. Sam odważył się na kilka słów pociechy:
„No, ojcze, wszyscy pomrzemy, jeden prędzej, drugi później“.
„Tak, wszyscy, Sammy“, rzekł pan Weller.
„Tak już Opatrzność rozrządziła“, rzekł Sam.
„Naturalnie“, odpowiedział ojciec, kiwając głową na znak potwierdzenia, „bo w przeciwnym razie cóżby robili przedsiębiorcy pogrzebowi?“
Wpadłszy na niezmierne pole przypuszczań i domysłów z racji tej ostatniej refleksji, stary Weller położył fajkę i poprawił ogień z zamyśloną miną.
Gdy był tem zajęty, tłuściuchna kucharka w żałobie, która dotąd porządkowała coś na bufecie, wsunęła się do pokoju i ukłoniwszy się kilkakrotnie Samowi, stanęła w milczeniu za krzesłem Wellera, oznajmiając mu swą obecność lekkim kaszlem, po którym, gdy go nie zauważono, nastąpił mocniejszy.
„A to co?“ zawołał stangret, odsuwają pospiesznie swe krzesło, i odwracając się tak prędko, iż opuścił pogrzebaczkę. „Cóż tam?“
„Napije się pan może filiżankę herbaty, kochany panie Weller?“ zapytała tłuściutka kucharka przymilającym się głosem.
„Nie chcę“, odpowiedział krótko stangret. „Niech pani idzie na spacer...“ Tu nagle zatrzymał się i dodał cicho: „gdzie pieprz rośnie“.
„Ach, jak to nieszczęście zmienia ludzi!“ zawołała kucharka, podnosząc oczy w górę.
„Ale przynajmniej nie doprowadzi mię do zmiany stanu“, mruknął Weller.
„Doprawdy, nigdy nie widziałam człowieka z takiemi humorami“, rzekła otyła kucharka.
„To nic nie szkodzi! To dla mego dobra, jak mówił pewien uczeń, pocieszając się, gdy go oćwiczono“, rzekł pan Weller.
Tłuściuchna kucharka potrząsnęła głową z wielkiem współczuciem i zwracając się do Sama zapytała, czy nie sądzi, iż ojciec jego powinien jakoś zebrać się w sobie i walczyć ze swem przygnębieniem.
„Sam pan widzi, panie Samuelu“, dodała, „a ja mówiłam mu to jeszcze przedwczoraj, że prędko poczuje się samotnym i że nie potrafi tego znieść; ale powinien dać sobie z tem jakoś radę; bo to pewna, iż szczerze go żałujemy i gotowiśmy zrobić wszystko, by mu było dobrze. Bo niema przecież takiej sytuacji w życiu, by nie można było jej polepszyć, jak mi mówiła jedna bardzo godna osoba, gdy umarł mój mąż“.
Tu tłuściutka oratorka, przyłożywszy rękę do ust, znów odkaszlnęła i czule spojrzała na Wellera.
„W tej chwili nie potrzebuję gadaniny pani“, rzekł stangret głosem poważnym i stanowczym; „proszę więc być tak dobrą i odejść!“
„Dobrze, dobrze, panie Weller! Mówiłam do pana, kierując się jedynie miłością chrześcijańską“.
„O tak, wiem“, rzekł pan Weller. „Samuelu, pokaż pani drogę i zamknij drzwi“.
Aluzja ta nie poszła na marne, gdyż tłuściutka kucharka bezzwłocznie wyszła, zatrzasnąwszy za sobą drzwi. Wtedy Weller, spocony, znów padł na krzesło i zawołał:
„Sammy! Jeżeli tydzień pozostanę tu, tylko jeden tydzień, mój chłopcze, to jestem pewny, że ta kobieta przed jego upływem wyjdzie za mnie gwałtem“.
„Tak jest w tobie zakochana?“ zapytał Sam.
„Co tam zakochana! Nigdzie nie mogę ukryć się przed nią. Gdybym był zamknięty w żelaznej skrzyni z patentowanym zamkiem, ona i wtedy znalazłaby sposób, by dostać się do mnie“.
„To wspaniale, być tak pożądanym!“ zauważył Sam z uśmiechem.
„Nie bardzo mi to pochlebia, Sammy“, odrzekł Weller, poprawiając ogień. „To okropne położenie. Poprostu nie mogę siedzieć w domu. Zaledwie twoja biedna macocha zamknęła oczy, już jedna baba przysłała mi słoik konfitur, druga słoik korniszonów, trzecia ugotowała dzban rumianku i wręczyła mi go własnoręcznie“.
Tu Weller zatrzymał się z oznakami wielkiego niesmaku, a potem dodał, zniżając głos:
„Wszystko to były wdowy, Sammy, z wyjątkiem tej z rumiankiem, która była pięćdziesięcioletnią panną“.
Sam odpowiedział swemu ojcu łobuzerskiem spojrzeniem a stary stangret począł rozbijać wielki kawał węgla, z tak mściwym wyrazem twarzy, jakby to była głowa jednej z wyżej wymienionych wdów.
„Jednem słowem“, powiedział wkońcu, „nigdzie nie czuję się bezpiecznie, tylko na koźle“.
„Dlaczego miałbyś tam czuć się bezpieczniej, aniżeli gdzieindziej?“ zapytał Sam.
„Bo stangret jest to istota uprzywilejowana“, odrzekł Weller, wpatrując się w syna. „Bo stangret może, nie budząc podejrzenia, robić to, czego inny człowiek robić nie może; bo stangret może być na najprzyjaźniejszej stopie z osiemdziesięcioma tysiącami podróżnych płci pięknej, a nigdy nikt nie pomyśli, że może mieć chęć do żeniaczki z którą z nich. Czy jest jaki inny śmiertelnik, któryby to mógł o sobie powiedzieć, Sammy?“
„Jest w tem coś“, odrzekł Sam z zamyśloną miną.
„Gdyby twój gubernator był stangretem, czy myślisz, iż przysięgli zasądziliby go? Przypuszczając nawet, iż doszło już do ostateczności, to i wtedy nawet nie ośmieliliby się!“
„A dlaczegożby nie?“ zapytał Sam z powątpiewaniem.
„Dlaczego? Boby to było przeciw ich sumieniu. Prawdziwy stangret jest rodzajem łącznika między bezżeństwem a małżeństwem; wszyscy praktyczni ludzie wiedzą o tem“.
„Chcesz przez to powiedzieć, iż są faworytami wszystkich i że żadnej kobiece nie przyjdzie na myśl zachować go tylko dla siebie?“
Weller kiwnął głową, potem dodał:
„Czemu to się dzieje — sam nie wiem. Ale tak jest. Stangret, który objeżdża swoje stacje, ma tyle miłych przymiotów, że wszystkie młode dziewczęta we wszystkich miastach, przez które przejeżdża, zawsze oglądają się za nim, ba, powiedziałbym, że niemal modlą się do niego. Dlaczego, nie wiem, ale wiem, że tak jest. To jest prawo natury, dispensarium Opatrzności, jak zwykła była mawiać twoja biedna Macocha“.
„Dyspozycja“, zauważył Sam, poprawiając ojca.
„Bardzo dobrze, Samie, niech będzie dyspozycja; powiedziałem dispensarium, bo wszędzie tak napisano, gdzie dostaje się lekarstwa za darmo i trzeba tylko przynieść flaszkę. Więcej nie mówię“.
Po tych słowach pan Weller nałożył sobie i zapalił fajkę, poczem, przybierając znów myślącą twarz, mówił jak następuje:
„Dlatego też, mój chłopcze, ponieważ nie widzę korzyści z pozostawania tu i narażania się na ożenienie gwałtem, i ponieważ nie chcę rozstawać się z najprzyjemniejszymi członkami naszego towarzystwa, postanowiłem jechać dalej starym dyliżansem i przenieść się z powrotem pod „Dziką Dziewczynę“, która jest moim naturalnym żywiołem“.
„A cóż będzie z zakładem?“ zapytał Sam.
„Zakład, mój chłopcze, ze wszystkiem, co do niego należy, sprzedam, i tak, jak twoja macocha przed śmiercią życzyła sobie dwieście funtów z sumy otrzymanej za sprzedaż, umieści się na twoje imię w tych... jakże to nazywają się te historje?“
„Jakie historje?“
„Te, co to codzień podnoszą się i spadają w City?“
„Omnibusy?“
„Nie, te... co to ciągle są w ruchu i ciągle plączą się z długiem państwowym, bonami skarbowemi i t. d.?“
„A! Fundusze publiczne?“
„Tak, tak! Fundusze publiczne. Dwieście funtów szterlingów umieścimy w tych funduszach na twoje imię, w obligacjach na cztery i pół procent, Sammy“.
„Bardzo to pięknie ze strony macochy, że pamiętała o mnie, bardzo jej jestem za to wdzięczny“, rzekł Sam.
„Resztę złoży się na moje imię, a gdy otrzymam kartę podróżną, tobie się to dostanie. Więc uważaj, abyś odrazu nie przepuścił wszystkiego, mój chłopcze, i uważaj, by jaka wdowa nie zwietrzyła twoich pieniędzy, bo jesteś zgubiony“.
Dawszy synowi tę ojcowską przestrogę, Weller wypogodził nieco czoło. Widocznie ulgę mu przyniosło, iż powiedział synowi co chciał.
„Ktoś puka“, rzekł Sam po chwili.
„Niech sobie puka“, rzekł Weller z godnością.
Sam nie ruszył się. Zapukano powtórnie, potem znów, potem pukano bez przerwy, tak, że Sam wkońcu zapytał, czy możeby wpuścić pukającą osobę?
„Ts!“ szepnął Weller, patrząc z przerażeniem; „nie zważaj na to, Sammy, może znów jaka wdowa“.
Ponieważ nie zwrócono na pukanie uwagi, po niejakim czasie, niewidzialny gość spróbował sam otworzyć drzwi i zajrzeć do pokoju. Wtedy ukazała się nie głowa kobieca, ale długie czarne włosy i czerwona twarz pana Stigginsa.
Staremu stangretowi fajka wypadła z ręki.
Wielebny gentleman otworzył drzwi ruchem prawie niedostrzeżonym, aż otwór stał się tak wielki, że mógł przepuścić wysoką powłokę cielesną przybysza, poczem wśliznął się do pokoju i równie cicho zamknął drzwi. Następnie, zwróciwszy się do Sama, podniósł ręce i oczy do sufitu na znak niepocieszonego smutku, który go ogarnął z powodu rodzinnego nieszczęścia Wellerów; potem wziął z kąta wielki fotel, zaniósł go przed kominek, usiadł i, wydobywszy z kieszeni chustkę, przyłożył ją do oczu.
Podczas gdy to się działo, Weller siedział nieruchomo, z wytrzeszczonemi oczyma, oparłszy rękę o kolana, a cała jego postawa wyrażała bezgraniczne zdumienie. Sam, siedząc naprzeciw ojca, w milczeniu i z ogromną ciekawością czekał na dalszy przebieg tej sceny.
Pan Stiggins przez kilka minut trzymał chustkę przy oczach, wielokrotnie wydając bolesne jęki. Potem, pokonawszy swój smutek z ogromnym wysiłkiem, włożył chustkę do kieszeni, zapiął guziki, poprawił ogień, potarł sobie ręce i spojrzał na Sama.
„O mój miody przyjacielu!“ zawołał, przerywając milczenie, ale głosem bardzo cichym; „cóż to za okropne zmartwienie i boleść“.
Sam lekko pochylił głowę.
„I dla męża złości także! O! Od tego krwawi serce wybrańca bożego!“
Samowi zdawało się, że ojciec jego coś mruknął o nosie wybrańca, który także można zakrwawić; ale pan Stiggins nie dosłyszał tego.
Wielebny przysunął sobie krzesło do Sama.
„Nie wiesz, młody człowieku“, powiedział, „czy nie zapisała czego dla Emanuela?“
„Co to jest?“ zapytał Sam.
„Kaplica... nasza kaplica... nasza trzoda, kochany panie“.
„Nic nie zapisała ani dla trzody, ani dla pasterza, ani dla żadnego bydła, nawet dla psa nic nie zapisała“, odrzekł Sam stanowczo.
Pan Siggins podejrzliwie spojrzał na Sama, a potem na starego Wellera, który zamknął oczy i jakby spał. Po chwili, przysunął krzesło jeszcze bliżej i zapytał znów:
„A dla mnie nic, panie Samuelu?“
Sam potrząsnął głową.
„Pomyśl pan tylko, może przecież coś“, rzekł Stiggins blady jak papier. „Przypomnij pan sobie, panie Samuelu; nic nawet na pamiątkę?“.
„Nic, coby warte było choćby tyle, co pański stary parasol...”
„Może“, zaczął znowu pan Stiggins z wahaniem i po kilku minutach namysłu, „może poleciła mnie opiece męża złości, panie Samuelu?“
„To być może, wnosząc z tego, co mi powiedział. Niedawno właśnie mówił o panu“, odparł Sam.
„Doprawdy!“ zawołał pan Stiggins, nabierając otuchy. „Ach! Może się odmieni! Będziemy mogli bardzo wygodnie żyć razem, panie Samuelu. Gdy pan wyjedzie, będę się opiekował sprawami — a z pewnością będę się opiekował dobrze“.
Wydawszy z głębi piersi długie westchnienie, pan Stiggins zatrzymał się, czekając na odpowiedź. Sam pochylił głowę, a Weller, wydał jakiś niezwykły głos, który nie był ani jękiem, ani warczeniem, ani chrapaniem, ale w którym, zdawało się, zawarte są wszystkie te odcienie.
Ośmielony tym głosem, który wziął za oznakę skruchy, lub wyrzutów sumienia, pan Stiggins spojrzał dokoła, zatarł ręce, zapłakał, uśmiechnął się, znów zapłakał, a potem, zwolna przeszedłszy przez pokój, wziął szklankę z dobrze sobie znanej półki i ostrożnie włożył do niej cztery kawałki cukru. Po spełnieniu tej pierwszej czynności, znów spojrzał dokoła i westchnął ponuro; następnie posunął się wilczym krokiem ku bufetowi i powracając z tą samą szklanką, do połowy napełnioną arakiem, przybliżył się do kociołka, wesoło kipiącego na kominku, przyrządził sobie grog, zamieszał, skosztował, usiadł, pociągnął długi łyk i zatrzymał się, by odetchnąć.
Weller, który czynił różne, dziwne i niezwykłe wysiłki, by udawać śpiącego, nie zrobił żadnej uwagi podczas wszystkich tych czynności; ale gdy pan Stiggins zatrzymał się, by odetchnąć, rzucił się na niego, wyrwał mu szklankę z rąk, bryznął w twarz resztą grogu, szklankę cisnął w kominek i porwawszy wielebnego gentlemana za kołnierz, zaczął go tłuc i kopać nogami, przyczem każdemu ruchowi nogi towarzyszyły mocne, choć bez związku, przekleństwa na wszystkie członki pana Stigginsa, na jego oczy i jego ciało.
„Sammy!“ zawołał potem, zatrzymawszy się na chwilę, „osadźno mi należycie kapelusz na głowie!“
Jako posłuszny syn, Sam osadził ojcu kapelusz, ozdobiony czarną krepą, a dzielny stangret zaczął tłuc pana Stigginsa jeszcze energiczniej niż przedtem, powlókł go przez salę, sień i drzwi aż na ulicę, przyczem uderzenia nogami nie ustawały ani na chwilę przez całą drogę, a gwałtowność ich, zdawało się, zwiększała się coraz bardziej.
Pyszny to był i wesoły widok, gdy czerwononosy, drżąc całem ciałem, wił się w żylastych rękach Wellera, podczas gdy uderzenia nogą następowały po sobie ze zdumiewającą szybkością. Ale widok stał się jeszcze wspanialszy, gdy potężny stangret, po przezwyciężeniu rozpaczliwego oporu swej ofiary, zanurzył głowę pana Stigginsa w stągiew pełną wody i trzymał ją tam, dopóki omal się nie udusił.
„Masz“, rzekł nakoniec, pozwalając wielebnemu wydobyć głowę ze stągwi i zadając mu ostateczne, energiczne uderzenie nogą. „Przyślij mi tu jeszcze kilku takich próżniackich pasterzy, a zrobię z nich miazgę, a potem utopię. Sammy, pomóż mi wejść do domu i nalej szklankę wódki; zadyszałem się, mój chłopcze“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.