Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część I/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.

O samej północy Julian zrzucił w przedsionku, prowadzącym do wielkiej sali misteryów, swą odzież nowicyusza, i ofiarnicy „mistatogowie,” którzy wtajemniczali w obrzędy, przyoblekli go w tunikę hierofantów, utkaną z włókien białego papirusu, i podali mu do dłoni gałąź palmową. Boso wkroczył Julian do długiej nizkiej sali.
Podwójny rząd kolumn z zielonawego bronzu, zwanego orychalkiem, podpierał sklepienie. Każda kolumna wyobrażała dwa sklepione węże. Orychalk czuć było miedzią. Przy kolumnach stały na wysmukłych, cienkich nogach kadzielnice, z których wylatywały długie płomienne języki. Gęsty biały dym przepełniał salę.
W głębi majaczyła para złotych wołów skrzydlatych asyryjskich, podtrzymujących tron wspaniały, na którym, bogu jakiemuś podobien, w powłóczystej czarnej szacie, usianej złotem, szmaragdami, karbunkułami, zasiadał najwyższy hierofant, Maksym z Efezu.
Przeciągły głos hierodula oznajmił początek misteryów.
— Jeżeli jest w zgromadzeniu bezbożnik, chrześcijanin albo epikurejczyk — niechaj wyjdzie!
Uprzedzony, jakie należy dawać odpowiedzi, Julian przemówił:
— Niech wyjdą chrześcijanie!
Chór hierodulów, ukryty w ciemności, oderwał się:
— Za drzwi, za drzwi! Niech wyjdą chrześcijanie!
Wtedy z półmroku wyłoniło się dwudziestu czterech młodzianów całkiem nagich, trzymających w dłoniach srebrne systry w kształcie sierpów księżyca. Ale końce sierpów łączyły się w krąg całkowity, i wprawione w nie były cienkie druciki, drgające od najlżejszego dotknięcia. Jednocześnie wzniósłszy ponad głowy swe instrumenty, młodzieńcy wdzięcznym i zgodnym ruchem targnęli struny, i systry zabrzmiały żałośnie i rzewnie.
Maksym dał znak.
Do Juliana zbliżył ktoś się z tyłu, zawiązał mu mocno oczy i wyrzekł:
— Idź. Nie lękaj się ani wody, ani ognia, ani duchów, ani ciał, ani życia, ani śmierci.
Poprowadzono go.
Otwarły się ze zgrzytem drzwi żelazne, widocznie zardzewiałe. Popchnięto go naprzód. Owiało go powietrze duszne, pod nogami uczuł spadziste i ślizkie stopnie. Począł zstępować po jakichś niemających końca schodach śród grobowego milczenia. Czuć było stęchliznę. Zdawało mu się, że jest bardzo głęboko pod ziemią. Potem szedł przez korytarz wązki, ocierając się o ściany. Nagle pod bosemi stopami trysnęła wilgoć, potoczyły się strugi; wkrótce miał wodę po kostki. Szedł dalej. Co krok poziom wody podnosił się, dochodząc mu stopniowo do łydek, do kolan, do ud. Zaczął dygotać z zimna zębami. Jednak szedł dalej. Woda już mu sięgała do piersi. Raptem pomyślał:
— Może to zasadzka? Może Maksym chce mnie zabić, aby się przypodobać cesarzowi?
Nie cofnął się jednak i szedł wciąż dalej.
Wody zaczęło ubywać, za to niby z kuźni owionął go żar duszący. Ziemia parzyła go w stopy; miał uczucie, jak gdyby się zbliżał do rozpalonego pieca. Krew tętniła mu w skroniach. Chwilami stawało się tak gorąco, jak gdyby mu do twarzy podsuwano pochodnię albo roztopione żelazo. Szedł jednak dalej.
Z kolei żar począł również słabnąć, ale wtedy odrażające wonie zatamowały mu oddech. Wielokrotnie potykał się o jakieś okrągłe przedmioty, w których poznawał powonieniem kości i czaszki trupie.
Czuł, że ktoś idzie obok niego, przesuwając się bez szelestu, jak cień. Dłoń lodowata ujęła go za rękę. Krzyknął. Potem dwie dłonie uczepiły się lekko jego odzieży. Zauważył, że pergaminowa skóra łuszczyła się na nich i przebijały przez nie pozbawione ciała kości. Dłonie te tuliły się do niego w swawolnej i wstrętnej pieszczocie rozpustnych kobiet. Na policzku uczuł oddech, zionący stęchlizną gnicia i wilgoci grobowej. Nagle tuż przy uchu usłyszał szept śpieszny, podobny do szmeru liści jesiennych podczas nocy.
— To ja... to ja... to ja! Nie poznajesz mnie. To ja...
— Kto? — szepnął Julian.
Ale w tej samej chwili przypomniał sobie, że łamie ślub milczenia.
— To ja, ja... Czy chcesz, abym ci zdjęła z oczu zasłonę, a wtedy dowiesz się o wszystkiem i mnie zobaczysz?..
Z tą samą ohydną natarczywością kościste palce poruszać się zaczęły przy jego twarzy, usiłując zerwać przepaskę.
Śmiertelny chłód przejął Juliana do głębi serca. Bezwiednie, z przyzwyczajenia, przeżegnał się po trzykroć, jak w dzieciństwie, gdy mu się co strasznego przyśniło. Rozległ się huk gromu, ziemia zadygotała mu pod nogami. Julian uczuł, że się zapada kędyś i stracił zmysły.
Skoro powrócił do przytomności, nie miał już przepaski na oczach i leżał na miękkich poduszkach w ogromnej, słabo oświetlonej pieczarze. Dawano mu wąchać tkaninę, skropioną mocnemi perfumami... Przed nim stał człowiek chudy, nagi, o skórze miedzianej. Był to indyjski gimnosofista, pomocnik Maksyma. Trzymał on wzniesiony nieruchomo nad głową lśniący krążek metalowy. Ktoś rzekł do Juliana:
— Spojrzyj.
Julian utkwił wzrok w krążku, błyszczącym boleśnie jaskrawo. Długo wpatrywał się weń, aż zarysy przedmiotów rozpływać się przed nim zaczęły, i całą jego istotą owładnęła przyjemna, kojąca omdlałość. Miał wrażenie, jak gdyby błyszczący krąg nie świecił już w przestrzeni, lecz w nim samym; powieki mu opadły, uśmiech zmęczony i pokorny błąkał mu się po ustach. Poddawał się oczarowaniu światła.
Czyjaś ręka przesunęła mu się kilkakrotnie po czole i głos jakiś zapytał:
— Śpisz?
— Śpię.
— Spojrzyj mi w oczy.
Julian z wysiłkiem podniósł powieki i ujrzał nachylonego nad sobą Maksyma.
Był to starzec, mogący mieć lat siedemdziesiąt, ze spływającą mu do pasa białą jak śnieg brodą. Włosy, długie do ramion, miał szpakowate z odcieniem złotawym; policzki i czoło pokrywały zmarszczki piękne i głębokie, znamionujące myśl i wolę, nie zaś cierpienia. Delikatne wargi rozchylał uśmiech, podobny do uśmiechu kobiet bardzo rozumnych, fałszywych i zalotnych. Ale najbardziej podobały się Julianowi oczy Maksyma, drobne, błyszczące z pod gęstych krzaczastych brwi żywo, przenikliwie, badawczo, jednocześnie i drwiąco i czule.
— Czy chcesz ujrzeć potężnego Tytana? — zapytał Maksym.
— Chcę.
— Patrz więc!
Czarodziej wskazał mu stojący w zagłębieniu groty trójnóg bronzowy, z którego wzbijały się ogromne kłęby białego dymu. W podziemiu rozległ się głos, grzmiący, jak huk huraganu, od którego zadrżała jaskinia:
— Herkulesie! Herkulesie! Oswobódź mnie!
Rozdarły się obłoki dymu, i z poza nich zabłysło niebo błękitne.
Julian leżał blady, nieruchomy, z nawpół przymkniętemi powiekami, i spoglądał na przesuwające się przed nim szybkie, rozwiewne obrazy, przyczem zdawało mu się, że to nie on sam je widzi, lecz że mu je ktoś widzieć rozkazuje.
Widział więc obłoki i góry, śniegiem pokryte; słyszał, jak gdzieś na dole, zapewne w jakiejś otchłani, szumiało morze. Spostrzegł ciało olbrzymie, ręce i nogi do skały przykute, sępa, pożerającego wątrobę Tytana. Wzdłuż bioder płynęły strugi czarnej krwi. Dźwięczały łańcuchy, olbrzym wił się z bólu.
— Oswobódź mnie, Herkulesie!
Tytan wzniósł kędzierzawą głowę, i oczy jego spotkały się z oczyma uśpionego Juliana.
— Kto jesteś? Kogo przywołujesz? — pytał Julian z ciężkim wysiłkiem, jak mówiący przez sen człowiek.
— Ciebie!
— Jestem tylko słabym śmiertelnikiem.
— Bratem moim jesteś... oswobódź mnie!
— Któż cię przykuł nanowo?
— Pokorni, łagodni, którzy przez tchórzostwo odpuszczają wrogom. Niewolnicy, niewolnicy!.. Oswobódź mnie!
— Jakże to potrafię?
— Bądź, jako ja!
Skłębiły się ciemne chmury; z oddali zahuczał grom. Błysnęło. Sęp z krzykiem uleciał w górę, z dzioba kapała mu krew. Ale silniejszy od grzmotu rozległ się znowu głos Tytana:
— Oswobódź mnie, Herkulesie!
Potem znowu zakryły wszystko obłoki dymu, unoszące się z trójnoga. Julian obudził się na jedno mgnienie oka i usłyszał zapytanie hierofanta:
— Czy chcesz ujrzeć Potępionego?
— Tak jest, chcę.
— Spojrzyj więc.
Julian na nowo przymknął oczy i poddał się lekkiemu zaczarowanemu uśpieniu.
Śród białych dymów zarysowała się mglisto głowa pomiędzy ogromnemi skrzydłami, których pióra zwieszały się nakształt gałązek wierzby płaczącej, a jakieś sinawe światło posępnie na nich drgało.
Z oddali doleciał cichy głos, niby głos zmarłego przyjaciela:
— Julianie, Julianie! Wyrzeknij się w mojem imieniu Galilejczyka!
Julian milczał. Maksym szepnął mu do ucha:
— Wyrzeknij się, jeżeli pragniesz ujrzeć Wielkiego Anioła.
Wtedy Julian powiedział:
— Wyrzekam się.
Ponad głową zjawiska śród mgły rozbłysła gwiazda poranna, gwiazda jutrzenki, Anioł zaś powtórzył:
— Julianie, wyrzeknij się w mojem imieniu Galilejczyka!
— Wyrzekam się.
I po raz trzeci ozwał się Anioł, ale już zblizka, donośnym i tryumfującym głosem:
— Wyrzeknij się!
A Julian po raz trzeci powtórzył:
— Wyrzekam się.
Anioł zaś powiedział:
— Pójdź do mnie!
— Kto jesteś?
— Jam jest Niosący światło, jam jest Wschód, jam jest Gwiazda poranna!
— O, jakiś ty piękny!
— Bądź podobnym do mnie!
— Ile smutku w twych oczach!
— Cierpię za wszystkich żyjących. Dosyć narodzin, dosyć śmierci! Pójdźcie do mnie! Jam cień, jam pokój, jam wolność.
— Jakie imię dają ci ludzie?
— Imię złego.
— Złego? Tobie?
— Jam powstał.
— Przeciw komu?
— Przeciw temu, któremu jestem równy. On chciał być sam, ale nas jest dwu.
— Uczyń mnie takim, jako ty!
— Powstań, jak i ja. Dam ci władzę!
— Naucz mnie!
— Gwałć prawo, miłuj samego siebie, przeklinaj Jego i bądź, jako ja.
Zniknął Anioł. Zerwał się wicher, rozdmuchał płomienie trójnogu, które opadły na dół i rozlały się po ziemi, wreszcie wywrócił trójnóg i ogień zagasił. W ciemności słychać było tętent, krzyki i jęki, jak gdyby przez powietrze pędziło wojsko niewidzialne w ucieczce przed wrogiem. Przejęty trwogą, Julian padł twarzą na ziemię. Nad nim długa szata hierofanta szamotała się z wichurą.
— Uciekajcie, uciekajcie! — jęczały niezliczone głosy. — Bramy piekieł otwarte! Oto idzie On, On, Zwycięzca!
W uszach Juliana szumiał wiatr, a w górze nad nim przelatywały legiony za legionami.
Nagle zatrzęsła się ziemia, i odrazu nastała cisza; powiew niebiański, jak wśród łagodnej nocy letniej, przeniknął grotę, a głos jakiś wyszeptał:
— Saulu, Saulu, przecz-że mnie prześladujesz?
Zdawało się Julianowi, że głos ten już słyszał niegdyś w dalekiem dzieciństwie.
Znowu rozległy się ciche, jakby z oddali płynące słowa:
— Saulu, Saulu, przecz-że mnie prześladujesz?
Wreszcie głos zamarł tak daleko, że tylko prawie nieuchwytnem tchnieniem dobiegło jeszcze wołanie:
— Saulu, Saulu, przecz-że mnie prześladujesz?
Gdy Julian po przebudzeniu się podniósł głowę z ziemi, ujrzał hierofanta, zapalającego lampę. W głowie mu się kręciło, jednakże pamiętał dokładnie wszystko, co zaszło, jak się pamięta sny.
Znowu przewiązano mu oczy i dano mu się napić wina z korzeniami. Uczuł moc i dzielność w członkach. Poprowadzono go w górę po schodach, ale tym razem wspierała go silna dłoń Maksyma. Julianowi się zdawało, że jakaś moc niewidzialna unosi go, jak na skrzydłach.
Hierofant rzekł do niego:
— Zapytuj.
— Tyś Go przywołał? — przemówił Julita.
— Nie, ale skoro drży jedna struna liry, druga jej odpowiada. Przeciwieństwo odpowiada przeciwieństwu.
— Skąd ta potęga słów Jego, jeżeli to jest kłamstwo?
— To jest prawda.
— Co mówisz? Zatem tytan i Anioł kłamią?
— I oni są prawdą.
— Dwie prawdy!
— Dwie. Dwoistem jest wszystko.
— Kusisz mnie...
— Nie ja, ale całkowita prawda kusząca jest i niezwykła. Zamilcz, skoro się obawiasz.
— Nie obawiam się. Mów wszystko. Więc Galilejczycy mają słuszność?
— Tak.
— Po cóż więc ich się wyrzekłem?
— Jest jeszcze druga prawda.
— Wyższa?
— Nie: równa tej, której się wyrzekłeś.
— W co więc wierzyć należy? Gdzie Bóg, którego szukam?
— I tu, i tam. Służ Arymanowi, lub Ormuzdowi, jak wolisz, ale pamiętaj, że obaj są sobie równi, że państwo Lucyfera równe jest państwu Boga.
— Dokąd iść?
— Wybierz jedną z dwóch dróg i nie zatrzymuj się.
— Ale którą?
— Jeżeli wierzysz w Niego, weź krzyż, idź za Nim, jak On rozkazał; bądź pokornym, bądź czystym, bądź niemym barankiem w rękach katów. Schroń się na pustynię, poświęć Mu ciało, duszę i rozum. Cierp! Wierz! To jedna droga, i wielcy galilejscy umartwiacze ciała osiągają tę samą wolność, co Prometeusz i Lucyfer.
— Nie chcę!
— Więc obierz drugą drogę. Bądź władcą, bądź podobny do surowych mężów starożytnych. Bądź silny i dumny, nieubłagany i wspaniały. Nie lituj się, nie miłuj, nie przebaczaj. Powstań i pokonaj wszystko! Niech ciało twe będzie jako ciało półbogów z marmuru. Zabieraj i nie oddawaj. Kosztuj owocu zakazanego i nie żałuj. Nie wierz, ale wiedz, a świat będzie należał do ciebie, staniesz się, jako Tytan i Anioł, który powstał przeciwko Bogu!
— Ale nie mogę zapomnieć, że słowa Galilejczyka zawierają prawdę, nie mogę przypuścić istnienia dwóch wiar!
— Jeżeli nie możesz, więc bądź, jako inni śmiertelni — i lepiejby ci zginąć wtedy! Ale ty możesz... odważ się!.. Będziesz cesarzem rzymskim!
— Ja? Cesarzem?
— Będziesz miał w ręku to, czego nie miał bohater Macedończyk.
Julian uczuł, że wydostali się z podziemia. Owionął ich świeży wietrzyk morski. Musiało być rano. Choć nie mógł widzieć, wyczuwał dokoła siebie bezmiar morza i nieba.
Hierofant zdjął przepaskę z oczu Juliana. Znajdowali się na wysokiej wieży marmurowej, w obserwatoryum wielkiego teurga, zbudowanem na wzór starożytnych wieź chaldejskich, na szczycie sterczącej ponad morzem skały.
W dole ciągnęły się pyszne ogrody i wille Maksyma, pałace i propileje, przypominające kolumnady Persepolisu. Dalej było widać śród mgły zarysy Artemizjonu i wielokolumnowego Efezu. Jeszcze dalej, na wschód, zachód, południe i północ, rozpostarło się morze niezmierzone, zamglone, ciemno błękitne, całe drżące i uśmiechnięte w oczekiwaniu słońca.
Stali na takiej wyżynie, że Julian uczuł zawrót głowy i musiał wesprzeć się na ramieniu Maksyma. Słońce zabłysło z poza gór; Julian przymrużył oczy z uśmiechem, a na jego szatę białą padły z razu bladoróżowe, potem purpurowe promienie.
Hierofant zatoczył dłonią dokoła widnokręgu i wskazując morze i ląd, przemówił:
— Spojrzyj: to wszystko twoje!
— Czyż mogę, mistrzu?.. Oto z dnia na dzień oczekuję śmierci... Jestem bezsilny i chory...
— Słońce, bóg Mitra, wieńczy cię swoją purpurą! To purpura cesarza rzymskiego. Wszystko należy do ciebie. Odważ się!
— Co mi po wszystkiem, skoro prawda nie istnieje, skoro niema Boga, którego szukam?..
— Znajdź go, połącz, jeśli zdołasz, prawdę Tytana z prawdą Galilejczyka, a staniesz się większym od wszystkich, których kobiety zrodziły na ziemi.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Maksym z Efezu posiadał wspaniałe biblioteki, zaciszne sale marmurowe, zastawione przyrządami naukowymi i obszerne gabinety anatomiczne. W jednym z nich młody uczony Orybazy, lekarz ze szkoły aleksandryjskiej, z cienkim nożem stalowym w ręku, zastępującym skalpel, dokonywał wespół z teurgiem nowej operacyi wiwisekcyjnej na jakiemś rzadkiem zwierzęciu, nadesłanem Maksymowi z Indyi. Sala była okrągła, urządzona na modłę teatru anatomicznego w Muzeum Aleksandryjskiem. Dokoła stały urny miedziane, fajerki, eolipile, przyrządy Archimedesa, tak zwana machina ogniowa Ktezybiusza i Herona. W ciszy sąsiedniej biblioteki dźwięcznie kapały krople wody w zegarze hydraulicznym, wynalazku Apoloniusza. Tam również widać było globusy, metalowe karty geograficzne, wyobrażenia sfer niebieskich Hiparcha i Eratostenesa. Dwaj przyjaciele dokonywali wiwisekcyi metodą wielkiego anatoma Herofila.
W łagodnem i miękkiem świetle, padającem przez okrągły otwór w suficie — okien w sali nie było — Maksym w zwykłej odzieży filozofa badał ciekawie ciepłe jeszcze wnętrzności zwierzęcia, rozłożone na szerokim stole marmurowym. Drobne i bystre jego oczy z pod siwych brwi jaśniały, jak zawsze, przenikliwym, zlekka szyderczym blaskiem.
Orybazy, pochylony nad wątrobą zwierzęcia, mówił:
— Jakim sposobem Maksym, wielki filozof i uczony Maksym, wierzyć może w te wszystkie niedorzeczne cuda?
— Wierzę w nie i nie wierzę — odpowiedział teurg.
— Czyż natura, którą obaj badamy tak pilnie, nie jest jednym z najnieprawdopodobniejszych cudów? Czyż nie są cudem i tajemnicą te cieniutkie naczynia krwionośne, te nerwy, ten doskonały układ organów wewnętrznych, które rozpatrujemy na podobieństwu augurów?..
— Wiesz, o czem chcę mówić — przerwał młody lekarz: — Dlaczego zwiodłeś tego biednego młodzieńca?
— Juliana?
— Tak.
— Sam chciał być zwiedzionym.
Nieposłuszne brwi Orybazego zmarszczyły się.
— Mistrzu, jeżeli mnie kochasz, powiedz: kim jesteś? Jak możesz znosić fałsze podobne? Czyż ja nie wiem, co to jest magia? Uczepiacie do sklepienia ciemnej izby błyszczącą łuską rybią, a wtajemniczany przez was uczeń mniema, że to niebo gwiaździste schodzi ku niemu na rozkaz hierofanta. Ulepiacie z wosku obciągniętą w skórę głowę trupią, przyczepiacie ją do szyi żórawiej, i ukrywszy się pod podłogą, wygłaszacie przepowiednie przez tę rurkę kościaną. Uczeń zaś sądzi, że to czaszka odsłania tajemnice grobu. Gdy zaś potrzeba, żeby głowa znikła, podsuwacie fajerkę z węglami — wosk topnieje, i czaszka się rozpływa. Rzucacie z latarni odbicia szkieł z malowanymi wizerunkami na białe dymy kadzideł i każecie wierzyć naiwnym, że widzą przed sobą obrazy bogów. Przez wodę basenu, z brzegami kamiennymi i dnem szklanem, pokazujecie z pomocą przebranego niewolnika żywego Apolina, lub żywą Afrodytę w osobie ladacznicy. I to się mają nazywać święte misterye?
Ze zwykłym dwuznacznym uśmiechem na cienkich wargach hierofant odpowiedział:
— Misterye nasze głębsze są i piękniejsze, niż ci się zdaje. Ludzie potrzebują zachwytu. Dla tego, który wierzy, ladacznica jest naprawdę Afrodytą, a błyszcząca łuska niebem gwiaździstem. Mówisz, że ludzie modlą się i płaczą przed zjawiskami, wywołanemi przez lampę o malowanych szkłach. O, Orybazy, Orybazy! Alboż natura, która twą wiedzę olśniewa, nie jest także ułudą, zrodzona przez uczucia równie zwodnicze, jak latarnia czarnoksiężnika? Gdzie jest prawda? Gdzie kłamstwo? Ty wierzysz i wiesz. Ja — nie chcę wierzyć, wiedzieć nie potrafię. Dla mnie prawda jest tam, gdzie i kłamstwo.
— Czy Julian byłby ci wdzięczny, gdyby wiedział, że go oszukujesz?
— Widział to, co chciał widzieć. Jam go obdarzył zapałem, siłą, odwagą. Mówisz, że go oszukałem. Gdyby tego było potrzeba, byłbym go oszukał i skusił. Lubię fałsz, w którego głębi świeci prawda. Lubię pokusy! Nie opuszczę Juliana do samej śmierci! Dam mu skosztować wszelkich owoców zakazanych. Młody jest, ja w nim przeżyję drugie istnienie, odsłonię przed nim tajemnice ponętne i zbrodnicze, a, być może, iż ja to uczynię go wielkim!
— Nie rozumiem cię, mistrzu...
— Właśnie dlatego ci to mówię, że ty mnie zrozumieć nie możesz. Innemu tegobym nie powiedział — zakończył Maksym, utkwiwszy w Orybazym rozumne i beznamiętne spojrzenie.
Promień słońca padł na srebrzystą brodę i potężne, obwisłe brwi starca. Zmarszczki oblicza wydawały się jeszcze głębsze, ciemniejsze, a na ustach igrał uśmiech, kuszący podstępnie, niby uśmiech kobiety.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.