Józef Balsamo/Tom XII/Rozdział CLII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CLII
SUMIENIE

Po napisaniu kilku stron „Dumań samotnika“ Rousseau zasiadł do skromnego śniadania.
Pan de Girardin ofiarował mu piękne mieszkanie w rozkosznych ogrodach Ermenonville, ale Rousseau nie chciał wpaść w „niewolę panów“ (tak nazywał to zaproszenie) i wolał pozostać w swem małem mieszkaniu, na ulicy de Plâtrière, które już znamy.
Teresa sprzątała pokój, a że właśnie wybiła godzina dziewiąta rano, zabierała się do pójścia na targ.
— Co chcesz na obiad? — spytała filozofa.
Rousseau podniósł głowę i spojrzał na żonę wzrokiem człowieka, ledwie obudzonego ze snu.
— Wszystko mi jedno — odrzekł — bylebym tylko miał wiśnie i kwiaty.
— Zobaczymy — ozwała się Teresa — kupię, jeśli nie będzie drogo.
— Dobrze, dobrze.
— Coprawda — ciągnęła gospodyni — nie wiem, czy to co piszesz, warte jest coś, ale wiem, że ci za to bardzo nędznie płacą.
— Mylisz się, płacą mi, jak dawniej, tylko ja piszę mało, gdyż męczę się prędko, a wydawca mój winien mi został za pół tomu.
— Zobaczysz, że cię zarwie.
— Mam nadzieję, że nie; to uczciwy człowiek.
— Hm... uczciwy, uczciwy! Zdaje ci się, żeś całą mądrość zamieścił w tem słowie.
— O! niemało ono mieści, bo go nie stosuję do wszystkich — odparł z uśmiechem Rousseau.
— Nic dziwnego: jesteś zawsze takim mizantropem.
— Tereso, odchodzimy od rzeczy.
— A, chcesz wisien, bo jesteś łakomy; o! ty sybaryto, kwiatów ci trzeba!
— Nie dziw się, moja droga — odrzekł z anielskim uśmiechem filozof — nie wychodzę, to niech przynajmniej napatrzę się na to, co Bóg zsyła ludziom.
Rousseau był blady i zgarbiony, ręce, przerzucające kartki książki, drżały.
— Dobrze, dobrze — rzekła Teresa — wychodzę na godzinę; pamiętaj, klucz kładę pod słomiankę i gdybyś go potrzebował...
— O! ja nie wyjdę.
— Wiem o tem, już nie możesz trzymać się na nogach; ale mówię, abyś poszedł otworzyć, gdyby dzwonił kto obcy, ja otworzę sobie sama.
— Dziękuję ci, dobra Tereso. Dowidzenia.
Żona wyszła, mrucząc, jak zwykle; długo jeszcze słychać było jej ciężki chód na schodach.
Skoro tylko drzwi zamknęła, Rousseau z rozkoszą wyciągnął się na fotelu, patrzył na ptaszki, zbierające okruszyny z okna i odetchnął pełną piersią.
— Gdy był sam, wracał mu dobry humor.
Nagle drzwi wchodowe skrzypnęły i wyrwały filozofa z rozkosznej zadumy.
— Co to! czyż już powróciła!... czyżbym przespał całą godzinę?.
Drzwi do gabinetu otworzyły się zwolna.
Rousseau nie odwrócił głowy; pewien był, że Teresa powraca.
Jakiś czas trwała cisza.
— Przepraszam pana — zabrzmiał zcicha głos, który wstrząsnął filozofem.
Rousseau szybko się odwrócił.
— Gilbert! — zawołał.
— Tak, Gilbert; przepraszam raz jeszcze pana, panie Rousseau.
Był to rzeczywiście Gilbert w swej własnej osobie.
Lecz trudno było go poznać; włosy w nieładzie, podarte ubranie, dzikie spojrzenie, sprawiły na lubiącym wzorowy porządek filozofie nader niemiłe wrażenie.
Okrzyk zgrozy i litości zarazem wyrwał mu się z piersi
Gilbert patrzył, jak dziki zwierz, jak zgłodniały drapieżny ptak.
Uśmiech na bladych ustach w dziwnej był sprzeczności ze spojrzeniem.
Był to orzeł i wilk zarazem.
— Czego chcesz? — zawołał Rousseau.
— Panie! umieram z głodu.
Rousseau zadrżał, usłyszawszy to najstraszniejsze słowo z mowy ludzkiej.
— W jaki sposób dostałeś się tutaj?... Drzwi były na klucz zamknięte.
— Wiem, że pani Teresa kładzie zwykłe klucz pod słomiankę; słyszałem, jak wychodziła; o, ona mnie nie lubi; nie pozwoliłaby mi wejść do pana; czekałem też, aż wyjdzie, wyjąłem klucz i oto jestem.
Rousseau uniósł się na fotelu.
— Wysłuchaj mnie, panie — błagał Gilbert — przysięgam, zasługuję na to.
— Słucham — odrzekł Rousseau, oniemiały prawie na widok tej postaci.
— Zacznę od tego, iż jestem w takiej ostateczności, że pozostaje mi tylko: kraść, zabić się, lub jeszcze co gorszego. O! nie bój się, mistrzu, zdaje mi się, że nie będę potrzebował zabijać; umrę bez tego... Od tygodnia, to jest od chwili, gdy uciekłem z Trianon, tułam się w lasach, a żywię się dzikimi owocami i korzonkami.
Co do kradzieży: kraść nie będę u pana, zanadto szanuję twój dom; co do trzeciego: o!... aby to wykonać...
— Cóż?...
— Szukam rady u pana.
— Zwarjowałeś?
— Nie, panie, ale jestem bardzo, bardzo nieszczęśliwy, zrozpaczony i utopiłbym się dziś w Sekwanie, gdybym nie przypomniał sobie tego, coś pan napisał...
— Ja?...
— Tak: „Samobójstwo jest kradzieżą względem społeczeństwa“.
Rousseau spojrzał na niego wzrokiem, który zdawał się mówić:
— „I ty myślisz, że możesz do siebie zastosować te słowa?“
— Rozumiem pana! — zawołał chłopak.
— Chyba nie.
— Chcesz pan powiedzieć: „Czyż śmierć takiego, jak ty, nędzarza, który jesteś niczem i nie posiadasz nic, możnaby tak nazwać?“
— Nie o tem myślałem — zawołał żywo Rousseau, zawstydzony domyślnością chłopca. — Mówiłeś, żeś głodny?
— O! tak.
— Wiedziałeś, gdzie klucz, wiesz więc, gdzie leży chleb; idź do kredensu, weź go i idź sobie.
Gilbert nie ruszył się z miejsca.
— Jeśli nie chcesz chleba, lecz pieniędzy, to nie sądzę, abyś mógł o nie męczyć starca, który się tobą opiekował, poprzestań na małem, masz...
Wyjąłł klika sztuk drobnej monety i podał je chłopcu.
— O! wyrzekł Gilbert z rozdzierającą boleścią — nie idzie mi ani o chleb, ani o pieniądze; nie zrozumiałeś mnie pan, gdy mówiłem o śmierci. Jeśli się nie zabiłem, to dlatego, że śmierć moja okradłaby kogoś, życie moje może być komuś użyteczne. Pan znasz prawa społeczne i prawa natury, czy jest prawo, mogące wstrzymać człowieka od samobójstwa?
— Naturalnie.
— Czy ojcostwo jest jednem z tych praw? Spójrz mi pan w oczy, niech w nich wyczytam odpowiedź, panie Rousseau.
— Tak wyjąkał Rousseau. — Lecz poco to pytanie?
— Panie, słowa twoje będą dla mnie wyrokiem; jestem tak nieszczęśliwy, że zabiłbym się bez namysłu, ale... ale... ja mam dziecko!
Rousseau rzucił się niecierpliwie na fotelu.
— O! nie szydź pan ze mnie — rzekł pokornie Gilbert. Serce mam zakrwawione, powtarzam panu, mam dziecko!
Rousseau milczał.
— Gdyby nie to, nie żyłbym już — ciągnął Gilbert — przyszedłem po radę, czekam na nią.
— Co za myśl! ja mam ci dać radę? Czyż pytałeś mnie o nią przed popełnieniem winy?
— Panie, to wina...
Gilbert zbliżył się do filozofa.
— Są ludzie, którzy tę winę nazywają zbrodnią.
— Zbrodnią! Cóż mnie to obchodzi, po co mi to mówisz? Nie jestem spowiednikiem; zresztą nie dziwi mnie to, byłem pewien, że się źle pokierujesz, takie już twoje usposobienie.
— O! panie — odrzekł chłopak, ze smutnie zwieszoną głową — mylisz się, nie jestem z gruntu złym, tylko mam umysł spaczony; czytałem wiele książek, które mi mówiły o równości stanów, szlachetności instynktów; książki te pisali tak znakomici ludzie! a ja, biedny wieśniak, wierzyłem święcie wszystkiemu... Zgubiło mnie to.
— A! widzę już do czego dążysz, panie Gilbercie.
— Ja?
— Tak; obwiniasz pan moje zasady; czyż nie masz wolnej woli?
— Nic i nikogo nie obwiniam, chyba własną łatwowierność. Wierzyłem i upadłem. Dwie są przyczyny mojej zbrodni. Pan jesteś jedną, o niej też mówić będę.
— Czego więc żądasz ode mnie?
— Ani dobrodziejstw, ani przytułku, ani chleba, choć jestem biedny i zgłodniały, proszę tylko o pomoc moralną, o przywrócenie mi mej dawnej wiary. Panie Rousseau, powiedz mi, czy to, co cierpię od tygodnia, jest cierpieniem wskutek głodu, czy wyrzutów sumienia. Dziecko moje jest dzieckiem zbrodni, więc powiedz mi pan, czy mam na ziemię paść i błagać przebaczenia, czy mam wołać, jak kobieta z Pisma świętego: „Kto jest bez win, niech rzuci we mnie kamieniem“. Jednem słowem, panie Rousseau, ty, który musiałeś odczuwać to, co ja czuję w tej chwili, odpowiedz na me pytanie. Mistrzu, czy ojciec może opuścić swe dziecko?...
Zaledwie Gilbert wyrzekł te słowa, Rousseau zbladł bardziej od zrozpaczonego chłopca.
— Jakiem prawem pytasz mnie o to? — wyjąkał.
— Bo mieszkając u ciebie, panie, na poddaszu, czytałem wszystko, coś pisał w tej kwestji; dowodzisz tam, że dzieci, urodzone w nędzy, należą do państwa, które powinno opiekować się niemi; wszak ty, panie, jesteś uczciwym człowiekiem, a nie wahałeś się opuścić swych dzieci.
— Nieszczęśliwy! — krzyknął Rousseau — czytałeś me dzieła i śmiesz odzywać się w ten sposób?
— Dlaczego nie?
— O! ty masz fałszywy umysł i niegodziwe serce!
— Panie Rousseau!
— Nie zrozumiałeś mych utworów tak, jak fałszywie sądzisz ludzi! Sądzisz powierzchownie, chcesz, abym ci przyznał, że postępowałeś dobrze. Ależ, nieszczęsny! ani o tem nie wiesz, aniś tego nie wyczytał w mych dziełach, ani nie odgadłeś, że życie me, pełne nędzy i cierpień, mogłem zamienić na byt rozkoszny i wygodny. Czyż posiadam mniej talentu od Voltaire‘a? czyż gdybym zechciał, nie mógłbym sobie również kazać złotem płacić za me utwory?... Miałbym wtedy pełną kiesę pieniędzy. Złoto przyciąga złoto, wszak to wiadoma rzecz. Miałbym powóz, piękną kochankę, a nie myśl, że wszystko we mnie wygasło; patrz, jak me oczy błyszczą, pomimo lat sześćdziesięciu.
Ty, któryś czytał i kopjował me dzieła, czyż w nich nie odczułeś poezji i siły lat młodzieńczych, chociaż pisał je starzec? Lubo fizycznie jestem słaby i ustać na nogach nie mogę, czuję się duchowo silniejszym od wielu młodych.
— Wiem o tem wszystkiem — odrzekł Gilbert — znam pana zbliska i rozumiem cię, panie.
— Jeśli mnie znasz i rozumiesz, czyż nie domyślasz się, że życie moje całe — to pokuta...
— Pokuta?! — szepnął Gilbert.
— Nie rozumiesz więc — ciągnął smutnie filozof — że nędza zmusiła mnie do popełnienia strasznego czynu?... Pokutuję za niego teraz, staram się być bezinteresownym i żyć w niedostatku do końca życia. Czyż to trudno odgadnąć, iż tem poniżeniem karzę mój umysł? Bo tylko mój umysł był winowajcą, on to paradoksami udowadniał mi, że nie popełniam występku, a serce moje, nędzne, biedne serce, dręczą wyrzuty sumienia, które są straszną karą!
— A! — zawołał Gilbert — taką mi pan dajesz odpowiedź! Więc wy, filozofowie, rzucacie ludziom czcze frazesy, a my bierzemy je za świętość i przez nie wpadamy w rozpacz. Co mnie obchodzą pańskie wyrzuty sumienia i pokuta, gdy o nich nikt nie wie?...
O przekleństwo! przekleństwo niech spadnie na twą głowę! panie Rousseau!
— Co? przekleństwo i kara na mnie?... ty to mówisz, ty! który zgrzeszyłeś, jak ja?...
— Siebie ukarać potrafię, dam się zabić memu przeciwnikowi, lub sam przetnę pasmo mego nędznego życia. O! więc śmierć moja nie będzie kradzieżą dla społeczeństwa; więc pan napisałeś ten frazes dla efektu tylko!
— Przestań! przestań! Czyż nie dość złego uczyniłeś twą łatwowiernością? Czy dokończyć chcesz dzieła głupim sceptycyzmem? Mówiłeś mi o dziecku? Więc jesteś ojcem?
— Tak — powtórzył Gilbert.
— Czy wiesz — szeptał Rousseau ledwie zrozumiale — co znaczy zhańbić niewinną istotę, mającą wszelkie prawo do szczęścia i życia, jakie jej Bóg przeznacza, gdy jest jeszcze w łonie matki?... Posłuchaj, w jak strasznem jestem położeniu! Gdy opuściłem me dzieci, zrozumiałem, że całe społeczeństwo wyrzuca mi ten czyn, pluje mi nim w twarz. Wtedy starałem się usprawiedliwiać ogólnikami. Ja, który nie umiałem być ojcem, dziesięć lat mego życia poświęciłem na dawanie matkom rad co do wychowania dzieci. Ja, słaby i nędzny człowiek dawałem rady społeczeństwu, jak wychowywać dzielnych i uczciwych obywateli. Wtedy kat, mszczący się za społeczeństwo, ojczyznę i sieroty, kat spalił to moje dzieło; uznano, że hańbi ono społeczeństwo, dla którego tyle lat życia poświęciłem.
Osądź więc sam: czy omyliłem się, czy nie, w mych radach. O! na sam sąd boski z tem pójdę, a Bóg jest sprawiedliwy. A jednak serce mi szepce:
„Przekleństwo ojcu, który opuścił swe dzieci! przekleństwo mu, gdy się śmieje z upadłej kobiety, bo wszak to może jego córka! Córka nędzą, głodem, przymuszona do hańby; przekleństwo mu, gdy spotka złodzieja, bo może to syn jego, nędza go popchnęła do tego!...
Rousseau padł wyczerpany na fotel.
— A jednak — ciągnął dalej złamanym głosem — nie jestem tak bardzo winien, jak się to wydaje. Widziałem matkę współwinowajczynię, która zapomniała o dzieciach, gorzej niżeli dzikie zwierzę. I wtedy pomyślałem: „Skoro Bóg pozwolił, aby matka zapomniała, więc zapewne było to potrzebne“.
— O! jak ja się wtedy myliłem! Boże! przebacz! Gilbercie, przed tobą pierwszym tak się spowiadam.
— Zatem — spytał młodzieniec, marszcząc brwi — nie opuściłbyś pan nigdy swych dzieci, gdybyś mógł je wyżywić?
— Sam nie miałem na najpierwsze potrzeby; o! gdyby nie to, nie opuściłbym ich nigdy!
Rousseau wzniósł ręce do nieba, jakby przysięgał.
— Czy dwadzieścia tysięcy liwrów starczy na wyżywienie dziecka? — spytał Gilbert.
— O! starczy.
— Dobrze więc, dziękuję panu, teraz wiem już co mam czynić.
— Zresztą młodym jesteś i silnym i własną pracą wychować możesz twe dziecko. Mówiłeś o zbrodni... pewnie cię szukają chłopcze, co — ścigają cię może...
— Tak.
— Ukryj się tu, moje dziecko, poddasze twoje zawsze wolne.
— Jesteś człowiekiem, którego naprawdę kocham, mistrzu! rzeczywiście potrzebuję tylko schronienia. Wiesz, że nie jestem leniwym i potrafię zapracować na życie.
— Dobrze — odrzekł trochę zaniepokojony Rousseau — wejdź na górę; niech pani Teresa cię nie spostrzeże; tam na poddasze nie wchodzi ona teraz nigdy, bo niczego tam nie chowamy. Zdaje mi się, że posłanie twoje jest tam jeszcze.
— Dziękuję, doprawdy uszczęśliwiasz mnie pan.
— Czy masz mi, chłopcze, jeszcze co do powiedzenia?
— Nie, ale... tak, jeszcze słówko; powiedziałeś mi pan kiedyś w Luciennes, że cię zdradziłem.
— Nie zdradziłem cię nigdy, goniłem tylko za mą ukochaną.
— Nie mówmy o tem! Czy to już wszystko?
— Chciałem jeszcze zapytać, czy można się w Paryżu dowiedzieć o czyjś adres?
— Jeśli to człowiek znany, przyjdzie ci to z łatwością.
— O, on bardzo znany.
— Któż to taki?
— Hrabia Józef Balsamo.
Rousseau zadrżał; nie zapomniał jeszcze sesji na ulicy Plâtrière.
— Czego chcesz od tego człowieka? — spytał po chwili.
— Bardzo prostej rzeczy. Ciebie mistrzu, oskarżałem, jako moralnego sprawcę mej zbrodni, bo zdawało mi się, że za radą twoją słuchać winienem praw natury.
— Czyż ci nie wytłumaczyłem, żeś mnie źle rozumiał? — zawołał przelękniony Rousseau.
— Tak przynajmniej objaśniłeś mnie, mistrzu.
— Czegóż chcesz więcej?
— Zbrodnia moja ma także swoją fizyczną przyczynę.
— Czyż Balsamo jest tą przyczyną?
— Tak. Skorzystałem ze sposobności, jak dzikie zwierzę, nie jak człowiek honoru; pan dałeś zasady, a sposobność dał hrabia Balsamo. Gdzie on mieszka?
— Przy ulicy Saint-Claude.
— Biegnę do niego.
— Ostrożnie z nim, moje dziecko, to człowiek potężny i... niebezpieczny.
— Nie bój się pan, umiem trzymać swój język na wodzy.
— Prędzej, prędzej, uciekaj na górę! — krzyknął Rousseau — zdaje mi się, że pani Teresa wraca, chowaj się!
— Gdzie klucz od góry?
— W kuchni, na półce, — Dowidzenia więc, dowidzenia!
— Weź sobie chleba z kredensu, przygotuję ci robotę na noc.
— Dziękuję!
Gilbert wyśliznął się cicho, jak kot i zanim pani Teresa otworzyła drzwi od kuchni, ogrodniczek był już na poddaszu.
Gilbert uspokoił się trochę, miał w sercu świeżego gościa — nadzieję — a w głowie mnóstwo projektów.
Nie odpoczął ani chwili, tak pilno mu było wyszukać hrabiego Balsamo.
Gdy wchodził w podwórze pałacu, Balsamo odprowadzał do drzwi księcia de Rohan który serdecznie dziękował alchemikowi za jakąś grzeczność. Biedny Gilbert — przerażony i drżący, schował się w najciemniejszy kątek, aby go ten wielki pan nie spostrzegł.
Książę Ludwik wsiadł do karety, która go wkrótce uniosła.
Balsamo melancholijnie patrzył za odjeżdżającym; po chwili zawrócił do mieszkania.
Tu na stopniach stał biedny chłopiec w łachmanach.
— Panie hrabio, błagam pana o kwadrans rozmowy — odezwał się Gilbert słabym głosem.
— Kto jesteś, przyjacielu? — zapytał grzecznie Balsamo.
— Nie poznajesz mnie pan?
— Nie, mniejsza zresztą o to, chodź za mną — odrzekł hrabia, nie przestraszony bynajmniej gościem w łachmanach.
Zaprowadził go do pierwszego pokoju, gdzie siadł na fotelu.
— Zdaje mi się, iż widziałem cię już kiedyś, moje dziecko, ale gdzie? — spytał Balsamo.
— W Taverney, w przeddzień przyjazdu delfinowej.
— Coś robił w Taverney?
— Mieszkałem tam.
— Jako służący?
— Nie, mieszkałem tylko...
— Kiedy opuściłeś Taverney?
— Przed trzema miesiącami.
— I udałeś się?...
— Do Paryża, gdzie uczyłem się u pana Rousseau. Następnie byłem ogrodniczkiem w Trianon, pod panem de Jussieu.
— Piękne nazwisko, mój chłopcze. Czegóż chcesz ode mnie?
Gilbert spojrzał w oczy hrabiemu.
— Czy przypominasz sobie pan ową noc straszną, podczas której przybyłeś do Trianon?
Balsamo zasępił się.
— Pamiętam doskonale — odrzekł — czyś mnie tam wtedy widział?
— Widziałem pana.
— Przychodzisz zatem po zapłatę za zachowanie sekretu? — spytał groźnie Balsamo.
— Nie, panie, mnie bardziej jeszcze, niż panu, zależy na zachowaniu tej tajemnicy.
— Nazywasz się Gilbert, wszak tak? — ozwał się po chwili hrabia.
— Tak, hrabio.
Balsamo zdumionym wzrokiem ogarnął chłopca, winowajcę zbrodni.
Jego, znawcę ludzi, zdziwił spokój tego dziecka i godność jego mowy.
Gilbert stał przy stoliku, o który oparł się ręką.
— Domyślam się — odrzekł Balsamo — po coś pan tu przyszedł do mnie? Dowiedziałeś się zapewne, jakie podejrzenie panna de Taverney rzuciła na ciebie, gdy zmusiłem ją do powiedzenia całej prawdy. Masz więc pretensję do mnie. Tak, gdyby nie ja, nigdyby się nie dowiedziano, kto jest winowajcą. Ale przyznaj pan, niema dla ciebie tłumaczenia, popełniłeś... nikczemność!...
Gilbert zacisnął zęby i milczał.
— Brat cię będzie prześladował, a siostra zabić cię każe, jak psa, jeżeli się pokażesz w Paryżu.
— O! to mnie mało obchodzi — odrzekł Gilbert.
— Jakto, mało cię obchodzi?
— Tak jest; kochałem pannę Andreę, jak nikt jej kochać nie jest w stanie. Ona mną poniewierała, mną, com ją szanował, jak świętość. Pogardziła mną. Chociażem dwa razy trzymał ją w objęciach, nie dotknąłem nawet ustami jej szaty.
— Tak, ale kazałeś jej zapłacić za to wszystko, zemściłeś się uwiedzeniem!...
— O! nie, nie, skorzystałem tylko ze sposobności, którą mi ktoś nasunął.
— Kto?
— Pan!
Balsamo zerwał się, jak ukąszony przez żmiję.
— Ja?
— Pan, panie hrabio, uśpiłeś pannę Andreę i uciekłeś. Baronówna o mało nie padła na ziemię. Podtrzymałem ją i odniosłem do jej pokoju. Cóż pan chcesz, kochałem ją. Czyż rzeczywiście jestem takim winowajcą, powiedz mi pan, który jesteś przyczyną mego nieszczęścia?
Balsamo spoglądał z litością na chłopca.
— Masz słuszność, moje dziecko — wyrzekł — ja jestem przyczyną nieszczęścia twego i tej biednej dziewczyny.
— I zamiast ratować, pan, człowiek potężny, myślałeś tylko o jej nieszczęściu i całą winę zrzuciłeś na głowę winnego.
— To prawda, mówisz bardzo logicznie. Widzisz, od jakiegoś czasu, jestem przeklęty, nic mi się nie wiedzie. O! bo i ja cierpiałem i cierpię strasznie. Jednak to nie powód, abym komuś sprawiał cierpienia. Czego żądasz?
— Proszę pana o sposób naprawienia złego.
— Czy kochasz tę kobietę?
— Szalenie!...
— Są różne rodzaje miłości. Jakąż jest twoja miłość?
— Dawniej kochałem ją z zachwytem, teraz z rozpaczą. Umarłbym z bólu, gdyby źle się ze mną obeszła; umarłbym z radości, gdyby mi pozwoliła ucałować swe nogi.
— Jest szlachcianką, ale jest biedną — mówił jakby do siebie Balsamo.
— Tak.
— Zdaje mi się, że brat jej nie jest takim zagorzałym arystokratą, jak inni. Jak sądzisz, coby odpowiedział, gdybyś mu oświadczył chęć zaślubienia jego siostry?
— Zabiłby mnie bez namysłu — odrzekł zimno Gilbert. — Ja się jednak nie boję śmierci i jeśli pan radzisz mi to uczynić, uczynię!
Balsamo zamyślił się.
— Rozsądnym jesteś i doprawdy, gdyby nie ten haniebny postępek, mógłbym cię nazwać człowiekiem szlachetnym. Idź nie do pana Filipa, ale wprost do starego barona i powiedz mu, że w dniu, kiedy zaślubisz jego córkę, dasz posag pannie Andrei.
— Nie powiem tego, panie hrabio, bo ja nic nie mam.
— A ja ci mówię, że jej dasz trzysta tysięcy liwrów, które ja ci ofiaruję dla naprawienia wszystkiego.
— Nie uwierzy mi.
— Uwierzy; pokażesz mu tylko te papiery, a wtedy nie będzie wątpił.
I Balsamo wyjął z szuflady stolika trzydzieści biletów bankowych po dziesięć tysięcy liwrów każdy.
— Czy to są pieniądze? — zapytał chłopiec.
— Czytaj.
Gilbert z chciwością pochwycił papiery.
— Rzeczywiście, to pieniądze! Czy podobna! — zawołał. — O nie! taka szlachetność byłaby za wzniosła!
— Jeszcze nie wierzysz, niedowiarku i to najniesłuszniej. Bierzże te pieniądze i idź natychmiast do pana de Taverney.
— Panie, dopóki podobna suma będzie mi dana na słowo, nie uwierzę.
Balsamo wziął pióro i napisał co następuje: „Dam Gilbertowi, w dniu, w którym zaślubi pannę Andreę de Taverney, posag w sumie stu tysięcy dukatów, które mu powierzam tymczasowo w nadziei dobrego zakończenia sprawy“.

Józef Balsamo.

Weź ten papier; chyba nie wątpisz już teraz?
Gilbert ujął papier trzęsącą się ręką.
— Panie — odrzekł radośnie — jeśli tobie zawdzięczę szczęście, będę cię czcić, jak Boga.
— Jest tylko jeden Bóg i tego trzeba wielbić — odrzekł poważnie Balsamo. — Idź mój przyjacielu.
— O ostatnią łaskę pana proszę.
— Jaką?
— Daj mi pan pięćdziesiąt liwrów.
— Prosisz o pięćdziesiąt liwrów, gdy trzymasz w ręku trzysta tysięcy? Te pieniądze należeć do mnie będą wtedy, gdy panna Andrea mnie zaślubi.
— Poco ci pięćdziesiąt liwrów?
— Muszę kupić odpowiednie ubranie; tak nie mogę stanąć przed baronem.
— Masz, chłopcze.
I Balsamo podał żądaną sumę.
Potem pożegnał skinieniem Gilberta i ze smutnie zwieszoną głową wyszedł z pokoju.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.