Hamlet (Shakespeare, tłum. Hołowiński, 1839)/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Hamlet
Podtytuł Xiąże duński
Pochodzenie Dzieła Williama Shakspeare Tom pierwszy
Data wydania 1839
Wydawnictwo T. Glücksberg
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Tłumacz Ignacy Hołowiński
Tytuł orygin. The Tragedie of Hamlet, Prince of Denmarke
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom pierwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom pierwszy jako ePub Pobierz Cały tom pierwszy jako PDF Pobierz Cały tom pierwszy jako MOBI
Całe wydanie
Indeks stron
AKT I.

SCENA PIERWSZA.
(Elsinore. — Krużganek pałacu).
FRANCISKO na warcie. Wchodzi BERNARDO.
BERNARDO.

Kto tam?

FRANCISKO.

Raczéj sam to powiedz: stój, daj się poznać.

BERNARDO.

Niech żyje król!

FRANCISKO.

Bernardo?

BERNARDO.

Tak.

FRANCISKO.

Pilnie przyszedłeś na swą godzinę.

BERNARDO.

Biła dwunasta: idź spać Francisko.

FRANCISKO.

Dzięki za zmianę: chłód przenikliwy:
Smutno mi bardzo.

BERNARDO.

Miałżeś spokojną wartę?

FRANCISKO.

Nawet się mysz nie ruszyła.

BERNARDO.

Dobrze, dobranoc.
Jeśli Horacia spotkasz z Marcellem,
Straży wspólników, mów niech się spieszą.

(Wchodzi HORACIO i MARCELLUS).
FRANCISKO.

Zdaje się idą. — Stój, co za jedni?

HORACIO.

Kraju przyjaciel.

MARCELLUS.

Danii lennik.

FRANCISKO.

Dobranoc.

MARCELLUS.

Żegnaj, mężny żołnierzu!
Kto zmienił ciebie?

FRANCISKO.

Zmienił Bernardo.
Jeszcze dobranoc.(wychodzi).

MARCELLUS.

Hola! Bernardo!

BERNARDO.

Mów, czy Horacio?

HORACIO.

Zgadłeś prawdziwie.

BERNARDO.

Witaj Horacio; witaj Marcellu.

HORACIO.

Czy to widziałeś znowu téj nocy?

BERNARDO.

Nic nie widziałem.

MARCELLUS.

Mówi Horacio, ze przywidzenie:
W straszne nie wierzy nasze widzenie,
Któreśmy dwakroć w nocy widzieli:
Przetom namówił, aby na straży
Z nami pozostał w strasznéj północy,
Wtedy, jak przyjdzie znowu widziadło,
Uzna niemylność wzroku naszego
I z tém widziadłem zechce pomówić.

HORACIO.

Pewno nie przyjdzie.

BERNARDO.

Siądźmy na chwilę;
Jeszcze do jego uszu szturmujmy,
Które nie wierzą w straszne widzenie,
Co przez dwie noce mieliśmy.

HORACIO.

Siądźmy.
Mówże, Bernardo.

BERNARDO.

Nocy ostatniéj,
Gdy na zachodzie gwiazda ta sama,
Po swym obiegu, w nieba téj stronie
Błyszczała, kędy i teraz płonie,
Ja i Marcellus, pierwsza jak biła, —

MARCELLUS.

Cicho, poprzestań; patrzcie, nadchodzi!

(wchodzi Duch).
BERNARDO.

Całkiem w postaci króla zmarłego.

MARCELLUS.

Przemów, Horacio, wszakeś uczony.

BERNARDO.

Patrzaj, do króla czy niepodobny?

HORACIO.

Bardzo podobny; — cały truchleję
Z trwogi okropnéj i podziwienia.

BERNARDO.

Może chce mówić.

MARCELLUS.

Mówże, Horacio.

HORACIO.

Któżeś, co w późnéj porze téj nocy
Postać przybierasz piękną i mężną,
W któréj umarły duński monarcha
Zwykł się przechadzać? O, na niebiosa
Ciebie zaklinam, byś odpowiadał.

MARCELLUS.

Tém obrażony.

BERNARDO.

Patrzaj, uchodzi.

HORACIO.

Czekajże; przemów; przemów, zaklinam.

(Duch wychodzi).
MARCELLUS.

Poszedł i nie chce dać odpowiedzi.

BERNARDO.

Jakto, Horacio? drżysz i pobladłeś:
Czyż to nie więcej jak przywidzenie?
Cóź ci się zdaje?

HORACIO.

Nigdy, na Boga! nie dałbym wiary,
Gdyby prawdziwie nie przekonały
Własne mię oczy.

MARCELLUS.

Czyliż do króla
Nie jest podobny?

HORACIO.

Jak ty do siebie:
Zbroją takową był przyodziany,
Kiedy dumnego zwalczył Norwega;
Tak w boju gniewny marszczył się niegdyś,
Kiedy Polaka ścigał na lodzie.
Rzecz nadzwyczajna!

MARCELLUS.

Już to podwakroć,
Właśnie w tej samej martwych godzinie,
Krokiem marsowym straże przechodził.

HORACIO.

Nie wiem jak o tem sądzie wypada,
Ale mém zdaniem to zapowiada
Jakiś niezwykły wybuch w tym kraju.

MARCELLUS.

Dobrze, usiądźmy, kto wie, niech powie
Czemu tak pilne i ścisłe straże
Męczą co nocy kraju poddanych?
I leją co dnia działa spiżowe,
I za granicą bronie kupują,

I budowniczych okrętu ciągną
Gwałtem do pracy, których robota
Nie zna w tygodniu nawet niedzieli?
Cóż to zagraża, że pospiech znojny
Czyni noc dniowi współpracownicą?
Któż mię nauczyc zdoła?

HORACIO.

Ja zdołam:
Chodzą tak słuchy. Król nasz ostatni,
Obraz którego nam się pokazał,
Został, jak wiecie, przez Fortinbrasa
Wielką tkniętego sławy zawiścią
Wyzwan do boju. Hamlet waleczny,
Bo go tak zwała nasza część świata,
Zabił w potyczce téj Fortinbrasa.
Który umową zbrojną w pieczęcie,
Prawem stwierdzoną i zwyczajami,
Z życiem swém stawił wszystkie te kraje,
Jakie posiadał, swemu zwyciężcy:
Równie stosowną kraju dzielnicę
Król nasz zakładał, któraby przeszła
Już na dziedziczny dział Fortinbrasa,
Gdyby zwyciężył; jako tą samą
Zgodą i treścią rzeczy zawartéj
Hamlet zagarnął jego dzielnicę.
Teraz, mój panie, młody Fortinbras,
Ognia dzikiego pełny, gorący,
Na pograniczu Norwegskiem zbiéra
I tu i owdzie śmiałą hołotę.
Tylko za jadło wszystkich prowadzi
Na przedsięwzięcie śmiałe, a które,
(Jako wiadomo państwu naszemu),

Jest by odebrać ręką przemocy,
Głosem przymusu kraj pomieniony,
Przez jego ojca śmierć utracony;
Rzeczy takowe sądzę pobudką
Do przygotowań naszych największą,
Źródłem straż naszych i pierwszą głową
Nadzwyczajnego tego pospiechu,
Jak i rozruchu w kraju calutkim.

BERNARDO.

Zdaje się ze to, nie co innego.
Dobrze to zgodne z męża postacią,
Co się po straży przechadza zbrojny,
Do nieboszczyka króla podobny,
Który był i jest przyczyną wojny.

HORACIO.

Proch to, co miesza duszy zrzenice
Gdy najświetniejsze wieńce Rzym zbierał
Przed Juliusza nieco upadkiem,
Zmarli rzucili grobu ciemnice,
I przebiegali w swoim całunie
Z jękiem i krzykiem Rzymu ulice.
............
Komet ognista na niebie kosa
Trwożyła, krwawa padała rosa,
Słońce się ćmiło; gwiazda wilgotna,
Co morze od jéj zawisło rządu,
Gasła w zaćmieniu, jakby w dzień sądu.
Równie zwiastuny strasznych wypadków, —
Jakby poprzednie gońce niedoli,
Lub wstęp do przyszłej wróżby złowieszczéj, —

Niebo i ziemia razem objawia
Na strefie naszej naszym rodakom. —

(wraca Duch).

Cicho; patrzajcie! wchodzi nanowo!
Zastąpię, choćbym zginął. — Stój, maro!
Gdyś obdarzona głosem lub mową,
Przemówże do mnie:
Gdy co dobrego zrobić potrzeba,
Co ci da ulgę, mnie łaskę nieba,
Przemówże do mnie:
Lub kraju klęskę gdy możesz wiedzieć,
Którą wprzód znając można uprzedzić,
O, mów!
Albo ze zdzierstwa zebrane krocie
Gdy zakopałeś w ziemi żywocie,
I przy tym skarbie, jak chodzą słuchy,
Wy się snujecie po śmierci duchy,

(kur pieje)

Mów: — czekaj, powiedz. — Trzymaj Marcellu.

MARCELLUS.

Mamże uderzyć moim oszczepem?

HORACIO.

Bij, jak nie stanie.

BERNARDO.

Tu!

HORACIO.

Tu!

MARCELLUS.

Już poszedł!
Widmo królewskie gwałtu pozorem
Od nas doznało tylko obrazy;

Bo jak powietrze niczem nieranne,
Nasze wyśmiało daremne razy.

BERNARDO.

Miało przemówić, ale kur zapiał.

HORACIO.

Wtedy zadrżało, jak winowajca
Na wyzyw sądu przerażający.
Kur, jak słyszałem, trąba ta ranku,
Swojém krzyczącém gardłem i głośnem
Budzi dnia bóstwo; na takie hasło,
W morzu, czy ogniu, w ziemi, powietrzu
Duchy krążące i obłąkane,
Spieszą w siedziby, mowy takowéj
Prawdę obecny stwierdza wypadek.

MARCELLUS.

Zniknął pobladły na śpiew koguta.
Mówią że kiedy pora nadejdzie,
Jak urodzenie Zbawcy się święci,
Ptak ten jutrzenny całą noc pieje,
Wtedy, jak mówią, anielskie nocy:
Duchy nie śmieją chodzie; planety,
Widmy, upiory nie mają mocy,
Błoga do tyła pora i święta.

HORACIO.

Tak ja słyszałem i w części wierzę.
Patrzcie poranek w płaszczu purpury
Idzie po rosie ze wschodniéj góry;
Wartę opuśćmy; moje mniemanie
Wnet zawiadomić o tem Hamleta,
Cośmy widzieli; bo na me zdrowie,
Niemy Duch dla nas, jem u odpowie;

Zgoda-li odkryć jemu zdarzenie,
Jak obowiązek każe i miłość?

MARCELLUS.

Zróbmy to, proszę; wiem gdzie najlepiej
W ranku dzisiejszym możem go znaleść.

(wychodzą).


SCENA DRUGA.
(Sala tronowa w zaniku królewskim).
Wchodzą: KRÓL, KRÓLOWA, HAMLET, POLONIUSZ, LAERTES, WOLTIMAND, KORNELIUSZ, PANOWIE i ŚWITA.
KRÓL.

Choć śmierć Hamleta drogiego brata
Świeżéj pamięci; chociaż ta strata
Każe nam serca w żalu pogrążyć:
Chociaż powinno całe królestwo
Czoło nasępić boleści chmurą;
Jednak tak rozum walczył z naturą,
Że w téj roztropnej po nim żałobie
Nie przestajemy myśléć o sobie.
Stąd siostrę dawniéj, dzisiaj królowę,
Kraju mężnego prawą dziedziczkę,
Jakby powiedzieć, w smutnej radości, —
Z jedném w łzach okiem, z drugiém wesołem,
Z mirtem w pogrzebie, z jękiem przy szlubie,
Boleść i roskosz na równej szali
Ważąc, — za żonę sobie pojąłem:
Myśmy najmędrszéj nie tamowali
Waszéj porady, która swobodna
Była w tej sprawie: — Wszystkim dziękuję.

Teraz, jak wiecie, młody Fortinbras, —
Mając w niewielkiej wartość mą cenie,
Myśląc, ze śmiercią brata drogiego
W kraju tym nieład i rozdwojenie, —
Wsparty marzeniem swojej wyższości,
Trapie poselstwem nas nie przestaje,
Chcąc, aby jemu powrócić kraje,
Które od jego ojca najprawniéj
Brat nasz pozyskał. Tak o nim tyle.
Co do nas, w tego zebrania chwilę
Dzieło jest takie: myśmy pisali
Do sąsiedniego króla Norwegów,
Co Fortinbrasa młodego wujem, —
Który się bawiąc łóżkiem i stary
Ledwo synowca słyszał zamiary, —
Aby go w dalszych wstrzymał zapędach,
Bo się uzbraja, zbiera żołnierzy
Z jego poddanych. — Stąd was wyprawiam,
Korneliuszu i Woltimandzie,
Panu Norwegów nieść pozdrowienie;
Ani wam daję moc do działania
Z królem w czém inném, tylko w tém dziele
Żegnam was, niechaj pilność okaże
Waszę gorliwość ku obowiązkom.

KORNELIUSZ i WOLTIMAND.

W tém i we wszystkiém będziem gorliwi.

KRÓL

My nie wątpimy; jedźcie szczęśliwi.

(wychodzą Woltimand i Korneliusz).

Teraz Laertes cóż ma nowego?
Prośbęś namienił; cóż Laertesie?
Mądrze do króla mówiąc, nie możesz

Mówić napróżno: jakież zadanie,
Cobym na prośbę twoję nie zdziałał?
Sercu nie tyle potrzebna głowa,
Ustom nie tyle ręka narzędziem,
Jak dla duńskiego tronu twój ojciec.
Mów Laertesie.

LAERTES.

Królu potężny,
Chcę pozwolenia wrócić do Franków;
Skądem najchętniéj w Danią przybył
Przy koronacyi wierność okazać;
To wypełniwszy, teraz wyznaję,
Ze za francuzką tęsknąc krainą,
O pozwolenie ważę się prosić.

KRÓL.

Ojciec pozwala? Poloniuszu?

POLONIUSZ.

Gwałtem, mój królu, wziął pozwolenie,
Przykrząc się prośbą; i naostatek
Jegom chęć stwierdził zgody pieczęcią:
Proszę więc jem u dac pozwolenie.

KRÓL.

Wybierz na odjazd czas, Laertesie;
Władasz swym czasem, rządź jak zapragniesz. —
Teraz, Hamlecie, krewny i synu, —

HAMLET, na stronie.

Więcéj niż krewny, a mniéj od syna.

KRÓL.

Czemu u ciebie chmury zawisły?

HAMLET.

Owszem, mój Panie, nadtom na skwarze.

KRÓLOWA.

Rzuć barwę nocy, dobry Hamlecie,
Pokaz królowi przyjazne lica.
Oczami, które żal na dół gniecie,
Zawsze nie szukaj w prochu rodzica:
Wiesz, to powszechna jest ostateczność,
Umrze, kto żyje tylko na świecie,
Po téj naturze idąc na wieczność.

HAMLET.

Tak to powszechna, Pani.

KRÓLOWA.

Dla czegoż
Tobie szczególnem jednak się zdaje?

HAMLET.

Zdaje się? Pani! nie, to istotnie;
Zdaje się, nie znam tego wyrazu,
Nie barwa płaszcza czarna, ponura,
Ani żałoby zwyczajne stroje,
Ni dech przerwany, lub westchnień chmura
Ani zrzenicy obfite zdroje,
Ni twarz z największym żalu wyrazem,
Ni smutku kształty, mody, pozory,
Wszystko to razem zostać nie może
Czucia mojego wiernym obrazem.
Prawda to wszystko może się zdaje,
Sprawy te często człowiek udaje;
Lecz to co w sercu mojem się mieści,
Wszelkie się zdaje przejdzie niezmiernie;
Tamte zaś tylko mojéj boleści
Marne przybory, żałobne czernie.

KRÓL.

Pięknie, Hamlecie, i przyzwoicie,
Byś ojcu smętną powinność płacił.
Lecz wiesz twój ojciec ojca utracił;
Ten znowu swego; zostało dziecie
Obowiązane w synowskiéj cnocie
Czas jakiś oddać łzom i tęsknocie;
Ale się smucić ciągle z tej klęski
Upor bezbożny, smutek niemęzki:
Znak to niezgiętéj woli niebiosom,
Serca słabego, myśli burzliwéj,
Nader błahego rzeczy pojęcia.
Czemuż świadomy, że tak być musi,
Że to powszednie, jak rzeczy inne
W życiu codzienném najpospolitsze,
Czemuż w szemrzącéj uporczywości
Brać to do serca? Grzéch przeciw niebu,
Przeciw zmarłemu, przeciw naturze,
A niedorzeczność przeciw rozumu,
Który o śmierci ojców nam ciągle
Mówi i który woła ustawnie
Przy pierwszym trupie do ostatniego,
Że tak być musi. Porzuć o ziemię
Tej niepotrzebnéj żałości brzemie;
Miej mię za ojca: przed całym światem
Ciebie ogłaszam tronu dziedzicem;
Ani cię kocham mniejszą miłością
Jakbym był twoim czułym rodzicem. —
Wrócić dla nauk do Wittembergu,
Jak chcesz, przeciwne naszym żądaniom:
Proszę cię zostań w naszéj krainie

Wzrok nasz pocieszać i uweselać,
Pierwszy tu xiąże, krewny i synu.

KRÓLOWA.

Niechaj twa matka darmo nie błaga,
Niejedź Hamlecie do Wittembergu.

HAMLET.

Spełnię we wszystkiém wolę twą, Pani.

KRÓL.

Dobrze, odpowiedź piękna, szlachetna;
Równy mnie jesteś w kraju. Chodź Pani,
Ta dobrowolna zgoda Hamleta
Rodzi w mém sercu uśmiech wesela.
Każde na zgodę wesołe zdrowie[1],
Które monarcha dzisiaj wypije,
Huczne obłokom działo opowie;
Króla wiwaty niebo odbije
Przez powtarzanie gromu ziemskiego.
Chodźmy.

(Król, Królowa, Panowie, Świta, Poloniusz, Laertes wychodzą).
HAMLET.

Bodaj to trwałe, trwałe zbyt ciało,
Jak lód rozstało, w rosę stopniało!
Lub samobójstwa bodaj Przedwieczny
Ludziom nie bronił! — Boże mój, Boże!
Jak mi się zdaje nieużyteczny,
Płaski, zwietrzały, nudny i brzydki
Świat ten i jego wszelkie użytki!
Fe, fe! to ogród niewypielony,

Buja w nasienie; chwasty i ziele
Wszystko tu głuszą. Przyszłoż do tego!
W parę miesięcy! — Nie, nie tak wiele:
Król tak przezacny! z nim ten zrównany
Będzie jak Satyr przy Apollinie:
W matce był mojéj tak zakochany,
Że nie dopuszczał wiatrowi nieba
Ostrym podmuchem zwiedzać jéj lice.
Niebo i ziemia! mniez pomnieć trzeba?
Tak go kochała, zdało się miłość
U niéj domowém pożyciem wzrasta:
Jednak za miesiąc. — Myśl tę oddalę: —
Słabości! imię twoje niewiasta! —
Miesiąc malutki; jeszcze trzewików
Nie zdarła, w których, jakby Niobe
We łzach calutka, szła kolo trumny
Biednego ojca; dziś ta, ta sama, —
Nieba! zwierz niemy i nierozumny
Dłużej się smuci, — wyszła za stryja,
Za brata ojca, który tak ojcu,
Jak ja podobny Herkulesowi:
W miesiąc po śmierci; jeszcze nie znikły
Łez przeniewierczych ślady widoczne
Z oczu nabrzmiałych, poczerwieniałych,
Szlub już zawarła: — Pospiech zbrodniczy,
Tak w kazirodne kwapić się łoże!
Złe to, na dobre wyjść to nie może:
Pękaj mi serce; milczéc potrzeba!

(Wchodzą: HORACIO, BERNARDO i MARCELLUS).
HORACIO.

Witaj nam, Xiąze!

HAMLET.

Rad cię oglądam:
Horacio, — albom siebie zapomniał.

HORACIO.

Tak jest, najniższy zawsze twój sługa.

HAMLET.

Dobry przyjaciel; imię takowe
Zawsze dawajmy sobie nawzajem.
Czegoś, Horacio, tu z Wittembergu? —
Marcellus?

MARCELLUS.

Xiąże, —

HAMLET.

Rad was oglądam; O, dobry wieczór. —
Lecz co przygnało was z Wittembergu?

HORACIO.

Chęć próżnowania, xiąże dostojny.

HAMLET.

Wrogombym waszym bronił tak wyrzec;
Uchu mojemu gwałtu, nie róbcie,
Biorąc za świadka takich doniesień
Własne zeznanie: wiem my nie fryce,
Cóź w Elsinorze macie za dzieło?

HORACIO.

Panie na pogrzeb króla przybyłem.

HAMLET.

Proszę cię nie szydź ze mnie, współuczniu;
Sądzę na mojéj matki wesele.

HORACIO.

Prawda, bo prędko zbyt nastąpiło.

HAMLET.

To z oszczędności tylko, Horacio!

Aby ze stypy potraw półmiski
Mogły na zimno bye na wesele.
Wolałbym wroga w niebie oglądać,
Jak ten oglądać dzień, Horacio! —
Ojciec mój, — zda się, ojca oglądam.

HORACIO.

Kędy?

HAMLET.

W zrzenicy mego umysłu.

HORACIO.

Raz go widziałem, krój był dostojny.

HAMLET.

Mąż to, co wszystkiem był do wszystkiego.
Jemu równego nigdy nie ujrzę.

HORACIO.

Zda się, żem widział przeszłéj go nocy.

HAMLET.

Widział! Kogo?

HORACIO.

Króla, mój Xiąże, ojca pańskiego.

HAMLET.

Jakże to króla, ojca mojego!

HORACIO.

Twe podziwienie miarkuj na chwilę
Uchem uważném; aż nie opowiem,
Wsparty świadectwem owych dwóch panów,
Podziwowiska.

HAMLET.

Mówże, na Boga!

HORACIO.

Razem dwie nocy dwaj ci panowie,
Marcel i Bernard, stojąc na straży

W zmarłych godzinie, w saméj północy
Dziw ten widzieli. Postać, jak króla,
W zbroi zupełnie od stóp do głowy,
Zjawia się nagle, krok uroczysty
Stawia koło nich zwolna, poważnie:
Przeszła po trzykroć przed ich oczyma,
Co osłupiałe były ze strachu,
Ledwie na długość włóczni zdaleka;
Kiedy ci z trwogi zlodowacieli
Stali jak niemi, nic mu nie rzekłszy,
Straszny wypadek mnie powiedzieli}
Noc trzecią z nimi stałem na straży:
Kędy, jak rzekli, w porze téj saméj,
W téjże postaci i słowo w słowo
Wchodzi zjawisko: znam twego ojcal
Ręce te nie tak sobie podobne.

HAMLET.

Kędy to było?

MARCELLUS.

Koło pałacu, kędy są warty.

HAMLET.

Z nimże mówiłeś?

HORACIO.

Chociaż mówiłem
Nie odpowiadał: raz, jak się zdaje,
Głowę swą podniósł i poruszenie
Takie uczynił, jakby chciał mówić:
Ale w tym czasie ranny kur zapiał;
Na to śpiewanie odszedł w pospiechu,
Znikłszy nam z oczu.

HAMLET.

To nadzwyczajnie!

HORACIO.

Ale prawdziwie, jak to, że żyję;
Myśmy sądzili za obowiązek
Donieść to Xięciu.

HAMLET.

Tak jest istotnie, lecz mię to miesza.
Macież téj nocy wartę?

WSZYSCY.

Tak, Panie.

HAMLET.

W zbroi, mówicie?

WSZYSCY.

W zbroi, mój Xiąże.

HAMLET.

Z góry do dołu?

WSZYSCY.

Od stóp do głowy.

HAMLET.

Więc nie widziałeś jego oblicza.

HORACIO.

Owszem, misiurkę miał podniesioną.

HAMLET.

Był nachmurzony?

HORACIO.

Twarz więcéj smutna
Jak zagniewana.

HAMLET.

Blady? czerwony?

HORACIO.

Blady niezmiernie.

HAMLET.

Patrzyłże na was?

HORACIO.

Pilnie nadzwyczaj.

HAMLET.

Chciałbym być wtedy.

HORACIO.

Truchlałbyś, Panie.

HAMLET.

Bardzo być może,
Bardzo bycć może: długoż zostawał?

HORACIO.

Jako z pospiechem umiarkowanym
Sto można zliczyć.

MARCELLUS i BERNARDO.

Dłużéj, o dłużéj.

HORACIO.

Ale nie wtedy kiedym go widział,

HAMLET.

Miałże-li brodę siwą? czy nie tak?

HORACIO.

Tak, jak za życia jego widziałem,
Czarno srebrzysta.

HAMLET.

Będę na straży;
Może téj nocy przyjdzie.

HORACIO.

Uręczam.

HAMLET.

Gdy mego ojca postać oblekło,
Mówić z niém będę, choćby się piekło

Rozwarło, każąc wstrzymać me kroki.
Tając dotychczas takie widoki,
Chciejcie i nadal chować milczenie;
Jakie téj nocy będzie zdarzenie,
Myśli oddajcie nie językowi;
Miłość odpłacę. Bywajcie zdrowi:
Między dwunastą a jedynastą
Do was pospieszę.

WSZYSCY.

Słudzy najniżsi.

HAMLET.

Tak mię kochajcie jak ja was: zegnam.

(wychodzą Horacio, Marcellas, Bernardo).

Duch mego ojca we zbroi cały!
Wszystko niedobrze; podłéj kabały
Mam podejrzenie: oby noc była!
Dotąd spokojnie siedź moja duszo!
Czyny haniebne wyjść na wierzch muszą,
Choćby je ziemia cała przykryła.

(wychodzi).


SCENA TRZECIA.
(Pokój w domu Poloniusza).
Wchodzi LAERTES i OFELIA.
LAERTES.

Już na okręcie rzeczy me; żegnam:
Siostro, z pomyślnym wiatrem jak nawa
Będzie odchodzić, pory nic zaśpij
Donieść o sobie.

OFELIA.

Wątpisz-li o tem?

LAERTES.

Miéj Hamletowej miłości fraszkę
Tylko za modę, za krwi igraszkę;
Lub za fiolek wiosny młodości,
Wczesny, nietrwały, słodki, niewieczny;
Nic więcéj.

OFELIA.

Jak to?

LAERTES.

Wierz mi nic więcéj.
Rosną nie tylko nerwy i ciało,
Ale ze wzrostem tego kościoła
Rośnie wewnętrznie dusza z myślami.
Może cię kocha dziś jak anioła,
Hańba i zdrada może nie plami
Jego cnotliwych uczuć i chęci:
Lecz drżyj, stan jego mając w pamięci:
Woli on własnéj wcale nie panem,
Lecz urodzenia swego poddanym:
Wybrać dla siebie, jak my, nie może,
Kiedy na jego leży wyborze
Kraju naszego całość i zdrowie;
Stąd jego wybór głosem i zgodą
Pierwéj zatwierdzić muszą członkowie
Ciała, którego głową zostaje:
Więc, że cię kocha, jeśli ci powie,
Mądrość twa każe wierzyć mu tyle,
Ile to w jego osobnéj sile
Słowa dotrzymać; czyli co jedno,

Trzeba posiadać Danii zgodę.
Zważ jaką zadasz sławie twéj szkodę,
Gdy ucho skłonisz niedoświadczone
Na te piosenki jego pieszczone;
Lub serce stracisz; albo otworzysz
Drogie skarbnice twojéj czystości
Jego gwałtownéj natarczywości.
Drżyj, Ofelio! drzyj, siostro droga!
Miéj się w odwodzie twojej czułości,
Nie idź na żądzy groty i wojnę,
Najostrożniejsze dziéwczę dość hojne,
Gdy xiężycowi wdzięki odkryje:
Potwarz i cnotę grotem przeszyje;
Często rak niszczy dzieci wiosnowe,
Pierwéj nim pączek ich się rozwije;
W świeżéj i rannéj rosie młodości
Straszne najwięcéj tchnienia morowe.
Strzeż się: najlepiéj zbawi cię trwoga;
Walczyć z młodością samą potrzeba,
Choćby innego nie było wroga.

OFELIA.

Nauczającéj dobréj twéj mowie
Straż dam nad sercem: ale, mój bracie,
Nie czyń jak czynią źli pasterzowie,
Innym wskazują wązką z cierniami
Ścieszkę do nieba; tymczasem sami,
Jak niedbający nic rozpustnicy,
Idą po słodkich rozkosz ulicy,
Która usłana tylko różami,
Drwiąc z własnéj rady.

LAERTES.

Nie bój się, jestem
Zdala od tego; — Lecz ojciec idzie.

(wchodzi Poloniusz)

Błogosławieństwo podwójne sprawia
Łaskę podwójną; zręczność się zjawia
Żegnać powtórnie.

POLONIUSZ.

Jeszcześ tu, synu? Spiesz się, czas nagli;
Daléj ku brzegu, daléj ku nawie;
Wiatr już się pieści w objęciu żagli,
Ciebie czekają: znów błogosławię;

(kładnie ręce na głowę, Laertesa)

Kilka tych przestróg wyryj w pamięci:
Myśli nie zwierzaj wnet językowi,
Myśl płochą nie puść ku uczynkowi.
Bądź towarzyskim, nie poufałym.
Maszli przyjaciół i doświadczonych,
Przykuj do duszy stali ogniwem;
Lecz nie plam dłoni uściskiem braci
Nowo-wylęgłych i nieporosłych.
Strzeż się od zwady, ale w potrzebie
Z wrogiem tak postąp, by się bał ciebie.
Słuchaj każdego, lecz mów nie wiele:
Swoje miéj zdanie przyjmując rady.
Strój się jak możność, lecz nie dziwacznie;
Ubiór bogaty, lecz bez przesady.
Często o ludziach sądzą z pozoru;
W ziemi francuzkiéj znaczni, bogaci
Zbyt wyszukani względem ubioru.
Nie rób sam długu, drugim nie dawaj,
Datek i przyjaźń często się traci;

Dług zaciągając zgubisz oszczędność,
Lecz nadewszystko, — bądź z sobą szczery;
A następuje, jak dzień po nocy
Że z drugim musisz być bez przechéry. —
Zegnam; niech moje błogosławieństwo
Spełnić te rady doda ci mocy.

LAERTES.

Żegnam cię, ojcze, jak najserdeczniéj!

POLONIUSZ.

Wzywa cię pora; słudzy czekają.

LAERTES.

Żegnam, Ofelio; pomnij com mówił.

OFELIA.

W mojéj pamięci dobrze to zamknę,
I klucz od tego tobie powierzę.

LAERTES.

Żegnam.(wychodzi Laertes).

POLONIUSZ.

Co, Ofelio, tobie powiedział?

OFELIA.

Rzecz się tyczącą xięeia Hamleta.

POLONIUSZ.

Mądrze, rozumnie:
Często on teraz, jak mi mówiono,
Z tobą sam na sam przepędzał chwile;
Ty go przyjmujesz chętnie i mile:
Jeśli to prawda, jak mi mówiono
I ostrzegano, muszę powiedziéć,
Że się tak dobrze nic znasz na sobie
Jak trzeba córce méj i twéj sławie:
Co między wami? powiedz mi prawdę.

OFELIA.

Czynił mi teraz wiele oświadczeń
Swéj życzliwości.

POLONIUSZ.

Ha, życzliwości? mówisz jak dziecko
Nic nieznające strasznéj téj sprawy
Wierzysz, jak zowiesz, tym oświadczeniom?

OFELIA.

Nie wiem co myśléć, ojcze łaskawy.

POLONIUSZ.

Więc cię nauczę: myśl, żeś ty dziecko;
Te oświadczenia tobie się zdają
Dobrą monetą, gdy są zdradziecką.
Ceń siebie więcej; albo się krzywdząc,
(Że muszę twoje wziąć wyrażenie),
Własnych uczynisz głupstw oświadczenie.

OFELIA.

Panie, nalegał swoją miłością
Nader przystojnie.

POLONIUSZ.

Zwiesz to przystojnie? porzućże, porzuć.

OFELIA.

Mowę popierał swemi przysięgi
Jak najświętszemi na Pana Boga.

POLONIUSZ.

Sidła na ptaszki. Wiem doskonale
Jak dusza hojnie we krwi zapale
Ustom użycza przysiąg najświętszych:
Takie wybuchy więcéj, ma córko,
Świecą jak grzeją, a właśnie gasną
W samem czynieniu swéj obietnicy:

Nie sądź je ogniem. — Odtąd niech będzie
Rzadsza przytomność twoja dziewicza;
Twe towarzystwo oceńże więcéj,
Jak na rozkazy wchodzić w rozmowy.
Wierz, co się ściąga do królewicza,
Jego xiążęcéj młodéj osoby
Pęta wolniejsze, niż twe okowy.
Słowem, Ofelio, wiary nie dawaj
Jego przysięgom, bo są koczotki,
Które nie tego wcale koloru
Jak się wydają tobie z pozoru,
Proszą o rzeczy jak najnieprawsze,
Tchnąc jak przysięga święta, pobożna,
Aby zwieść lepiéj. Lecz raz na zawsze, —
Bronię po prostu, odtąd nie można
Tracić twej żadnej wolnéj godziny
Na rozmawianiu z xięciem Hamletem.
Patrzaj, zalecam; idź swoją drogą.

OFELIA.

Będę posłuszną, ojcze.

(wychodzą).


SCENA CZWARTA.
(Krużganek).
Wchodzi HAMLET, HORACIO, MARCELLUS.
HAMLET.

Chłód mię przeszywa; zimno niezmiernie.

HORACIO.

Wiatr ostry smali.

HAMLET.

Która godzina?

HORACIO.

Blisko dwunastéj.

MARCELLUS.

Nie, już wybiła.

HORACIO.

Już! nie słyszałem; zbliża się pora,
Kiedy się widmo zwykło przechadzać.

(Słychać hałas trąb i strzał działowy).

Co to się znaczy, xiąże łaskawy?

HAMLET.

Król biesiaduje w nocy przy kubku,
Hula wrzeszczący przybysz na tronie.
Kiedy reńskiego puhar pochłonie,
Kotły i trąby głoszą z hałasem
Tryumf przy kubku.

HORACIO.

Zwyczaj-li taki?

HAMLET.

Zwyczaj, istotnie:
Ale mém zdaniem, chociam krajowiec,
Chociaż od młodu tum wychowany,
Zacniéj ten zwyczaj łamać jak pełnie.
Ta cięźko-głowa nocna hulanka
Szarpie nam sławę w każdym narodzie,
Czy to na wschodzie, czy na zachodzie:
Bo nazywają nas pijakami,
Wieprza przezwisko imię nam plami;
Przez to istotnie czyny chwalebne,
Choc najświetniejszą wieńczone pracą,
Swojej wartości szpik i rdzeń tracą.
Tak się w szczególnym trafia człowieku,
Kiedy przez jaką wadę natury,

Lub urodzenia, (czemu nie winien,
Bo nikt nie wpływa na swe poczęcie),
Lub temperament, który obala
Szańce rozumu i palisady;
Lub jaki nałóg, co się oddala
Od form przyjętych; — człek z piętnem wady,
Czy to z natury, czy losu gwiazdą,
Choć wszelka cnota czysta w nim będzie,
Jak łaska niebios, a nieskończona
Ile znieść mogą człeka ramiona,
Jednak powszechną w tym jednym błędzie
Zyska naganę: zła odrobina
Zacnej całości bardzo zaszkodzi,
Nawet ją zniszczy.

(Wchodzi Duch).
HORACIO.

Patrzaj, nadchodzi!

HAMLET.

Brońcie anioły, mocy niebieskie!
Błogaś-li dusza, czy potępieniec,
Niebem oddychasz, czy ziejesz piekłem,
Złe są, czy dobre twoje zamiary,
Tyle ciekawą postać przybrałeś,
Że muszę mówić; zwę cię Hamletem,
Ojcem, monarchą duńskim: odpowiedz:
Niech w niepewności nie ginę! powiedz
Jak święte kości w trumnie schowane
Całun zerwały! jakże grobowiec,
Gdzie na spoczynek ciebie złożono,
Ciężkie otworzył z marmuru łono,

By cię wyrzucić! Co to się stało,
Ze martwe zbroją kryjąc twe ciało
blacie nawiedzasz światło xiężyca,
Nocy sprawujesz najokropniejsze.
Tak że nas głupców natury istność
Takiem widziadłem strasznie się wzrusza,
Którego pojąc nie może dusza?
Mów, co to? czemu? cóż mamy czynić?

HORACIO.

Kiwa, ażebyś za nim się udał,
Jakoby żądał zrobić odkrycie
Panu samemu.

MARCELLES.

Jak przyjaznemi, patrzaj, znakami
Xięcia do dalszéj ustroni mami:
Ale nie słuchaj.

HORACIO.

Przez żaden sposób.

HAMLET.

Nie chce tu mówić, udam się za nim.

HORACIO.

Nie idź, mój Panie!

HAMLET.

Czegoż się lękać?
Życia nie cenię mego za szpilkę;
Co zaś do duszy, cóż jej uczyni,
Kiedy zarówno z nim nieśmiertelna?
Wabi mię znowu; udam się za nim.

HORACIO.

Co! jeśli zwabi w morza głębinę,
Albo na straszną skały wyżynę,

Która nad morzem czoło zawiesza?
Gdy weźmie inną straszną postawę,
Która ci może rozum pomiesza,
I oszalejesz? pomyślże o tém:
Miejsce to wszystkich nabawić może
Bez innych przyczyn głowy zawrotem,
Gdy spojrzą w przepaść straszną, gdzie morze
Ryczy pod skałą.

HAMLET.

Ciągle mię wabi: —
Idę, postępuj.

MARCELLUS.

Panie, nie pójdziesz.

HAMLET.

Ręce usuńcie.

HORACIO.

Miarkuj się, Xiąże:
Za nim nie pójdziesz.

HAMLET.

Los mój mię wzywa:
Żyły w mém ciele mocą napręża,
Jakoby nerwy lwa Nemejskiego.

(Duch daje skinienie)

Zawsze mię woła; — Puśccie, panowie; —

(wyrywa się od nich)

Widmo, na Boga, z tego uczynię,
Kto mię zatrzyma: — na bok, powiadam:
Duchu postępuj, idę za tobą.

(wychodzą Duch i Hamlet).
HORACIO.

Przez wyobraźnię odszedł od siebie.

MARCELLUS.

Chodźmy, bo słuchać w tém nie wypada.

HORACIO.

Za nim. — jakowyż weźmie to koniec?

MARCELLUS.

 Coś zepsutego w Danii Stanach.

HORACIO.

Boże to popraw!

MARCELLUS.

Za nim pospieszmy.

(wychodzą).


SCENA PIĄTA.
(Więcéj odległa część krużganków).
Wchodzą DUCH i HAMLET.
HAMLET.

Kędy mię wiedziesz? mów, już nie pójdę.

DUCH.

Zważaj.

HAMLET.

Uważam.

DUCH.

Czas prawie przyszedł,
Kiedy w dręczące siarki płomienie
Muszę powrócić.

HAMLET.

Ach biedny Duchu!

DUCH.

Litość powstrzymaj, tylko mię słuchaj,
Co ci odsłonię.

HAMLET.

Mów, obowiązek słuchać mi każe.

DUCH.

Pomścić się także, kiedy usłyszysz.

HAMLET.

Co!

DUCH.

Ojca twojego duchem ja jestem;
Na czas po nocy chodzić skazany;
W dzień na pokutę ogniu oddany,
Aż nie wypalę i nie wygładzę
Win popełnionych w dniach méj natury.
Jeśliby odkryć dano mi władzę
Mego więzienia tajne katusze,
Obraz takowy odkryłbym, który
Słowem najlżejszém zgniecie twą duszę;
Lodem pościna krew młodocianą;
Oczy, jak gwiazdy, ze sfer wybieżą;
Włosy rozdzieli, choć razem leżą,
Wszystkie osobno na głowie staną,
Jak w gniéwie jéża kolce się jéżą:
Ale wieczystéj obrazy biedy
Nie są dla ucha ze krwi i ciała: —
Słuchaj mię, słuchaj! — Jeśli twa kiedy
Dusza czułego ojca kochała.

HAMLET.

O, nieba!

DUCH.

Ukarz mord brzydki, nienaturalny.

HAMLET.

Mord?

DUCH.

Choć i najlepsze brzydkie morderstwo,
Lecz to jest dzikiém, straszném, obrzydłém.

HAMLET.

Mów prędzéj, abym szybkiém tak skrzydłem,
Jak bogomyślność lub myśl kochanków,
Zemsty doleciał ostatnich szranków[2].

DUCH.

Widzę gotowyś; lecz gdybyś tyle
Był oschły, ile brzydkie badyle,
Co gnijąc drzymie przy cichéj Lecie,
Zbudzisz się na to. Słuchaj, Hamlecie:
Wiesz, rozgłoszono w całym narodzie,
Że mię wąź ubodł, gdym spał w ogrodzie;
Danii ucho grubo zwiedzione
W téj wymyślonéj śmierci przygodzie;
Lecz znaj młodzieńcze zacny, ze żmija,
Co w życie ojca żądło swe wbija,
Teraz koroną skronie obwija.

HAMLET.

Wieszcza ma duszo! Jakże to, stryj?

DUCH.

Tak: kazirodny zwierz cudzołożny
Wdziękiem dowcipu, zdradnemi dary,
(Dary i dowcip taki bezbożny,
Który tak zwodzi!) na swe zamiary

Najbezwstydniejsze nakłonił szpetnie
Żonę na pozór najczystszą w świecie:
Jaki tu spadek, o mój Hamlecie!
Odemnie, w którym miłość szlachetnie
Wiodła za rękę święte przysięgi
Dane przy szlubie; do niedołęgi
Spadła, którego wszystkie przymioty
Niczem są przy mnie.
Lecz jak zwieść Cnotę Rozkosz nie zdoła,
Choć się w postaci nieba zaleci-,
Tak Chuć przykuta i do anioła,
Który się szczęścia promieniem świeci,
Znudziwszy sobie w rajskim kochanku,
Spadnie do śmieci.
Lecz cicho! czuję oddech poranku;
Krótko więc powiem: — Gdym ze zwyczaju
Spał po obiedzie w sadzie nad zdrojem,
Stryj twój, jak żmija szatańska w raju,
Pełznąc w bezpiecznem spocznieniu mojém,
Wlał jad do mego ucha krużganku,
Sok przeklętego ziela szaleju,
Co nieprzyjazny dla krwi człowieka,
Jak żywe srébro, prędko przecieka
Wszelkie kanały ciała budowy;
Jak mleko kwasem, tak swoją mocą
Krew czysta, zdrową, ścina i zwarza:
Tak moję zwarzył; jak u Łazarza,
Tak u mnie w mgnieniu strup był na strupie,
W jednéj się zlało brzydkiéj skorupie
Gładkie me ciało.
Tak pozbawiony we śnie od brata
Życia, korony, żony i świata;

W kwiecie mojego grzéchu zerwany,
Bez kommunii, niespowiadany,
Świętym olejem nienamaszczony,
Cez obrachunku na sąd posłany,
Mając na głowie wszystkie me grzéchy; —
O jak okropnie, o jak niegodnie!
Gdy cię natura ku mnie rozczula,
Nie cierp bezbożnéj, podłéj uciechy,
Która się gnieździ tak kazirodnie
W łożu twojego ojca i króla.
Ale jakkolwiek powściągniesz zbrodnie,
Nie plam twéj duszy w żadnym zamiarze
Przeciwko matce; Bóg niech ją karze
I ten sumienia bodziec ciernisty,
Co dręczy łono jej bez przestanku.
Żegnam cię wreście! — Robak ognisty
Już mi zwiastuje przyjście poranku,
Który na wschodzie świeci się skromnie:
Żegnam cię, żegnam! pamiętaj o mnie.

HAMLET.

Nieba zastępy! ziemio! co jeszcze!
Dodać-li piekło? — fe! — ścichnij serce;
Nic starzéjcie się nerwy w téj dobie,
Lecz się natężcie! — Pomnieć o tobie?
Tak, biedny Duchu, póki w téj głowie
Choć pomieszanéj wir ten nie zmęci
Mojéj pamięci. Pomnieć o tobie?
Tak, wygluzuję z karty pamięci
Błahe, namiętne wszelkie wspomnienie,
Wszystko com czytał, wszelkie wrażenie,

Co pisze młodość i doświadczenie;
Tylko obejmą rozkazy twoje
Mego rozumu księgi i zwoje,
Bez błahych rzeczy: tak, na mą duszę.
Zgubna niewiasto!
O, śmieszku, zbrodniu, podły, przeklęty!
Gdzie mój pulares? — Wpisać tu muszę,
Że już na świecie zwyczaj przyjęty,
Śmiać się i śmiać się i czynić zbrodnie:
W Danii wreście, tak niezawodnie: (pisze)
Jesteś tu stryju. Teraz me hasło:
Żegnam cię, żegnam! pamiętaj o mnie.
Przysiągłem.

HORACIO, za sceną.

Xiąze mój, xiąze!

MARCELLUS, za sceną.

Xiąże Hamlecie!

HORACIO, za sceną.

Strzeżcie go nieba!

HAMLET.

Niech się to stanie!

MARCELLUS.

Héj, héj! Xiąze!

HAMLET.

Tu, tu, tu, chłopcze! choć ptaszku, chodź!

(Wchodzą: HORACIO i MARCELLUS).
MARCELLUS.

Jakże, mój Xiąże?

HORACIO.

Jakież nowiny?

HAMLET.

Straszne!

HORACIO.

Powiedzże, xiąże mój.

HAMLET.

Nie chcę
Bo rozgłosicie.

HORACIO.

Nigdy, na Boga!

MARCELLUS.

Ani ja, xiąże.

HAMLET.

Cóż wy powiécie; mogłożby kiedy
Serce człowieka o tém pomyśléć? —
Ale nie mówcie, —

HORACIO i MARCELLUS.

Nigdy, na Boga!

HAMLET.

W Danii całéj nie masz podłego,...
Któryby nie był łotrem przesławnym.

HORACIO.

Duchom nie trzeba z grobu przychodzić
Dla obwieszczenia takiéj nowiny.

HAMLET.

Prawda; nie przeczę słusznéj uwadze;
Przeto grzeczności nie czyniąc wiele,
Rękę ścisnąwszy rozejść się radzę:
Idźcie ku swoim chęciom i dziełom; —
Każdy ma człowiek dzieła i chęci
Sobie właściwe, — mój biedny udział,
Tylko zważajcie, modlić się pójdę.

HORACIO.

Dzikie to słowa i pomieszane.

HAMLET.

Żem was obraził mocno żałuję,
Mocno, istotnie.

HORACIO.

Nie ma obrazy.

HAMLET.

Owszem, na święty Patrycy, wielka
Jest tu obraza. Co do widziadła, —
Duch to poczciwy, mogę zapewnić:
Chęć zaś poznania, co między nami,
Stłumcie jak można. A teraz, bracia,
Jak przyjaciele, jako współucznie,
Jak towarzysze broni, uczyńcie
Jedną mi łaskę.

HORACIO.

Dobrze, mój xiąże.

HAMLET.

Coście widzieli w nocy, nie mówcie.

HORACIO i MARCELLUS.

Dobrze, mój xiąże.

HAMLET.

Lecz przysięgnijcie.

HORACIO.

Ręczę na bonor!

MARCELLUS.

Ręczę na honor!

HAMLET.

Na tym pałaszu.

MARCELLUS.

Jużeśmy dobry xiąże przysięgli.

HAMLET.

Lecz uroczyście na mieczu przysiądz.

DUCH, z pod ziemi.

Przysiądz!

HAMLET.

Ha, ha, mój chłopcze! także powiadasz?
Tużeś, czy tylko puszczasz tumany? —
W lochu słyszycie tego kamrata; —
Zgódźcie się przysiądz.

HORACIO.

Podaj przysięgę.

HAMLET.

Nigdy nie mówić coście widzieli,
Na tym pałaszu poprzysiądz.

DUCH, pod ziemią.

Przysiądz!

HAMLET.

Hic et ubique? miejsce przemieńmy: —
Chodźcie, panowie:
Rękę połóżcie na tym orężu:
Przysiądz na mieczu!
Nigdy nie mówić coście słyszeli.

DUCH, pod ziemią.

Przysiądz na mieczu!

HAMLET.

Dobrześ powiedział, stary mój krecie!
Możesz tak prędko ziemię wydrążać?
Tęgi podkopnik! Jeszcze raz, bracia,
Miejsce przemieńmy.

HORACIO.

O dniu i nocy!
Jakże wypadek dziwny i obcy.

HAMLET.

Jak cudzoziemca przyjmcież go miło!
Więcéj jest rzeczy w niebie, na ziemi,
Jak filozofii waszej się śniło.
Ale przystąpmy; —
Teraz i potém nigdy ni słowa,
Tak niech pomoże Bóg wam i święci!
Choćbym się zdawał dziwakiem zostać,
Jak może nadal i będę w chęci,
Z potrzeby szału wziąć na się postać: —
W tedy mię widząc, to ramionami
Tak nie wzruszycie, ani téż głową
Trząść tak będziecie, ani powiécie
Żadne niepewne, dwuznaczne słowo;
Jako to: dobrze, dobrze, my wiemy; —
Albo, gdybyśmy świerzbiączkę mieli;
Albo, możnaby, gdybyśmy śmieli: —
Że nie powiecie tych dwuznaczników
Wykrywających, że wy co wiecie,
Jak miłosierdzie i łaskę nieba
Chcecie miéć w biedach, przysiądz potrzeba.

DUCH, z pod ziemi.

Przysiądz!

HAMLET.

Ucisz się, ucisz, duchu stroskany! —
Miejcie, panowie, w łaskawym względzie
Mnie, którym do was tak przy wiązany:
Gdy człek tak biédny, jak Hamlet, będzie

W stanie okazać miłość i przyjaźń,
Z bożą pomocą pewno nie chybi.
Chodźcie. Ma przyjaźń jeszcze zaklina
Ażeby palca z ust nie zdejmować.
Czas to burzliwy. — Przeklęta wina!
Na com się zrodził ciebie prostować!
Dobrze, pójdziemy razem, panowie.

(Wszyscy odchodzą).


Przypisy

  1. Króla niewstrzemięźliwość silnie odmalowana; każda raecz, co się zdarzy, jest dla niego powodem do pijatyki.
  2. To porównanie dziwnie ładne; Hamlet zważając z czemby porównał szybkość swéj zemsty, wybiera dwie najprędsze myśli w naturze, silny ogień boskiéj i ludzkiéj namiętności, w entuziaście i kochanku.Warburton.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Ignacy Hołowiński.