Gospoda pod Aniołem Stróżem/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Gospoda pod Aniołem Stróżem
Rozdział Pierwsza stacya generała
Data wydania 1887
Wydawnictwo Wydawnictwo Księgarni K. Łukaszewicza
Druk Drukarnia „Gazety Narodowej“
Miejsce wyd. Lwów
Tytuł orygin. L'auberge de l'Ange Gardien
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVII.
Pierwsza stacya generała.

W tym czasie, kiedy Piotrek stawia się hardo i okrada swego dobroczyńcę, a Jakób go broni i zyskuje nowe pochwały w szkole; kiedy Elfy liczy dnie i godziny powrotu przyszłego swego małżonka, a pani Blidot czuwa bacznem okiem nad wszystkiem, spieszą nasi podróżni raźnym krokiem, chociaż Moutier z pewnym niepokojem spogląda na generała. Przez pierwsze pół godziny szedł on dziarsko i śmiało, nie odpoczywając, lecz im bardziej oddalali się, tym powolniejszym wlókł się krokiem. Pocił się, chłodził chustką i sapał jak miech kowalski. Moutier radził, aby na chwilę spoczęli w cieniu pod drzewem, ale generał nie zgodził się na to, zdjął nawet kapelusz, a otarłszy czoło z potu, rzekł:
— Nadzwyczajny upał. Od czasów kampanii w Sebastopolu, jeszcze nie byłem w takim ogniu. Piekielne gorąco, a nigdzie żadnego schronienia. Mam wielką chęć zdjąć ze siebie surdut, jest ze zbyt grubego sukna i dla tego nadzwyczaj ciężki.
— Niech mi go pan da, będę niósł, to zawsze wielka różnica.
— O! na to nigdy nie pozwolę.
Generał stanowczo wzbraniał się przyjąć propozjcyi Moutier, a potem znowu zaczął narzekać na nieznośny upał.
— Dajże mi pan swój surdut, odezwał się Moutier, będzie panu daleko lżej.
— Do pioruna, jeżeli mnie on cięży, to i dla ciebie nie będzie lekki.
— Jeszczem się nie znużył, bo nie przechodziłem tyle stopni, aby dojść aż do rangi generała, więc nie czuję tak bardzo ciężaru.
— Gadasz, abyś gadał, a wiesz dobrze, że jesteś młody i dzielny, więc i siły masz większe, odparł generał urażony.
— Przepraszam pana, wiem bardzo dobrze jakie to trudy połączone są ze stopniem feldfebla, a cóż dopiero wówczas, gdy ktoś własną szablą wywalczy sobie stopień generała.
Generał spojrzał ze śmiechem na Moutier, bo mu pochlebiało wyrażenie żołnierza i uściskawszy go za rękę, oddał mu surdut.
— Dziękuję ci, mój przyjacielu, rzekł, umiesz pochlebiać nie poniżając się. O tak, Elfy będzie z tobą szczęśliwa. Do licha, jak to strasznie daleko.
Biedny generał z trudnością podnosił nogi i zziajany, niespokojnie rozglądał się na wszystkie strony, czy nie ujrzy gdzie jakiego miejsca do odpoczynku. Nakoniec stało się zadość jego życzeniom; spostrzegł niewielki pagórek, porosły murawą i otoczony wieńcem drzew. Moutier przewidział zamiar generała, który sapał, narzekał a nawet już utykał, ale się do znurzenia przyznać nie chciał; żołnierz więc udał, że nic nie rozumie. Generał widząc, że Moutier milczy, sam się pierwszy odezwał:
— Mój dobry Moutier, jesteś znużony, bo widzę, że pot spływa z twego czoła, ciężar mego surduta przygina cię do ziemi; oto właśnie wyborne miejsce do spoczynku, jakby naumyślnie przeznaczone do wytchnienia.
— Zapewniam pana, odpowiedział tenże z uśmiechem, że nie jestem wcale strudzony, takim samym krokiem mogę iść aż do samego wieczora.
— Nie udawaj, jesteś zgrzany, spocony, zziajany, musisz koniecznie odpocząć.
— Żeby pana przekonać, iż tak nie jest, pójdę podwójnym krokiem, dodał Moutier ze śmiechem, idąc krokiem afrykańskiego żuawa.
Generał, któremu już zupełnie brakło sił. zaczął wołać:
— Moutier! Zatrzymaj się. Nie mogę zdążyć za tobą! Słuchaj że! Przyznaję się, że jestem tak strudzony, iż kroku nie postąpię dalej. Wróć się. A to dyabelski człowiek. Udaje, jakby mię wcale nie słyszał.
Nareszcie Moutier odwrócił się i widząc, że generał spoczywa pod drzewem, zbliżył się doń.
— Jakto? Generał tutaj zatrzymałeś się? Ja sądziłem, że idziesz pan za mną.
— Cóż to sobie myślisz? Nie jestem przecie szybkobiegaczem, żebym mógł dogonić wiatronogiego jelenia. Nie posiadam szybkości Antilopy. Natura nie przeznaczyła mnie na charta. Czy wreszcie jakikolwiek człowiek w moich latach, przy takiej otyłości, przytem chory, poraniony, mógłby dwie godziny biedź galopem bez odpoczynku!
— Ja to także mówiłem, ale mi generał nie wierzyłeś.
— To prawda, ale zdawało mi się, że pan sobie stroisz ze mnie drwinki, dlatego, że jesteś młodym i masz zdrowe nogi. Przytem człowiek zawsze ma nieco miłości własnej, a nie chciałem wobec pani Blidot i Elfy uchodzić za podagrika niedołęgę, starca o wycieńczonych siłach.
— Ależ upewniam pana, panie generale.
— To się na nic nie zdało. Wiem dobrze, co mówię. Czy pan sądzisz, żem nie domyślił się w tem złośliwości, skoro zacząłeś biedz jak jeleń. Pomyślałeś sobie wtenczas: Poczekaj staruszku, musisz spocząć koniecznie; ja podskakuję, ale ty upadasz na nogi. Niech żyje młodość, precz ze starością! Tak myślałeś, a uśmiech błąkający się w tej chwili na twych ustach, jawnym jest tego dowodem.
— Bardzo mi przykro, panie generale, że mój uśmiech...
— Przykro ci? Nie mów mi tego. Przeciwnie, widzę, że się śmiejesz ukradkiem. Chcesz, żebym wystawiwszy język i wlekąc się jak rak, stanął nareszcie na środku drogi, a ty żebyś mógł wtenczas głośno zawołać: Brawo! To zemsta nad biedakiem podziurawionym od kul, wyglądającym jak przetak! Rzeczywiście, otrzymałem daleko więcej jak inni postrzałów. Sam pan niezawodnie przyznasz, że w czasie szturmu do Małakowa, przeszło przez moje ciało co najmniej pięćdziesiąt kul! Gdyby nie pan, zginąłbym na miejscu. O tak, pan mi uratowałeś życie, powtarzam to nieustannie i do grobu wdzięczność dla ciebie zachowam. Możesz patrzeć na mnie tym piekielnym wzrokiem, ile ci się podoba, choć to wcale nie przystoi feldfeblowi wobec generała, nie zmusisz mnie jednak do milczenia; o nie! Będę krzyczał na wszystko cztery strony świata: Moutier, dzielny feldfebel żuawów, uratował mi życie z narażeniem własnego. A ja mu tego nigdy nie zapomnę; uczynię wszystko co on zechce i wreszcie niech robi ze mną, co mu się podoba.
Skoro nareszcie generał w ten sposób wyładował swój gniew, opanowało go uczucie rzewniejsze, bo podał Moutierowi rękę. Chciał powstać, ale jednak padł na powrót na siedzenie. Moutier rzekł:
— Wypocznij pan cokolwiek panie generale; i ja także jestem raniony, piesza podróż czyni mi również pewną przykrość...
— Albo to prawda? zapytał generał z pewnem zadowoleniem. Pan rzeczywiście pragniesz także spoczynku!
— Rzeczywiście jestem mocno strudzony, co pan poczytałeś za złośliwość, było to tylko samochwalstwo żuawskie. Ach, jak słodko spocząć w chłodzie, w cieniu! dodał wyciągając się na murawie, jakby istotnie upadał ze znużenia. Generał, zupełnie zadowolony, oparł się wygodnie o pień drzewa; zamknął oczy i wkrótce nie mogąc się powstrzymać, zasnął. Kiedy Moutier usłyszał jego głuche chrapanie powstał a wziąwszy papier napisał na nim te wyrazy: „Czekaj pan na mnie, panie generale, wrócą natychmiast!“
Położywszy notatkę obok generała, oddalił się szybkim krokiem.
Generał spał, gdy tymczasem Moutier podążał szybko po drodze. Widocznie nie czuł bólu z ran, gdyż wesoło i pewnym głosem zapytał pierwszego napotkanego na trakcie przechodnia, gdzieby można nająć powóz. Wskazano mu pewną oberżę właściciel której posiadał rozmaitego rodzaju ekwiparze. Moutier skierował się w tamtą stronę, najął powóz, kazał natychmiast zaprzęgać, usiadł do niego i odjechał ku miejscu, gdzie pozostawił generała. Nadaremnie jednak oglądał na wszystkie strony znikł on jakby wpadł w wodę, tylko na murawie leżał jego surdut.
Biedny Moutier przebył bardzo bolesną godzinę w obawie i przestrachu. Woźnica spostrzegłszy jego bladość zapytał o przyczynę.
— Pozostawiłem tu pewnego pana mocno zamożnego, który usnął strudzony a teraz jedynie znajduję tylko jego surdut. Co się z nim stało?
— Być może znudziło mu się czekać i powrócił tam, zkąd przybył.
— To bardzo być może, odpowiedział Moutier. Dziękuję ci mój przyjacielu, musimy tedy jechać dalej.
Woźnica zaciął konia i wkrótce dostali się do oberży pod Aniołem Stróżem. Moutier wyskoczył z powozu, i właśnie natknął się na generała, który z szeroko rozwartemi oczami, spocony, z mocno zarumienioną twarzą, stał na progu.
Zanim Moutier zdołał się odezwać generał pierwszy krzyknął:
— Co to znowu za żarty? Czy to ja jestem marionetka, hetka, pętelka, żeby ze mną wyprawiać takie komedye? Pozwolić, żebym sam jeden, jak błazen, spał pod drzewem. Podejść w sposób najhaniebniejszy udając znużenie a potem uciec zostawić na ludzkiej opatrzności, kiedy zasnąłem bezpiecznie. Powiedz otwarcie, szczerze, czy to się godzi, czy to szlachetnie?
— Panie generale...
— Bez wykrętów. Żądam stanowczej i natychmiastowej odpowiedzi.
— Jakimże sposobem wytłumaczę się, gdy mi pan nie pozwalasz przyjść do słowa, rzekł Montier.
— Mów pan, panie feldfeblu. Bardzo proszę. No, mówże pan, słucham.
— Powiem panu krótko panie generale. Kiedym przekonał się, że jesteś pan bardzo a bardzo znużony, skorzystałem ze snu pańskiego...
— I uciekłeś. Do licha, o tem przecież wiem doskonale.
— Przepraszam...
— Co mi tam przeproszenie...
— Nie uciekłem, ale...
— Kto inny za ciebie uciekał... Wielka szkoda że nie powiesz, iż to ja właśnie opuściłem miejsce spoczynku...
— Kiedy mówić nie mogę...
— Nie bronię, nie bronię... Bardzo proszę... No słucham.
— Otóż nie uciekłem tylko udałem się do pobliskiej wioski dla najęcia powozu. I znalazłszy takowy przyjechałem aż tutaj, żeby pana zabrać. Odjeżdżamy natychmiast, pozwolisz pan jednak, ze parę słów powiem Elfy...
Moutier zbliżył się do narzeczonej i coś jej opowiadał bardzo wesołego, bo się nie mogła powstrzymać od śmiechu.
Rzeczywiście przybycie generała na pół ubranego, w koszuli, bez surduta a to siedzącego na ośle za innym człowiekiem wywołało wielkie we wszystkich zdziwienie a cóż dopiero wówczas, gdy Moutier opowiedział o szczegółach ich komicznej pieszej przechadzki.
Generał stał na środku pokoju, z założonemi w tył rękami, i coraz bardziej łagodniał; twarz przybierała wyraz dawnej łagodności i dobroci.
— Mój dobry, mój poczciwy Moutier, rzekł nakoniec, przebacz mi ten niewczesny wybuch gniewu. Nie byłem widocznie przy zdrowych zmysłach; w powozie daleko prędzej pojedziemy. Rzeczywiście twój pomysł doskonały, wyśmienity.
Generał po raz drugi pożegnał się z obu siostrami, poczem uścisnął rękę Moutier, który jednak nie czuł do niego żadnej urazy i owszem pomógł mu do ubrania się i podparł wreszcie ramieniem gdy generał wdrapywał się do powozu.
Skoro nareszcie wyjechali ze wsi, Moutier zapytał generała, dla czego nie czekał na jego powrót i z jakiego powodu znalazł się znowu w oberży pod Aniołem Stróżem?
— Mój kochany, odpowiedział generał, kiedy się obudziłem i kiedy ujrzałem że jestem sam, z początku zrobiło mi się przykro a potem wpadłem w taki gniew, że nie wiedziałem co mam dalej czynić. Nagle spostrzegam papier pozostawiony przez pana, czytam co na nim napisano i wołam wściekłym głosem.
— Jak to, ja, generał, miałbym czekać na feldfebla? To mi się podobało. On poważa się pisać do mnie coś podobnego? O poczekajże bratku i ja potrafię się odemścić. Szukaj wiatru w polu, a ja tymczasem pójdę sobie dalej. Tak byłem wściekły, że nie wziąłem nawet surduta. Niech go licho porwie! Wstałem tedy a nie czując wcale znużenia, krokiem wojskowym pomaszerowałem napowrót ku gospodzie pod Aniołem Stróżem. W drodze spotkałem człowieka jadącego wierzchem na ośle, zacząłem go więc prosić aby mnie wziął ze sobą. Z początku wahał się, lecz kiedy ofiarowałem mu 5 franków zgodził się i tak we dwóch dosiedliśmy kłapoucha, ja na froncie, on z tyłu za mną popędziliśmy galopem ku gospodzie. Bestja widocznie nie kontenta, że dwóch takich opasów, bo i tamten nie był wcale chudy, zasiadło mu na grzbiecie, trząsł niemiłosiernie podskakując; trzymałem się krzepko, ale mi jednak zęby dzwoniły w tych podskokach. Powiedz mi, proszę cię, co tu było w tem komicznego? Wszak nic wcale, a tymczasem i ci, których spotkaliśmy, i ludzie ze wsi, a nawet twoje panie na nasz widok o mało nie popękały ze śmiechu.
Skoro przybyłem do gospody, Elfy ujrzawszy mnie, wydała straszliwy krzyk i pobladła jak ściana; uspokoiłem ją co do twojej osoby, bo rzeczywiście o ciebie to ona była niespokojną. Ze przybyłem bez surduta, w koszuli; że siedziałem na ośle, że trząsłem się na nim jak w febrze, że o mało ducha nie wyzionąłem podczas tej krótkiej przejażdżki, nie obchodziło ją wcale. Nie dość tego, zamiast ulitować się, skoro dowiedziała się, że jesteś zdrów, dalejże się śmiać do rozpuku, ale jak się śmiała!! Jak ci się zdaje czy był to słuszny powód do śmiechu. No — widzisz — Generał na ośle. Ha! ha! ha! zaśmiał się sam ze siebie generał. Ale dla czego ty tak poczerwieniałeś, jakbyś się dusił?
Moutier zaczął się śmiać na cały głos; towarzyszył mu w tym względzie i generał.
— Śmiej się, śmiej ze starego niedołęgi, którego przeraziłeś wielce, wpadając z hukiem do wsi, lecąc na złamanie karku, galopem w tym powozie.
Generał umilkł a Moutier opowiedział mu, że był bardzo zaniepokojony niespodzianem zniknięciem generała.
Chociaż droga nie była daleką, nasi jednak podróżni, dopiero późnym wieczorem przybyli do Domfront. Już też i powóz pocztowy odjechał od dawma. Generał więc najął inny ekwipaż, tak że na czas oznaczony przybyli do stacyi drogi kolei żelaznej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Sophie de Ségur.