Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To się na nic nie zdało. Wiem dobrze, co mówię. Czy pan sądzisz, żem nie domyślił się w tem złośliwości, skoro zacząłeś biedz jak jeleń. Pomyślałeś sobie wtenczas: Poczekaj staruszku, musisz spocząć koniecznie; ja podskakuję, ale ty upadasz na nogi. Niech żyje młodość, precz ze starością! Tak myślałeś, a uśmiech błąkający się w tej chwili na twych ustach, jawnym jest tego dowodem.
— Bardzo mi przykro, panie generale, że mój uśmiech...
— Przykro ci? Nie mów mi tego. Przeciwnie, widzę, że się śmiejesz ukradkiem. Chcesz, żebym wystawiwszy język i wlekąc się jak rak, stanął nareszcie na środku drogi, a ty żebyś mógł wtenczas głośno zawołać: Brawo! To zemsta nad biedakiem podziurawionym od kul, wyglądającym jak przetak! Rrzeczywiście, otrzymałem daleko więcej jak inni postrzałów. Sam pan niezawodnie przyznasz, że w czasie szturmu do Małakowa, przeszło przez moje ciało co najmniej pięćdziesiąt kul! Gdyby nie pan, zginąłbym na miejscu. O tak, pan mi uratowałeś życie, powtarzam to nieustannie i do grobu wdzięczność dla ciebie zachowam. Możesz patrzeć na mnie tym piekielnym wzrokiem, ile ci się podoba, choć to wcale nie przystoi feldfeblowi wobec generała, nie zmusisz mnie jednak do milczenia; o nie! Będę krzyczał na wszystko cztery strony świata: Moutier, dzielny feldfebel żuawów, uratował mi