Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Skoro przybyłem do gospody, Elfy ujrzawszy mnie, wydała straszliwy krzyk i pobladła jak ściana; uspokoiłem ją co do twojej osoby, bo rzeczywiście o ciebie to ona była niespokojną. Ze przybyłem bez surduta, w koszuli; że siedziałem na ośle, że trząsłem się na nim jak w febrze, że o mało ducha nie wyzionąłem podczas tej krótkiej przejażdżki, nie obchodziło ją wcale. Nie dość tego, zamiast ulitować się, skoro dowiedziała się, że jesteś zdrów, dalejże się śmiać do rozpuku, ale jak się śmiała!! Jak ci się zdaje czy był to słuszny powód do śmiechu. No — widzisz — Generał na ośle. Ha! ha! ha! zaśmiał się sam ze siebie generał. Ale dla czego ty tak poczerwieniałeś, jakbyś się dusił?
Moutier zaczął się śmiać na cały głos; towarzyszył mu w tym względzie i generał.
— Śmiej się, śmiej ze starego niedołęgi, którego przeraziłeś wielce, wpadając z hukiem do wsi, lecąc na złamanie karku, galopem w tym powozie.
Generał umilkł a Moutier opowiedział mu, że był bardzo zaniepokojony niespodzianem zniknięciem generała.
Chociaż droga nie była daleką, nasi jednak podróżni, dopiero późnym wieczorem przybyli do Domfront. Już też i powóz pocztowy odjechał od dawma. Generał więc najął inny ekwipaż, tak że na czas oznaczony przybyli do stacyi drogi kolei żelaznej.