Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z początku zrobiło mi się przykro a potem wpadłem w taki gniew, że nie wiedziałem co mam dalej czynić. Nagle spostrzegam papier pozostawiony przez pana, czytam co na nim napisano i wołam wściekłym głosem.
— Jak to, ja, generał, miałbym czekać na feldfebla? To mi się podobało. On poważa się pisać do mnie coś podobnego? O poczekajże bratku i ja potrafię się odemścić. Szukaj wiatru w polu, a ja tymczasem pójdę sobie dalej. Tak byłem wściekły, że nie wziąłem nawet surduta. Niech go licho porwie! Wstałem tedy a nie czując wcale znużenia, krokiem wojskowym pomaszerowałem napowrót ku gospodzie pod Aniołem Stróżem. W drodze spotkałem człowieka jadącego wierzchem na ośle, zacząłem go więc prosić aby mnie wziął ze sobą. Z początku wachał się, lecz kiedy ofiarowałem mu 5 franków zgodził się i tak we dwóch dosiedliśmy kłapoucha, ja na froncie, on z tyłu za mną popędziliśmy galopem ku gospodzie. Bestja widocznie nie kontenta, że dwóch takich opasów, bo i tamten nie był wcale chudy, zasiadło mu na grzbiecie, trząsł niemiłosiernie podskakując; trzymałem się krzepko, ale mi jednak zęby dzwoniły w tych podskokach. Powiedz mi, proszę cię, co tu było w tem komicznego? Wszak nic wcale, a tymczasem i ci, których spotkaliśmy, i ludzie ze wsi, a nawet twoje panie na nasz widok o mało nie popękały ze śmiechu.