Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


podwójnym krokiem, dodał Moutier ze śmiechem, idąc krokiem afrykańskiego żuawa.
Generał, któremu już zupełnie brakło sił. zaczął wołać:
— Moutier! Zatrzymaj się. Nie mogę zdążyć za tobą! Słuchaj że! Przyznaję się, że jestem tak strudzony, iż kroku nie postąpię dalej. Wróć się. A to dyabelski człowiek. Udaje, jakby mię wcale nie słyszał.
Nareszcie Moutier odwrócłł się i widząc, że generał spoczywa pod drzewem, zbliżył się doń.
— Jakto? Generał tutaj zatrzymałeś się? Ja sądziłem, że idziesz pan za mną.
— Cóż to sobie myślisz? Nie jestem przecie szybkobiegaczem, żebym mógł dogonić wiatronogiego jelenia. Nie posiadam szybkości Antilopy. Natura nie przeznaczyła mnie na charta. Czy wreszcie jakikolwiek człowiek w moich latach, przy takiej otyłości, przytem chory, poraniony, mógłby dwie godziny biedź galopem bez odpoczynku!
— Ja to także mówiłem, ale mi generał nie wierzyłeś.
— To prawda, ale zdawało mi się, że pan sobie stroisz ze mnie drwinki, dlatego, że jesteś młodym i masz zdrowe nogi. Przytem człowiek zawsze ma nieco miłości własnej, a nie chciałem wobec pani Blidot i Elfy uchodzić za podagrika niedołęgę, starca o wycieńczonych siłach.
— Ależ upewniam pana, panie generale.