Strona:De Segur - Gospoda pod Aniołem Stróżem.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bo mu pochlebiało wyrażenie żołnierza i uściskawszy go za rękę, oddał mu surdut.
— Dziękuję ci, mój przyjacielu, rzekł, umiesz pochlebiać nie poniżając się. O tak, Elfy będzie z tobą szczęśliwa. Do licha, jak to strasznie daleko.
Biedny generał z trudnością podnosił nogi i zziajany, niespokojnie rozglądał się na wszystkie strony, czy nie ujrzy gdzie jakiego miejsca do odpoczynku. Nakoniec stało się zadość jego życzeniom; spostrzegł niewielki pagórek, porosły murawą i otoczony wieńcem drzew. Moutier przewidział zamiar generała, który sapał, narzekał a nawet już utykał, ale się do znurzenia przyznać nie chciał; żołnierz więc udał, że nic nie rozumie. Generał widząc, że Moutier milczy, sam się pierwszy odezwał:
— Mój dobry Moutier, jesteś znużony, bo widzę, że pot spływa z twego czoła, ciężar mego surduta przygina cię do ziemi; oto właśnie wyborne miejsce do spoczynku, jakby naumyślnie przeznaczone do wytchnienia.
— Zapewniam pana, odpowiedział tenże z uśmiechem, że nie jestem wcale strudzony, takim samym krokiem mogę iść aż do samego wieczora.
— Nie udawaj, jesteś zgrzany, spocony, zziajany, musisz koniecznie odpocząć.
— Żeby pana przekonać, iż tak nie jest, pójdę