Fantazyja d-ra Ox/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Fantazyja d-ra Ox
Wydawca F. Stopelle
Data wydania 1876
Druk J. Korzeniowski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une fantaisie du docteur Ox
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.
W którym andante przechodzi w allegro a allegro staje się vivace.

Zajście adwokata Schuta z doktorem Custos zatarło się jakoś przecie bez żadnych gorszących następstw, można więc było mieć nadzieję, że i mieszkańcy grodu Quiquendonc powrócą do owej apatycznej drzemki, która im tak niedyskretnie przerwaną została.
Tymczasem zakładanie rur gazowych w główniejszych zabudowaniach miasta dokonywało się z gorączkowym pośpiechem.... Rury główne i podrzędne przerzynały też już w różnych kierunkach ulice miasta Quiquendonc, ale brakowało beków, które dla swej delikatnej i złożonej konstrukcyi, musiały były być zamawiane za granicą. Doktor Ox pracował z pomocnikiem swoim Ygéne, nie tracąc ani chwili czasu, zachęcał robotników, wykończał najważniejsze części gazometru i podniecał dzień i noc olbrzymi stos elektryczny, rozkładający wodę swym potężnym strumieniem. Tak jest! Doktor przygotowywał już gaz, chociaż rozprowadzenie jego nie było jeszcze ukończonem, co znowu mówiąc między nami było bardzo jakoś dziwnem. Wkrótce miał też doktor w teatrze miejskim zaprowadzić nowy sposób oświetlenia.
Trzeba bo wiedzieć że Quiquendonc posiadało teatr wspaniały! Wspaniały! W budynku tym albowiem mieściły się wszystkie style. Był więc styl bizantyński, romański, gotycki, renesans z drzwiami o łukach i z oknami owalnemi, z rozetami kwiecistemi i fantastycznemi dzwonkami, jednem słowem wzór wszystkich rodzajów architektury; w jednej połowie Partenon w drugiej Grand Café Parisien, czemu nie ma się co dziwić, bo teatr rozpoczęty za burmistrza Ludwika van Tricasse w 1175 r. ukończony został w 1837 r. za burmistrzostwa pana Natalisa van Tricasse. Lat z górą 700 składało się na to zbudowanie a zawszeć naturalnie stosowano się do ducha czasu. Nie był to budynek brzydki, tylko że jego kolumny romańskie a sklepienia bizantyńskie nie bardzo kwadrowały do oświetlenia tleno-wodornego.
Grywano w teatrze co Bóg dał, ale najczęściej opery komiczne, których właśni kompozytorowie nigdy poznać nie mogli, gdy je ujrzeli na scenie. Ponieważ teatr otwierano o godzinie czwartej popołudniu a zamykano o dziesiątej wieczorem, przeto w ciągu tych sześciu godzin wystawiano dwa akta najwyżej. Opery Robert Dyjabeł, Hugonoci, Wilhelm Tell, zajmowały zwykle po trzy wieczory każda. Vivace w teatrze w Quiquendonc szło jak adagio, allegro wlekło się strasznie wolno. Rulady najgwałtowniejsze, wykonywane według miejscowego gustu miały podobieństwo do uroczystego hymnu. Oto np. gwałtowna aryja Figara przy jego wejściu na scenę w pierwszym akcie Cyrulika Sewilskiego, trwała piędziesiąt ośm minut.
Rozumie się że aktorzy przybywający z innych miejsc, musieli stosować się do zwyczajów, a że płacono im dobrze nie żalili się i słuchali pałeczki dyrektora orkiestry, który w allegro nie wskazywał więcej nad 8 taktów na minutę.
Jakże wielkie też oklaski zbierali artyści, zachwycając a nie nużąc nigdy widzów łaskawych. Wszystkie dłonie uderzały jedna o drugą w pewnych dość znacznych ustępach czasu! Sprawozdania dziennikarskie nazywały te oklaski oklaskami frenetycznemi a że sala wstrząsana przez te objawy zadowolenia nie runęła, zawdzięczać to tylko temu należy, iż w wieku XII nie żałowano do fundamentów ani wapna ani kamienia.
Aby nie egzaltować za bardzo entuzyjastycznej natury Flamandów, przedstawienia odbywały się raz jeden na tydzień, co znów miało tę dobrą stronę, iż pozwalało aktorom dokładnie wystudyjować każdą rolę a spektatorom zastanawiać się nad pięknościami arcydzieł sztuki dramatycznej.
Taki tu był od niepamiętnych czasów porządek, do którego musieli się stosować artyści przyjezdni, jeżeli życzyli sobie aby ich nie odprawiono z kwitkiem. Zdawało się że nic nigdy nie przemieni tego obyczaju, aż tu w 15 dni po zajściu Schuta z Custosem, zaszedł nie przewiedziany i niezwykły wypadek.
Było to w sobotę w dzień przedstawienia opery. Nikomu przez myśl nieprzeszło, o inauguracyi nowego oświetlenia, bo chociaż otwory rur gazowych dochodziły do sali, z powodów o których wyżej była mowa beki nie były jeszcze umocowane. Dawniejszym tedy porządkiem świece miały pełnić swoję powinność. O godzinie pierwszej z południa otworzono wejście do teatru a o trzeciej sala w połowie się zapełniła. Na mieście od placu ś-go Erunfa dążyły tłumy w stronę ku aptece Josse Lietrina, co wróżyło świetne niezwykle przedstawienie.
— Idziesz pan dziś na operę? zapytał rano radny burmistrza.
— Nie zaniedbam tego uczynić, odrzekł van Tricasse, i udam się tam w towarzystwie żony mej pani van Tricasse, córki naszej panny Suzel, oraz także ukochanej naszej Tatanemancyi, namiętnie lubiącej muzykę.
— Panna Suzel będzie także?.. zapytał radny.
— Tak panie Niklausse.
— W takim razie syn mój Franciszek Niklausse przyłączy się do jej towarzystwa.
— Gorący to młodzieniec, ten syn twój panie Niklausse, rzekł poważnie burmistrz. Chłopak pełen zapału — potrzeba czuwać nad nim starannie.
— On kocha panie Tricasse, kocha swoję piękną Suzel.
— To dobrze panie Niklausse, to się z nią ożeni. Od chwili w której zgodziliśmy się na ten związek, czegoż więcej od nas żądać może.
— Nic więcej panie Tricasse nie żąda, to kochane poczciwe dziecko! a nie chcę i niepotrzebuję upewniać pana, że nie on ostatni zawiera podobny związek.
— O dzielna, o gorąca młodzieży! krzyknął burmistrz, uśmiechając się, i myśląc o swojej przeszłości. Toż i z nami tak ongi było, szanowny panie radny! Kochaliśmy przecie także i dotrzymywaliśmy towarzystwa naszym damom! Ale wracając do dzisiejszego wieczoru, czy pan wiesz, że ten Fioravanti to wielki artysta! Jakże wspaniałe przyjęcie zgotowano mu w tych murach. Nie zapomni długo oklasków mieszkańców Quiquendonc.
Ta apostrofa dotyczyła sławnego tenora Fioravanti, który talentem, doskonałą metodą i głosem sympatycznym wywoływał nie kłamany entuzyjazm.
Od trzech tygodni Fioravanti zachwycał w „Hugonotach.“ Akt pierwszy odpowiednio do gustu mieszkańców Quiquendoncu zajął cały wieczór pierwszego tygodnia w miesiącu. Innego wieczoru w następnym tygodniu zachwyceni przeciągłem andante, zrobili śpiewakowi prawdziwą owacyją, zapał powiększył się przy trzecim akcie tego arcydzieła Meyerbeera. Teraz właśnie w czwartym akcie miał się dać znowu słyszeć Fioravanti. Oh! ten duet Raula i Walentyny, ten hymn miłości na dwa głosy szeroko rozwinięte, w którym powiększa się crescendo, wszystko to śpiewane powolnie, uważnie, przeciągle. Ah, jakie to czarujące!
Tak więc o czwartej godzinie sala napełniła się. Loże, orkiestra, parter były nabite widzami. Naprzeciw sceny zajął miejsce burmistrz van Tricasse, panna van Tricasse, pani van Tricasse i miła Tatanemancyja w zielonym czepeczku, nieco dalej radny Niklausse i jego familija, oraz zakochany syn jego Franciszek. Widziano tam także rodzinę doktora Custos i adwokata Schut, Honoryjusza Syntax, sędziego Sutman, Norberta dyrektora towarzystwa ubezpieczeń, grubego bankiera Colaerta, zagorzałego zwolennika muzyki niemieckiej a zarazem wirtuoza nielada, nauczyciela Rupp, komisarza cywilnego i pełno innych znakomitości miasta, których niepodobna wymienić aby nie narazić cierpliwości czytelnika.
Przed podniesieniem zasłony mieszkańcy Quiquendonc mieli zwyczaj sprawować się cicho, jedni czytali gazety, inni rozmawiali szeptając, inni znów spoglądali w milczeniu na piękności zdobiące galeryją.
Atoli baczny obserwator mógł spostrzedz, że podczas wieczoru o jakim mowa, nawet przed podniesieniem zasłony jakieś niezwykłe ożywienie panowało w sali. Widziano szastających się ludzi, którzy się prawie nigdy nie poruszali. Wachlarze kobiet działały z nienormalną szybkością. Powietrze jakieś żywsze zdawało się iż owładnęło wszystkich. Oddychano silniej. Niektóre oczy błyszczały, jeśli właściwe będzie porównanie, jak światła żyrandola który także zdawał się rzucać dziś na salę blask przedtem nie bywały. Rzeczywiście dziś jaśniej tu jak zwykle, chociaż oświetlenie nie było wcale powiększone. O gdyby nowy aparat doktora Oxa mógł funkcyjonować, ale jeszcze nie działał.
Nakoniec orkiestra zajęła miejsca i pierwszy skrzypek ukazał się między pulpitami; nastrojono instrumenta rżnięte i dęte, opatrzono bębny a dyrektor oczekuje spokojnie na dzwonek, bo wszystko w zupełnym porządku.
Dzwonek daje się słyszeć, wkrótce czwarty akt się rozpoczyna, odzywa się tedy allegro apassionato ze zwykłą powolną majestatycznością, któraby samego nawet Meyerbeera wzruszyła.
Nagle atoli dyrektor orkiestry nie czuje się być panem swoich podkomendnych i musi czynić gwałtowne usiłowania aby zatrzymać zapędy, tych zwykle dotąd posłusznych i spokojnych pracowników swoich. Nawet instrumenta dęte okazują jakiś objaw gorączkowy, potrzeba je powstrzymywać, bo wyprzedzą instrumenta rżnięte, a to oczywiście z punktu zapatrywania się na harmoniję spowodowałoby smutne następstwa. Ale cóż znowu u kaduka, fagocista syn aptekarza Josse Lietrina, człowiek młody, dobrze wychowany, pośpiesza coś także jakoś.
Kurtyna się podniosła, występuje Walentyna i rozpoczyna swe recitativo:

Jam jest sama w domu......

ale także za prędko, a dyrektor i reszta orkiestry stosują się bezwiednie do jej śpiewu.
Co to wszystko może znaczyć? — a toż od chwili gdy Raul ukazuje się przy drzwiach w głębi sceny, do chwili w której Walentyna zaczyna iść naprzeciw niego, upływa dziś ledwie kwadrans czasu, kiedy dawniej potrzeba było na to okrągłe minut 37.
Saint Bris, Nevers, Cavannes i panowie katoliccy wchodzą na scenę trochę jakoś zagwałtownie. Allegro pomposo odznaczyło tu kompozytora w partycyi. Orkiestra i panowie chodzą bardzo allegro ale wcale nie pomposo a w zbiorowym chórze i w najważniejszej scenie spisku i poświęcenia sztyletów, wcale nie miarkują allegra. Śpiewacy i muzycy opanowani są jakimś szałem. Dyrektor orkiestry nie myśli ich już powstrzymywać, publiczność nie sarka na to, bo czuje iż także opanowaną jest jakiemś wzburzeniem i że słowa śpiewu odpowiadają zupełnie nastrojowi jej ducha.
To też oświadczają wszyscy że się na to zgadzają i przysięgają nawet na to. Zaledwie wśród wrzawy znajduje Nevers chwilę do protestacyi i do odśpiewania że, „nie miał przodków mordercami.“ Powstrzymują go tymczasem dozorcy i urzędnicy miejscy, nadbiegając i zaprzysięgając uroczyście „wyrżnięcie wszystkich w pień.“ Trzech mnichów niosących koszyki z białemi kokardami, wypadają gwałtownie przez drzwi w głębi sceny z mieszkania Neversa, bez względu że dla efektu scenicznego, powinni byli postępować poważnie i powoli. Już spiskowcy dobyli sztyletów, już trzej mnisi święcą je, wzniósłszy ręce do góry; już soprany, tenory, basy, śpiewają przerażającym głosem allegro furioso i już wreszcie oddalają się wrzeszcząc:

O północy,
Bez hałasu,

Bóg tak chciał
Tak.
O północy...

a w tej chwili powstaje i publiczność cała. Zapał ogarnia najpierw loże, dalej parter i galeryje. Zdaje się, jakoby wszyscy obecni ze swoim burmistrzem panem van Tricasse na czele, zapragnęli połączyć się ze spiskowemi i zniszczyć hugonotów, z któremi wszakże łączą ich przekonania religijne. Klaskają, przywołują, krzyczą a Tatanemancyja ręką drżącą febrycznie szarpie swój czepiec zielony...
Raul zamiast podnieść powolnie draperyją, rozrywa ją ruchem gwałtownym i staje przed Walentyną.
Nakoniec daje się słyszeć wielki duet; traktowany allegro vivace. Raul nie czeka na zapytania Walentyny a Walentyna na odpowiedzi Raula. Przepyszny passaż:

Niebezpieczeństwo nagli,
Czas ucieka.....

wychodzi jakoby jedna z tych podniecających piosneczek, któremi wsławił się Ofenbach. Andante amoroso:

Tyś to powiedziała,
Tak ty kochasz mię!

zmienia się w vivace furioso a wiolonczella orkiestry nie dba już wcale oto aby się stosowała do zmian głosu śpiewaka, jak to ma sobie wskazane w partycyi kompozytora. Napróżno Raul woła:

Mów jeszcze i przedłuż,
Serca mego czarowny sen!

Walentyna nie może mu zadość uczynić, czuje że ogień niezwykły pożera całą jego istotę a raczej że jego si i ut wyżej podniesione jak potrzeba robią fatalny efekt. Rzuca się i gestykuluje, żar go jakiś pochłania.
W tem daje się słyszeć dzwonienie, ale dzwon wydaje odgłos dziwny, przerywany. Więc i dzwonnik stracił przytomność. Toć to dzwonienie na gwałt, współzawodnictwo z szaloną grą orkiestry.
Arya w dodatku kończąca ten akt wspaniały:

Im więcej miłości upojenia,
Tym więcej udręczeń...

aryja którą kompozytor zaznaczył jako allegro con moto przechodzi do prestissimo. Pospieszny pociąg tędy przechodzi czy co?.. Gwałtowne dzwonienie znów się rozpoczyna. Walentyna pada zemdlona. Raul rzuca się przez okno.

Była chwila w której upojona szałem orkiestra, powstrzymywać się nie była w stanie. Pałeczka też dyrektora potłuczona w kawałki leży na pulpicie suflera! Struny skrzypiec popękane, podstawki połamane! Cymbalista nawet potłukł swe cymbałki! Kontrabasista siadł na swym instrumencie! Pierwszy klarnecista połknął mundsztuk od klarnetu; oboista żuje w zębach klapkę trzcinową od oboju! Zasuwka w trombonie popsuta a nieszczęśliwy trębacz nie może wydobyć ręki, którą zanadto wsunął w czeluści swego muzycznego przyrządu.
A publika! publika zadyszana, zasapana, gestykuluje i wrzeszczy! Wszystkie oblicza rozrumienione jak gdyby palił je gwałtowny pożar wewnętrzny. Tłoczą się do wyjścia! mężczyzni bez kapeluszy, kobiety bez salop; gniotą się w korytarzach, popychają we drzwiach, kłócą się, biją. Nie ma tu żadnej władzy, nie ma żadnego burmistrza! Wszyscy są równi, w powszechnem piekielnem zamieszaniu.
W kilka chwil dopiero później, ochłonąwszy na ulicy, wracają do zwykłego spokoju i idą zwolna do domów z niewyraźnem wspomnieniem tego co zaszło.
Czwarty akt „Hugonotów,“ który dawniej trwał sześć godzin, rozpoczęty dzisiaj o wpół do piątej, skończył się w osiemnaście minut!!!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: anonimowy, Juliusz Verne.