Dzwonek świętej Jadwigi/Akt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Miarka
Tytuł Dzwonek świętej Jadwigi
Wydawca Karol Miarka
Data wydania 1910
Miejsce wyd. Mikołów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Akt I.
SCENA I.
(W domu Czarnieckiego na Gołębowicach).
(Barbara wydobywa z pudełka srebrną szpinkę: jej mąż przechodzi się wielkimi krokami po izbie).

Czarniecki. I pocóż wydobywasz twój klejnot? czy się stroisz na jaką uroczystość?
Barbara. Czyż zapomniałeś, że dziś nasz Kazimierz w świat daleki wychodzi?
Czarniecki. Wiem o tem, lecz nie pojmuję, dla czego srebrną szpinkę, którą szanujesz jak relikwie, właśnie dziś wydobywasz z ukrycia?
Barbara. Cóż oprócz ciebie, kochany mężu, posiadam na świecie droższego oprócz syna naszego i srebrnej szpinki. Syn jedynaczek, nadzieja i pociecha naszej starości, a srebrna szpinka droga pamiątka po pra-pradziadku moim, który bronił Częstochowy przeciw Szwedom i na pamiątkę od bohaterskiego przeora, księdza Kordeckiego, otrzymał tę srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.
Czarniecki. Wiem o tem, ale nie pojmuję, jaki związek między synem i szpinką.
Barbara. Sam mi często opowiadałeś, jak straszne zepsucie panuje w wielkich miastach, dlatego też lęka się serce macierzyńskie o dziecię, które w młodocianym wieku wysyłamy do Berlina, gdzie tak wiele niebezpieczeństw grozi jego cnocie i wierze.
Czarniecki. I mnie to bardzo obchodzi, lecz cóż robić? Gdybyśmy byli właścicielami wielkiego gospodarstwa, Kazio nie byłby się uczył ślusarstwa, ale oprócz chaty i małej zagrody nic nie posiadając, musimy zabezpieczyć jego los rzemiosłem: dlatego koniecznie potrzeba, aby wędrował w świat i w wielkich fabrykach szukał udoskonalenia w rzemiośle. Ufajmy w Bogu, że go zachowa od niebezpieczeństwa.
Barbara. Serce moje bardzo stroskane, wierzaj mi, że mi żal, żeśmy go dali wyuczyć rzemiosła: lepiej, żeby był został w wiosce i podług naszego zwyczaju chwalił Boga. „Cóż człowiekowi pomoże, chociażby zyskał cały świat, lecz przytem duszę utracił.“
Czarniecki. Z każdego stanu mamy świętych, rolników i rzemieślników, żołnierzy i królów; próżne są twoje obawy. Zresztą, najwięcej zależy od Kazia, jak sobie będzie postępował.
Barbara. I od łaski Bożej. Dlatego też dam dziecku jako pamiątkę moją srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, aby go Najświętsza Panna wspomagała i chroniła od złego. Wiesz kochany Janie, że szpince mojej przypisuję całe nasze szczęście. Gdym ją, będąc dziewczyną, zgubiła, ileż się napłakałam nad tą stratą: tyś mi ją znalazł i oddał. Była to pierwsza przyczyna naszego poznania się, naszej miłości, a później, dzięki Najświętszej Pannie, naszego szczęśliwego małżeństwa. Gdyś ciężko zachorował i wszyscy zwątpili o twojem życiu, zawiesiłam na szyi twej poświęconą szpinkę, a zaraz ci się polepszyło. Wiadomo ci, co matka moja, Boże świeć jej duszy, opowiadała o szpince, jak ją nasza rodzina od pra-pradziadów szanowała i strzegła, jak świętą relikwię, jak najdroższy skarb.
Czarniecki I ja szanuję świętą pamiątkę i dlatego obawiam się, abyś wraz ze szpinką nie wysłała z domu naszego szczęścia.
Barbara. Kazio jest całem szczęściem naszem, jeżeli on będzie szczęśliwym, to i my z nim; w przeciwnym razie, co uchowaj Boże... (Podczas ostatnich słów wchodzi Gałka, handlarz).
Gałka. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Czarniecki., Barbara (razem). Aż na wieki! Witamy Pana serdecznie!
Gałka. Dostałem list z Berlina z rozkazem, abym jak najśpieszniej dostarczył 40 wołów; dlatego jeszcze dziś udam się w podróż i proszę, abyście wszystko przygotowali, bo wieczorem o godzinie 7 wyjeżdżamy z wioski.
Barbara. Mój Boże, tak nagle mam stracić moje dziecię, które dopiero wczoraj powróciło z terminu! (płacze).
Gałka. Ej, moja sąsiadko, nie macie się czego smucić. Fabrykant, do którego zaprowadzę Kazimierza, jest poczciwym i bardzo szlachetnym panem; mówi dobrze po polsku, bo dawniej mieszkał w Poznaniu. Dziękujcie Bogu, że do tak zacnej fabryki dostanie się wasz syn i zaraz na pierwszy raz pobierać będzie 20 talarów miesięcznej płacy. Towarzysze pozazdroszczą mu takiego szczęścia.
Barbara. A czy fabrykant jest katolikiem?
Gałka. Ej, tego nie wiem; a zresztą tacy panowie nie troszczą się o wiarę!
Barbara. Tem gorzej, jeżeli przyjdzie Kazimierz do pana bez wszelkiej wiary.
Stach. (wchodząc powoli). Niech będzie... (siada na ławie).
Gałka. I pocóżeś przyszedł Stachu?
Stach. Ano, kiedy mnie przysłali...
Gałka. (niecierpliwie). Po co?
Stach. Ano, nie pojmuję, coście tacy nagli?
Gałka. (sam do siebie). A niechże cię gęś kopnie! (Głośno). I któż cię to przysłał?
Stach. Kto? ano, gospodyni.
Gałka. A cóż jej potrzeba?
Stach. Gospodyni? tej nic nie potrzeba.
Gałka. A po cóż cię przysłała?
Stach. Ano, po was.
Gałka. I czegoż mnie niecierpliwisz i nie powiadasz o co chodzi?
Stach. Ano chodzi o tego koślawego woła.
Gałka. I cóż woła?
Stach. Ano, ano, bezmała zdycha.
Gałka. A to nieszczęście! kosztował mnie 27 dukatów! a ty gapiu, czemuż mi zaraz nie powiedziałeś?
Stach. Ano, kiedyście się ciągle o co innego pytali.
Gałka. Oj z takim niedołęgą! Więc przygotujcie się na podróż; ja śpieszę do domu, może się da uratować. (Odchodzi śpiesznie).
Barbara. A wy, Stachu, pojedziecie także do Berlina?
Stach. Ano podobno.
Barbara. I znacie Berlin?
Stach. Jak własny dom! wszakże tam co tydzień odstawiam woły; ano!
Barbara. Pójdzie z wami nasz Kazimierz; to też dobrze, bo później będziecie nasze listy zabierać do niego.
Stach. Ano, jak napiszecie.
Barbara. Teraz potrzeba zawołać Kazia; niech się zbiera; Andzia mu musi pomódz. (Odchodzi).
Czarniecki. A ja pójdę do policyi po paszport (zbiera się do odejścia).
Stach. Anno. (ogląda się na wszystkie strony, potem sam do siebie). Niemasz Anneczki! ano to i ja pójdę (odchodzi).
Anna. (wchodzi). Boże mój, Boże mój, czy ja myślałam, że on tak prędko opuści nasz dom! Radowałam się, że pozostanie jeszcze kilka dni; on taki miły, taki grzeczny, jego opowiadania tak zajmujące, że prawdziwie szczęśliwą byłam w jego towarzystwie. (Stoi chwilkę w zamyśleniu, potem klasnąwszy w ręce z wesołą miną). Już wiem, co zrobię! pochowam niektóre rzeczy Kazia, będą szukać, nie znajdą. Gałka nie będzie chciał czekać i Kazio musi zostać. (Po chwilce namysłu smutno). Rodzice mogliby się bardzo rozgniewać... (z westchnieniem) niema rady! Zresztą coby na to sam pan Kazimierz powiedział, gdyby poznał. On szczęśliwy: wyuczył się rzemiosła, pójdzie do wielkiego miasta, będzie bogatym panem, a ja? biedna sierota! (zakrywa twarz rękoma, po chwili). Drogiej matki mojej nie zaznałam, bo mnie odumarła, kiedy ledwie parę miesięcy liczyłam: o najukochańszym ojcu już od ośmiu lat nic nie słychać. Oj pamiętam dobrze ostatni dzień naszego pożegnania. Dokoła otaczał nas straszny ogień, a w pośrodku uzbrojonej i wrzeszczącej zgrai wiązano w łańcuchy zbladłego ojca. W kilka dni później dzisiejsi moi rodzice zawieźli mnie gdzieś do dużego miasta. Tam w bramie jednego z największych domów, spostrzegłam między żołnierzami mego kochanego ojca. Wybladły, znękany, strumieniami mu łzy płynęły, gdy mnie zobaczył. Dość długo rozmawiał z Czarnieckimi, potem nachylił się ku mnie i pocałował w usta i czoło. Uścisnąć mnie nie mógł, bo mu tak strasznie ręce w tył skrępowali, że mu kajdany krew z za paznokci wyciskały. Wiem, że mówił jeszcze coś do mnie, ale już nie pamiętam co, bo bardzo wtedy płakałam. Starszy zakomenderował, żołnierze wsadzili ojca na wóz, a woźnica podciął konie. Próżno krzyczałam, próżno wyciągałam ręce za odjeżdżającym ojcem; odwrócił się tylko, skinął głową i znikł. Później opowiadano mi, że ojciec miał kilka wiosek w Królestwie Polskiem, że Moskale wszystko zrabowali, spalili i ojca zabrali (rozpaczliwie). Zabrali i nie oddali więcej. Przed trzema laty opowiadał nam nieszczęśliwy rodak, powracający z Syberyi, że na drodze do Syberyi, na wielkiej rzece Wołdze przy przeprawie lód się załamał, i że cała kompania wygnańców tam grób znalazła, a między nimi miał być i mój kochany ojciec (załamując ręce, wznosi oczy ku niebu): „O drogi ojcze, złączony przed tronem przedwiecznego Boga z matką najdroższą, proście o pomoc dla waszej sieroty!“
Kazimierz. (Wchodząc podczas ostatnich słów, zatrzymuje się chwilkę, przypatrując się modlącej się dziewczynie; potem zbliża się do niej): „I cóż to za przyczyna smutku pani?“
Anna (w zmieszaniu). Pan Kazimierz mnie podsłuchiwał?
Kazimierz. Dopiero co wszedłem i tylko ostatnie słyszałem słowa modlitwy o pomoc dla sieroty. Czyliż pani jest nieszczęśliwą? Zwierz mi się Anneczko, jeżeli będę mógł, pewnie ci pomogę.
Anna. Przypomniało mi się moje sieroctwo właśnie dziś, kiedy pan odjeżdżasz!...
Kazimierz. To cię mój odjazd martwi? doprawdy?
Anna. (łzawem okiem spogląda na niego).
Kazimierz. (biorąc jej rękę). Moja Anneczko, nie martw się, wszakże nie odjeżdżam na zawsze; za roczek lub dwa powrócę i przywiozę Anneczce najpiękniejszy upominek z Berlina.
Anna. Może w wielkiem mieście, wśród ustrojonych dam miejskich zapomni pan o ubogiej wieśniaczce.
Kazimierz. I o to Anneczko możesz mnie posądzać? nie znasz Kazimierza. (Podając jej fotografię). Oto, ile razy spojrzysz na mój obraz, przypomnij sobie, że Kazimierz nigdy o tobie nie zapomni. A cóż mi Anneczka da w zamian?
Anna. (smutno). Kiedy nie mam fotografii! lecz oto pierścionek poświęcony, pamiątka po nieznanej matce, więc najdroższą spuściznę oddaję panu.
Kazimierz. Dobra Anneczko, będę chował pierścień jako najdroższy skarb; będzie to klejnot, z którym się nigdy nie rozłączę.
Anna. (woła za sceną). Anneczko, Andziu! (wchodząc). Przygotowałaś wszystko do podróży Kazia?
Anna. (zbierając rzeczy). Zaraz będzie wszystko gotowe.
Barbara. I cóżeś dotąd robiła? bawisz tu przeszło godzinę; myślałam, że już wszystko gotowe, a ty dopiero zaczynasz?
Kazimierz. Niech się mameczka nie gniewa.
Barbara. Jakże się nie gniewać, kiedy Gałka za pół godziny odjeżdża, a wiesz przecie, że nie lubi czekać.
Kazimierz. W ostatniej chwili chciałbym mameczkę widzieć wesołą, więc wybacz!
Anna. (która tymczasem tłómoczek zawiązała). Już wszystko urządzone mameczko złota.
Barbara. Nie można się gniewać na tak dobre dziatki. (Przyciska oboje do siebie, a dzieci całują jej ręce). A teraz chodź Anneczko ze mną, bo trzeba przysposobić wieczerzę. (Odchodzą).
Kazimierz. (spoglądając za niemi). Dobra moja matko, jakże ci się kiedy odwdzięczę? (siadając na krześle). Odpocznę sobie jeszcze raz przed odjazdem i pożegnam się z domem, który był świadkiem moich lat dziecinnych. Żegnam was obrazy Świętych, przed któremi, klęcząc obok mojej nabożnej matki, każdodziennie uczyłem się chwalić Boga! żegnam cię miły kąciku, w którym na łonie ojca przepędzałem całe wieczory, przysłuchując się zajmującym opowiadaniom żywotów bohaterów Ojczyzny i Świętych: żegnam was drzewa, któreście mnie tak często obdarzały ulubionymi owocami, i chowałyście gniazda moich śpiewaków. (Wchodzą do izby ojciec, matka i Gałka).
Gałka. Zbieraj się Kazimierzu, bo konie na nas czekają, żeby nas kolei nie odjechała.
Czarniecki. Oto paszport, i spodziewam się, że nie splamisz imienia Czarnieckich. Trzymaj się mocno Wiary świętej, miej zawsze przed oczyma przykazanie Boże, a Anioł Rafael, który prowadził Tobiasza i ciebie szczęśliwie doprowadzi do rodziców, którzy codziennie będą się modlić o twoją pomyślność.
Barbara. Dziecię moje, matka twoja prosi cię tylko o jedno! Kiedy dziś w świecie rozmnaża się oziębłość względem Wiary, ty mój synu wypełniaj ściśle wszystkie obowiązki wiernego katolika; wszędzie i zawsze, czy na osobności, czy w towarzystwie, wyznawaj z radością, że jesteś synem naszego Kościoła św. (Słychać dzwon wieczorny na Anioł Pański).
Czarniecki. Dzwon nas wzywa, pozdrówmy Najświętszą Pannę. (Wszyscy się modlą).
Barbara. Długi może czas przeminie, zanim usłyszysz głos naszego dzwonu; lecz i w Berlinie mieszkają katolicy i chwalą Boga w naszych kościołach; i tam się codziennie odzywać będzie głos dzwonu rano, w południe i wieczór, przypominając ci, abyś w nabożnym „Zdrowaś“ szukał obrony przed niebezpieczeństwem świata. Dziecię! jeżeli kochasz matkę i chcesz zostać godnym twego ojca synem, przyrzecz mi, że każdodziennie ile razy wieczorny dzwon zabrzmi, po odprawionej modlitwie usiądziesz w zaciszu i w myślach przeniesiesz się do rodzinnego domu; że sobie przypomnisz nasze ostatnie napomnienia. I my w tym czasie o tobie mówić i myśleć będziemy, aby w jednej i tej samej chwili nasze myśli połączyć. Jeżeli mej prośby nigdy nie zapomnisz, możesz być pewnym opieki Najświętszej Maryi Panny, która nie dopuści twego upadku na ślizkiej drodze wielkiego świata. Na pamiątkę weźmij nasz klejnot, szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, której pomocy tak często doświadczaliśmy. Niech ci zawsze przypomina obowiązki twoje i twoich rodziców, którzy się spodziewają, że im będziesz podporą w późnej starości.
Kazimierz. (upadając do nóg rodziców). Matko, ojcze! bądźcie pewni, że nigdy nie zapomnę waszych przestróg. (Ściska kolana rodziców i odbiera błogosławieństwo, w milczeniu podaje rękę Annie, bierze tłomoczek, odchodzi. Zasłona spada).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Miarka (ojciec).