Dzwonek świętej Jadwigi/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Miarka
Tytuł Dzwonek świętej Jadwigi
Wydawca Karol Miarka
Data wydania 1910
Miejsce wyd. Mikołów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Akt  II.
SCENA I.
(W domu Lehmana, fabrykanta w Berlinie).
(Lehman i Wilhelmina, jego żona).

Lehman. Dzięki Bogu, odkryliśmy złodziei, którzy oddawna maczali ręce w mojej kasie.
Wilhelmina. I jakżeście tego doszli?
Lehman. Wiesz, że od kilku tygodni niepojętym sposobem ginęły z kasy mniejsze lub większe sumy. Ponieważ przytem zamku nie naruszono, słusznie domyślaliśmy się, że to sprawka jednego z domowych. Wziąwszy każdego na osobność, wypytywałem się, kogoby o to posądzać można? Większość głosów padła na młodego Polaka.
Wilhelmina. On miałby być złodziejem? Chłopiec tak skromny?
Lehman. Zaraz się dowiesz, tylko posłuchaj. Gdym nareszcie przesłuchał i Kazimierza, odpowiedział mi: Podług mojego zdania, jeden z pańskich pisarzy okrada pana, a może też i wszyscy do spółki należą, bo ciągle budują, bawią się, szastają pieniędzmi, a na to przecież, choćby nawet trzy razy tyle pobierali pensyi, nigdyby im nie starczyło. „W jakiżby sposób dojść tego?“ zapytałem go, a on mi na to: Pozwól panie, że przez kilka nocy ukryty będę czatował. Zaraz na pierwszej straży udało mu się odkryć złodzieja. Dziś o drugiej w nocy zapukał do moich drzwi, donosząc mi, że mój kasyer wytrychami otworzył żelazne podwoje i potrójny zamek u żelaznej kasy, a zabrawszy nieco pieniędzy, pozamykał drzwi napowrót i cichuteńko się wymknął.
Wilhelmina. I nie przytrzymał go?
Lehman. Dobrze zrobił. Zawołaliśmy nocnej straży i niespodzianie złapaliśmy ich właśnie w tej chwili, kiedy się w domu u kasyera cała kompania moim groszem dzieliła.
Wilhelmina. Widzisz, że się nie zawiodłam na Kazimierzu. Ja umiem ludzi poznawać; dlatego nie uwierzyłam, żeby się on do tego posunął. Z oczu tego dziecki można wyczytać jego poczciwość; w każdem jego poruszaniu, w każdem słowie przebija się dobre wychowanie. Ta pogoda na jego twarzy świadczy o czystem sumieniu; złoczyńca tak nie wygląda.
Lehman. Pod każdym względem zasługuje na naszą wdzięczność, z której też będę chciał zaraz mu się wywiązać. Już mu powiedziałem, że pod jego zarząd oddam całą moją fabrykę i kontrolę nowych pisarzy, o których trzeba się będzie postarać.
Wilhelmina. A więc wszyscy kradli?
Lehman. Bez wyjątku.
Hermina. (wbiega do pokoju). Prawda to mój ojcze, że Kazimierz wykrył rabusiów twojej kasy?
Lehman. Tak, moje dziecię, i odtąd Kazimierz został dyrektorem całej fabryki.
Hermina. (całując ojca pieszczotliwie). O jaki to wspaniałomyślny mój drogi tatuś. Jabym radziła, żebyś go przyjął za wspólnika zamiast Dietricha, za którego rzetelność niczembym nie ręczyła.
Lehman. Pomału... pomału... moje dziecię; tak wielkich zasług nie zjednał sobie jeszcze. Zdaje mi się, że go dostatecznie wynagradzam, podwyższając mu pensyę do tysiąca talarów. Jeśli tak dalej będzie postępował, to tam i o tem później możemy pomówić... Teraz muszę śpieszyć na giełdę, bo trzeba się starać o nowych pisarzy. (Zabiera się do wyjścia).
Wilhelmina. I ja kazałam zaprządz, bo muszę jeszcze przed południem załatwić kilka sprawunków. (Do córki). A ty nie pojedziesz ze mną?
Hermina. (z cicha do matki). Wiesz moja mameczko, że imieniny ojczulka niedaleko, a ja jeszcze wiele mam pracy około poduszki, która ma być mu na wiązanie. (Lehman z żoną odchodzą).

SCENA II.

Hermina. (sama). Co za szczęśliwy dzionek, w nocy marzyłam o nim, a rano rozpaczałam, widząc przestrzeń, która biednego pracownika oddziela ode mnie, córki bogatego fabrykanta. Widocznie Opatrzność Boska to zrządziła, że przez odkrycie kradzieży mój oiciec poznał szlachetny charakter młodzieńca, którego od pierwszej chwili tak szczerze pokochałam. Jego wywyższenie na dyrektora wprowadzi go w towarzystwo wyższych stanów; a kochać dyrektora to przecież co innego jak prostego czeladnika... (smutno). Mój Boże!... marzę ciągle o nim, a któż mi zaręczy, że on odpowie uczuciom biednej Herminy. (Spojrzawszy w okno). Właśnie wychodzi z fabryki... zbliża się ku nam... a jak tu wejdzie, cóż mu powiedzieć? Gdyby to nie nasza skromność, wyznałabym mu wszystkie uczucia mojego serca, lecz tak, my biedne stworzenia musimy czekać... (słychać pukanie do drzwi) puka do drzwi! jakże go przywitam? usiądę, aby nie spostrzegł mojego niepokoju (siada). Czemuż nie wchodzi? Nie zaprosiłam, może odszedł... (woła) wolno, proszę! (bieży do drzwi, Kazimierz wchodzi).
Kazimierz. Przepraszam panią.
Hermina. Owszem, ja przepraszam, że zajęta haftowaniem nie słyszałam stukania.
Kazimierz. Przepraszam... może przeszkadzam... Szukam pana Lehmana.
Hermina. Ojciec co tylko wyszedł z domu za interesem... ale myślę, że wkrótce powróci. Proszę siadać.
Kazimierz. Nadejdę później.
Hermina. Pan zawsze tak zajęty, że nawet nie uwzględnia mojej prośby?
Kazimierz. Jeżeli pani pozwoli...
Hermina. Przy tej sposobności chcę panu podziękować za ocalenie naszego majątku.
Kazimierz. To było moim obowiązkiem, za który pan Lehman sowicie mie wynagrodził.
Hermina. Więc moja wdzięczność pana nic nie obchodzi?
Kazimierz. Owszem, bardzo ją cenię, ale nie wiem, czy na nią zasłużyłem.
Hermina. Bardzoś pan skromny, i zdaje się, że pragniesz, aby świat o tem nie wiedział.
Kazimierz. Przyznam się, że mnie świat niewiele obchodzi, a jeżeli pan Lehman ze mnie zadowolony, jestem zupełnie spokojny. Ścisłe wypełnianie powinności względem zwierzchnika swego uważam za rzecz obowiązującą, konieczną. Tak mnie nauczała moia matka, tak mawiał zawsze mój kochany ojciec. Te wpoili we mnie zasady, podług tych postępując, nie szukam u świata nagrody, a jeżeli ją zyskuję, uważam to za niezasłużone dobrodziejstwo.
Hermina. Jakie to piękne zasady... jakim one pana szlachetnem udarowały charakterem. Ufając w pańską zacność, prosiłabym pana o szczerą odpowiedź. Dla czego pan unikasz towarzystwa, i jak się zdaje, szukasz samotności?
Kazimierz. Charakter tutejszych towarzystw nie zgadza się z mojemi zasadami. W naszych stronach panują staropolskie obyczaje; miłość braterska wiąże rodaków, życzliwość zdobi każde towarzystwo, bezinteresowną przyjaźnią tchnie każde serce, a cnota gościnności nie zna granic. Zupełnie przeciwnym charakterem odznaczają się tutejsze towarzystwa. Pijaństwo trzyma górę; chciwość wiąże chwilową przyjażń; rozpusta jest godłem inteligencyi. a hazardowe gry najmilszą zabawą. Oj, u nas to zupełnie inaczej.
Hermina. To u was prawdziwy raj, za którym tęsknię, od pierwszej młodości. O gdybym całe moje życie mogła przepędzić między twymi rodakami.
Kazimierz. Wątpię, czyby się pan Lehman na to zgodził.
Hermina. A więc byłabym panu bardzo wdzięczną, żebyś pan zamiast ukrywać się w samotności, częściej nas odwiedzał i uprzyjemniał nam wieczory opowiadaniem o swojej ojczystej ziemi. Moi rodzice będa tem bardzo zadowoleni.
Kazimierz. Życzenia pani są dla mnie rozkazem.
Hermina. Pan zajmująco opowiadasz. Proszę, opisz mi bliżej życie waszego ludu, naprzykład charakter dziewcząt.
Kazimierz. Dziewoje nasze żyją skromnie i pobożnie w zaciszu rodzinnego domu, a unikając wrzawy wielkiego świata, nie tracą nigdy tych pięknych przymiotów, dodających każdej dziewczynie tyle czarującego uroku.
Hermina. Wierz mi pan, że i dla mnie nieznośnym jest ten gwar wielkiego miasta, i gdyby to tylko ode mnie zależało, całe życie przepędziłabym pod spokojnem wiejskiem niebem. Więc dusza moja sympatyzuje z uczuciami waszych dziewcząt; dlatego też możesz mnie pan śmiało uważać za swoją rodaczkę.
Kazimierz. Wdzięcznie przyjmuję tę ofiarę.
Hermina. Zgoda, ale sobie wypraszam, że podług waszego zwyczaju, będzie między nami panowała otwartość.
Kazimierz. Postaram się zasłużyć na zaufanie pani i będę wdzięczny za łaskawe względy, któremi mnie pani zaszczycać raczysz.
(Wilhelmina powraca; córka witając, całuje ją w rękę).
Hermina. Pan Kazimierz przyrzekł mi, że odtąd będzie częstszym u nas gościem i będzie nam opowiadał o swoim kraju i swoich ziomkach; a wiesz mamo, że zajmująco opowiada.
Wilhelmina. Bardzo nam będzie miło witać pana u siebie, tylko prosimy o częste odwiedziny. Dla zawiązania szczerej przyjaźni, zapraszam dziś na obiad.
(Kazimierz całując matkę w rękę, kłaniając się Herminie, wychodzi).
Hermina. Złota mameczko, co to za szlachetny człowiek, a jaki miły w towarzystwie... nikt z całej młodzieży berlińskiej nie wyrówna mu w jego zacnym charakterze.
Wilhelmina. Dziecię, nie zapominaj się, pamiętaj, że jesteś córką bogatego fabrykanta i pierwszego z królewskich liwerantów.
Hermina. Mamo, niewdzięcznaś! Zapominasz o jego zasługach.
Wilhelmina. Oho, co za wierna adwokatka. Za zasługi hojnie go ojciec wynagrodzi; wreszcie pamiętaj, że nam nierówny.
Hermina. Jeżeli cnoty stanowią wartość człowieka, to przecież nie jest gorszym od nas.
Wilhelmina. Nie lubię podobnej dysputy, i dlatego jeszcze raz cię napominam, abyś się z Kazimierzem obchodziła, jako z człowiekiem od nas zależnym, bo to ludzie na wszystko zwracają uwagę. (Odchodzi).



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Miarka (ojciec).